sobota, 6 czerwca 2026

Podsumowanie tygodnia 461

Poniedziałek 

Jeden z praktykantów (ale nie ten o którym tu ostatnio pisałem) skończył zajęcia. Całkiem nieźle mu szło, teraz przed nim seria kilku egzaminów przygotowujących do pracy w Departamencie. W podziękowaniu za zaangażowanie, pomoc i wsparcie odwdzięcza się przynosząc butelkę czerwonego wina. Miło, choć wcale nie musiał. Dałem mu numer telefonu, gdyby coś potrzebował przed/w trakcie egzaminów.

Po pracy basen i otwarta już mała sauna. 40 minut intensywnego pływania, a potem relaks z aromatem kryształków mentolu. Genialnie.

Wtorek

Bardzo spokojny dzień. W pracy cisza. Pewnie dlatego, że nie było połowy zespołu - wykorzystują dni wolne. Po pracy robię ciasto z jabłkami i cynamonem. Naturalnie bez cukru. No i zaczynam długi weekend, bo do pracy wracam dopiero w poniedziałek.

Wieczór z Netflixem i jakimś pościgowo-strzelajacym serialem.

Środa

Rano wizyta u okulisty - rutynowa kontrola wzroku (wszystko ok). Oczywiście na NFZ. Czekałem niecałe dwa miesiące, a mogłem mieć jeszcze szybciej (dla honorowego dawcy krwi). Jestem pod wrażeniem miłej obsługi, nowoczesnego sprzętu i punktualności przyjęcia u lekarza. Młoda pani doktor, bardzo atrakcyjna i kulturalna, a przede wszystkim rzeczowa oraz cierpliwie tłumacząca wszelkie niuanse wizyty.

Wracając do domu wstępuję do swojej przychodni celem pomiaru poziomu cukru. Też ok. Potem wyjazd do dużego miasta. Zakupy w centrum handlowym, szybki obiad w wietnamskiej restauracji oraz spacer na lody. Wreszcie ponad dwie godziny odpoczynku w aquaparku - czyli baseny i sauny. Ale przyjemnie, bardzo mało chętnych do korzystania z obiektu potęguje wyjątkowość relaksu.

Czwartek 

Zero pośpiechu. Późne śniadanie. Kino (Zawodowcy) + obiad nad wąwozem całkiem niedaleko centrum (pieczony pstrąg, frytki, sałatka). Jedzenie nie zachwyca, ale klimat i widok całkiem niezły. Wieczorem rower.

Piątek 

Po śniadaniu wyjeżdżam na wycieczkę. Wypożyczam rower (60 zł/dzień) i jadę ponad 36 km. Mimo prognoz deszczowo-burzowych i pełnego zachmurzenia pogoda dopisuje idealnie. Obiad w leśnej karczmie. Wieczorem oddaję rower i idę na długi spacer, bo chcę wykorzystać miejsce i czas maksymalnie.

Nocleg w hotelu (2* ale całkiem przyjemny i jako jeden z niewielu dostępny w tym terminie), a jutro (sobota) kajaki, spacery i kilka atrakcji podczas powrotu do domu.








sobota, 30 maja 2026

Podsumowanie tygodnia 460

Poniedziałek 

Uff, ale czuję się lekko. Kilka dni temu zdałem pierwszy etap egzaminów. Były to egzaminy pisemne. Przygotowywałem się do nich od mniej więcej dwóch lat, a szczególnie ostatnie trzy miesiące. Były bardzo trudne. Udało się. W jednym teście miałem 96.5%, a w drugim 89.5 Próg minimalny to 82%. Zakres materiału był olbrzymi.

Gdy wyszedłem z sali egzaminacyjnej nic do mnie nie docierało, a fakt że zdałem przyswajałem przez 2-3 dni. Na około 40 osób zdały wraz ze mną jedynie 3. Trafiły mi się pytania, z którymi nie miałem większych problemów - wiadomo - szczęście i odrobina wiedzy.

Egzamin odbywał się dość daleko ode mnie, ale nie był to wielki problem, załatwiłem to bez noclegu - wyjechałem rano, a wróciłem przed północą. W jedną stronę nieco ponad 5 godzin z przerwą. Do końca maja daję sobie czas na odpoczynek, a od czerwca zaczynam intensywne przygotowania do drugiej części egzaminów. 

Czy to mi w ogóle potrzebne? Czy dobrze robię? Czy przydadzą mi się nowe umiejętności? Czy warto się tak męczyć? Sam nie wiem...

Po pracy idę na obiad do restauracji w centrum, a potem jadę za miasto. Mam ochotę na spacer w lesie, a niedaleko (23 km) jest fajna ścieżka z konwaliami. Chcę je zobaczyć. 

W lesie pusto. Pięknie, słonecznie i ciepło.

W powietrzu unosi się fantastyczny zapach konwalii, coś wspaniałego. 

Słychać jedynie szum drzew.

Do domu wracam wieczorem, ale mogę sobie na to pozwolić. Nic nie muszę. Jest pięknie!

Wtorek

W pracy nic ciekawego, czyli dobrze. Po pracy rower. Szybkie 20 km dodaje endorfin.

Środa 

Po pracy szybki obiad w domu i jadę do centrum dentystycznego. "Co pana sprowadza do mnie?" - pyta moja pani doktor. Przyzwyczaiłem się już do jej bezpośredniego kontaktu - czasem mówi do mnie "skarbie". Jest ciut starsza ode mnie, lubię do niej chodzić. Zanim zdążyłem odpowiedzieć stwierdziła: "pięknie się pan uśmiecha, na pewno nic nie boli". 

Miała rację. Dzisiaj tylko kontrola (za co zostałem pochwalony), a gratisowo zrobiła mi usuwanie kamienia i zaprosiła na kolejną wizytę za pół roku. 

Czwartek 

W pracy robię rzeczy, których nie muszę, ale skoro mam siedzieć to zrobię. Niech się firma rozwija. Ja zdobywam doświadczenie, które kiedyś może się przydać. Po pracy jadę do sklepu z odzieżą używaną w poszukiwaniu pewnej rzeczy (nie znajduję jej) a obiad załatwiam w "restauracji" pod złotymi łukami. Dobrze że bywam tam nie częściej niż raz na kwartał, bo coś mnie ściskało w żołądku po zjedzeniu posiłku. Kiedyś jadłem tam częściej i nic nie czułem.

Piątek 

Nie jestem zadowolony ze swoich decyzji w pracy. Po przyjściu do domu męczą mnie i zmuszają do analizy, oraz konieczności dokonania korekty w przyszłości. Możliwe, że to tylko moje własne zbyt nisko ocenione działanie - trudno określić, ale sam źle się z tym czuję i nie chce takich sytuacji przeżywać. 

Sobotni dyżur zapowiada się całkiem sympatycznie. W okrojonym składzie jest ciszej i przyjemniej - o ile w ogóle tak można powiedzieć w kontekście Departamentu. 

I jeszcze majowe tulipany spod bloku kilkanaście dni temu:

środa, 27 maja 2026

Irytacja

Praktykanci. Jest ich całkiem sporo, tak jak kiedyś pisałem głównie przychodzą do mnie. Z jednym mam pewien dyskomfort. Jest średnio przygotowany do pracy z klientami, a w ramach praktyk musi popracować z nimi pod moim nadzorem. Niestety mam wtedy podwójną robotę, bo nie dość że sprawdzam wszystkie dokumenty klientów, to jeszcze muszę jego pilnować. A tu dużo się dzieje. Złego. 

Po każdej sprawie biorę tego praktykanta na bok i tłumaczę jego nieprawidłowe działanie - co nie jest niczym szczególnym - ale właśnie on mocno irytuje swoim nieodpowiedzialnym podejściem. Nie potrafi uzupełnić dokumentów, nie wie co gdzie ma wpisać, nie umie poruszać się po systemie - zatem muszę go ciągnąć jak za rękę i stale coś korygować. W dodatku nie zna wszystkich obowiązkowych przepisów, a nawet nie jest w stanie ich znaleźć.

Dziś po jednym z klientów podczas omawiania jego poczynań, dalej szedł w zaparte! Ja mówię mu jedno, a on swoje. Aż trudno mi w to uwierzyć, jak trzeba być ograniczonym aby podczas uczenia się nowych rzeczy ignorować a wręcz forsować swoje własne (niezbyt mądre) teorie. Są one tak niedorzeczne, że do teraz zastanawiam się, czy on w ogóle rozumie gdzie jest i co robi.

Mógłbym nie zaliczyć mu tych praktyk, ale zaliczyłem. Ma prawo się mylić, może zapomnieć niektórych rzeczy, może liczyć na moją pomoc, ale nie powinien kłócić się tylko uczyć, słuchać i poprawiać to co robi źle. Ponieważ "trochę" ciężko idzie mu to, poprosiłem o przejście na kolejne praktyki do moich współpracowników. Ci albo zignorują go nic nie tłumacząc, albo sprowadzą do parteru używając niezbyt przyzwoitego słownictwa.

Kiedyś miałem już podobny przypadek. Obiecałem sobie, że nie będę się tym przejmował. Ale znowu - chciałbym przekazać mu najlepszą wiedzę jaką mam, oraz tak poprowadzić jego praktyki aby wyniósł z nich jak najwięcej. Ale skoro on ma inny pomysł, to proszę uprzejmie - ale beze mnie.

Wciąż majowe tulipany: