Od pewnego czasu jestem wolontariuszem w schronisku mojego małego miasteczka. Ponieważ dość często piszę o tym miejscu, chciałbym dzisiaj wyjaśnić kilka kwestii dotyczących tego miejsca, bo w cotygodniowych wpisach nie ma na to miejsca.
Pies, który nie miał lekkiego życia
Chodzę tam od kilku miesięcy. Raz w tygodniu na 2-3 godziny. Podczas tego czasu zabieram psy, które tego dnia nie były jeszcze na spacerze. Zatem nie ja decyduję z kim wychodzę - no chyba że tych psów które nie były na spacerze jest kilka. Wtedy staram się wziąć Kokosa. Psa, który odczuwa bardzo silny lęk, prawdopodobnie będący następstwem jego doświadczeń z poprzedniego miejsca.
Kokos jest w kojcu z dwoma innymi psami - jeden z nich, to jego dobry kompan, dzięki któremu razem wychodzą na spacery (Kokos sam nigdy nie wyszedł na spacer). Drugi pies jest jeszcze bardziej zlękniony i nigdy nie wyszedł z kojca. Przynajmniej do tej pory. Kokos też chowa się i nie daje sobie założyć smyczy. W schronisku jest tylko jeden pracownik, który potrafi to zrobić. Nie raz już nie udawało się wziąć go na spacer, bo nie było komu wydać psa. Moja koleżanka, z którą czasem tam chodzę, potrafi już to zrobić, chociaż nie zawsze.
Gdy Kokos już ma założoną smycz, korzysta ze spacerów ale z dużym dystansem do ludzi - o tym pisałem wcześniej. Będę starał się pracować nad nim wiedząc, że to będzie bardzo długi proces. Ten drugi pies z problemami też wymagałby pomocy. Przy mojej częstotliwości wizyt i sytuacji w schronisku, raczej będzie to niewykonalne - ale nie zamykam tego tematu.
Zdjęcie poniżej pochodzi z początku moich wizyt w schronisku. Te dwa psy mają już szczęśliwe domy.
Schronisko - ciemna strona biznesu
Jeszcze kilka miesięcy temu schronisko żyło sobie jak chciało. Nikt nie patrzył im na ręce, więc standardy bytowania psów były priorytetem na samym końcu listy. Od momentu pojawienia się wolontariuszy zaczęły się tarcia z pracownikami oraz kierownikiem. Zaniedbane psy jedzące resztki/zlewki z różnych miejsc które schronisko dostawało za darmo, zimne nieocieplone kojce, brak opieki weterynaryjnej i wiele innych o których ze względu na brutalność nie będę tu pisał. Wolontariusze stopniowo starają się zmieniać los zwierząt, ale napotykają na czynny opór.
W tej chwili toczy się kilka spraw dotyczących zaniedbań oraz tragicznych wydarzeń, które się tam wydarzyły. Ja jako wolontariusz mam wrażenie, że jestem średnio mile widziany, ale przychodzę tam dla psów, a nie dla tego żeby ktoś się cieszył. Najnowszy problem to godziny, podczas których wolontariusze mogą wychodzić z psami. Od 10.00 do 16.00 (wcześniej do 18.00). I jak ja mam poświęcić swój czas psom, gdy kończę kilkanaście minut przed czwartą? Zresztą nie tylko ja, jest kilku wolontariuszy emerytów, ale większość z i tak małej naszej grupy to ludzie pracujący, którzy mogą dać coś od siebie ale po pracy.
Kierownik tłumaczy tę zmianę tym, że szybciej robi się ciemno. Ale jaki to argument? Mam wrażenie, że bardziej chodzi tu o ograniczenie dla nas - wolontariuszy. W ubiegłym tygodniu, gdy wprowadzono już nowe godziny byłem dosłownie piętnaście minut przed czwartą, wydano mi dwa psy z którymi wróciłem po godzinie spaceru. I ja inaczej tego nie zrobię, no chyba że zrezygnuję z pracy.
W dodatku w poniedziałki wolontariusze w ogóle nie mogą przychodzić (niby z uwagi na prace przy kojcach - ale czy nie lepiej to robić gdy psów wtedy nie ma bo są na spacerach?!), a w weekendy godziny spacerów są jeszcze krótsze, choć akurat wtedy nie ma z tym problemów bo jest więcej wolontariuszy.
W przeszłości schronisko w ogóle było zamknięte np. podczas świąt. I tak przez kilka dni, nikt nie czuwał nad zwierzętami nie mówiąc już o spacerach, które przecież służą też podstawowym czynnościom fizjologicznym. Teraz jest już lepiej pod tym względem (ku niezadowoleniu pracowników).
Inne ograniczenia
Wg regulaminu nie wolno nam wchodzić do kojców. Tymczasem jedną z metod socjalizacji jest przebywanie w pewnej odległości od lękliwego psa - np. przebywając z nim w kojcu tak, aby przyzwyczaił się do obecności człowieka i nauczył się, że nic mu nie grozi. No ale nie wolno. Dlaczego? Bo nie. Na razie odpuszczam, ale od wiosny będę naciskał na możliwość takiej pracy z psiakami.
Za to nie ma nic w regulaminie n/t adopcji. I zdarza się, że przyjeżdża ktoś zupełnie nam obcy, wybiera psa kierując się tylko wyglądem, a po kilku dniach pies ucieka z takiego domu lub jest oddawany z powrotem. Bo okazuje się, że pies nie toleruje np. domowego kota, czy innych zwierząt. Albo że pies niszczy przedmioty wokół siebie, a nowy właściciel po prostu go wypuszcza w świat. Dla psa to kolejne kłopoty i nadchodzące traumy. Ale dla schroniska liczy się, że pies zyskał nowy dom. Z tym, że jaka jest jakość tego domu i czy to na pewno dobry wybór/miejsce dla tego konkretnego psa, to już się zupełnie nie liczy. My, wolontariusze, postulujemy, aby osoba adoptująca przyszła na co najmniej 3-4 spacery z wybranym psem, żeby się dowiedziała o nim czegoś więcej niż tylko to jakie ma umaszczenie.
Nadzieje
W schronisku są w większości psy z trudną przeszłością. Wymagające uwagi, spokoju, umiejętnego podejścia i czasu. Te cechy nie sprzyjają temu miejscu, ale dobro ludzi jest ogromne i widzę, jak bardzo zaangażowani są ci, którzy poświęcając swój czas pracują z psami. Trochę się też zmienia wśród pracowników - ostatnio jeden z nich był na szkoleniu behawioralnym. Nie wiem jaki jest dla psów, ale za ludźmi nie przepada - trudno mi się z nim dogadać, gdy chcę wziąć psa na spacer - ale nie o tym. Schronisko zakłada monitoring (przez większość doby w schronisku nie ma żadnego pracownika) oraz montuje oświetlenie (do tej pory było tam ciemno jak w jaskini). Dla psów kupowana jest już pełnowartościowa karma, a na zimę kojce będą wyściełane grubymi kocami. To dużo i mało jednocześnie, bo wciąż w wielu aspektach schronisko nie staje na wysokości zadania. Nie chcę o nich pisać, bo nie są ani miłe, ani łatwe szczególnie dla osób wrażliwych.
Marzenia i plany
Lubię tam być. Mimo że nie jest tam ani lekko ani łatwo, przebywanie z psami daje sporo wyciszenia. Idę, biorę pod swoją opiekę psa/psy i wyruszamy starając się omijać kłopoty. Czy to Kokos, czy inny pies, radość jest zawsze taka sama, a leśne ścieżki pokonywane z nimi dają tyle samo frajdy.
Ostatnio miałem sen, w którym spacerowałem sam po tym lesie. Zwykle tam nie chodzę, bo to drugi koniec miasta. I tak idąc sobie, ni stąd, ni zowąd przybiegł pies ze schroniska - ten kompan Kokosa. Kucnąłem, a on wtulił się w kolana i zamarł na kilka chwil... Gdybym mógł, zabrałbym jakiegoś psiaka do domu, ale gdy większość czasu mnie tam nie ma, to byłaby dla niego męka.
Ten jesienno-zimowy czas nie będzie nam sprzyjał, ale mam nadzieję że dla tych psiaków najgorszy czas jest już za nimi. Chciałbym trochę się douczyć w kwestii pracy z trudnymi psami, aby zapewnić im bardziej świadome spacery, połączone z nauką i socjalizacją. Możliwe, że kierownik i pracownicy schroniska zrozumieją, że to co robimy nie jest przeciwko nim, a dla lepszego losu zwierząt. Ja mam już wygodne i łatwo czyszczące spodnie, wygodne buty oraz latarkę czołówkę. A na wszelki wypadek także gaz pieprzowy na zwierzęta. Kupię sobie jeszcze jakieś fajne i wygodne smycze i nic już mi nie będzie straszne 😎



