Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stres. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stres. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 września 2026

Egzamin poprawkowy

Zapewne pamiętacie, że mniej więcej dwa miesiące temu miałem dwa egzaminy - z których jednego nie zdałem (z Agatą) a drugi zdałem (z Grześkiem). Złożyłem odpowiednie dokumenty i kilka dni temu podszedłem do egzaminu poprawkowego. 

Tak jak poprzednio, egzamin ten składał się z czterech modułów, w których jakikolwiek błąd mógł powodować porażkę całego egzaminu. Ćwiczyłem w swoim Departamencie, ale to byłoby zbyt mało, dlatego już wcześniej zarezerwowałem stanowiska do ćwiczeń w miejscu zdawania egzaminu. Wziąłem kilka dni wolnego i ruszyłem do dość odległego miejsca - właśnie po to aby uczyć się i poznać ewentualnych partnerów z którymi to rozwiązuje się zadania. 

Niezbyt ciekawy widok z hotelu 

Tym razem także trafiłem na dziewczynę - powiedzmy że miała na imię Ania. Znałem ją już z poprzednich egzaminów, mieliśmy świetny kontakt mimo jej porywczości, dość sporej dozy wyższości i chęci rządzenia. Przypuszczając że będę z nią w parze większość ćwiczeń robiliśmy wspólnie, choć nie wszystkie bo było to niemożliwe. Ale do rzeczy. Komisja na sam początek zaprosiła ją oraz mnie. Po sprawdzeniu naszych dokumentów od razu przystąpiliśmy do rozwiązywania zadań. Czułem tak wysokie ciśnienie, jakbym działał na jakichś dopalaczach, choć od kilku dni prawie nic nie jadłem. Ona zaczęła, a ja sprawdzałem jej działania. 

Od samego początku Ania dodawała mi nowe powody do stresu, gdyż niestety wykonywała zadania nieprawidłowo. Miałem mniej niż kilka sekund na ocenę, oraz wydanie instrukcji co dalej. Mogłem utrudnić, ułatwić lub pozostawić bez zmian zadanie, ale oczywiście zrobiłem wszystko aby jej ułatwić. Naturalnie wszystko pod czujnym okiem komisji, która bezgłośnie obserwowała nasze działanie. W drugiej próbie Ania wybrnęła i mogliśmy przejść do kolejnego zadania.

Ale tu, gdy powinniśmy już rozpoczynać Ania wymyśliła (?!) że skorzysta z możliwości chwilowego swobodnego poruszania się po oprogramowaniu. Wszyscy myśleliśmy, że potrwa to maksymalnie pół minuty i zaczniemy dalej, ale ona robiła to przez równe 8 minut! (mierzyłem). Oczekując tak długi czas sam już nie wiedziałem co mam robić, zatem delikatnie zapytałem komisję, ale odpowiedzieli żeby poczekać... Z tym, że czułem ich zniecierpliwienie i narastającą złość, co mogło na nas oboje skutkować w niedalekiej przyszłości...

Gdy w końcu Ania przystąpiła do drugiego zadania wydarzyło się coś, co nie powinno. Ona zignorowała pewną niezbyt istotną zasadę, a ja tego nie zauważyłem. Oczywiście gość z komisji zauważył, ale o dziwo nie przerwał nam. Dopiero po zakończeniu zadania podszedł do mnie i powiedział "jak ktoś ma miękkie serce to ma twardy tyłek*". Początkowo nie wiedziałem co ma na myśli, ale nie mogłem się na tym skupić bo Ania miała do wykonania kolejne zadania, a ja musiałem wszystko sprawdzić, zatwierdzić, zmienić ustawienia i zrobić kilka innych rzeczy w odpowiedniej kolejności. Gdzieś z tyłu głowy miałem jednak słowa egzaminatora z komisji, ale musiałem to zostawić na później.

* użył on innego określenia

Ania znowu kilkukrotnie myliła się, ale w granicach dopuszczalnych z tym, że dla mnie było to bardzo wyczerpujące momenty. Jej egzamin wisiał na włosku! Mój także! Presja czasu, pamiętanie swojej roli oraz kontrolowanie jej było niezwykle trudnym zespołem czynności, który z każdą minutą odbierał mi sił. Ostatnim etapem pierwszego modułu była moja ocena Ani. Pozytywna. Komisja to zatwierdziła. Nastąpiła zamiana ról z tym, że ja byłem już wyczerpany i średnio nadawałem się do czegokolwiek.

Rozpocząłem zaskakująco sprawnie, a na pytanie Ani "czy chce pan swobodnie poruszać się po programie operacyjnym zanim przejdziemy do kolejnego zadania?" odpowiedziałem "nie". Zauważyłem wtedy uśmiech i potwierdzenie jednego z członków komisji. Widocznie co najmniej my obaj uznaliśmy, że szkoda na to czasu. Lekko dodało mi to siły i z werwą zabrałem się do zadania, które okazało się bardzo proste. Kolejne musiałem powtarzać, bo popełniłem błąd ale każde następne poszło całkiem nieźle. Zanim jeszcze Ania wydała mi ocenę ten sam gość z komisji powiedział "umie pan te zadania, dobrze sobie pan z tym poradził". Ja tymczasem oceniałem się znacznie niżej, byłem zawiedziony tym że jedno z zadań musiałem powtarzać. Wiem, że je umiałem i byłem zły że nie poszło idealnie. Nie czekając na decyzję Ani komisja zaprosiła nas bliżej siebie. "Pani Aniu, zdała pani tylko dzięki temu panu. Oboje proszę czekać na kolejne etapy egzaminu".

Tu nastąpiła ponad dwugodzinna przerwa. Zjadłem banana (od dwóch dni żywiłem się jogurtem bez cukru, wodą oraz wafelkami też bez cukru. I zjadłem też dwie gałki lodów - z cukrem). Wypiłem litr wody. Gdy zerknąłem na telefon który został w aucie (w czasie egzaminu nie wolno mieć urządzeń elektronicznych przy sobie) było tam sporo wiadomości od znajomych z pytaniem "zdałeś?" - ale wciąż nie mogłem na nie odpowiedzieć... 

Gdy komisja skończyła przerwę ponownie zaprosiła Anię i mnie do modułu trzeciego i czwartego. Zanim zaczęliśmy musieliśmy się przygotować - znów pomagałem Ani - ale było to dopuszczalne i legalne. Po kilku minutach byliśmy gotowi i zaczęliśmy. Ta sama komisja, inne zadania, ale problemy te same... Ania knoci je, a ja dwoję się i troję aby jakoś z tego wybrnąć, bo jej średnie przygotowanie do egzaminu może utopić ją i mnie. Rany, ile ja miałem wątpliwości jak ocenić to co ona wyprawiała... Na szczęście mniej więcej w połowie Ania uspokaja się i nie mam z nią problemów już do końca. Wystawiam jej ocenę pozytywną, a komisja prosi o zamianę ról - wtedy Ania pomaga mi przygotować się do zadania. Warunki zewnętrzne zaczynają się dynamicznie zmieniać, ale muszę wytrzymać jeszcze kilkanaście minut - próbuję skupić całą swoją uwagę na zadaniach i uwagach od Ani. Ostatni moduł jest dla mnie najłatwiejszy i najtrudniejszy - bo w tym module czuję się najlepiej, ale w ogóle nie mam już siły i czuję że napędza mnie już chyba tylko strach i stres.

Po ostatnim zadaniu komisja zaprasza nas ponownie do siebie. Najpierw podsumowanie dotyczy Ani, ale widzę że jeden z egzaminatorów patrzy na mnie z lekkim uśmiechem i daje do zrozumienia, że u mnie jest "ok". Tymczasem komisja zadała pytania Ani. Aby zdać, należy na te pytania odpowiedzieć, ale Ania nie wydobyła  z siebie ani słowa - zupełnie nic! Mógłbym odpowiedzieć za nią, bo to były banalne pytania, ale jedna z zasad brzmi - nie pytany nie wyrywaj się do odpowiedzi. Komisja zmieniła zestaw pytań, Ania coś tam z siebie wydusiła, ale brzmiało to bardzo nieudolnie. Podsumowanie jej działania było niezbyt miłe, ponieważ komisja oceniła ją najniżej z całej grupy pięciu osób, które zdawały ten zakres materiału. I powiedzieli jej o tym wprost, bez żadnego owijania w bawełnę. Zabolało. Dodali ponownie, że zdała tylko dzięki temu panu obok - wskazując na mnie. 

Po kilku minutach przyszła kolej na mnie. Pytania jakie dostałem było proste, zatem mogłem zrobić mały wykład, ale komisja przerwała mi po krótkiej chwili oznajmiając, że ja również zdałem. Ufff. Oboje podziękowaliśmy oraz bezszelestnie oddaliliśmy się od komisji jakbyśmy nie wierzyli w to, co się właśnie wydarzyło!

Czułem, że kręci mi się w głowie i że muszę usiąść. Po chwili podeszła Ania, pogratulowaliśmy sobie ponownie, chwilę porozmawialiśmy i trzeba było zbierać się do domów. Zebrałem swoje materiały, krótko odpowiedziałem na dziesiątki wiadomości i ruszyłem do domu. Czekało mnie ponad pięć godzin jazdy w burzy, silnym wietrze i słońcu które pojawiało się w przerwach między burzą. W międzyczasie zadzwoniła Ania aby podzielić się wrażeniami i emocjami, które ciągle buzowały w nas obojgu.

Doszedłem do tego, co sobie zaplanowałem już ponad dwa lata temu. Pokonałem wszelkie zakręty i przeciwności losu, nauczyłem się rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłem. Włożyłem w to mnóstwo pracy, wysiłku, czasu i pieniędzy. Jestem już prawie na samym szczycie. Gdybym chciał, to pozostał mi już tylko jeden egzamin i miałbym wtedy ostatni szczebel kwalifikacyjny, który mogę osiągnąć w Departamencie. Prawdopodobnie niebawem rozpocznę przygotowania do niego, ale na razie nie myślę o tym.

Podczas tego wyjazdu spotkałem Grześka, z którym zdawałem egzamin dwa miesiące temu. Spotkanie było zupełnie celowe, bo przejąłem inicjatywę i zorganizowałem nam wspólny nocleg. Mieliśmy w planach także delikatne świętowanie naszego sukcesu, oraz wspólne podtrzymywanie się na duchu. A ponieważ dogadujemy się bez zbędnych słów, uczyliśmy się razem mimo tego że on miał nieco odmienny materiał niż ja. Sprawdziłem jego zadania, a on moje. Było też trochę czasu wolnego, zatem obaj zwiedzaliśmy atrakcje miasta, był spacer i lody. Niestety Grzesiek nie zdał swojego egzaminu. Mam z nim kontakt, podobnie jak z innymi ludźmi poznanymi podczas tego i poprzedniego egzaminu. Naturalnie nie ze wszystkimi, ale są wśród nich takie osoby, z którymi naprawdę dobrze się rozmawiało. Chciałbym utrzymać te znajomości, choć wiem że ta druga strona także musi mieć taką chęć.

Dziś, po kilku dniach od egzaminu nie opadły jeszcze wszystkie emocje. Wciąż myślami bywam tam, z Anią, z komisją, przy stanowisku, na naukach z Grześkiem... Zakończył się pewien etap, czuję że mogę już odpocząć i zająć się czymś innym niż nauka. Przynajmniej przez jakiś czas 😀

sobota, 5 września 2026

Podsumowanie tygodnia 474

Poniedziałek 

Zaczynam kolejny tydzień intensywnej nauki. Po pracy zostaję i ćwiczę rozwiązywanie zadań. Wracam dość mocno zmęczony i muszę zmienić plany rezerwacji noclegów, bo sprawa się trochę komplikuje. Robię to przez aplikację, bo do północy mam możliwość bezpłatnego anulowania. Konsultuję przez telefon z drugą osobą warunki noclegu, ale spokojnie mógłbym to sobie darować gdyż słyszę "zrób jak chcesz". Początkowo trochę mnie to zirytowało, ale w piątek się okaże, że zupełnie niepotrzebnie. A nawet mógłbym się tego luzu nauczyć.

Wtorek 

Dojazd do pracy ciut dłuższy, bo z rana większy ruch - początek roku szkolnego. 

Po kilku akrobacjach udaje mi się pokonać wszystkie kłody pod nogi które niedawno zostały rzucone. Nie sądziłem jednak, że tyle pracy i wysiłku da tak mały efekt. To na razie tylko wstępne wyliczenia, bo wszystko okaże się gdy dostanę awans na piśmie.

Środa 

W ciągu dnia kilka miłych rzeczy, ale przelatują przed oczami zostając tylko na chwilę. Za to mnóstwo energii i czasu kieruję na negatywne elementy ostatnich dni. Dobrze byłoby to zmienić. 

Wieczorem pakuję się. 

Tymczasem osoba obdarowana codziennie jeździ na rowerze. Jest nim zachwycona! A ja zadowolony, że prezent się podoba i jest używany.

Czwartek

Wyjeżdżam z samego rana. Jadę daleko. Na miejsce dojeżdżam w godzinach szczytu popołudniowego. Spotykam znajome twarze, które okazują mi trochę sympatii i uśmiechu. Miłe. Nie jestem pewien czy odpowiednio to doceniam.

Wieczorem spaceruję mając m.in. takie widoki w witrynie:

Później nocny spacer w dobrym towarzystwie, a jeszcze później długie rozmowy przy delikatnym drinku. Teoretycznie powinienem szybko zasnąć, ale nie tym razem.

Piątek 

Będąc w nowym miejscu ciężko mi się wyspać, mimo że okoliczności sprzyjają. A może właśnie nie? Mnóstwo bodźców. Zbyt dużo. Dobre rzeczy mieszają się z nowymi, z którymi mierzę się po raz pierwszy w życiu. Już wiem, że będę je analizował przez długi czas. Będą się kotłować w głowie a ja będę przeżywał je od przodu i tyłu. Ale jeszcze nie teraz, bo nie mam na to czasu. Do niedzieli włącznie będę jak gąbka, która wchłania całą wilgoć.

Jednocześnie odpoczywam od Departamentu. Mimo że tam sporo się dzieje nie dopytuję o szczegóły. Może i trochę mnie to interesuje, ale wydaje mi się że nie powinno. 

Widzę, że jest jakiś problem z dodaniem komentarzy, mam nadzieję że niedługo się to zmieni.

sobota, 29 sierpnia 2026

Podsumowanie tygodnia 473

Poniedziałek 

Staram się o awans, ale kilka kłód pod nogi zostało rzuconych. Dość skutecznie je eliminuję z wyjątkiem ostatniej. Wciąż liczę na uczciwość, bezstronność i profesjonalizm działania - ale jak się okaże do końca tygodnia - moja naiwność wciąż ma się dobrze.

Wtorek

Po pracy dentysta. Rekonstrukcja korony zęba. 500 zł. Ale efekt warty cierpienia i tych pieniędzy.

Środa

Pierwszy raz idę sam do schroniska. Najpierw z jednym a potem z drugim psiakiem wychodzę na mniej więcej godzinne spacery po lesie. 


Jeden i drugi bardzo fajny. Ten u góry lubi być głaskany i przytulany, choć początkowo jest nieufny. A ten poniżej jest mega opanowany i spokojny. To mój ostatni spacer z nim, bo ktoś zgłosił się z chęcią zabrania go do nowego domu.


Czwartek

Korzystam z pogody i jadę na wycieczkę rowerową. Wieczór już chłodny, ale potrzebuję trochę wyciszenia i odpoczynku.


Piątek 

Kilka nowych/starych problemów życiowych. 

A poza tym ćwiczę przed egzaminem. Udaje mi się zdobyć starsze oprogramowanie - wygląda inaczej, bardziej pokracznie i po prostu gorzej niż to co mam tu w Departamencie. 

Mimo tego że rozwiązywałem zadania prawidłowo, tylko nieznacznie poprawiło to mój humor. 

Jutro po pracy jadę z rowerem do solenizanta - ale to dopiero na wieczór, więc wrażenia i reakcje opiszę tu później.

sobota, 15 sierpnia 2026

Podsumowanie tygodnia 471

Poniedziałek 

Szykuję prezent urodzinowy. Mam jeszcze kilka tygodni, ale już zastanawiam się czy będzie to lot balonem, weekend w SPA, wycieczka zagraniczna lub rower elektryczny - sam nie wiem co mam wybrać. Wiem, że kupię bilet na koncert zespołu który jubilat uwielbia, będzie też tort i kolacja w restauracji. Ale wciąż nie mam pojęcia co będzie najlepszym wyborem prezentu - zapytanie wprost odpada. To okrągła rocznica urodzin, zatem muszę coś specjalnego wymyśleć. Skłaniam się ku rowerowi, bo jak się nie spodoba to najwyższej sam będę nim jeździł 😁 Tymczasem SPA lub wyjazd zagraniczny oznacza, że i ja będę musiał sobie wziąć taki sam pakiet - a to raczej niemożliwe.

Wtorek

Ustalam grafik na wrzesień z działem kadr. Aż sam się dziwię, że nie mają zastrzeżeń do moich planów urlopowych a w szczególności do ilości wolnych dni.

Środa

Dzień pełen wrażeń. Z rana głowę zaprząta mi ważna sprawa, którą muszę załatwić przed egzaminem poprawkowym. Przygotuję się wcześniej dokładnie analizując co chcę uzyskać i jak poprowadzić rozmowę. Trochę wątpię, czy nie wymagam zbyt dużo, ale  dzwonię i ostatecznie załatwiam to, co dokładnie chcę. Super.

Po pracy schronisko. Jesteśmy w trzy osoby - koleżanka, pewien gość i ja. Mamy trzy dość duże psy. Podczas powrotu ze spaceru do schroniska, pies koleżanki (poniżej) rzuca się do małego pieska (wolontariusze wyprowadzają psy, więc siłą rzeczy mijamy się po drodze do/z schroniska) idącego z przeciwnego kierunku. Przez chwilę udaje się go utrzymać względnie z dala od malucha, ale po kolejnym mocnym szarpnięciu, smycz się poddaje - jeden z metalowych elementów pęka, a pies z pełnym impetem dopada biednego malucha*. Dalszy opis jest dość drastyczny, więc przejdę od razu do podsumowania tego zdarzenia.

Maluch przeżył, choć początkowo nie był w stanie wrócić o własnych siłach do schroniska. Jest bardzo wystraszony i trochę poturbowany, ale wykaraska się. Gorzej z koleżanką. Natychmiast zawiozłem ją na SOR, bo podczas szamotaniny i próby rozgonienia towarzystwa mocno oberwała.

Cud, że mój pies (poniżej) nie dołączył do tej bójki, bo szarpał i wyrywał się w każdą stronę. Tylko pies gościa był względnie spokojny, co dało mu szansę na pomoc w opanowaniu sytuacji. On doznał jedynie powierzchownych zadrapań. Wniosek - należy bardziej unikać spotkań z innymi psami, bo te z tych samych kojców żyją w zgodzie, ale z innymi psami nie.

Zorganizowałem kierowcę i wróciłem do schroniska, aby zabrać auto koleżanki. A wcześniej poinformowałem jej męża o zdarzeniu oraz o tym, że może jechać od razu do szpitala, bo ja przyprowadzę ich pojazd pod blok.

*** *** ***

*Ten pisk, wrzask i skowyt są dźwiękami, których nie chciałbym słyszeć a niestety wciąż mam je w pamięci.

Czwartek 

W pracy wymagająco. Temperatury odpuściły, ale klienci wprost przeciwnie. Testują moją cierpliwość oraz nie grzeszą kulturą. Do tego poddenerwowany manager, którego najlepiej unikać. Ale niebawem weekend i odpoczynek. Psychicznie źle się czuję.

Po pracy buszuje w internecie w poszukiwaniu prezentu. Opcja rowerowa coraz bardziej do mnie przemawia.

Wieczorem kolejny problem przychodzi wraz z mailem. Linia lotnicza, z którą we wrześniu lecę na wakacje do ciepłych krajów, zmienia mi godzinę wylotu (z godziny 15.40 na 7.40), a tym samym dezorganizuje ustalony już wcześniej termin parkingu. Czyli muszę dzwonić i zmieniać rezerwację, ale to jutro lub w przyszłym tygodniu. No i oznacza to, że będę musiał w nocy jechać do stolicy, bo na lotnisku muszę być co najmniej 2 godziny wcześniej.

Piątek 

Piękne lato. Po południu szybki wyjazd do dużego miasta, ale łatwo nie jest - bardzo duże natężenie ruchu+remont na głównej drodze. 

A gdy już dojeżdżam: najpierw wizyta u fryzjera. Lubię go, facet na poziomie - można z nim normalnie porozmawiać, a przy okazji świetnie strzyże. Stara się być neutralny politycznie i co najważniejsze - nie przeklina. Następnie małe zakupy w dyskoncie pełnym ludzi. Potem już tylko przyjemności - późna kolacja, która trochę łamie moje zasady żywieniowe. Nie dość że dużo węglowodanów, to jeszcze pora zbyt późna. "Za karę" z restauracji wracam pieszo - 2 kilometry zawsze jakiś ruch.

Kurczak souse vide, ziemniaki opiekane, sos tymiankowo - truflowy, wędzony twaróg i sałatka.

niedziela, 12 lipca 2026

Podsumowanie tygodnia 466

Poniedziałek 

To będzie tydzień, który determinuje tylko jedno słowo - nauka. Po pracy zostaję w firmie do późnych godzin i uczę się. W sobotę będę miał egzaminy.

Wtorek

Przygotowania do egzaminów rozpocząłem od dwóch lat stopniowo poznając zagadnienia. Z każdym miesiącem starałem się coraz bardziej uczyć i poznawać kolejne możliwości i umiejętności w rozwiązaniu zadań. Ale także w radzeniu sobie w nietypowych i skomplikowanych sytuacjach.


Środa 

W pracy nic nowego, ale zanim dotrę do domu jest już około godziny 21.00. Intensyfikacja wysiłku i nauki, czuję się jakbym był w innym świecie bo nie myślę o niczym innym i nic nie determinuje mojego skupienia jak zbliżająca się sobota. 

Telefon dzwoni co chwilę, a ilości odebranych wiadomości liczą się w dziesiątkach. Dlaczego? Ponieważ już kilkanaście dni temu starałem się zebrać ludzi z innych Departamentów, którzy będą również zdawać egzaminy. Trochę wcieliłem się w rolę lidera, który scala grupę, nadaje jej kierunek działała i ustala najmniejsze szczegóły realizacji operacji - ponieważ egzaminy będą się odbywały jednoosobowo ale także w parach. A trafić na dobrą osobę, to połowa sukcesu... Dlatego piszemy i dzwonimy do siebie i próbujemy ustalić plan działania, bo chcąc dobrze zagrać koncert w duecie trzeba być albo genialnie przygotowanym, albo zrobić chociaż kilka prób. Wiadomo - jak ktoś jest słaby to nie będzie to dobry koncert...

Czwartek 

Ostatni dzień nauki - w piątek planuję regenerację. Niestety nie miałem możliwości złapać wszystkich ludzi i zacząłem się bać, żeby tylko nie trafić na kogoś nieprzygotowanego i nieznanego mi wcześniej. 

Piątek 

Od kilku dni sypiam po 3-4 godziny. Budzę się około 3 nad ranem i tyle spania. Ale nie czuję zmęczenia. Jem tyle co nic, ale nie czuję głodu. Nie mam na to czasu, bo mimo planów regeneracji wciąż ustawiam grupę - a dokładnie dwie grupy ponieważ jutro mam egzaminy z dwóch różnych przedmiotów. 

Dwa egzaminy składające się z łącznie 8 modułów oraz kilkudziesięciu pod modułów. Scenariusze wybiera komisja, podobnie z doborem zdających w pary. Do moich obowiązków należy m.in. odpowiednie zakwalifikowanie sprawy, wybranie aplikacji do jej obsługi, oraz zakończenie jej w odpowiednim czasie z właściwym wynikiem naturalnie. Najmniejsze niedopatrzenie dyskwalifikuje. 

W kolejnych etapach m.in. widzę na ekranie poszczególne kroki rozwiązywania zadania przez drugiego uczestnika egzaminu, a moim zadaniem jest błyskawiczna ocena poprawności wykonania zadania. Jeśli czegokolwiek nie zauważę, komisja przerywa test wyrzucając mnie i drugą osobę z pary. Dlatego tak ważne jest, aby mieć dobrze przygotowaną osobę znającą procedury, technikę oraz kolejność wykonywania działań. Oceniane jest słownictwo, czytelność przekazu oraz wszystko, co ma wpływ na obsługę klienta.  Oczywiście komisja potrafi celowo zmienić jeden wyraz w zadaniu tak, że można łatwo wpaść w kłopoty. Na grupach analizujemy różne sytuacje także te, które komisja może spowodować celowo. 

Sobota 

Egzamin mam o 10.00. Pół godziny wcześniej dowiaduję się, że są jeszcze dwie osoby które dopiero przyjechały 😱 Biorę je szybko do grupy i tłumaczę ustalenia, które wypracowaliśmy przez te kilka dni. Nowe osoby potwierdzają że będziemy działać tak jak mówię. 

Egzamin nr 1:

Dwie godziny później komisja wywołuje mnie oraz jedną z tych nowych osób - Agatę. Jesteśmy pierwszą parą. Idę zadowolony że wszystko mamy ogarnięte i rozpoczynam działania. Ona widzi to na swoim ekranie. Pierwsze zadanie ok, drugie ok. Trzecie zadanie rozwiązuję bez problemu, ale ona zgłasza komisji nieprawidłowość. Ta robi szybką naradę i przyznaje jej rację, a ja mam prawo do poprawki - więc wykonuję zadanie raz jeszcze starając się zrobić je lepiej niż przed chwilą. Skupiam się z całych sił i wykonuję zadanie kilka sekund szybciej, ale wynik wciąż jest ten sam i widzę, że jest taki jaki powinien być. Po zakończeniu znowu dostaję od Agaty ocenę negatywną. Jestem totalnie zdziwiony. Narada komisji i podtrzymanie jej decyzji. Nie zdałem.

Wynik mojego działania był prawidłowy, wszelkie niuanse wykonałem zgodnie z przepisami, ale... Agata nie trzymała się ustaleń które wcześniej poczyniliśmy, a ja nie wychwyciłem tego co do mnie powiedziała przed rozpoczęciem zadania. Formalnie wszystko było idealnie i zgodnie z przepisami - a co najważniejsze wynik rozwiązania zadania był prawidłowy. Ustaliliśmy przed egzaminem, że w taki sposób rozwiązujemy to zadanie.

Gdy wyszedłem z sali, na długim korytarzu było mnóstwo ludzi, którzy pytali co się stało. Miałem ich i wyszedłem przed budynek, czułem świeży i całkiem rześki wiatr, który ochładzał moją mokrą koszulę. Możliwe, że słońce świeciło mi prosto w oczy, ale nie przeszkadzało mi to wcale. Oddychałem głęboko i spokojnie. Czułem niezrozumienie i gorycz. Ludzie z grupy próbowali pytać co się stało, ale widzieli że to nie jest właściwy moment i szybko dali mi spokój. W ciągu kilku minut oczy lekko się zaszkliły - ale wiatr szybko je osuszył. Opowiedziałem mojej grupie później co się stało. Wszyscy byli zdziwieni. Z Agatą, która z sali wyszła później, nie rozmawiałem o tym. Nie chciałem, a ona też nie podeszła do mnie. Wiem, że nie zdała na kolejnych modułach i wiem, że pozostali z grupy mieli do niej pretensje za to co zrobiła.

Egzamin nr 2 

Po kilkunastu godzinach oczekiwania, podczas którego po prostu czekaliśmy w nerwach i stresie, w końcu usłyszałem swoje nazwisko do drugiego egzaminu. A wraz z nim nazwisko Grześka - drugiego człowieka do pary. Jakoś tak się ułożyło, że podczas oczekiwania sporo rozmawialiśmy i ogólnie trzymaliśmy się razem. Poznałem go już w czwartek, przyjechał z odległego Departamentu w tym samym celu co ja. Wydawał mi się elokwentny, nie zadawał oczywistych pytań i nie miał głupich pomysłów. Był poukładany i ładnie ubrany - co było tu rzadkością niestety. 

Zanim zaczęliśmy, nawzajem sprawdziliśmy swoje stanowiska pracy. Pierwsze zadanie sprawnie i bez udziwnień, drugie, trzecie tak samo - cały moduł wykonany został bezbłędnie. Komisja widząc nasze działanie zajęła się sobą zupełnie nam nie przeszkadzając. My tymczasem działaliśmy według ustalonego schematu, jakbyśmy pracowali ze sobą długi czas. W efekcie eliminuje to możliwość różnej interpretacji oraz ułatwia ocenę. Po każdym zadaniu dawaliśmy sobie czas na sprawdzenie tegoż oraz na przygotowanie do kolejnego etapu. Po zakończeniu tej części komisja zatwierdziła naszą współpracę, a my podaliśmy sobie ręce i po wyjściu z sali  oczekiwaliśmy na kolejne części zadań. 

I on i ja chcielibyśmy wykonywać je razem,  także w kolejnych modułach, ale jak wspomniałem - wszystko zależy od komisji. Z obawą obaj patrzyliśmy na kolejnych egzaminowanych, których działania przypominały błądzenie dziecka we mgle. Szybko odpadali z wynikami negatywnymi. W okolicach godziny 19.00 komisja znów wywołała Grześka i mnie do ostatniego modułu - ufff! 

Po kolejnym sprawdzeniu naszych dokumentów dali nam możliwość wyboru ról, a ja pozostawiłem to Grześkowi. Widziałem że on wykona to prawidłowo, a gdy tylko zaczął lekko się uspokoiłem. Byliśmy tak dograni, że nawet gdybym się nie odzywał, Grzesiek i tak wiedział co ma robić. Widząc to, jeden z członków komisji podszedł do mnie i zaczęliśmy swobodnie rozmawiać. W tym czasie ja tylko zatwierdzałem kolejne kroki i etapy działania Grześka. Widziałem, że w jednym zadań miał wątpliwości co do swojego postępowania, ale ja z lekkim i zauważalnym tylko dla niego uśmiechem zatwierdziłem to co zrobił, bo zrobił to idealnie (poniżej powiedział mi, że tego zadania bał się najbardziej. Ja także). Po kilku minutach komisja przerwała nam prosząc o zamianę ról. Przy okazji zadali mi kilka pytań, ale zanim zdążyłem odpowiedzieć na wszystkie już mi podziękowali. 

Po zamianie miejsca ja też doskonale wiedziałem co mam robić, zatem to co mówił do mnie Grzesiek i to co zatwierdzał traktowałem jedynie jako formalność, a on sam nic nie musiał robić prócz standardowego potwierdzania mojego działania. I tak krok po kroku razem szliśmy dalej. Ostatnie zadanie było banalnie proste, ale wciąż trzeba było zachować czujność - wszak zawsze można w coś wpaść! Po kilku minutach komisja oznajmiła, że obaj zdaliśmy i że nam gratulują! Wspaniale! Ale cudownie! Nie mieli do nas żadnych uwag.

Po wyjściu z sali ściskamy sobie dłonie i dziękujemy za świetną współpracę oraz emocjonalnie komentujemy to co razem zrobiliśmy. Takie działanie lubię - merytoryczne i bez niespodzianek. Trzymanie się ustaleń i logicznego działania. Nikt nikomu nie przeszkadzał. 

Wspólna fotka na koniec, kolejne podziękowania i rozjeżdżamy się w swoje strony - aczkolwiek pozytywne wrażenia pozostaną na długo. Grzesiek miał dwa egzaminy - pierwszy zdawał sam, a drugi ze mną. Ja miałem dwa z których pierwszy (z Agatą) nie zdałem a drugi z Grześkiem zdałem. Inni z grup różnie, ale większość niestety odpadła. Po moim pierwszym egzaminie w grupie zapanował chaos z powodu zachowania Agaty. To również mogło wpłynąć na dość słabą atmosferę i niestety przyczynić się do kolejnych negatywów.

Dziś - w niedzielę powoli dochodzę do siebie. Odpoczywam. Za dwa miesiące mogę mieć poprawkę z pierwszego egzaminu. Zdobyłem kolejne doświadczenie i poznałem fajnych ludzi, ale Agaty nie chciałbym spotkać na jakimkolwiek etapie swojego życia.

czwartek, 22 stycznia 2026

Diagnoza

Ku niezadowoleniu managera wczoraj nie poszedłem do pracy, tylko do lekarza. Po krótkiej wymienię zdań lekarz miał już diagnozę. Jeden wyraz, który mi prawie nic nie mówił. Gdy zapytałem co to takiego, powiedział "są na to leki. Z tym, że mogą być powikłania". Z jednej strony dobrze że są leki, ale powikłania? Jakie powikłania?

Półpasiec.  W moim przypadku zaatakowana została głowa i wszystko w tej okolicy. To jeden z gorszych wariantów choroby. Z bardziej newralgicznych elementów - mózg, oko i ucho. Lewa połowa głowy pokryła się rumieniami i - delikatnie pisząc - niezbyt korzystnymi zaczerwieniami oraz wysypką pęcherzykową. Pierwszym objawem był właśnie ten jakby "guz" na głowie i którym pisałem wcześniej - od niego wszystko się zaczęło. Potworny ból głowy z intensywnymi impulsami, które ciężko porównać do dotychczasowych moich doświadczeń z bólem. Nawet leczenie kanałowe bez znieczulenia to pikuś w porównaniu do tego.

Lekarz zajrzał do ucha, oka, obejrzał wysypkę, wysłuchał co miałem do powiedzenia, poszedł na konsultację do okulisty i zaczął pisać receptę. Półpasiec to choroba, która uaktywnia się po przejściu ospy wietrznej w dzieciństwie. Wirus jest stale uśpiony, a gdy pojawią się dogodne okoliczności uaktywnia się i atakuje układ nerwowy i skórę. Te okoliczności mogą być związane z przewlekłym stresem oraz przemęczeniem i spadkiem odporności.

Wirus może zaatakować różne narządy, bo wiadomo - gdy ktoś ma brzydką twarz to żadne zaczerwienienia tak bardzo sprawy nie pogorszą. Niestety może powodować nieodwracalne, trwałe zmiany w organizmie. Najczęstszymi problemami są: 

  • przewlekły ból, który trwa nawet po kilku miesiącach od zakończenia leczenia;
  • ryzyko uszkodzenia wzroku - wirus trwale uszkadza m.in. rogówkę;
  • zapalenie mózgu, zaburzenia równowagi oraz świadomości;
  • porażenie nerwu twarzowego;
  • blizny i nadkarzenia bakteryjne skóry;
Jak we wszystkim kluczowe jest szybkie podjęcie leczenia. W moim przypadku lekarz przypisał mi końską dawkę leku przeciwwirusowego, który przyjmuję pięć razy dziennie doustnie. Do tego krople do oczu i maść, której nałożenie przyprawia mnie o mdłości. Masakra, nic po tym nie widzę na jedno oko. Naturalnie nie chodzę na razie do pracy, unikam wychodzenia z domu. W poniedziałek będę miał dość ważną wizytę u okulisty, który ma sprawdzić w jakim stanie jest oko. 

Ta noc minęła nawet nieźle. Udało mi się spać na lewej stronie. Bez środków przeciwbólowych, bo co prawda czuję głowę i te impulsy, ale mogę je porównać jakby ktoś uderzał mnie młotkiem w okolice lewego ucha ale przez gruby materiał, np koc. Boli, ale da się wytrzymać. Impulsy są dłuższe ale płytsze. Oko lekko spuchło, wysypka trochę się przemieściła. Lekarz uprzedził, że nie będzie lekko i zaproponował silne środki przeciwbólowe, ale mam jeszcze w domu z moich poprzednich ekscesów. Zresztą, mogę tam zawsze zadzwonić i poprosić o coś. Ibuprom działa zdecydowanie lepiej niż paracetamol, z tym - że na razie nie biorę nic (nie wiem jak długo, bo raz czuję bardziej raz mniej).

Tymczasem znajomi zaproponowali pomoc, możliwość zrobienia zakupów czy dostarczenia leków. Zamówiłem już przez internet kompleks witaminy B, która wspomaga takie leczenie, a wieczorem znajoma dostarczy mi coś na wspomaganie odporności. Na pewno nie zaszkodzi, a może coś poprawić, zobaczymy. 

wtorek, 13 stycznia 2026

Może

Po dość ciężkim dniu pełnym wyzwań i nietypowych sytuacji wracam do domu. Wybieram dłuższą drogę, bo mam ochotę przejechać się poza miasteczkiem i wyciszyć. 

Droga jest czarna i pusta, jadę około 60 km/h. Bardzo cicho w tle leci Die With a Smile. Termometr wskazuje -14. Gdy wjeżdżam do lasu czuję, że auto zaczyna lekko "myszkować". Wykonuję mikroruchy kierownicą aby zachować tor jazdy na wprost i stopniowo zwalniam, aby spróbować zahamować i zbadać stan przyczepności kół do nawierzchni. Przy około 40 km/h wciskam niezbyt mocno hamulec, ale od razu uruchamia się ABS a auto prawie wcale nie zwalnia - jadę po czarnym lodzie. W ułamku sekundy robi mi się bardzo gorąco, a wszystkie mięśnie napinają się jakby przygotowywały do najgorszego.

Po zmniejszeniu prędkości zatrzymuję się w zatoce tuż przy jezdni i wychodzę nabrać świeżego powietrza oraz zrobić zdjęcie. Droga przypomina lodowisko - ledwo mogę ustać na nogach. 


Dookoła prawie idealna cisza. Słyszę tylko szmer układu hybrydowego auta. Powietrze jest bardzo zimne, choć wciąż czuję że wewnątrz jest mi gorąco. Wracam do pojazdu. Nie przekraczając 30 km/h dojeżdżam do miasteczka i dopiero wtedy zaczynam się relaksować. 

Robię kilka rund naokoło centrum. Droga jest biała, ale ze sporo lepszą przyczepnością. Okazuje się, że nawet oczekiwanie na skrzyżowaniu z czerwonym światłem pozwala na odpoczynek. Podkręcam muzykę i wsłuchuję się w kolejne utwory analizując przebieg linii melodycznej na przemian basu i głosu prowadzącego. 

Zamiast takiego bezsensownego jeżdżenia powinienem posprzątać w domu, uprasować białe koszule, lub choćby pójść poćwiczyć na basenie... Ale może to zrobię jutro, przecież świat się nie zawali. Może.

Dziś okazało się, że soboty mają być pracujące, ale dyżury będą tak podzielone, aby nikt nie musiał pracować więcej niż 3 soboty w miesiącu, a może i 2. Ale...rozpoczynam nowy projekt, a to oznacza że muszę zarezerwować sobie jeszcze kilka dodatkowych weekendów (łącznie z niedzielą). Robiłem to już wcześniej, więc nie martwi mnie to prócz tego, że będę miał mniej czasu dla siebie... 

Powoli myślę o urlopach, ale te najwcześniej w czerwcu (nie więcej niż tydzień) i na przełomie września i października (dwa tygodnie). Sycylia? Portugalia? Majorka? A może po prostu Bieszczady? Wstępnie rezerwuję nocleg (z możliwością odwołania), bo sam jeszcze nie wiem jak to wszystko się zgra z projektem oraz tymi sobotami i możliwością zgrania grafiku. 

Tymczasem kończę przejażdżkę. Po zaparkowaniu w garażu nie bardzo mam ochotę wychodzić z przytulnego wnętrza autka. Co przyniesie jutrzejszy dzień? Na pewno nie będę wracał drogą przez las...

sobota, 29 listopada 2025

Podsumowanie tygodnia 434

Poniedziałek 

Wczorajszy koncert Urszuli Dudziak był fajny i relaksujący, ale nie porwał mnie. Może dlatego że artystka wykonała tylko jeden ze swoich znanych utworów, a głównie prezentowała możliwości tworzenia współbrzmień jej głosu nagrywając poszczególne ścieżki i nakładając je na siebie? Albo dlatego że nie dała się namówić na chociaż jeden utwór na bis? Trochę to był dziwny koncert, ale nie żałuję mimo to.

Wideorozmowa z Hanią i relacja z zaśnieżonego Turkusowego Wzgórza i Kazimierza Dolnego. Mnóstwo pozytywnych wrażeń! 




A poza tym, siedzę w pracy jak na szpilkach. W poprzednim pracującym dniu doprowadziłem przez pomyłkę do pewnego "incydentu". Niestety pociągnął on za sobą cały cykl zdarzeń i zasobów ludzkich. 

Bezpośredni przełożony zażądał wyjaśnień na piśmie. A główny manager tylko używał słów powszechnie uznanych za wulgarne gdy go informowałem (telefonicznie) o problemie. 

Obciąża mnie to bardzo. Staram się w miarę spokojnie uporządkować i rozłożyć problem tak jakby na szalkę wagi. Na jednej jest cały incydent z "otoczką" i błędami które popełniłem, a na drugiej kładę przemyślenia typu "po co się tak zamartwiać, skoro i tak mleko już się rozlało".

Czy będzie się to wiązało z jakąś karą, lub sankcją? Na razie cisza.

Wtorek 

Dzień mija w miarę szybko. Przez chwilę myślę o tym czy nie iść się na basen i sauny, ale wybieram nieco ponad 4 km szybkiego marszu.

Środa 

W pracy większą część pracowników zajęta przygotowaniami do kolejnego dużego projektu. Tym razem mój dział się tym nie zajmuje, więc ja mam wciąż luz. Główny manager rozmawia ze mną jak zawsze nie zdradzając, czy ma jakieś niedobre plany co do mnie.

Po pracy idę do kina na film "Ministranci " - i jest to całkiem fajny wieczór. 

Czwartek 

Ostatni umówiony klient daje popalić. Nie wiem czy jest tak nieświadomy, czy celowo zachowuje się aby zrobić na złość. Po zakończeniu jego sprawy łamię zasady i odchodzę pierwszy od stanowiska (należy się ładnie pożegnać i absolutnie nie opuszczać miejsca obsługi przed klientem). Ale i tak jestem dumny, bo mogło być o wiele gorzej (zacisnąłem zęby i powstrzymałem się od komentarza). 

Basen. Tam wciąż jestem myślami przy kliencie. Słabo mi się pływa.

Piątek

Ponuro od kilku dni. Pełne zachmurzenie i brak słońca nie poprawia nastroju. Na szczęście w pracy całkiem dobrze. Potem wyjazd do dużego miasta. Obiad, saunarium i odpoczynek, bo średnio przespana noc daje się we znaki. Na szczęście weekend wolny więc może uda się trochę odpocząć.

czwartek, 18 września 2025

Między dniem a snem

Duże miasto. Departament taki jak mój, ale większy. Jestem tu z samego rana, bo muszę przejść  szkolenie. Najpierw teoria (wykłady) z całą kilkuosobową grupą, potem indywidualne zajęcia praktyczne. Wszystko, co muszę zrobić to być na zajęciach, nie ma żadnych egzaminów. Ale... niełatwo wytrzymać...

1) mój wykladowca/trener - starszy i zapewne posiadający dużą wiedzę mężczyzna. Niestety, od samego początku zjechał w dół z manierami. O ile mogę zrozumieć, że bez pytania zaczął zwracać się do innych per "ty", o tyle używanie podłych słów to już poziom ulicy. Nie lubię tego;

2) w tej części zajęć powinienem poznać nowe systemy, aplikacje oraz nauczyć się nimi posługiwać a przynajmniej poznać możliwe drogi poruszania się po tychże. Ale, ku nie tylko mojemu zdziwieniu, wykład dotyczył także tego jak używać telefonu komórkowego, jak nauczyć dzieci tabliczki mnożenia, czy jak usmażyć jajecznicę. Możliwe, że trener chciał rozluźnić atmosferę takimi tematami, ale gdy zajmują one mniej więcej połowę czasu przeznaczonego na te zajęcia, to nie wygląda zbyt dobrze;

3) kolejną cechą charakterystyczną był specyficzny rodzaj odpowiedzi, który trener oczekiwał od grupy. Na przykład, zapytał o to która godzina jest po godzinie czternastej. Ktoś z sali odpowiedział "piętnasta". "Nie" - odparł z dumą trener. "Czternasta jeden". Gdy analogicznie do powyższego zadawał kolejne pytania, coraz mniej osób z grupy się odzywało, ponieważ jego reakcja i tak była taka sama - negująca każdą odpowiedź i wskazująca, że tylko jego rok myślenia jest prawidłowy;

4) mnóstwo czasu poświęcił na krytykowanie. Gdy był przy moim stanowisku podczas ćwiczeń, narzekał na wszystko, ale nie bardzo kwapił się do wytłumaczenia jak można zrobić to co robię lepiej. "Stosujesz starą metodę, tak robiło się w latach dziewięćdziesiątych" - usłyszałem. "A jak mogę to zmienić?" - "później wytłumaczę" - odpowiedział. Tylko tego później nie było, bo robiłem inne zadania przy innych systemach operacyjnych. Albo: "Tak pracowało się na starych pecetach, czy ty nie zauważyłeś że świat poszedł do przodu?";

5) "przygotowałem zadanie dla ciebie, ale i tak go nie rozwiążesz. Jest tak "ustawione", że nie da się go zrobić" - usłyszałem przy kolejnym systemie. Świetnie, to po co mam się starać skoro od razu zakomunikował, że "się nie da"? Ale mimo to, zacząłem. Powoli, trochę po swojemu. Kilka razy musiałem cofnąć aplikację, bo faktycznie był to ślepy zaułek. Ale po pewnym czasie udało mi się rozwiązać zadanie. Gdy trener podszedł i zobaczył wynik, nie skomentował. A jeśli spytałem o coś, usłyszałem "nie rozwijamy tematu" tonem nie znoszącym sprzeciwu. Potem znów kilka podłych epitetów i do kolejnego zadania;

6) "a teraz zrób to i to -  później powiem ci co zrobiłeś źle" - oznajmił przy kolejnym zadaniu. Faktycznie ciężko było to wykonać, tym bardziej że na wykładach nie było o tym mowy - taką aplikację widziałem pierwszy raz, więc poruszałem się jak dziecko we mgle. Coś tam rozpocząłem, ale nie doszedłem nawet do 20%, gdy wyczułem stojącego za moimi plecami trenera. "Kolego, co ty robisz? Przecież ty nie masz nawet podstaw, myślisz że będę tłumaczył ci tak proste rzeczy?". Wydawało mi się, że po to będzie takie szkolenie żeby się nauczyć, ale tu okazuje się inaczej. Oczywiście nie dowiedziałem się, w jaki sposób rozwiązać to zadanie;

7) kiedy już upewnił się, że wszystkie zadania wykonałem nieprawidłowo, przyszedł czas podsumowania. "Jesteś słaby, do niczego. Jak się w ogóle tu znalazłeś?", "Nie mów nikomu, że próbowałem Cię czegoś nauczyć", "Nie masz żadnych szans na awans, rozumiesz?", "Do niczego się nie nadajesz", albo "Po co ty tu jesteś?" - to tylko kilka z jego opinii.

8) prócz tego postanowił określić moją ocenę całościową w skali od 1 (bardzo źle) do 6 (bardzo dobrze). Nie wiem czy każdy dostąpił takiego zaszczytu, ale widziałem że niektórzy mieli więcej szczęścia - innego trenera. "Jak myślisz ile bym ci dał za to co zrobiłeś?" - nie odpowiedziałem, ale w myślach od razu widziałem 0 lub coś na minusie, lecz nie musiałem długo czekać na jego kontynuację - "dałbym ci 1+". Uffff odetchnąłem - ale bardziej z tego powodu że kończyło się szkolenie, bo jego ocena mało mnie interesowała.

Początkowo po szkoleniu miałem plany pójścia na sauny, ale jakaś niewidzialna siła odebrała mi ochotę. Będąc wciąż w dużym mieście pojechałem do centrum. Na starym mieście mnóstwo ludzi - zwykle mnie to uspokaja, ale nie tym razem. Lody też nie poprawiły nastroju. Długi spacer w słońcu spowodował odczucie głodu, zatem wybrałem się do jednej z ulubionych knajp na pizzę i sernik baskijski. Niestety nie było mojej ulubionej kelnerki, za to jedzenie pyszne. Potem znowu spacer, tłumy ludzi i powolny powrót do domu. Dobrze że jechałem zgodnie z przepisami, bo mijałem trzy kontrole prędkości (na dystansie około 100 km), a do kompletu nieszczęść brakowałoby tylko mandatu.

A Tu zdjęcie z powrotu:


*** *** ***
Tymczasem po kilku dniach kontynuacja szkolenia. Tym razem z innym trenerem - od początku powiedział czego od nas oczekuje i jak będzie wyglądać szkolenie. Jak człowiek tłumaczył co jest do czego. Pokazywał różnice i podobieństwa do tych systemów z których już korzystam. Nie przeklinał, nie poniżał, nie denerwował się bez powodu. Było zupełnie inaczej niż poprzednio, sporo nowych rzeczy się dowiedziałem. Na razie kończę ten cykl szkoleń, resztę będę robił we własnym zakresie, ale napiszę o tym niebawem.

wtorek, 19 sierpnia 2025

Pokój bez drzwi

Jakiś czas temu pisałem o tym, jak wiele udało się zrozumieć i poukładać. Wytłumaczyć bardziej racjonalnie. Niestety, nie wszystko i nie tak od razu przychodzi z łatwością, a niektóre tematy ciągną się, niczym długi sznurek od prania. Choć zdaje się, że widzę pewną drogę, to wciąż tak jakby przez mgłę...

Zastanawiam się, w jaki sposób ludzie mogliby pozbyć się niechcianych obrazów, faktów, przedmiotów czy na przykład zdarzeń sprzed wielu lat, które niestety ciągle im towarzyszą. Są one porządnie zapisane w pamięci. Wciąż z łatwością można je odtworzyć, a co gorsza - pojawiają się  nawet nieproszone. Najczęściej (a może zawsze?) związane są ze sporym ładunkiem emocjonalnym, choć może się wydawać zwłaszcza początkowo, że emocji w tym nie było. Z czasem jednak, stawały się one coraz większe. Czy da się je jakoś "odpamietać"? W jaki sposób poukładać te wszystkie impulsy, które buzują w mózgu i czy da się to w ogóle zrobić? 

I od razu wyjaśniam - żeby była jasność - przykład poniżej nie dotyczy mnie, niekoniecznie należy szukać szczegółów realności zdarzenia, czy zastanawiać się nad innymi możliwymi rozwiązaniami. To jest tylko przykład niosący pewne rudymentarne problemy.

*** *** ***

Stary duży dom, niby zwykły, cichy i spokojny, lecz mający swoje ciemne strony i tajemnice. Po południu oraz wieczorami  życie tam toczy się całkiem normalnie, m.in. jest pyszny obiad i kolacja, a między nimi domownicy wykonują swoje obowiązki. Ale z rana, gdy do pracy/szkoły wychodzi większość domowników i zaczyna robić się prawie pusto, nie jest już tak kolorowo. W domu pozostają małe dziecko i ktoś jeszcze - dorosła osoba - opiekun. 

Pewnego dnia dziecko słyszy niepokojące odgłosy w drugim pokoju. Nie ma on drzwi, nigdy ich tam nie było, za to oddzielony  jest dość długim wąskim korytarzem i zawsze uchyloną  cienką, materiałową kotarą. Wychodzi więc zaciekawione ze swojego pokoju, aby sprawdzić co się dzieje. Błąd. Lepiej było nie wychodzić. Będąc na progu drugiego pomieszczenia  zauważa drastyczną scenę morderstwa. Jest jeszcze na tyle młodą osobą, że nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co widzi, nie rozumie dlaczego to ma miejsce. Natomiast w jakiś sposób wie (a może czuje), że dzieje się coś bardzo złego, coś co nie powinno się wydarzyć i na pewno coś, czego nie powinno się wiedzieć.

Jednak nie otwiera buzi, nie krzyczy, zachowuje się jakby było nieme. Jest w szoku. Zdaje się, że oprawca doskonale o tym wie, ponieważ w ogóle się nie przejmuje faktem obserwowania. Widzi przestraszone dziecko, ale nawet na moment nie przerywa swojego działania, a jego twarz ani drgnie. Po chwili dziecko robi kilka kroków w tył, i już nie widzi a jedynie słyszy to, co się tam dzieje. Szybko wraca do swojego pokoju, chowa się pod kołdrą i za wszelką cenę próbuje uciec od tego co tam zobaczyło.  Prócz dźwięków m.in. trzaskającego, łamanego drewna są słowa, wśród nich błagające o darowanie życia. Dziecko chowa głowę głęboko pod poduszkę i okrywa się nią z całych sił, aby odizolować ją od niepokojących dźwięków i nie słyszeć tego co dzieje się w drugim pokoju. Ale mózg nie daje za wygraną i mimo woli rysuje scenę widzianą przed chwilą. Jak na złość wizualizuje ją krok po kroku oraz dokładnie odtwarza i wplata do sygnałów docierających przez uszy. To wydaje się nie mieć końca. Dziecko próbuje schować głowę jeszcze bardziej, aby uwolnić się od myśli i zagłuszyć dźwięki a jednocześnie pozostać w swoim pokoju, ale z marnym skutkiem. Miota się, jak oszalałe. Po kilkunastu minutach dźwięk z drugiego pokoju wreszcie ustaje. Słychać tylko kroki i skrzypiące drzwi, co oznacza że oprawca osiągnął swój cel i wyszedł.

Mimo że powtarza się to nieregularnie, coś nakazuje dziecku zintensyfikować słuch każdego poranka i niejako "stać na czatach".  Cały organizm pracuje wtedy na wysokich obrotach, a wydaje się że nawet najcichszy szmer nie jest odbierany jedynie za pomocą narządów słuchu, ale za pomocą całego ciała. Że w procesie odbioru dźwięków uczestniczy tak samo ręka, noga czy brzuch - wszystkie one skupiają się wtedy tylko na jednym - oczekiwaniu na zły dźwięk będący początkiem fatalnego procesu. Całe ciało napina się i przygotowuje, aby jak najszybciej móc schować się, gdy tylko wykryje najmniejszy impuls wskazujący na to, że oprawca znowu się zbliża. 

Odruch ten pozostanie już z nim na zawsze, przeniesie się w każdy czas istnienia, oraz nakaże chować głowę i wręcz siłowo ściskać ją do poduszki mimo, że od dawna nie istnieje taka potrzeba. Ale także nasłuchiwać i wytężać słuch do granic możliwości. Wyłapywać możliwe nadejście zagrożenia, skupić się na każdym podejrzanym odgłosie. Nawet jeśli przez jakiś czas uda się kontrolować ten stan, to w momencie wybudzenia głowa dorosłego już człowieka jest lekko mokra i szczelnie otulona poduszką, lub nawet zawiniętą kołdrą jakby była w kokonie.

Trudno powiedzieć jak długo dziecko było narażone na takie doświadczenia, ale z pewnością odbywały się one co najmniej kilkunastokrotnie. Znaczącym przełomem była przeprowadzka, oddalenie się od sprawcy. Obraz kata i pierwszej ofiary został zapamiętany bez większych szczegółów, ale na tyle wyraźnie aby zidentyfikować konkretne osoby, ich miejsce zamieszkania. Przy kolejnych zdarzeniach pozostał tylko wizerunek mordercy utrwalony przez chwilę ale często powtarzany, choć dziecko wtedy już go nie widziało ale miało świadomość, kiedy pojawiał się w domu i kiedy z niego wychodził. Wskazywały na to różne dźwięki m.in. otwieranych nieco skrzypiących głównych drzwi oraz cichych ale wyraźnych kroków idących długim korytarzem. Sekwencje zdarzeń zawsze były identyczne i powtarzalne, ale to dźwięki i słowa zostały zakodowane znacznie lepiej, a zwłaszcza te pierwsze.

Dziś, w dorosłym życiu obrazy i dźwięki powracają w różnych momentach. Ale pojawia się też analiza możliwości działania. W jaki sposób można było pomóc ofiarom? Czy bezpieczne było pozostawanie w pokoju obok? Dlaczego gdy wszystko wracało do normy dziecko nie poprosiło o pomoc innych domowników? I najważniejsze - jak obecnie zachowałaby się już dorosła osoba, która przeszła przez takie trudne sceny w dzieciństwie?

Wydaje się, że by uruchomiła wszelkie dostępne zasoby i mogła postąpić nawet trochę nieobliczalnie, częściowo wbrew logice. Pod wpływem silnych emocji zakorzenionych kilkadziesiąt lat temu, kumulowanych a czasem nawet wzmacnianych mimo woli, mogłaby wręcz wybuchnąć agresją i atakiem. Gdyby obecnie zauważyła podobną scenę jak kiedyś, możliwe że by zareagowała z siłą i mocą nieadekwatną do sytuacji. Z dużą ilością przesady i afektu. Możliwe jest, że nagromadziła się w niej przez ten czas energia i silna potrzeba do natychmiastowej brutalnej reakcji. Czy byłaby ona podobnie zła do zauważonych wcześniej scen? Czy dałoby się je porównać, a konsekwencje działania byłyby zbliżone do siebie? A może znowu  by uciekła i schowała głowę pod poduszkę? Teraz chyba ma to niewielkie znaczenie.

wtorek, 5 sierpnia 2025

Głupi i szczęście

To ten dzień. Zapamiętam go na długo, jest dość ważny jeśli chodzi o moją drogę zawodową. Trudny, pełny różnych obaw, zakrętów i niepokojów. Mógł skończyć się niezbyt ciekawie, co oznaczałoby co najmniej L4 i trochę "wolnego", ale nie o tym.

Oto stoję przed wielką górą, u podnóża której znajduje się przepaść. Muszę/powinienem wejść na sam szczyt. Nie mam przy sobie żadnych narzędzi, żadnych pomocy, jestem tylko ja i strach. A góra bardzo stroma, momentami śliska i niebezpieczna. Nigdy nie wchodziłem na taką, ale żeby nie stać w miejscu muszę to zrobić. Więc decyduję się. Mnóstwo lęków o to, czy dam radę, czy ryzyko jest tego warte. A na górze ktoś, kto woła mnie, abym szedł coraz wyżej. 

Idę, choć najchętniej powiedziałbym "nie chce mi się". Zaciskam zęby i zgodnie ze wskazówkami głosu z góry, nie patrzę za siebie. Serce wali jak szalone a cały organizm pracuje na najwyższych obrotach. Mam wrażenie, że mózg mi dymi jak stara lokomotywa, ale ręce i nogi ani na moment nie odmawiają posłuszeństwa (to nawet trochę dziwne, bo np podczas pływania na basenie łapie mnie skurcz gdy za długo ćwiczę). Nie mogą okazać słabości, bo to oznaczałoby spore kłopoty. Zatem chyba rozumieją, że muszą dać z siebie wszystko, a może i więcej żeby przeżyć. 

Nie czuję ani zmęczenia, ani głodu czy pragnienia. Mimo że wspinam się od kilkudziesięciu minut bez przerwy wisząc na krawędzi, nie czuję właściwie nic. Nawet nie wiem, jak daleko jeszcze do wierzchołka, nie myślę o tym. Nie jestem w stanie. Słyszę tylko uwagi i jakby rozkazy kogoś z góry. Nie ma już odwrotu, musisz iść dalej. 

Po kolejnych długich minutach udaje mi się wdrapać na sam szczyt, kiedy nagle ręce i nogi robią się jak z waty, zaczynają drżeć i w ogóle mnie nie słuchają. Nie mogę się ruszyć, ale na szczęście jestem już na górze. Już nie spadnę. Ledwie stoję chwiejąc się w każdą stronę i próbuję złapać oddech, uspokoić serce i odpocząć. Dopiero teraz zauważam, że jestem tak spocony, że ubrania można wyżymać. Jednocześnie czuję, jak wbijają mnie one w ziemię. Są tak ciężkie, jakbym dźwigał na sobie kilogramy ołowiu. 

Na szczęście auto stoi tuż obok mnie, więc daleko iść nie muszę. Niezgrabnie wpadam na fotel i jadę do domu. Ale jak dziwnie mi się nim kieruje! Nie słyszę silnika, gaz reaguje inaczej niż zwykle, kierownica nie chce się obracać, cały samochód jest jakiś otępiały. Albo ja. Po dojechaniu do domu, wciąż się chwiejąc spotykam sąsiadkę przed blokiem. Pomyśli sobie - o, ten pijak spod trójki wrócił do domu. I jeszcze prowadzi po alkoholu! Zamykam szybko drzwi od mieszkania i rozbieram się do naga. Faktycznie, wszystko mokre. Jeszcze nigdy nie byłem aż tak spocony. Biorę długi prysznic i opadam na fotel. Jest trochę lepiej, serce już tak mocno nie wali, ale czuję olbrzymie pragnienie. Ponad pół dużej butelki wody połykam bardzo szybko, dosłownie w kilku łykach. Czuję, że zaczynam wracać do rzeczywistości, choć dzisiaj już nic poważnego nie zrobię... Tylko odpoczywam.

Kolejny podobny dzień przede mną mniej więcej za miesiąc. Będzie trudniejszy, chyba że jakoś się do niego przygotuję. Ale czy można się przygotować na każdą ewentualność? Niestety to dopiero początek, ale kto nie idzie do przodu, ten się cofa... A że głupi ma zawsze szczęście, to może jakoś się tam uda wszystko.

Poniżej chmury sprzed kilku dni.

środa, 25 czerwca 2025

Powrót do codzienności

Zanim dotarłem do Polski, cieszyłem się z chmur i widoków, które obserwowałem siedząc przy dwóch oknach w samolocie.




Warszawa przywitała mnie dość dobrą pogodą, ale szczególnie ciepło to nie było. Na Santorini było zdecydowanie przyjemniej, (poniżej zdjęcie sprzed lotniska):


Na lotnisku w Warszawie jak zwykle długo czekałem na bagaż, ale później sprawnie odebrałem auto z parkingu i wyruszyłem do domu. Niestety pomyliłem zjazdy i musiałem nadrobić kilka kilometrów, ponieważ na drodze ekspresowej nie można zawrócić gdzie się chce.

A w pracy awantury jak zwykle. Nic się przez ten czas nie zmieniło na lepsze w kwestii atmosfery, natomiast w innych aspektach - dostanę kilka dodatkowych zleceń - lepiej płatnych niż zwykle. Myślami wciąż jestem na urlopie i wspominam zapamiętane obrazki :)

wtorek, 17 września 2024

Zwroty

Momentami już nie mogę, choć obiecuję sobie że się nie odezwę, że nie skomentuję, że zacisnę żeby i przemilczę, to zdarzają się takie chwile że uwalniam to, czego lepiej mikrofony nie powinny nagrać. A potem żałuję. Potem - to znaczy podczas kontroli. A te są bardzo często. 

Syndrom strachu - poranny briefing managera jednoznacznie określa, że my - szaraczki z Departamentu - mamy wciąż żyć w niepokoju, w lęku i wiedzy o tym, że zawsze ktoś obserwuje i uważnie czuwa nad tym, co i jak robimy. A że robimy źle - to oczywiste, choć manager regularnie o tym przypomina. 

Olać, nauczyć się wypuszczać głupie oskarżenia natychmiast jak tylko się one pojawiają, mniej się stresować i nie przejmować, bo nie ma czym, chociaż sygnały z każdej strony wskazują na co innego.

Za mało odpoczynku, zbyt mało relaksu,  wciąż będąc w domu myślę o pracy, będąc w pracy myślę o pracy, a podczas weekendów nie potrafię się zrelaksować na tyle, aby zostawić tę chorą część dnia daleko w tyle. 

Kilka dni temu spacerowałem w lesie, którym było kilka pięknych domków dla ptaków. Myślami staram się wracać do  tego fajnego miejsca.







A może wybrać się tam na jesieni? I znowu niespiesznie przejść i poczuć leśne powietrze oraz spróbować nabrać sił i dystansu?

wtorek, 23 lipca 2024

Po nieobecności...

Nie było mnie tylko kilka dni, a w Departamencie kolejne problemy. Dział pomocniczy to tylko kilka osób, ale są praktycznie nieodzownym elementem naszej pracy. I nagle wysypał się totalnie - dwie osoby na urlopach, a kolejne dwie rozchorowały się (w każdym razie na zwolnieniach). I nagle główny manager w szoku - ale jak to nie ma nikogo w dziale pomocniczym?! W te pędy polecił załatać dziurę innymi pracownikami z innych działów. A że tamci nie bardzo znają się na tej robocie, wyszedł z tego niezły galimatias. W wolnych chwilach przyglądam się temu o nie mogę nadziwić jak źle to wygląda...

Firma sprzątająca również płata figle. Ich pracownicy raz są, a raz ich nie ma, przy czym wg kontraktu powinni być codziennie. Możliwe że ze względu na sezon urlopowy im też brakuje pracowników, ale skutki widoczne są aż nadto (szczególnie w toaletach). Z tego co wiem manager zamierza rozwiązać z nimi umowę, ale na razie nie jest to ani szybkie ani proste - w każdym razie wymaga czasu.

Mój październikowy urlop na Cyprze lekko się skomplikował. Dlaczego? Ponieważ główny manager zadecydował, że w tym czasie będziemy mieli kolejne szkolenia. Naturalnie obowiązkowe. A że ktoś w tym czasie ma zaplanowany urlop, to nikogo nie interesuje. No nic, do października jeszcze daleko choć nie powiem żebym nie to już nie denerwowało...

Tymczasem po zabiegu coraz lepiej. Waga pokazuje coraz mniej, ale już powoli zaczynam jeść więc zapewne bardziej nie spadnie...

sobota, 13 lipca 2024

Podsumowanie tygodnia 352

Poniedziałek 

Czeka mnie ciężki tydzień, więc pozwalam sobie na więcej. Znowu duże lody po pracy. No i podlewanie kwiatów u koleżanki.

Wtorek 

Nerwowo w pracy. Znów szczęśliwym trafem nie dotyka mnie to bezpośrednio, ale inni obrywają zupełnie bez powodu.

Środa 

Przekąski na kolację - gotowe formy tartaletek wypełniam pastą z tuńczyka, ogórkiem i szczypiorkiem z balkonu.


Czwartek 

Po pracy drugi z planowanych zabiegów. Pojawiam się w klinice równo o umówionej godzinie, gdzie od razu przyjmuje mnie ta sama pani doktor. Miła, młoda, bardzo ładna. Pamięta mnie (3 tygodnie temu miałem pierwszy zabieg). 

Od razu uprzedza, że tym razem będzie gorzej. Przez godzinę męczy się bardzo, jej asystentka również dwoi się i troi, ale efektów brak. Z miejscowym znieczuleniem widzę i słyszę: "skalpel proszę, nie ten, ten większy". Krew bryzga na każdą stronę (początkowo niebieskie rękawiczki pani doktor są już bardziej czerwone), wydaje mi się, że mam coraz mniej sił a przecież nic nie robię - leżę na wygodnej leżance w klimatyzowanej małej sali.

Z czasem dostrzegam, że coraz więcej ludzi kręci się wokół mnie, a pani doktor prosi o pomoc lekarza z sali obok. Gdy ten przychodzi (starszy pan z wąsami i w okularach, spokojnie mógłby być już na emeryturze) liczę że jego wiedza i doświadczenie pozwoli im uporać się z problemem, ale po jego minie dostrzegam, że  jest gorzej niż myślałem. Proponuje on inne metody oraz dodatkową tomografię, ponieważ czegoś tam nie widać a po tylu nacięciach już powinno być. A może ja po prostu czegoś tam nie mam akurat tego co oni szukają? Pierwsza myśl - a może by tak stąd uciec?

Po chwili przygotowują mnie do czegoś, oraz zbierają wszystkie zakrwawione narzędzia. Lekarz z pielęgniarką biorą mnie pod rękę i przeprowadzają do innej sali, zakładają jakiś strasznie ciężki kaftan (gdybym nie siedział to na pewno bym padł), ale wtedy już widzę wszystko jak przez mgłę , za to wciąż słyszę. "Nie, no wszystko tu jest prawidłowo tylko dużo głębiej. Tniemy dalej".

Znów położyli mnie ma leżance, doktor wyszedł a swoją ciężką pracę kontynuowała pani doktor z tym, że miała więcej asystentów (a może mi się już tak w głowie robiło że widziałem dużo osób?). Ponieważ nade mną był duży monitor (na szczęście zamiast obrazu na żywo była jakaś tapeta) widziałem zegarek. Po pół godzinie, gdy pani doktor walczyła z każdej strony znów usłyszałem "proszę pilnie poprosić doktora". Słyszę bieg, zapewne jedna z asystentek pobiegła po lekarza. Nie pamiętam kiedy ten wszedł, ale musiało to chwilę trwać, bo w międzyczasie majaczą mi szybko poruszające się postacie, czyżby pół personelu kliniki tu przybyło? Myśli kłębiły się jak oszalałe - ile krwi już straciłem, czy już zadzwonili po karetkę czy jeszcze wierzą że im się uda, czy  w ogóle mają krew do transfuzji, może powinni się poddać i po prostu zrezygnować? 

Wąsy i okulary mignęły mi przed prawie zamkniętymi oczami. Kilka ruchów a może więcej niż kilka - nie jestem w stanie stwierdzić - i słyszę głos pani doktor - "już po wszystkim, niech pan odpoczywa, był pan bardzo dzielny". 

Uff, napięcie zaczęło opadać. Słyszę jakieś medyczne terminy i zalecenia które lekarze wymieniają między sobą. Oraz "to był bardzo ciężki, nietypowy przypadek".

Coś tam przy mnie robią, ale to już prawie koniec, widzę całą miskę (?) zakrwawionych opatrunków, tamponów i tym podobnych. No i zakrwawione narzędzia - trochę to wygląda na rzeź, za pierwszym razem było o wiele lepiej. Pani doktor wyciera pot z mojego czoła, mówi o zaleceniach (prawie nic nie mogę, tylko odpoczywać), po czym wypisuje zwolnienie oraz receptę. Wciska mi ją w dłoń razem z dokładnie rozpisanym dawkowaniem i kartą informacyjną "zalecenia po zabiegu".

Leżę jeszcze kilkanaście minut a ona pyta czy wszystko jest dobrze. Znieczulenie wciąż działa, więc nic nie czuję i odpowiadam że wszystko jest ok. W końcu wokół mnie uspokoiło się, nie ma już tego gwałtownego ruchu, mam wrażenie że wszyscy asystenci i pielęgniarki wrócili do swoich standardowych czynności, bo w sali jest tylko trzy osoby ze mną. Po tym wszystkim ktoś musi to posprzątać, robi to pielęgniarka - współczuję jej babrać się w takim bagnie.

Po kolejnych minutach odprowadzają mnie na poczekalnię i usadzają na wygodnej, skórzanej zielonej kanapie. Chce mi się pić, ale nie wolno. Wolno mi siedzieć. Chcę już do domu, ale nie wolno - wciąż obserwują i pytają czy wszystko jest ok. Dobrze, że klimatyzacja działa ponieważ na zewnątrz ponad 30 stopni, a upałów mam unikać. Po długim czasie na kanapie wypuszczają mnie z zaleceniami, że gdyby cokolwiek się działo mam natychmiast się zgłosić.

Klinika mieści się jakieś dwa kilometry od domu, po drodze wykupuję receptę. Z trudem wyczekuję czas do momentu możliwości napicia się wody, ale już chyba bardziej potrzebuję leków przeciwbólowych. Jak się okazuje po chwili, leki są bardzo skuteczne i działają momentalnie przez prawie całą dobę (nie powinno dziwić, kosztowały krocie). Zasypiam spokojnie z tym, że trochę zakrwawiłem pościel. Przepieram ją z samego rana, ale chyba będzie już do wyrzucenia.

Piątek 

Zadziwiająco dobrze. Leki  z samego rana, przeciwbólowe około południa. Odpoczywam, rozwiązuję krzyżówki, słucham radia i ogólnie - krzątam się po (zbyt ciepłym) mieszkaniu. Weekend podobnie, choć z każdym dniem czuje się lepiej - co jest bardzo zadziwiające. Zdaje się, że wpływ na to mają leki które biorę dwa razy dziennie... A w przyszłym roku jeszcze jeden taki zabieg...

sobota, 29 czerwca 2024

Podsumowanie tygodnia 350

Poniedziałek 

Ból. Już w nocy biorę środki przeciwbólowe, co umożliwia w miarę normalny sen. Śniadania nie jem. Na obiad mus z banana, truskawek i mleka. Pyszne. Po pracy padam ze zmęczenia i idę spać. 

Wtorek 

Noc bezsenna, pewnie dlatego że poprzedniego dnia spałem w dzień. W pracy słabo. Po pracy jogurt i zimne mleko. Wieczorem lody i kilka proszków przeciwbólowych. Te już się prawie kończą.

Środa

Lepiej przynajmniej przez pół dnia. Po pracy idę do Lidla po jedzenie - pasztet, jogurty, kasza manna, lody i banany. No i leki kupuję, tak na wszelki wypadek. A w pracy nerwowo. Incydent z na szczęście nie moim udziałem. Tuż po nim natychmiastowe szkolenie z procedur. 

Czwartek 

Z samego rana breafing z głównym managerem. Po pracy wizyta kontrola w klinice, przyjmuje mnie inna pani dr niż poprzednio:

- dobrze to wygląda, był pan u nas w międzyczasie?

- nie, biorę leki przeciwbólowe i jakoś tam się trzymam

- aha, teraz będzie już lepiej, ale niech pan nadal uważa i nic nie zmienia

Świetnie. Ale na plus - przyjęli mnie punktualnie, a w recepcji wciąż sączy sie smooth jazz. Wizyta kontrola trwała 3-4 minuty maksymalnie. 

Piątek 

Ciężki dzień w pracy. Omawianie i analizowanie incydentu ze środy. Nerwowo. Po pracy jadę do dużego miasta na przedstawienie operowe. Mimo moich obaw nie nudzę się, a muzyka jest całkiem przyjemna. 

Tuż przed przedstawieniem

Później spacer po mieście, który pokazuje inne obrazy niż w moim małym miasteczku - ulicznych artystów, ludzi odpoczywających i bawiących się, mnóstwo różnych możliwości i ogólnie - życie. 

Mimo że raz na jakiś czas widzę takie rzeczy wciąż mnie zadziwiają. I poprawiają humor mimo lżejszego niż wcześniej ale jednak bólu...