sobota, 7 listopada 2026

Podsumowanie tygodnia 483

Poniedziałek 

Nowy miesiąc zaczynam ze zmianami w pracy. Od dzisiaj mogę zajmować się innymi sprawami klientów, co daje mi duże urozmaicenie obowiązków. Muszę się bardziej pilnować, bo to dla mnie nowość, dlatego gdy wypełniam dokumenty sprawdzam je dwa lub trzy razy.

Wtorek 

Dział kontroli wczoraj nie miał czasu, ale dzisiaj przy pierwszym kliencie za plecami stał jeden z kontrolujących. Sprawa była dość prosta dla mnie, więc wniosek z kontroli brzmiał "bez uwag". I jest to o tyle dobre, że na tym etapie mojej pracy, kontroli z takimi klientami będzie znacząco mniej.

Korzystając z pogody  (oraz tego, że skończyłem pracę wcześniej) jadę do schroniska. Chwilę przedtem odzywa się koleżanka i przesyła grafik, który pokazuje jakie psy jeszcze nie były na spacerze. Te, które znam już spacerowały, więc biorę nowe. Jednocześnie dwa - wabią się Lady oraz Plastuś (imiona nadawane są w schronisku) - oboje z tego samego kojca, podobnie wyglądają ale charakterami bardzo się różnią. 

Psy chętnie opuściły ze mną "mury" schroniska i nieopodal przez dłuższą chwilę załatwiały swoje potrzeby. Ale gdy skończyły, pojawił się pierwszy problem. Plastuś ciągnął smycz w jedną stronę (chciał iść dalej na spacer), a Lady w drugą (w stronę schroniska). Świetnie. Po kilkudziesięciu sekundach udało się wypracować kompromis, choć to chyba bardziej cud niż moje zachęty i smakołyki, którymi próbowałem działać i poszliśmy na spacer. 

Plastuś (ten bliżej) i Lady

Niestety spokój nie trwał długo, bo mniej więcej po 5 minutach był drugi problem. Lady zatrzymała się i ani w przód, ani w tył. Prawdziwa z niej dama - widać kto tu rządzi na spacerach. Bunt na szczęście nie trwał długo, ale postanowiłem wracać. W schronisku dowiedziałem się, że Lady pochodzi z patologicznego domu. Była bita i od niedawna wychodzi z klatki. To sporo wyjaśnia, szkoda że nikt nie powiedział tego wcześniej. 

Poprosiłem o jeszcze jednego psa i tym razem dostałem Benię. Jest ona duża i starsza, a z wyglądu trochę podobna do owczarka niemieckiego. Z chęcią wyszła na spacer, ale scenariusz był podobny - załatwienie swoich spraw, przez kilka minut jedzenie trawy i ciągnięcie do schroniska. Żadnego wrażenia nie zrobiły na niej smakołyki, w ogóle nie była zainteresowana głaskaniem - to był bunt na całego - liczył się tylko powrót.  Ok, nic na siłę. Możliwe, że na koniec dnia pozostały tylko psy trudne i mniej przyjazne, albo że reagują tak na nową osobę (mnie), a może dlatego że za kilka minut rozpoczynało się karmienie. 

W każdym razie, to była moja najkrótsza wizyta w schronisku. Ale polazłem jeszcze do Kokosa - tzn pod jego kojec, bo wchodzić do środka wolontariuszom nie wolno. Kokos wybiegł z budy i kilka razy powąchał moją rękę, zjadł kilka smaczków i wydawał się być odrobinę bardziej rozluźniony. Może następnym razem uda się zabrać go na spacer ❤️

Środa 

Zwyczajny dzień. Po pracy przygotowuję prezentacje do nowego projektu.

Czwartek 

Trudni klienci. Doprowadzają mnie do złego nastroju na cały dzień. 

Piątek 

Dla odmiany dziś mam umówionych samych fajnych klientów. A może to tylko moje piątkowe nastawienie? 

Po pracy wyjazd do dużego miasta, przejazd przez bardzo zakorkowane ulice nieopodal centrum (lubię to - hybryda jest do tego stworzona), oraz obiad w modnej restauracji (odrobinę trzeba było czekać na wolny stolik). Nietypowe połączenie smaków daje dużo pozytywnych wrażeń. Deser także, choć myślałem że będzie to zwykłe ciastko. Bardzo miła dziewczyna z obsługi. Dobrze wydane pieniądze. Wychodząc zauważam kolejkę - mój stolik za moment znów będzie zajęty.

Następnie spacer wśród ludzi - widać, że tu dużo się dzieje. Mijam sporą grupę zwiedzających, którzy mówią w innym języku, a na straganach można kupić lokalne pamiątki, ale także coś zjeść i wypić. I to mimo późnej pory chłodnego wieczoru poza sezonem turystycznym - podoba mi się to. Potem znowu drogowe korki (fajnie) i odpoczynek, bo to jeden z nielicznych wolnych weekendów. A poniżej - mój grudnik zaczyna rozkwitać:

poniedziałek, 2 listopada 2026

Schronisko dla bezdomnych psów

Od pewnego czasu jestem wolontariuszem w schronisku w moim małym miasteczku. Ponieważ dość często piszę o tym miejscu, chciałbym dzisiaj wyjaśnić kilka kwestii dotyczących schroniska, bo w cotygodniowych wpisach nie ma na to miejsca.

Pies, który nie miał lekkiego życia 

Chodzę tam od kilku miesięcy. Raz w tygodniu na 2-3 godziny. Podczas tego czasu zabieram psy, które tego dnia nie były jeszcze na spacerze. Zatem nie ja decyduję z kim wychodzę - no chyba że tych psów które nie były na spacerze jest kilka. Wtedy staram się wziąć Kokosa. Psa, który odczuwa bardzo silny lęk, prawdopodobnie będący następstwem jego doświadczeń z poprzedniego miejsca.

Kokos jest w kojcu z dwoma innymi psami - jeden z nich, to jego dobry kompan, dzięki któremu razem wychodzą na spacery (Kokos sam nigdy nie wyszedł na spacer). Drugi pies jest jeszcze bardziej zlękniony i nigdy nie wyszedł z kojca. Przynajmniej do tej pory. Kokos też chowa się i nie daje sobie założyć smyczy. W schronisku jest tylko jeden pracownik, który potrafi to zrobić. Nie raz już nie udawało się wziąć go na spacer, bo nie było komu wydać psa. Moja koleżanka, z którą czasem tam chodzę, potrafi już to zrobić, chociaż nie zawsze.

Gdy Kokos już ma założoną obrożę, korzysta ze spacerów ale z dużym dystansem do ludzi - o tym pisałem wcześniej. Będę starał się pracować nad nim wiedząc, że to będzie bardzo długi proces. Ten drugi pies z problemami też wymagałby pomocy. Przy mojej częstotliwości wizyt i sytuacji w schronisku, raczej będzie to niewykonalne - ale nie zamykam tego tematu.

Zdjęcie poniżej pochodzi z początku moich wizyt w schronisku. Te dwa psy mają już szczęśliwe domy.


Schronisko - ciemna strona biznesu

Jeszcze kilka miesięcy temu schronisko żyło sobie jak chciało. Nikt nie patrzył im na ręce, więc standardy bytowania psów były priorytetem na samym końcu listy. Od momentu pojawienia się wolontariuszy zaczęły się tarcia z pracownikami oraz kierownikiem. Zaniedbane psy jedzące resztki/zlewki z różnych miejsc które schronisko dostawało za darmo, zimne nieocieplone kojce, brak opieki weterynaryjnej i wiele innych o których ze względu na brutalność nie będę tu pisał. Wolontariusze stopniowo starają się zmieniać los zwierząt, ale napotykają na czynny opór.

W tej chwili toczy się kilka spraw dotyczących zaniedbań oraz tragicznych wydarzeń, które tam miały miejsce. Ja jako wolontariusz mam wrażenie, że jestem średnio mile widziany, ale przychodzę dla psów, a nie dla tego żeby ktoś się cieszył. Najnowszy problem to godziny, podczas których wolontariusze mogą wychodzić z psami. Od 10.00 do 16.00 (wcześniej do 18.00).  I jak ja mam poświęcić swój czas psom, gdy kończę kilkanaście minut przed czwartą? Zresztą nie tylko ja, jest kilku wolontariuszy emerytów, ale większość z i tak małej naszej grupy to ludzie pracujący, którzy mogą dać coś od siebie ale po pracy.

Kierownik tłumaczy tę zmianę tym, że szybciej robi się ciemno. Ale jaki to argument? Mam wrażenie, że bardziej chodzi tu o ograniczenie dla nas - wolontariuszy. W ubiegłym tygodniu, gdy wprowadzono już nowe godziny byłem dosłownie piętnaście minut przed czwartą, wydano mi dwa psy z którymi wróciłem po godzinie spaceru. I ja inaczej tego nie zrobię, no chyba że zrezygnuję z pracy.

W dodatku w poniedziałki wolontariusze w ogóle nie mogą przychodzić (niby z uwagi na prace przy kojcach - ale czy nie lepiej to robić gdy psów wtedy nie ma bo są na spacerach?!), a w weekendy godziny spacerów są jeszcze krótsze, choć akurat wtedy nie ma z tym problemów bo jest więcej wolontariuszy.

W przeszłości schronisko w ogóle było zamknięte np. podczas świąt. I tak przez kilka dni, nikt nie czuwał nad zwierzętami nie mówiąc już o spacerach, które przecież służą też podstawowym czynnościom fizjologicznym. Teraz jest już lepiej pod tym względem (ku niezadowoleniu pracowników).

Inne ograniczenia 

Wg regulaminu nie wolno nam wchodzić do kojców. Tymczasem jedną z metod socjalizacji jest przebywanie w pewnej odległości od lękliwego psa - np. przebywając z nim w kojcu tak, aby przyzwyczaił się do obecności człowieka i nauczył się, że nic mu nie grozi. No ale nie wolno. Dlaczego? Bo nie. Na razie odpuszczam, ale od wiosny będę naciskał na możliwość takiej pracy z psiakami.

Za to nie ma nic w regulaminie n/t adopcji. I zdarza się, że przyjeżdża ktoś zupełnie nam obcy, wybiera psa kierując się tylko wyglądem, a po kilku dniach pies ucieka z takiego domu lub jest oddawany z powrotem. Bo okazuje się, że pies nie toleruje np. domowego kota, czy innych zwierząt. Albo że pies niszczy przedmioty wokół siebie, a nowy właściciel po prostu go wypuszcza w świat. Dla psa to kolejne kłopoty i nadchodzące traumy. Ale dla schroniska liczy się, że pies zyskał nowy dom. Z tym, że jaka jest jakość tego domu i czy to na pewno dobry wybór/miejsce dla tego konkretnego psa, to już się zupełnie nie liczy. My, wolontariusze, postulujemy, aby osoba adoptująca przyszła na co najmniej 3-4 spacery z wybranym psem, żeby się dowiedziała o nim czegoś więcej niż tylko to jakie ma umaszczenie.

Nadzieje 

W schronisku są w większości psy z trudną przeszłością. Wymagające uwagi, spokoju, umiejętnego podejścia i czasu. Te cechy nie sprzyjają temu miejscu, ale dobro ludzi jest ogromne i widzę, jak bardzo zaangażowani są ci, którzy poświęcając swój czas pracują z psami. Trochę się też zmienia wśród pracowników - ostatnio jeden z nich był na szkoleniu behawioralnym. Nie wiem jaki jest dla psów, ale za ludźmi nie przepada - trudno mi się z nim dogadać, gdy chcę wziąć psa na spacer - ale nie o tym. Schronisko zakłada monitoring (przez większość doby w schronisku nie ma żadnego pracownika) oraz montuje oświetlenie (do tej pory było tam ciemno jak w jaskini). Dla psów kupowana jest już pełnowartościowa karma, a na zimę kojce będą wyściełane grubymi kocami. To dużo i mało jednocześnie, bo wciąż w wielu aspektach schronisko nie staje na wysokości zadania. Nie chcę o nich pisać, bo nie są ani miłe, ani łatwe szczególnie dla osób wrażliwych.

Marzenia i plany

Lubię tam być. Mimo że nie jest tam ani lekko ani łatwo, przebywanie z psami daje sporo wyciszenia. Idę, biorę pod swoją opiekę psa/psy i wyruszamy starając się omijać kłopoty. Czy to Kokos, czy inny pies, radość jest zawsze taka sama, a leśne ścieżki pokonywane z nimi dają tyle samo frajdy. 

Ostatnio miałem sen, w którym spacerowałem sam po tym lesie. Zwykle tam nie chodzę, bo to drugi koniec miasta. I tak idąc sobie, ni stąd, ni zowąd przybiegł pies ze schroniska - ten kompan Kokosa. Kucnąłem, a on wtulił się w kolana i zamarł na kilka chwil... Gdybym mógł, zabrałbym jakiegoś psiaka do domu, ale gdy większość czasu mnie tam nie ma, to byłaby dla niego męka.

Ten jesienno-zimowy czas nie będzie nam sprzyjał, ale mam nadzieję że dla tych psiaków najgorszy czas jest już za nimi. Chciałbym trochę się douczyć w kwestii pracy z trudnymi psami, aby zapewnić im bardziej świadome spacery, połączone z nauką i socjalizacją. Możliwe, że kierownik i pracownicy schroniska zrozumieją, że to co robimy nie jest przeciwko nim, a dla lepszego losu zwierząt. Ja mam już wygodne i łatwo czyszczące spodnie, wygodne buty oraz latarkę czołówkę. A na wszelki wypadek także gaz pieprzowy na zwierzęta. Kupię sobie jeszcze jakieś fajne i wygodne smycze i nic już mi nie będzie straszne 😎

sobota, 31 października 2026

Podsumowanie tygodnia 482

Poniedziałek 

Dość nieprzyjemna sprawa w środku dnia pracy (tym razem nie ze strony klientów ani managera). Zauważam, że nie wpływa ona na moje dobre samopoczucie. Dziwne, ale mógłbym tak reagować w większej liczbie trudnych przypadków. 

Wtorek 

Po pracy jadę do schroniska. Znajoma już dzień wcześniej uprzedziła mnie, że tam panują nowe zasady, ale napiszę o tym w oddzielnym wpisie. Zabieram Kokosa (na dzień dobry znowu pacnął mnie delikatnie nosem) i jego kompana z kojca. Idąc z dwoma psami (jeden bojaźliwy, drugi odważny i ciekawski) nie mam jak popracować z Kokosem, ani nawet zrobić zdjęć. Początkowo kieruję się w stronę ruchliwej ulicy (chcąc uniknąć błotnistej drogi która prowadzi do lasu), ale gdy się zbliżamy zauważam, że Kokos boi się także samochodów. Zatem nie ma rady - wracamy i idziemy mimo kałuż i błota w stronę lasu. 

Przysmaki, które mam ze sobą też trudno mi rozdać, bo ten odważny pies skacze i łapczywie domaga się każdego kęsa (nie mogę go karmić z ręki, bo mógłbym stracić palce), a Kokos widząc zamieszanie próbuje się chować, choć też miałby ochotę na jedzenie. Dzielę je sprawiedliwie. Kokos bierze ostrożnie i delikatnie tak, że mogłoby go karmić nawet dziecko. Nie pytajcie, jak bardzo byłem umorusany gdy ten odważny kilka razy skoczył na moje nogi. Dobrze, że jest małym psem bo inaczej cały byłbym w błocie. Nauczony doświadczeniem przebieram się po pracy w wygodne i łatwe w czyszczeniu spodnie, ale tak czy inaczej warunki nie sprzyjają pracy z nimi, a Kokos potrzebuje dużo czasu, przestrzeni i spokoju. Z tym, że on bez tego kompana z kojca w ogóle nie wychodzi.

W dodatku dostałem okropne smycze - długie i plączące się. Przez chwilę zastanawiałem się, czy zrobiono to celowo... Plus taki że psy załatwiły swoje potrzeby (sikanie i te sprawy w dużych ilościach), a ten odważny został wygłaskany tak, że aż tarzał się ze szczęścia. Kokos stał wtedy obok - nie za blisko - i patrzył, ale w pewnym momencie, gdy udawałem że go nie obserwuję, podszedł i powąchał mnie z boku przez krótką chwilę. Fajowo! Ależ mnie to ucieszyło! 

Na zdjęciu poniżej ten odważny psiak podczas poprzednich spacerów:


Środa 

Normalny dzień, bez większych przebojów.

Czwartek 

Po pracy kolejne krótkie szkolenie z managerem. Nic ciekawego ani nowego. Po nim wychodzę na parking akurat z kolegą, który półszeptem mówi, że nic nie zrozumiał z tego szkolenia. I że ma do mnie kilka pytań odnośnie tego. Na szczęście nie w tej chwili, bo właśnie teraz każdy rozjeżdża się w swoją stronę.

Piątek

Ciężki dzień. Klienci nie przesadzali z wykorzystaniem procesu myślowego, a obserwowanie tego doprowadza mnie na skraj wytrzymałości. 

W domu gotowy obiad szybko podgrzewam, a po zjedzeniu zbieram się na saunę. Już z rana zaproponowałem sąsiadce z parteru, że mogę ją zabrać - bo podczas krótkiej rozmowy zadeklarowała że też ma ochotę na taki relaks. Na szczęście na miejscu nie musieliśmy trzymać się razem. 

Zafundowałem sobie aromatyczny kawowy peeling w saunie parowej, a podczas seansów królowały zapachy mięty i mentolu połączonego z pomarańczą. Cudownie. Z minusów - tłok na drugim seansie, oraz gadająca ekipa zza wschodniej granicy - z tego co zauważyłem byli pierwszy raz podczas ceremonii. 

Sąsiadka nawet pomyślała o mnie w tym tłoku, bo gdy najpierw wchodzą panie ciężko dostać się tam, gdzie jest ochota - a ona wiedziała że lubię górną półkę i zarezerwowała miejsce. Miło. 

Weekend pod znakiem przygotowań do nowego projektu o którym wspominałem - czyli laptop i dobra herbata. A że za oknem deszczowo nie ma wielkiego żalu...