sobota, 19 września 2026

Podsumowanie tygodnia 476

Poniedziałek 

Urlopuję. Z samego rana wyjeżdżam do Suntago. Jest całkiem sporo ludzi, ale świetnie się bawię - na zjeżdżalniach, w basenie z falą, rwącej rzece na zewnątrz, basenach witalnych oraz saunach. Cały dzień mija bardzo szybko, a pod wieczór mogłem podziwiać zachód słońca. Zdjęcia poniżej ze strefy sauny, oraz z zewnętrznego tarasu:


Wtorek 

Powrót do domu. Zamiast dróg ekspresowych wybieram lokalne, z których można pooglądać krajobrazy i zatrzymać się na długi spacer nad rzeką.

Środa

Po pracy jadę do schroniska. Znów biorę dwa psiaki, z których jeden jest bardzo śmiały i odważny, a drugi wycofany i nieufny (pisałem o nich ostatnio). Mam ze sobą smaczki, którymi próbuję przyzwyczaić do siebie tego nieśmiałego. Ma na imię Kokos i zrobił dziś mały krok do przodu. Szedł bliżej mnie, a w pewnym momencie nawet położył się gdy zrobiliśmy przerwę. Bo do tej pory zawsze gotowy był do ucieczki i cały czas stał uważnie. Jeszcze nie dał się pogłaskać, ale wszystko przed nami. 

Poszliśmy na łąkę, na której byliśmy tylko my we trzech, żeby trochę odpocząć i coś zjeść. Gdy wyjąłem przekąski, ten odważny był już przy mnie gotowy zjeść wszystko co miałem, ale Kokos walczył ze sobą całym ciałem. Podszedł trzęsąc się dość mocno, wziął delikatnie i zjadł ze smakiem. Widziałem jego uśmiech. 

W lesie trochę przestraszył się trzech chłopaków którzy szli z przeciwka (zachowywali się normalnie, nawet rozmawiali dość cicho). Już wiem, że muszę wtedy zejść im z drogi, bo Kokos panicznie boi się ludzi. Zauważyłem, że dość często ogląda się za siebie i najlepiej czuje się, gdy w pobliżu nie ma nikogo. Pewnie beze mnie byłoby mu jeszcze lepiej, ale bez człowieka nie wyszedłby z kojca.

Wracając do schroniska były jeszcze dwie przerwy na małe przekąski. Kokos nadal mocno przeżywa podejście do człowieka, ale jakoś tam się przełamuje i je z ręki. Wciąż każde głośniejsze tupnięcie nogą, czy nadepnięcie na gałąź która łamiąc się wyda dźwięk, powoduje u niego duży niepokój. Idąc z tą parą staram się bardziej patrzeć pod nogi i nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów aby nie straszyć Kokosa, oraz z daleka wypatrywać potencjalnych kłopotów i im zapobiegać.

Niestety, czasem Kokos zapląta się w smycz i muszę go z niej uwolnić. Staram się to robić jak najdelikatniejszym sposobem. Tu psiak współpracuje jakby rozumiał, że bez tego ani rusz. Oczywiście boi się i trzęsie, ale posłusznie podnosi łapy i pomaga w uporządkowaniu smyczy jednocześnie bacznie mnie obserwując i zachowując dystans. A łatwo nie jest, bo ten drugi psiak myśli że to zabawa i biega oraz skacze w każdą stronę. Byłoby lepiej gdybym na spacer brał tylko Kokosa, ale on bez kolegi nie wychodzi z kojca. No nic, damy radę.

Czwartek 

W pracy chaos, czyli codzienność. Firma sprzątająca udaje że pracuje, a stan toalet jest delikatnie mówiąc średni. Po pracy jadę na basen i małą saunę, która pęka w szwach. Inhalację mentolem rozpoczynam od wejścia do sauny, co sprzyja relaksowi mimo tego że było w niej bardzo ciasno.

Piątek 

W pracy względny luz, bo staram się nie przejmować tym co mnie otacza. Początkowo mam zamiar iść do aquaparku po pracy, ale ostatecznie wybieram pozostanie w domu. Robię porządki z dokumentami, sprzątam w całym mieszkaniu i robię zakupy, ale niezbyt duże bo niebawem wyjeżdżam.

sobota, 12 września 2026

Podsumowanie tygodnia 475

Poniedziałek 

W Departamencie rozpoczynam sprawy nowe, których do tej pory nie mogłem realizować. Podobają mi się, ku swojemu zaskoczeniu zauważam elementy przyjemności.

Po pracy idę na basen, ale kondycji brak. Sauna z kryształkami mentolu jest tylko moja. Relaks, którego potrzebowałem.

Wieczorem prawie półtorej godziny miłej rozmowy z bardzo dobrym znajomym. Wyrzucam z siebie dużo słów w szybkim tempie (co zauważam mniej więcej w połowie rozmowy), ale wciąż przeżywam emocje z egzaminu. 

No i z tych wszystkich poruszeń zapominam o pewnych urodzinach. To duża wpadka, bo dopiero w czwartek próbuję nadrabiać swój brak pamięci.

Wtorek 

Powoli dochodzę do siebie. Waga pokazuje 70,5 kilograma, ale to normalne bo na wyjeździe prawie nic nie jadłem. Przy moim wzroście to już dolna granica, ale zejdę jeszcze ciut niżej aby mieć szóstkę z przodu.

Środa 

W pracy znowu elementy przyjemności i zaskoczenia, że takie efekty mogą się pojawiać. Oczywiście dotyczą one jedynie spraw, które prowadzę w związku z niedawnym awansem. Aspekt finansowy jest mizerny, ale kasa to nie wszystko a poza tym, ta może się za jakiś czas polepszyć.

Przyznaję się do błędu jeśli chodzi o awans - kilka dni temu pisałem, że mam kłody pod nogami. Osoba, którą podejrzewałem o to że utrudniała mi wejścia na kolejny szczebel tego nie zrobiła. Moja teoria wynikała z różnych napięć między nami, ale - jak się okazało - nie miało to wpływu na moją karierę.

Po pracy długie spacery z psiakami. Najpierw biorę jednego, a potem dwa jednocześnie. Ten poniżej jest bardzo żwawy i czujny. Trochę rzuca się do innych psów, musiałem schodzić z drogi gdy z przeciwka szli inni wolontariusze.



Na zdjęciu powyżej dwóch kumpli z kojca. Ten przy mnie to mój ulubieniec - spokojny pieszczoch. Ten z tyłu boi się ludzi i wychodzi na spacery tylko z tym pierwszym. Próbowałem zachęcić go do tego żeby podszedł, żeby skorzystał z bliskości, ale coś musiało na nim wywrzeć wrażenie ogromnej nieufności i strachu. Miał smutne oczy, a ciało było gotowe do ucieczki podczas całego spaceru. U innych wolontariuszy jest podobnie z nim - wiem bo pytałem. Chciałbym z nim na spokojnie pracować. 

Czwartek 

W pracy mam klienta obcokrajowca. Z dość daleko, zza naszej wschodniej granicy. Początkowo miły i próbujący zagadać, ale gdy muszę dać mu odmowę zmienia swoje nastawienie. Niestety do zakończenia jego sprawy potrzebuję około 15 minut (plus akurat wtedy zamulajacy komputer) podczas których klnie jak szewc, próbuje wywrzeć presję i skłonić mnie do zmiany decyzji, oraz kilkukrotnie wspomina o tym, że zrobiłem to celowo z powodu jego narodowości. 

Spływa to po mnie bardzo szybko i nie rusza mnie to "marudzenie". Nie dałem się wciągnąć w jego narrację, cieszę się z tego że mam już jakieś tam doświadczenie i potrafię je wykorzystać. 

I nie zmienia to mojego dobrego samopoczucia. Wieczorem piszę o tych wrażeniach do Grześka. On odpisuje mi, że to bardzo częste zachowanie wśród klientów zza wschodniej granicy.

Piątek

Przyjemny dzień w pracy. Potem wyjazd do dużego miasta, bo zaczynam krótki urlop który zaplanowałem już dawno temu wiedząc, że po egzaminie chciałbym odpocząć. 

Będąc już w dużym mieście odbieram wiadomość, że formalnie rozpoczyna się proces mojego drugiego awansu (w związku z ostatnim pozytywnym egzaminem)! To bardzo szybkie tempo - nie spodziewałem się tego!

Deszczowa aura ograniczenia trochę moje wieczorne plany spacerowe, ale nie przeszkadza aby odetchnąć świeżym powietrzem i wyłączyć myślenie o Departamencie. Jest dobrze, a może być jeszcze lepiej.

wtorek, 8 września 2026

Egzamin poprawkowy

Zapewne pamiętacie, że mniej więcej dwa miesiące temu miałem dwa egzaminy - z których jednego nie zdałem (z Agatą) a drugi zdałem (z Grześkiem). Złożyłem odpowiednie dokumenty i kilka dni temu podszedłem do egzaminu poprawkowego. 

Tak jak poprzednio, egzamin ten składał się z czterech modułów, w których jakikolwiek błąd mógł powodować porażkę całego egzaminu. Ćwiczyłem w swoim Departamencie, ale to byłoby zbyt mało, dlatego już wcześniej zarezerwowałem stanowiska do ćwiczeń w miejscu zdawania egzaminu. Wziąłem kilka dni wolnego i ruszyłem do dość odległego miejsca - właśnie po to aby uczyć się i poznać ewentualnych partnerów z którymi to rozwiązuje się zadania. 

Niezbyt ciekawy widok z hotelu 

Tym razem także trafiłem na dziewczynę - powiedzmy że miała na imię Ania. Znałem ją już z poprzednich egzaminów, mieliśmy świetny kontakt mimo jej porywczości, dość sporej dozy wyższości i chęci rządzenia. Przypuszczając że będę z nią w parze większość ćwiczeń robiliśmy wspólnie, choć nie wszystkie bo było to niemożliwe. Ale do rzeczy. Komisja na sam początek zaprosiła ją oraz mnie. Po sprawdzeniu naszych dokumentów od razu przystąpiliśmy do rozwiązywania zadań. Czułem tak wysokie ciśnienie, jakbym działał na jakichś dopalaczach, choć od kilku dni prawie nic nie jadłem. Ona zaczęła, a ja sprawdzałem jej działania. 

Od samego początku Ania dodawała mi nowe powody do stresu, gdyż niestety wykonywała zadania nieprawidłowo. Miałem mniej niż kilka sekund na ocenę, oraz wydanie instrukcji co dalej. Mogłem utrudnić, ułatwić lub pozostawić bez zmian zadanie, ale oczywiście zrobiłem wszystko aby jej ułatwić. Naturalnie wszystko pod czujnym okiem komisji, która bezgłośnie obserwowała nasze działanie. W drugiej próbie Ania wybrnęła i mogliśmy przejść do kolejnego zadania.

Ale tu, gdy powinniśmy już rozpoczynać Ania wymyśliła (?!) że skorzysta z możliwości chwilowego swobodnego poruszania się po oprogramowaniu. Wszyscy myśleliśmy, że potrwa to maksymalnie pół minuty i zaczniemy dalej, ale ona robiła to przez równe 8 minut! (mierzyłem). Oczekując tak długi czas sam już nie wiedziałem co mam robić, zatem delikatnie zapytałem komisję, ale odpowiedzieli żeby poczekać... Z tym, że czułem ich zniecierpliwienie i narastającą złość, co mogło na nas oboje skutkować w niedalekiej przyszłości...

Gdy w końcu Ania przystąpiła do drugiego zadania wydarzyło się coś, co nie powinno. Ona zignorowała pewną niezbyt istotną zasadę, a ja tego nie zauważyłem. Oczywiście gość z komisji zauważył, ale o dziwo nie przerwał nam. Dopiero po zakończeniu zadania podszedł do mnie i powiedział "jak ktoś ma miękkie serce to ma twardy tyłek*". Początkowo nie wiedziałem co ma na myśli, ale nie mogłem się na tym skupić bo Ania miała do wykonania kolejne zadania, a ja musiałem wszystko sprawdzić, zatwierdzić, zmienić ustawienia i zrobić kilka innych rzeczy w odpowiedniej kolejności. Gdzieś z tyłu głowy miałem jednak słowa egzaminatora z komisji, ale musiałem to zostawić na później.

* użył on innego określenia

Ania znowu kilkukrotnie myliła się, ale w granicach dopuszczalnych z tym, że dla mnie było to bardzo wyczerpujące momenty. Jej egzamin wisiał na włosku! Mój także! Presja czasu, pamiętanie swojej roli oraz kontrolowanie jej było niezwykle trudnym zespołem czynności, który z każdą minutą odbierał mi sił. Ostatnim etapem pierwszego modułu była moja ocena Ani. Pozytywna. Komisja to zatwierdziła. Nastąpiła zamiana ról z tym, że ja byłem już wyczerpany i średnio nadawałem się do czegokolwiek.

Rozpocząłem zaskakująco sprawnie, a na pytanie Ani "czy chce pan swobodnie poruszać się po programie operacyjnym zanim przejdziemy do kolejnego zadania?" odpowiedziałem "nie". Zauważyłem wtedy uśmiech i potwierdzenie jednego z członków komisji. Widocznie co najmniej my obaj uznaliśmy, że szkoda na to czasu. Lekko dodało mi to siły i z werwą zabrałem się do zadania, które okazało się bardzo proste. Kolejne musiałem powtarzać, bo popełniłem błąd ale każde następne poszło całkiem nieźle. Zanim jeszcze Ania wydała mi ocenę ten sam gość z komisji powiedział "umie pan te zadania, dobrze sobie pan z tym poradził". Ja tymczasem oceniałem się znacznie niżej, byłem zawiedziony tym że jedno z zadań musiałem powtarzać. Wiem, że je umiałem i byłem zły że nie poszło idealnie. Nie czekając na decyzję Ani komisja zaprosiła nas bliżej siebie. "Pani Aniu, zdała pani tylko dzięki temu panu. Oboje proszę czekać na kolejne etapy egzaminu".

Tu nastąpiła ponad dwugodzinna przerwa. Zjadłem banana (od dwóch dni żywiłem się jogurtem bez cukru, wodą oraz wafelkami też bez cukru. I zjadłem też dwie gałki lodów - z cukrem). Wypiłem litr wody. Gdy zerknąłem na telefon który został w aucie (w czasie egzaminu nie wolno mieć urządzeń elektronicznych przy sobie) było tam sporo wiadomości od znajomych z pytaniem "zdałeś?" - ale wciąż nie mogłem na nie odpowiedzieć... 

Gdy komisja skończyła przerwę ponownie zaprosiła Anię i mnie do modułu trzeciego i czwartego. Zanim zaczęliśmy musieliśmy się przygotować - znów pomagałem Ani - ale było to dopuszczalne i legalne. Po kilku minutach byliśmy gotowi i zaczęliśmy. Ta sama komisja, inne zadania, ale problemy te same... Ania knoci je, a ja dwoję się i troję aby jakoś z tego wybrnąć, bo jej średnie przygotowanie do egzaminu może utopić ją i mnie. Rany, ile ja miałem wątpliwości jak ocenić to co ona wyprawiała... Na szczęście mniej więcej w połowie Ania uspokaja się i nie mam z nią problemów już do końca. Wystawiam jej ocenę pozytywną, a komisja prosi o zamianę ról - wtedy Ania pomaga mi przygotować się do zadania. Warunki zewnętrzne zaczynają się dynamicznie zmieniać, ale muszę wytrzymać jeszcze kilkanaście minut - próbuję skupić całą swoją uwagę na zadaniach i uwagach od Ani. Ostatni moduł jest dla mnie najłatwiejszy i najtrudniejszy - bo w tym module czuję się najlepiej, ale w ogóle nie mam już siły i czuję że napędza mnie już chyba tylko strach i stres.

Po ostatnim zadaniu komisja zaprasza nas ponownie do siebie. Najpierw podsumowanie dotyczy Ani, ale widzę że jeden z egzaminatorów patrzy na mnie z lekkim uśmiechem i daje do zrozumienia, że u mnie jest "ok". Tymczasem komisja zadała pytania Ani. Aby zdać, należy na te pytania odpowiedzieć, ale Ania nie wydobyła  z siebie ani słowa - zupełnie nic! Mógłbym odpowiedzieć za nią, bo to były banalne pytania, ale jedna z zasad brzmi - nie pytany nie wyrywaj się do odpowiedzi. Komisja zmieniła zestaw pytań, Ania coś tam z siebie wydusiła, ale brzmiało to bardzo nieudolnie. Podsumowanie jej działania było niezbyt miłe, ponieważ komisja oceniła ją najniżej z całej grupy pięciu osób, które zdawały ten zakres materiału. I powiedzieli jej o tym wprost, bez żadnego owijania w bawełnę. Zabolało. Dodali ponownie, że zdała tylko dzięki temu panu obok - wskazując na mnie. 

Po kilku minutach przyszła kolej na mnie. Pytania jakie dostałem było proste, zatem mogłem zrobić mały wykład, ale komisja przerwała mi po krótkiej chwili oznajmiając, że ja również zdałem. Ufff. Oboje podziękowaliśmy oraz bezszelestnie oddaliliśmy się od komisji jakbyśmy nie wierzyli w to, co się właśnie wydarzyło!

Czułem, że kręci mi się w głowie i że muszę usiąść. Po chwili podeszła Ania, pogratulowaliśmy sobie ponownie, chwilę porozmawialiśmy i trzeba było zbierać się do domów. Zebrałem swoje materiały, krótko odpowiedziałem na dziesiątki wiadomości i ruszyłem do domu. Czekało mnie ponad pięć godzin jazdy w burzy, silnym wietrze i słońcu które pojawiało się w przerwach między burzą. W międzyczasie zadzwoniła Ania aby podzielić się wrażeniami i emocjami, które ciągle buzowały w nas obojgu.

Doszedłem do tego, co sobie zaplanowałem już ponad dwa lata temu. Pokonałem wszelkie zakręty i przeciwności losu, nauczyłem się rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłem. Włożyłem w to mnóstwo pracy, wysiłku, czasu i pieniędzy. Jestem już prawie na samym szczycie. Gdybym chciał, to pozostał mi już tylko jeden egzamin i miałbym wtedy ostatni szczebel kwalifikacyjny, który mogę osiągnąć w Departamencie. Prawdopodobnie niebawem rozpocznę przygotowania do niego, ale na razie nie myślę o tym.

Podczas tego wyjazdu spotkałem Grześka, z którym zdawałem egzamin dwa miesiące temu. Spotkanie było zupełnie celowe, bo przejąłem inicjatywę i zorganizowałem nam wspólny nocleg. Mieliśmy w planach także delikatne świętowanie naszego sukcesu, oraz wspólne podtrzymywanie się na duchu. A ponieważ dogadujemy się bez zbędnych słów, uczyliśmy się razem mimo tego że on miał nieco odmienny materiał niż ja. Sprawdziłem jego zadania, a on moje. Było też trochę czasu wolnego, zatem obaj zwiedzaliśmy atrakcje miasta, był spacer i lody. Niestety Grzesiek nie zdał swojego egzaminu. Mam z nim kontakt, podobnie jak z innymi ludźmi poznanymi podczas tego i poprzedniego egzaminu. Naturalnie nie ze wszystkimi, ale są wśród nich takie osoby, z którymi naprawdę dobrze się rozmawiało. Chciałbym utrzymać te znajomości, choć wiem że ta druga strona także musi mieć taką chęć.

Dziś, po kilku dniach od egzaminu nie opadły jeszcze wszystkie emocje. Wciąż myślami bywam tam, z Anią, z komisją, przy stanowisku, na naukach z Grześkiem... Zakończył się pewien etap, czuję że mogę już odpocząć i zająć się czymś innym niż nauka. Przynajmniej przez jakiś czas 😀

sobota, 5 września 2026

Podsumowanie tygodnia 474

Poniedziałek 

Zaczynam kolejny tydzień intensywnej nauki. Po pracy zostaję i ćwiczę rozwiązywanie zadań. Wracam dość mocno zmęczony i muszę zmienić plany rezerwacji noclegów, bo sprawa się trochę komplikuje. Robię to przez aplikację, bo do północy mam możliwość bezpłatnego anulowania. Konsultuję przez telefon z drugą osobą warunki noclegu, ale spokojnie mógłbym to sobie darować gdyż słyszę "zrób jak chcesz". Początkowo trochę mnie to zirytowało, ale w piątek się okaże, że zupełnie niepotrzebnie. A nawet mógłbym się tego luzu nauczyć.

Wtorek 

Dojazd do pracy ciut dłuższy, bo z rana większy ruch - początek roku szkolnego. 

Po kilku akrobacjach udaje mi się pokonać wszystkie kłody pod nogi które niedawno zostały rzucone. Nie sądziłem jednak, że tyle pracy i wysiłku da tak mały efekt. To na razie tylko wstępne wyliczenia, bo wszystko okaże się gdy dostanę awans na piśmie.

Środa 

W ciągu dnia kilka miłych rzeczy, ale przelatują przed oczami zostając tylko na chwilę. Za to mnóstwo energii i czasu kieruję na negatywne elementy ostatnich dni. Dobrze byłoby to zmienić. 

Wieczorem pakuję się. 

Tymczasem osoba obdarowana codziennie jeździ na rowerze. Jest nim zachwycona! A ja zadowolony, że prezent się podoba i jest używany.

Czwartek

Wyjeżdżam z samego rana. Jadę daleko. Na miejsce dojeżdżam w godzinach szczytu popołudniowego. Spotykam znajome twarze, które okazują mi trochę sympatii i uśmiechu. Miłe. Nie jestem pewien czy odpowiednio to doceniam.

Wieczorem spaceruję mając m.in. takie widoki w witrynie:

Później nocny spacer w dobrym towarzystwie, a jeszcze później długie rozmowy przy delikatnym drinku. Teoretycznie powinienem szybko zasnąć, ale nie tym razem.

Piątek 

Będąc w nowym miejscu ciężko mi się wyspać, mimo że okoliczności sprzyjają. A może właśnie nie? Mnóstwo bodźców. Zbyt dużo. Dobre rzeczy mieszają się z nowymi, z którymi mierzę się po raz pierwszy w życiu. Już wiem, że będę je analizował przez długi czas. Będą się kotłować w głowie a ja będę przeżywał je od przodu i tyłu. Ale jeszcze nie teraz, bo nie mam na to czasu. Do niedzieli włącznie będę jak gąbka, która wchłania całą wilgoć.

Jednocześnie odpoczywam od Departamentu. Mimo że tam sporo się dzieje nie dopytuję o szczegóły. Może i trochę mnie to interesuje, ale wydaje mi się że nie powinno. 

Widzę, że jest jakiś problem z dodaniem komentarzy, mam nadzieję że niedługo się to zmieni.

poniedziałek, 31 sierpnia 2026

Wrażenia prezentowe

W sobotę po pracy wybrałem się do solenizanta, aby wręczyć prezenty. Do urodzin jeszcze kilka tygodni, ale jak już pisałem - chciałem przekazać je wcześniej, aby był czas na cieszenie się nimi przed pogorszeniem pogody. 

Z niemałym trudem zapakowałem rower do autka i wyruszyłem. Osoba obdarowana w pierwszym momencie była bardzo zaskoczona. Nie spodziewała się roweru, a już tym bardziej takiego ze wspomaganiem. 

Hamulce tak skuteczne? Lekkość działania każdego mechanizmu? Wygodne siodełko? Wreszcie silnik który wspomaga jazdę? Jak ktoś do tej pory przez wiele lat jeździł starym gratem, to tu każdy element był nowością, który trzeba było pokazać i wyjaśnić. Początkowo osoba obdarowana podchodziła do tych nowości z dużym dystansem, a że był już wieczór - resztę zostawiliśmy na jutro.

Następnego dnia po śniadaniu wybraliśmy się na pierwszą przejażdżkę. Asfaltowe drogi z bardzo małym natężeniem ruchu świetnie się do tego nadają. Wystarczyło kilkadziesiąt metrów, aby solenizant stopniowo wczuwał się w jazdę i zaczął coraz bardziej cieszyć się z prezentu. Mocniejsze naciśnięcie na pedały wyzwala energię z silnika, który energicznie pcha rower do przodu, a delikatne pedałowanie wspomaga lekko i płynnie ułatwiając jazdę.

Każdy kolejny kilometr wywoływał prawdziwy uśmiech i zadowolenie osoby obdarowanej. Podczas gdy ja nieźle się wysilałem aby wyjechać pod strome wzniesienia, solenizant po prostu w razie potrzeby zwiększał siłę wspomagania. Tam, gdzie na starym rowerze trzeba było go już prowadzić, na nowym w ogóle nie czuje się że jest jakaś góra - widać że jest, ale nie czuć.

Przy okazji odkryłem świetne ścieżki wśród pól i lasów w okolicy. Muszę tu wrócić z kocem, termosem herbaty oraz książką na piknik.

Zachwycenie solenizanta przeszło moje najśmielsze wyobrażenia - gdzieś tam kiedyś napisałem, że jakby co to sam będę jeździł tym rowerem, ale nie sądziłem, że aż tak bardzo się spodoba. Korzystając z handlowej niedzieli podjechaliśmy jeszcze do sklepu na małe zakupy - a przede wszystkim aby wypróbować koszyk. Jest idealny.

Zrobiliśmy prawie 20 km. Ja byłem mocno zmęczony (głównie przez wzniesienia), a osoba obdarowana wcale. I już zapowiedziała, że będzie o wiele częściej jeździć na rowerze (i tak też się stało dzisiaj).

Małym dodatkiem był jeszcze bilet na ulubiony zespół muzyczny solenizanta. Później będzie już tylko tort i to wszystko. A ja myślę, czy sobie nie sprawić takiego cacka 😁

sobota, 29 sierpnia 2026

Podsumowanie tygodnia 473

Poniedziałek 

Staram się o awans, ale kilka kłód pod nogi zostało rzuconych. Dość skutecznie je eliminuję z wyjątkiem ostatniej. Wciąż liczę na uczciwość, bezstronność i profesjonalizm działania - ale jak się okaże do końca tygodnia - moja naiwność wciąż ma się dobrze.

Wtorek

Po pracy dentysta. Rekonstrukcja korony zęba. 500 zł. Ale efekt warty cierpienia i tych pieniędzy.

Środa

Pierwszy raz idę sam do schroniska. Najpierw z jednym a potem z drugim psiakiem wychodzę na mniej więcej godzinne spacery po lesie. 


Jeden i drugi bardzo fajny. Ten u góry lubi być głaskany i przytulany, choć początkowo jest nieufny. A ten poniżej jest mega opanowany i spokojny. To mój ostatni spacer z nim, bo ktoś zgłosił się z chęcią zabrania go do nowego domu.


Czwartek

Korzystam z pogody i jadę na wycieczkę rowerową. Wieczór już chłodny, ale potrzebuję trochę wyciszenia i odpoczynku.


Piątek 

Kilka nowych/starych problemów życiowych. 

A poza tym ćwiczę przed egzaminem. Udaje mi się zdobyć starsze oprogramowanie - wygląda inaczej, bardziej pokracznie i po prostu gorzej niż to co mam tu w Departamencie. 

Mimo tego że rozwiązywałem zadania prawidłowo, tylko nieznacznie poprawiło to mój humor. 

Jutro po pracy jadę z rowerem do solenizanta - ale to dopiero na wieczór, więc wrażenia i reakcje opiszę tu później.

wtorek, 25 sierpnia 2026

Engwe P275 SE

Zanim przekażę prezent solenizantowi, podzielę się tu pierwszymi wrażeniami/spostrzeżeniami z jazdy. 


1) po złożeniu roweru (85% jest już złożone) nic w nim nie trzeszczy ani piszczy, a całość wydaje się być bardzo sztywna (może aż za bardzo?);

2) kilka danych technicznych: max moment obrotowy 55 Nm, max zasięg 100 km, waga 24.4 kg, hydrauliczne hamulce, czujnik nacisku na pedały;



3) podoba mi się ten czujnik nacisku na pedały - dzięki błyskawicznej reakcji na nacisk, nie ma żadnej zwłoki podczas potrzeby przyspieszenia lub ruszenia, w dodatku pozowała to na racjonale użycie energii elektrycznej - osiągnięcie zasięgu 100 km nie jest abstrakcją;

4) jazda jest bardzo przyjemna - wspomaganie odbywa się płynnie i komfortowo, w zależności od stopnia wspomagania (1-5) przyspieszenie realizowane jest delikatnie lub naprawdę energicznie;



5) najlepiej jeździ mi się na trybie 3 - wtedy jest i dynamicznie i bez szaleństw, ale da się też zupełnie bez wspomagania - wtedy czuć trochę wagę roweru, a każde najmniejsze wzniesienie wymaga zmiany przerzutki na niższą oraz użycia większej siły nóg;

6) instrukcja obsługi po polsku jest dostępna na oficjalnej stronie polskiego importera, w internecie są filmy jak zamontować brakujące 15% elementów roweru;

7) rower jest sztywny i nie ma amortyzowanej sztycy - zatem nierówności i dziury w jezdni oraz wyższe krawężniki odczuwa się całkiem mocno - rower (i kierujący) najlepiej czuje się na równym asfalcie;



8) wyświetlacz podaje tylko kilka informacji- nie jest zbyt rozbudowany, o wiele więcej funkcji dostępnych jest w aplikacji po połączeniu smartfona z rowerem;

9) hamulce trochę szumią podczas używania ich, ale czytałem że to normalne na początku eksploatacji - zobaczę co będzie za jakiś czas;

10) fabrycznie maksymalna prędkość to 25 km/h ale można ją odblokować do 32. Oczywiście są się jechać szybciej, ale już tylko siłą swoich mięśni;

Ogólnie na tę chwilę bardzo polecam rower - jakość do ceny to bardzo mocny atut 👍 Niebawem napiszę, jak zareagował solenizant.

sobota, 22 sierpnia 2026

Podsumowanie tygodnia 472

Poniedziałek 

W wolnych chwilach oglądam testy rowerów ze wspomaganiem. Recenzje, opinie oraz prezentacje, a po południu podejmuję decyzję i zamawiam Engwe P275 SE na stronie polskiego importera. Kod rabatowy obniża cenę o prawie 400 zł i finalnie płacę 3 464 zł.

Wtorek 

W pracy różnie, ale staram się trzymać z daleka od kogo się tylko da. Oficjalnie dostaję dokumenty o złożeniu z wynikiem pozytywnym egzaminu, który odbył się już ponad miesiąc temu. To pozwoli mi ubiegać się o możliwość awansu.

Po pracy jadę na wieś i zajadam się pysznymi pomidorami.

Środa

Kurier dostarcza rower. Z trudem wkładam go do auta, bo nie dość że ciężkie to pudło, duże i nieporęczne. 

Po pracy spacer z psami ze schroniska, a już w domu zaczynam rozpakowywać rower.

Czwartek

Obiad jem w pracy, a gdy wracam do domu prawie od razu zajmuję się składaniem roweru. Instrukcji po polsku brak, a powinna być. Niby niewiele pozostało do zrobienia (założenie kierownicy, koła oraz błotnika, przykręcenie pedałów, dokręcenie bagażnika i rzeczy typu światło, dzwonek), ale o tak zajęło mi to dwie godziny.

W międzyczasie ładuję baterię, bo chce od razu się przejechać. To zajmuje czas w którym składałem rower z tym, że bateria prawdopodobnie nie była rozładowana do 0.

Z paczkomatu odbieram zamówiony wcześniej koszyk na tylnym bagażnik do roweru, bo wiem że to niezbędne akcesorium.

Piątek 

W pracy z rana małe kłopoty, ale staram się tym nie przejmować. Później jadę do dużego miasta na obiad i mały deser, spacer i jak zwykle zakupy. Wszędzie dużo ludzi, gwarno i tłoczno.


Placki ziemniaczane ze śmietaną (średnie w smaku) oraz sernik klasyczny (dobry, tylko mógłby być ładniej podany).

czwartek, 20 sierpnia 2026

Prezent na 70. urodziny

Podjąłem już decyzję co kupić, choć nie jestem do końca przekonany czy to najlepszy wybór, ale - okaże się niebawem. Rower ze wspomaganiem.

Inne atrakcje które brałem pod uwagę to:

1) lot balonem - krótkotrwała atrakcja, która jest trochę ryzykowana, bo solenizant dość często się buntuje i może nawet odmówić takiej przyjemności - a tu nie ma czasu na oswajanie się z emocjami;

2) weekend w SPA - solenizant raczej sam się nie wybierze do SPA, zatem ten pomysł najmniej brałem pod uwagę.  Poza tym, takie atrakcje można sobie samemu kupić i dopasować do siebie;

3) wycieczka zagraniczna - podobnie jak SPA. Solenizant sam nie pojedzie, a w przyszłym roku i tak spróbuję wyciągnąć go razem ze mną - więc ten punkt zostawiam na rok przyszły.

Mój wybór:


Rower ze wspomaganiem - to okazja do zwiększenia ilości wycieczek rowerowych, a także łatwiejszych wyjazdów do sklepu. No i rzecz która będzie służyć długo. Najmniej finezyjna, ale praktyczna i pomagająca wyjść z domu. Poza tym, w przypadku gdyby rower się nie spodobał to mam już na niego pomysł - sam chętnie bym nim jeździł. 

Do roweru kupiłem już koszyk rowerowy, solidne zapięcie antykradzieżowe oraz hełm ochronny. I bilet na koncert ulubionego zespołu solenizanta. Będzie też tort. I tyle. 

Mimo że do daty urodzin pozostało jeszcze kilka tygodni, rower przekażę już w przyszłym tygodniu, aby jeszcze przed zimą solenizant miał okazję do poznania zalet roweru.

Engwe P275 SE. Błękitny. Z niską ramą - bo musi być wygodny. Pięć poziomów wspomagania, inteligentny czujnik momentu obrotowego, hydrauliczne hamulce. Jak dla mnie - wrażenia z jazdy świetne. Zrobiłem kilkanaście kilometrów i bardzo mi się podoba!

sobota, 15 sierpnia 2026

Podsumowanie tygodnia 471

Poniedziałek 

Szykuję prezent urodzinowy. Mam jeszcze kilka tygodni, ale już zastanawiam się czy będzie to lot balonem, weekend w SPA, wycieczka zagraniczna lub rower elektryczny - sam nie wiem co mam wybrać. Wiem, że kupię bilet na koncert zespołu który jubilat uwielbia, będzie też tort i kolacja w restauracji. Ale wciąż nie mam pojęcia co będzie najlepszym wyborem prezentu - zapytanie wprost odpada. To okrągła rocznica urodzin, zatem muszę coś specjalnego wymyśleć. Skłaniam się ku rowerowi, bo jak się nie spodoba to najwyższej sam będę nim jeździł 😁 Tymczasem SPA lub wyjazd zagraniczny oznacza, że i ja będę musiał sobie wziąć taki sam pakiet - a to raczej niemożliwe.

Wtorek

Ustalam grafik na wrzesień z działem kadr. Aż sam się dziwię, że nie mają zastrzeżeń do moich planów urlopowych a w szczególności do ilości wolnych dni.

Środa

Dzień pełen wrażeń. Z rana głowę zaprząta mi ważna sprawa, którą muszę załatwić przed egzaminem poprawkowym. Przygotuję się wcześniej dokładnie analizując co chcę uzyskać i jak poprowadzić rozmowę. Trochę wątpię, czy nie wymagam zbyt dużo, ale  dzwonię i ostatecznie załatwiam to, co dokładnie chcę. Super.

Po pracy schronisko. Jesteśmy w trzy osoby - koleżanka, pewien gość i ja. Mamy trzy dość duże psy. Podczas powrotu ze spaceru do schroniska, pies koleżanki (poniżej) rzuca się do małego pieska (wolontariusze wyprowadzają psy, więc siłą rzeczy mijamy się po drodze do/z schroniska) idącego z przeciwnego kierunku. Przez chwilę udaje się go utrzymać względnie z dala od malucha, ale po kolejnym mocnym szarpnięciu, smycz się poddaje - jeden z metalowych elementów pęka, a pies z pełnym impetem dopada biednego malucha*. Dalszy opis jest dość drastyczny, więc przejdę od razu do podsumowania tego zdarzenia.

Maluch przeżył, choć początkowo nie był w stanie wrócić o własnych siłach do schroniska. Jest bardzo wystraszony i trochę poturbowany, ale wykaraska się. Gorzej z koleżanką. Natychmiast zawiozłem ją na SOR, bo podczas szamotaniny i próby rozgonienia towarzystwa mocno oberwała.

Cud, że mój pies (poniżej) nie dołączył do tej bójki, bo szarpał i wyrywał się w każdą stronę. Tylko pies gościa był względnie spokojny, co dało mu szansę na pomoc w opanowaniu sytuacji. On doznał jedynie powierzchownych zadrapań. Wniosek - należy bardziej unikać spotkań z innymi psami, bo te z tych samych kojców żyją w zgodzie, ale z innymi psami nie.

Zorganizowałem kierowcę i wróciłem do schroniska, aby zabrać auto koleżanki. A wcześniej poinformowałem jej męża o zdarzeniu oraz o tym, że może jechać od razu do szpitala, bo ja przyprowadzę ich pojazd pod blok.

*** *** ***

*Ten pisk, wrzask i skowyt są dźwiękami, których nie chciałbym słyszeć a niestety wciąż mam je w pamięci.

Czwartek 

W pracy wymagająco. Temperatury odpuściły, ale klienci wprost przeciwnie. Testują moją cierpliwość oraz nie grzeszą kulturą. Do tego poddenerwowany manager, którego najlepiej unikać. Ale niebawem weekend i odpoczynek. Psychicznie źle się czuję.

Po pracy buszuje w internecie w poszukiwaniu prezentu. Opcja rowerowa coraz bardziej do mnie przemawia.

Wieczorem kolejny problem przychodzi wraz z mailem. Linia lotnicza, z którą we wrześniu lecę na wakacje do ciepłych krajów, zmienia mi godzinę wylotu (z godziny 15.40 na 7.40), a tym samym dezorganizuje ustalony już wcześniej termin parkingu. Czyli muszę dzwonić i zmieniać rezerwację, ale to jutro lub w przyszłym tygodniu. No i oznacza to, że będę musiał w nocy jechać do stolicy, bo na lotnisku muszę być co najmniej 2 godziny wcześniej.

Piątek 

Piękne lato. Po południu szybki wyjazd do dużego miasta, ale łatwo nie jest - bardzo duże natężenie ruchu+remont na głównej drodze. 

A gdy już dojeżdżam: najpierw wizyta u fryzjera. Lubię go, facet na poziomie - można z nim normalnie porozmawiać, a przy okazji świetnie strzyże. Stara się być neutralny politycznie i co najważniejsze - nie przeklina. Następnie małe zakupy w dyskoncie pełnym ludzi. Potem już tylko przyjemności - późna kolacja, która trochę łamie moje zasady żywieniowe. Nie dość że dużo węglowodanów, to jeszcze pora zbyt późna. "Za karę" z restauracji wracam pieszo - 2 kilometry zawsze jakiś ruch.

Kurczak souse vide, ziemniaki opiekane, sos tymiankowo - truflowy, wędzony twaróg i sałatka.

sobota, 8 sierpnia 2026

Podsumowanie tygodnia 470

Poniedziałek 

Bardzo gorąco. Gdy jestem w biurze, bez problemu mogę pracować, bo klimatyzacja ustawiona na 23 stopnie świetnie sobie radzi. Gorzej, gdy muszę wyjść załatwić coś na mieście, wtedy po kilku minutach robię się cały mokry.

Po pracy jadę na rybkę. Do innej knajpy niż zwykle. To bardziej bar niż restauracja, ale z pysznym jedzeniem. Sandacz (47 zł), surówki (10) i frytki (10). Woda (4).

A potem nad wodę. Mało ludzi, nawet krzyczących dzieci prawie nie było. Trochę poczytałem książkę, trochę poleżałem na plaży a w wodzie spędziłem max 8 minut - kolor wody i słabe dno zniechęca. Ale w sumie fajny relaks. Kaczka też odwiedziła plażę:

Wtorek 

Jeszcze bardziej gorąco niż w poniedziałek. Termometr zewnętrzny pokazuje 38 stopni. Po pracy odpoczywam w mieszkaniu, gdzie schładzam temperaturę do 25.

Środa 

Pracę kończę godzinę wcześniej i od razu wychodzę. A właściwie wyjeżdżam - do schroniska. Zabieram kolejno dwa pieski na spacery. Od schroniska do lasu jest jakieś pół kilometra po nasłonecznionej ścieżce i ten odcinek jest najmniej przyjemny w taki upał.

Na początku spaceru psiaki w pierwszej kolejności załatwiają swoje potrzeby. Ale po kilku minutach bardzo domagają się głaskania, uwagi i przytulania. Ich spojrzenia są przejmujące.

Czwartek 

Upał znowu daje się we znaki. Do domu wracam zmęczony i po podgrzaniu gotowego obiadu ucinam sobie drzemkę. Nie zauważam, że w międzyczasie na zewnątrz rozpętała się burza i mocna ulewa. 

Piątek

W pracy trudni klienci i to w sposób podwójny. 

1) Nie dbanie o siebie szczególnie w takich temperaturach objawia się niezbyt przyjemnym zapachem, który emitowany w każdym kierunku skutecznie utrudnia współpracę. 

2) Coraz większa bezczelność, cwaniactwo i kłamstwo. Zauważam takie rzeczy łatwiej niż kiedyś, zatem lepiej umiem na to reagować. A co najważniejsze - zrzucam to z siebie natychmiast po odejściu klienta spod okienka.

Czy to chamstwo czy odór - to jest JEGO problem, a nie mój. Ja cieszę się, że kończę wcześniej i od razu wychodzę. Po pracy sprzątanie mieszkania, pranie i prasowanie rzeczy na przyszły tydzień. Potem szybkie zakupy w nieodległym centrum handlowym i odpoczynek na balkonie przy dźwiękach radia 357.

sobota, 1 sierpnia 2026

Podsumowanie tygodnia 469

Poniedziałek 

Zanim jeszcze wszedłem do biura już dowiedziałem się, że w piątek była niezła afera. Jeden z moich "współpracowników" (typowa ofiara losu) naruszył kilka dość ważnych procedur, podczas pracy z klientem. Jak się tłumaczył - z powodów technicznych, ale - nawet jeśli zawiodła technika, to istotną kwestią jest odpowiednie wybrnięcie z trudnej sytuacji. 

Mój "współpracownik" ma wieloletnie doświadczenie, bo pracuje tu bardzo długo, ale mimo to wciąż popełnia kardynalne potknięcia. No cóż, niektórzy są niereformowalni. Zapewne za kilka dni będziemy mieli szkolenie w tym temacie. Szkoda, że takie szkolenia odbywają się dopiero po problemie.

Wtorek 

W pracy trochę śmiechu. Czyli efekty piątkowej afery która obecnie rozlała się po całym Departamencie. U mnie luz, nie licząc dwóch wizyt lekarskich tuż po pracy. Bez kolejek, ale dość drogo. Coś za coś.

Po pracy dowiaduję się, że jutro będę miał gościa z noclegiem, zatem sprzątam gościnny pokój. Ogarniam auto wewnątrz (odbiorę go z dworca, zatem i w aucie musi lśnić), ale lodówka może być pusta jak teraz - zaproszę gościa na obiad do restauracji, a wiem że śniadania nie jada.

Środa

Po pracy miałem iść na basen, ale mam wizytę gościa. Spotykamy się przy dworcu, skąd jedziemy do centrum na obiad. Z propozycji konkretnej restauracji (krewetki w sosie z białego wina, smażony karp z dodatkami, typowe danie obiadowe lub pizza) wybór padł na to ostatnie. Mam nadzieję że to nie ze względu na cenę. A może wyraziłem się niejasno, że to ja zapraszam?

Wieczór spędzamy na balkonie podczas długich rozmów. Ze względu na to że muszę rano wstawać kończymy przed 23.

Czwartek 

Jak zwykle wstaję przed 7, ale staram się dość cicho zachowywać gdyż mój gość jeszcze śpi. Pociąg ma dopiero koło 10, zatem spędza czas u mnie w domu i nie musi się rano zrywać. Ustaliliśmy, że klucz odbiorę kiedyś tam przy okazji.

Po pracy jadę do schroniska. Wyprowadzam kolejno dwa pieski. Jestem zmęczony, dobrze że tempo powolne a psiaki nie szaleją.

Piątek 

Tylko kilka godzin w robocie i zaszywam się w dużym mieście na cały weekend. Nie ma mnie prawie dla nikogo. W sobotę zabieram książkę, butelkę wody i jadę nad zalew jeszcze dalej od domu. W miejsce, gdzie nikt mnie nie zna. Tu mogę wypocząć, oby tylko nie było zbyt głośno, ale na wszelki wypadek zabieram słuchawki z aktywną redukcją dźwięków z otoczenia.


Kąpiel w ciepłej wodzie, fajna książka, oraz daleko od domu -  takie lato lubię 👍

sobota, 25 lipca 2026

Podsumowanie tygodnia 468

Poniedziałek 

Może mi się wydaje, ale jestem jakby spokojniejszy od ubiegłego tygodnia. Mniej interesują mnie dramaty innych, acz jednocześnie staram się być wrażliwy i odpowiednio reagować na zmieniające się sytuacje wokół mnie. A zmienia się i dzieje całkiem sporo. Potrzeba widzenia w 360 stopniach niezbędna.

Po pracy basen. Miałem długą przerwę (ponad miesiąc), ale spokojnie przepłynąłem kilometr bez przerwy. Potem sauna z kryształkami mentolu. Bardzo miły relaks.

Wtorek

W pracy poranny brefieng. Jest źle i tak nie może być. Jak zwykle towarzyszy temu cisza wśród pracowników, bo mówi tylko manager działu, a reszta udaje że słucha. W zasadzie nie ma żadnego problemu, ale gdy go nie ma to trzeba go stworzyć. A więc po jego stworzeniu możemy już zacząć pracować.

A po pracy przebieram się będąc w Departamencie (na zapleczu, bo na sali wciąż kręcą się klienci) i jadę do schroniska. Oficjalnie zostaję wpisany na listę wolontariuszy. Zabieram jednego psa i idę na długi spacer. Niestety zaczyna mocno padać, a ja nie mam kaptura. Parasolka odpada, bo pies może się jej przestraszyć. Na szczęście w lesie jest przyjemniej, a po kilku minutach deszcz ustaje. Dochodzimy do głównej drogi - tu pełne zaciekawienie psa - chyba nigdy nie widział pędzących pojazdów. W drodze powrotnej zainteresował się wiewiórką, którą chętnie by pogonił - gdyby tylko umiał chodzić po drzewach.

Później zabieram drugiego psa na spacer (zdjęcia poniżej). Ten jest początkowo nieśmiały. Najpierw nie zbliża się do mnie i wykorzystuje całą długość smyczy aby tylko trzymać się daleko mnie, ale po kilkudziesięciu metrach częstuję go smakołykiem (jestem już bardziej przygotowany niż poprzednio). Bierze z nieufnością patrząc mi w oczy. Mniej więcej w połowie spaceru rozluźnia się i mogę go pogłaskać i przytulić - już jest mój! Czuję, że od tego momentu obaj czerpiemy mnóstwo przyjemności z tego spaceru. I to nic, że znowu leje jak z cebra - my maszerujemy przez las w jego tempie nie przejmując się niczym. 



Po ponad dwóch godzinach wracam do domu. Głodny i zmęczony, ale szczęśliwy. Mam do zrobienia ważną rzecz, ale zostawiam ją na jutro.

Środa 

W pracy aneks do umowy - czyli podwyżka. Bardzo mała, ale na większą muszę poczekać jeszcze kilka tygodni.

Organizuję wyjazd na mój egzamin poprawkowy. Ustaliliśmy z Grześkiem (z którym zdawałem kilka modułów na ostatnim egzaminie) że wybierzemy się tam razem. Staram się logistycznie ułożyć wyjazd tak, aby w miarę rozłożyć obciążenie podróżą i dopasować w kwestii jego i mojej nauki. Ponadto mamy "opić" nasz ostatni sukces. Zarezerwowałem już noclegi niedaleko tamtejszego Departamentu, oraz przedstawiłem mu kilka opcji w jaki sposób najlepiej to wszystko zrealizować. Wstępnie jesteśmy umówieni. Szczegóły dogramy bliżej terminu egzaminu.

Czwartek 

Ostatni dzień w tym tygodniu w pracy. Zręcznie unikam problemów. Wieczór z dużymi wyrzeczeniami kulinarnymi w restauracji. To nie - bo zbyt tłuste, tamto nie - bo nie lubię. O to lubię - ale to też nie, bo ma za dużo cukru. Nie jest lekko, ostatecznie wybieram coś zdrowego, ale oczy jadłyby co innego.

Piątek 

Tuż po śniadaniu wyjeżdżam na weekend. Trochę daleka droga, ale mam nocleg i zamierzam się porządnie zrelaksować i odprężyć. Pogoda niezbyt dopisuje, dlatego moje plany na pływanie kajakiem muszę odpuścić. Pozostają spacery w wąwozach i lasach.






Dużo błota, bo wcześniej padał deszcz. Na szczęście wziąłem buty na zmianę, bo musiałbym je gdzieś w strumyku myć przed wejściem do hotelu 🤣

Wieczór spędzam nad zalewem. Z małym drinkiem, wśród ciszy i spokoju. Zero ludzi. Za to ze spektaklem zachodzącego słońca.


A zanim poszedłem spać, to wybrałem się na plenerowe kino (Wielki Marty). Bluza, kurtka i jeszcze jeden drink. I przede wszystkim dobry nastrój. Niestety kilka minut po rozpoczęciu filmu znowu zaczął padać deszcz, co prawda miałem przeciwdeszczową pelerynę, ale postanowiłem wrócić i zaszyć się w hotelowym pokoju i obejrzeć coś w telewizji.

Tymczasem najbliższy tydzień znów pod znakiem wyzwań i ważnych spraw prywatno-zawodowych. Wśród tego wszystkiego chciałbym znaleźć czas dla psiaków i siebie. Tyle wystarczy.

sobota, 18 lipca 2026

Podsumowanie tygodnia 467

Poniedziałek 

Emocje powoli odpuszczają. Powoli. Trochę schudłem. Przy moim wzroście nie powinienem schodzić poniżej 70.

Czas w pracy mija mi bardzo szybko. W wolnym czasie organizuję nocleg na weekend w przyszłym tygodniu. Rezerwacja noclegu przez internet zajmuje chwilę - wszystkie inne atrakcje ogarnę na miejscu. Po powrocie do domu czuję się rozbity. Nie wiem co mam robić - bo nic już nie muszę. Sterta ubrań w drugim pokoju nie rusza mnie ani trochę, po południu wybieram się na przejażdżkę rowerową. Najpierw do lasu, potem nad zalew.

Wtorek 

Przeglądałem na co można wybrać się do kina, ale nic ciekawego nie grają. Może coś wygrzebię na Netflixie, a może zamiast tego pójdę na saunę? Jednak znów wybieram rower - tą samą drogą co wczoraj. Nad zalewem otwarty jeden bar, ludzi ciut więcej niż wczoraj. Piwo leje się dużym strumieniem. Trochę zbyt głośno dla mnie.

Wcześniej dzwonię aby zarezerwować nocleg przy Suntago, ponieważ w połowie września wybieram się tam na jeden dzień ale biorę nocleg, aby nie męczyć się podróżą.

Środa

W pracy trochę nerwowo, ale nie w moim temacie. Chyba coraz lepiej opanowuję metodę unikania kłopotów - przynajmniej w Departamencie. 

Po pracy mam ochotę na obiad w restauracji, ale pozostawiam to na jutro - przy okazji gościa który mnie odwiedzi.

Czwartek 

Po pracy jadę do schroniska dla zwierząt. Trzeba wyprowadzić psiaki na spacer, dać im odrobinę frajdy żeby mogły się wyszaleć. Niecałe półtorej godziny spaceru po łąkach i lesie mnie zmęczyło bardziej niż jego:

Piątek 

W pracy luz. Kończę prawie godzinę wcześniej. Po południu jadę na rybkę do restauracji pod miastem. Dużo ludzi. Wieczorem niespodziewana propozycja zmiany pracy. Odrzucam. 

niedziela, 12 lipca 2026

Podsumowanie tygodnia 466

Poniedziałek 

To będzie tydzień, który determinuje tylko jedno słowo - nauka. Po pracy zostaję w firmie do późnych godzin i uczę się. W sobotę będę miał egzaminy.

Wtorek

Przygotowania do egzaminów rozpocząłem od dwóch lat stopniowo poznając zagadnienia. Z każdym miesiącem starałem się coraz bardziej uczyć i poznawać kolejne możliwości i umiejętności w rozwiązaniu zadań. Ale także w radzeniu sobie w nietypowych i skomplikowanych sytuacjach.


Środa 

W pracy nic nowego, ale zanim dotrę do domu jest już około godziny 21.00. Intensyfikacja wysiłku i nauki, czuję się jakbym był w innym świecie bo nie myślę o niczym innym i nic nie determinuje mojego skupienia jak zbliżająca się sobota. 

Telefon dzwoni co chwilę, a ilości odebranych wiadomości liczą się w dziesiątkach. Dlaczego? Ponieważ już kilkanaście dni temu starałem się zebrać ludzi z innych Departamentów, którzy będą również zdawać egzaminy. Trochę wcieliłem się w rolę lidera, który scala grupę, nadaje jej kierunek działała i ustala najmniejsze szczegóły realizacji operacji - ponieważ egzaminy będą się odbywały jednoosobowo ale także w parach. A trafić na dobrą osobę, to połowa sukcesu... Dlatego piszemy i dzwonimy do siebie i próbujemy ustalić plan działania, bo chcąc dobrze zagrać koncert w duecie trzeba być albo genialnie przygotowanym, albo zrobić chociaż kilka prób. Wiadomo - jak ktoś jest słaby to nie będzie to dobry koncert...

Czwartek 

Ostatni dzień nauki - w piątek planuję regenerację. Niestety nie miałem możliwości złapać wszystkich ludzi i zacząłem się bać, żeby tylko nie trafić na kogoś nieprzygotowanego i nieznanego mi wcześniej. 

Piątek 

Od kilku dni sypiam po 3-4 godziny. Budzę się około 3 nad ranem i tyle spania. Ale nie czuję zmęczenia. Jem tyle co nic, ale nie czuję głodu. Nie mam na to czasu, bo mimo planów regeneracji wciąż ustawiam grupę - a dokładnie dwie grupy ponieważ jutro mam egzaminy z dwóch różnych przedmiotów. 

Dwa egzaminy składające się z łącznie 8 modułów oraz kilkudziesięciu pod modułów. Scenariusze wybiera komisja, podobnie z doborem zdających w pary. Do moich obowiązków należy m.in. odpowiednie zakwalifikowanie sprawy, wybranie aplikacji do jej obsługi, oraz zakończenie jej w odpowiednim czasie z właściwym wynikiem naturalnie. Najmniejsze niedopatrzenie dyskwalifikuje. 

W kolejnych etapach m.in. widzę na ekranie poszczególne kroki rozwiązywania zadania przez drugiego uczestnika egzaminu, a moim zadaniem jest błyskawiczna ocena poprawności wykonania zadania. Jeśli czegokolwiek nie zauważę, komisja przerywa test wyrzucając mnie i drugą osobę z pary. Dlatego tak ważne jest, aby mieć dobrze przygotowaną osobę znającą procedury, technikę oraz kolejność wykonywania działań. Oceniane jest słownictwo, czytelność przekazu oraz wszystko, co ma wpływ na obsługę klienta.  Oczywiście komisja potrafi celowo zmienić jeden wyraz w zadaniu tak, że można łatwo wpaść w kłopoty. Na grupach analizujemy różne sytuacje także te, które komisja może spowodować celowo. 

Sobota 

Egzamin mam o 10.00. Pół godziny wcześniej dowiaduję się, że są jeszcze dwie osoby które dopiero przyjechały 😱 Biorę je szybko do grupy i tłumaczę ustalenia, które wypracowaliśmy przez te kilka dni. Nowe osoby potwierdzają że będziemy działać tak jak mówię. 

Egzamin nr 1:

Dwie godziny później komisja wywołuje mnie oraz jedną z tych nowych osób - Agatę. Jesteśmy pierwszą parą. Idę zadowolony że wszystko mamy ogarnięte i rozpoczynam działania. Ona widzi to na swoim ekranie. Pierwsze zadanie ok, drugie ok. Trzecie zadanie rozwiązuję bez problemu, ale ona zgłasza komisji nieprawidłowość. Ta robi szybką naradę i przyznaje jej rację, a ja mam prawo do poprawki - więc wykonuję zadanie raz jeszcze starając się zrobić je lepiej niż przed chwilą. Skupiam się z całych sił i wykonuję zadanie kilka sekund szybciej, ale wynik wciąż jest ten sam i widzę, że jest taki jaki powinien być. Po zakończeniu znowu dostaję od Agaty ocenę negatywną. Jestem totalnie zdziwiony. Narada komisji i podtrzymanie jej decyzji. Nie zdałem.

Wynik mojego działania był prawidłowy, wszelkie niuanse wykonałem zgodnie z przepisami, ale... Agata nie trzymała się ustaleń które wcześniej poczyniliśmy, a ja nie wychwyciłem tego co do mnie powiedziała przed rozpoczęciem zadania. Formalnie wszystko było idealnie i zgodnie z przepisami - a co najważniejsze wynik rozwiązania zadania był prawidłowy. Ustaliliśmy przed egzaminem, że w taki sposób rozwiązujemy to zadanie.

Gdy wyszedłem z sali, na długim korytarzu było mnóstwo ludzi, którzy pytali co się stało. Miałem ich i wyszedłem przed budynek, czułem świeży i całkiem rześki wiatr, który ochładzał moją mokrą koszulę. Możliwe, że słońce świeciło mi prosto w oczy, ale nie przeszkadzało mi to wcale. Oddychałem głęboko i spokojnie. Czułem niezrozumienie i gorycz. Ludzie z grupy próbowali pytać co się stało, ale widzieli że to nie jest właściwy moment i szybko dali mi spokój. W ciągu kilku minut oczy lekko się zaszkliły - ale wiatr szybko je osuszył. Opowiedziałem mojej grupie później co się stało. Wszyscy byli zdziwieni. Z Agatą, która z sali wyszła później, nie rozmawiałem o tym. Nie chciałem, a ona też nie podeszła do mnie. Wiem, że nie zdała na kolejnych modułach i wiem, że pozostali z grupy mieli do niej pretensje za to co zrobiła.

Egzamin nr 2 

Po kilkunastu godzinach oczekiwania, podczas którego po prostu czekaliśmy w nerwach i stresie, w końcu usłyszałem swoje nazwisko do drugiego egzaminu. A wraz z nim nazwisko Grześka - drugiego człowieka do pary. Jakoś tak się ułożyło, że podczas oczekiwania sporo rozmawialiśmy i ogólnie trzymaliśmy się razem. Poznałem go już w czwartek, przyjechał z odległego Departamentu w tym samym celu co ja. Wydawał mi się elokwentny, nie zadawał oczywistych pytań i nie miał głupich pomysłów. Był poukładany i ładnie ubrany - co było tu rzadkością niestety. 

Zanim zaczęliśmy, nawzajem sprawdziliśmy swoje stanowiska pracy. Pierwsze zadanie sprawnie i bez udziwnień, drugie, trzecie tak samo - cały moduł wykonany został bezbłędnie. Komisja widząc nasze działanie zajęła się sobą zupełnie nam nie przeszkadzając. My tymczasem działaliśmy według ustalonego schematu, jakbyśmy pracowali ze sobą długi czas. W efekcie eliminuje to możliwość różnej interpretacji oraz ułatwia ocenę. Po każdym zadaniu dawaliśmy sobie czas na sprawdzenie tegoż oraz na przygotowanie do kolejnego etapu. Po zakończeniu tej części komisja zatwierdziła naszą współpracę, a my podaliśmy sobie ręce i po wyjściu z sali  oczekiwaliśmy na kolejne części zadań. 

I on i ja chcielibyśmy wykonywać je razem,  także w kolejnych modułach, ale jak wspomniałem - wszystko zależy od komisji. Z obawą obaj patrzyliśmy na kolejnych egzaminowanych, których działania przypominały błądzenie dziecka we mgle. Szybko odpadali z wynikami negatywnymi. W okolicach godziny 19.00 komisja znów wywołała Grześka i mnie do ostatniego modułu - ufff! 

Po kolejnym sprawdzeniu naszych dokumentów dali nam możliwość wyboru ról, a ja pozostawiłem to Grześkowi. Widziałem że on wykona to prawidłowo, a gdy tylko zaczął lekko się uspokoiłem. Byliśmy tak dograni, że nawet gdybym się nie odzywał, Grzesiek i tak wiedział co ma robić. Widząc to, jeden z członków komisji podszedł do mnie i zaczęliśmy swobodnie rozmawiać. W tym czasie ja tylko zatwierdzałem kolejne kroki i etapy działania Grześka. Widziałem, że w jednym zadań miał wątpliwości co do swojego postępowania, ale ja z lekkim i zauważalnym tylko dla niego uśmiechem zatwierdziłem to co zrobił, bo zrobił to idealnie (poniżej powiedział mi, że tego zadania bał się najbardziej. Ja także). Po kilku minutach komisja przerwała nam prosząc o zamianę ról. Przy okazji zadali mi kilka pytań, ale zanim zdążyłem odpowiedzieć na wszystkie już mi podziękowali. 

Po zamianie miejsca ja też doskonale wiedziałem co mam robić, zatem to co mówił do mnie Grzesiek i to co zatwierdzał traktowałem jedynie jako formalność, a on sam nic nie musiał robić prócz standardowego potwierdzania mojego działania. I tak krok po kroku razem szliśmy dalej. Ostatnie zadanie było banalnie proste, ale wciąż trzeba było zachować czujność - wszak zawsze można w coś wpaść! Po kilku minutach komisja oznajmiła, że obaj zdaliśmy i że nam gratulują! Wspaniale! Ale cudownie! Nie mieli do nas żadnych uwag.

Po wyjściu z sali ściskamy sobie dłonie i dziękujemy za świetną współpracę oraz emocjonalnie komentujemy to co razem zrobiliśmy. Takie działanie lubię - merytoryczne i bez niespodzianek. Trzymanie się ustaleń i logicznego działania. Nikt nikomu nie przeszkadzał. 

Wspólna fotka na koniec, kolejne podziękowania i rozjeżdżamy się w swoje strony - aczkolwiek pozytywne wrażenia pozostaną na długo. Grzesiek miał dwa egzaminy - pierwszy zdawał sam, a drugi ze mną. Ja miałem dwa z których pierwszy (z Agatą) nie zdałem a drugi z Grześkiem zdałem. Inni z grup różnie, ale większość niestety odpadła. Po moim pierwszym egzaminie w grupie zapanował chaos z powodu zachowania Agaty. To również mogło wpłynąć na dość słabą atmosferę i niestety przyczynić się do kolejnych negatywów.

Dziś - w niedzielę powoli dochodzę do siebie. Odpoczywam. Za dwa miesiące mogę mieć poprawkę z pierwszego egzaminu. Zdobyłem kolejne doświadczenie i poznałem fajnych ludzi, ale Agaty nie chciałbym spotkać na jakimkolwiek etapie swojego życia.