![]() |
| Niezbyt ciekawy widok z hotelu |
wtorek, 8 września 2026
Egzamin poprawkowy
sobota, 5 września 2026
Podsumowanie tygodnia 474
Poniedziałek
Zaczynam kolejny tydzień intensywnej nauki. Po pracy zostaję i ćwiczę rozwiązywanie zadań. Wracam dość mocno zmęczony i muszę zmienić plany rezerwacji noclegów, bo sprawa się trochę komplikuje. Robię to przez aplikację, bo do północy mam możliwość bezpłatnego anulowania. Konsultuję przez telefon z drugą osobą warunki noclegu, ale spokojnie mógłbym to sobie darować gdyż słyszę "zrób jak chcesz". Początkowo trochę mnie to zirytowało, ale w piątek się okaże, że zupełnie niepotrzebnie. A nawet mógłbym się tego luzu nauczyć.
Wtorek
Dojazd do pracy ciut dłuższy, bo z rana większy ruch - początek roku szkolnego.
Po kilku akrobacjach udaje mi się pokonać wszystkie kłody pod nogi które niedawno zostały rzucone. Nie sądziłem jednak, że tyle pracy i wysiłku da tak mały efekt. To na razie tylko wstępne wyliczenia, bo wszystko okaże się gdy dostanę awans na piśmie.
Środa
W ciągu dnia kilka miłych rzeczy, ale przelatują przed oczami zostając tylko na chwilę. Za to mnóstwo energii i czasu kieruję na negatywne elementy ostatnich dni. Dobrze byłoby to zmienić.
Wieczorem pakuję się.
Tymczasem osoba obdarowana codziennie jeździ na rowerze. Jest nim zachwycona! A ja zadowolony, że prezent się podoba i jest używany.
Czwartek
Wyjeżdżam z samego rana. Jadę daleko. Na miejsce dojeżdżam w godzinach szczytu popołudniowego. Spotykam znajome twarze, które okazują mi trochę sympatii i uśmiechu. Miłe. Nie jestem pewien czy odpowiednio to doceniam.
Wieczorem spaceruję mając m.in. takie widoki w witrynie:
Później nocny spacer w dobrym towarzystwie, a jeszcze później długie rozmowy przy delikatnym drinku. Teoretycznie powinienem szybko zasnąć, ale nie tym razem.
Piątek
Będąc w nowym miejscu ciężko mi się wyspać, mimo że okoliczności sprzyjają. A może właśnie nie? Mnóstwo bodźców. Zbyt dużo. Dobre rzeczy mieszają się z nowymi, z którymi mierzę się po raz pierwszy w życiu. Już wiem, że będę je analizował przez długi czas. Będą się kotłować w głowie a ja będę przeżywał je od przodu i tyłu. Ale jeszcze nie teraz, bo nie mam na to czasu. Do niedzieli włącznie będę jak gąbka, która wchłania całą wilgoć.
Jednocześnie odpoczywam od Departamentu. Mimo że tam sporo się dzieje nie dopytuję o szczegóły. Może i trochę mnie to interesuje, ale wydaje mi się że nie powinno.
Widzę, że jest jakiś problem z dodaniem komentarzy, mam nadzieję że niedługo się to zmieni.
sobota, 29 sierpnia 2026
Podsumowanie tygodnia 473
sobota, 15 sierpnia 2026
Podsumowanie tygodnia 471
Poniedziałek
Szykuję prezent urodzinowy. Mam jeszcze kilka tygodni, ale już zastanawiam się czy będzie to lot balonem, weekend w SPA, wycieczka zagraniczna lub rower elektryczny - sam nie wiem co mam wybrać. Wiem, że kupię bilet na koncert zespołu który jubilat uwielbia, będzie też tort i kolacja w restauracji. Ale wciąż nie mam pojęcia co będzie najlepszym wyborem prezentu - zapytanie wprost odpada. To okrągła rocznica urodzin, zatem muszę coś specjalnego wymyśleć. Skłaniam się ku rowerowi, bo jak się nie spodoba to najwyższej sam będę nim jeździł 😁 Tymczasem SPA lub wyjazd zagraniczny oznacza, że i ja będę musiał sobie wziąć taki sam pakiet - a to raczej niemożliwe.
Wtorek
Ustalam grafik na wrzesień z działem kadr. Aż sam się dziwię, że nie mają zastrzeżeń do moich planów urlopowych a w szczególności do ilości wolnych dni.
Środa
Dzień pełen wrażeń. Z rana głowę zaprząta mi ważna sprawa, którą muszę załatwić przed egzaminem poprawkowym. Przygotuję się wcześniej dokładnie analizując co chcę uzyskać i jak poprowadzić rozmowę. Trochę wątpię, czy nie wymagam zbyt dużo, ale dzwonię i ostatecznie załatwiam to, co dokładnie chcę. Super.
Po pracy schronisko. Jesteśmy w trzy osoby - koleżanka, pewien gość i ja. Mamy trzy dość duże psy. Podczas powrotu ze spaceru do schroniska, pies koleżanki (poniżej) rzuca się do małego pieska (wolontariusze wyprowadzają psy, więc siłą rzeczy mijamy się po drodze do/z schroniska) idącego z przeciwnego kierunku. Przez chwilę udaje się go utrzymać względnie z dala od malucha, ale po kolejnym mocnym szarpnięciu, smycz się poddaje - jeden z metalowych elementów pęka, a pies z pełnym impetem dopada biednego malucha*. Dalszy opis jest dość drastyczny, więc przejdę od razu do podsumowania tego zdarzenia.
Maluch przeżył, choć początkowo nie był w stanie wrócić o własnych siłach do schroniska. Jest bardzo wystraszony i trochę poturbowany, ale wykaraska się. Gorzej z koleżanką. Natychmiast zawiozłem ją na SOR, bo podczas szamotaniny i próby rozgonienia towarzystwa mocno oberwała.
Cud, że mój pies (poniżej) nie dołączył do tej bójki, bo szarpał i wyrywał się w każdą stronę. Tylko pies gościa był względnie spokojny, co dało mu szansę na pomoc w opanowaniu sytuacji. On doznał jedynie powierzchownych zadrapań. Wniosek - należy bardziej unikać spotkań z innymi psami, bo te z tych samych kojców żyją w zgodzie, ale z innymi psami nie.
Zorganizowałem kierowcę i wróciłem do schroniska, aby zabrać auto koleżanki. A wcześniej poinformowałem jej męża o zdarzeniu oraz o tym, że może jechać od razu do szpitala, bo ja przyprowadzę ich pojazd pod blok.
*** *** ***
*Ten pisk, wrzask i skowyt są dźwiękami, których nie chciałbym słyszeć a niestety wciąż mam je w pamięci.
Czwartek
W pracy wymagająco. Temperatury odpuściły, ale klienci wprost przeciwnie. Testują moją cierpliwość oraz nie grzeszą kulturą. Do tego poddenerwowany manager, którego najlepiej unikać. Ale niebawem weekend i odpoczynek. Psychicznie źle się czuję.
Po pracy buszuje w internecie w poszukiwaniu prezentu. Opcja rowerowa coraz bardziej do mnie przemawia.
Wieczorem kolejny problem przychodzi wraz z mailem. Linia lotnicza, z którą we wrześniu lecę na wakacje do ciepłych krajów, zmienia mi godzinę wylotu (z godziny 15.40 na 7.40), a tym samym dezorganizuje ustalony już wcześniej termin parkingu. Czyli muszę dzwonić i zmieniać rezerwację, ale to jutro lub w przyszłym tygodniu. No i oznacza to, że będę musiał w nocy jechać do stolicy, bo na lotnisku muszę być co najmniej 2 godziny wcześniej.
Piątek
Piękne lato. Po południu szybki wyjazd do dużego miasta, ale łatwo nie jest - bardzo duże natężenie ruchu+remont na głównej drodze.
A gdy już dojeżdżam: najpierw wizyta u fryzjera. Lubię go, facet na poziomie - można z nim normalnie porozmawiać, a przy okazji świetnie strzyże. Stara się być neutralny politycznie i co najważniejsze - nie przeklina. Następnie małe zakupy w dyskoncie pełnym ludzi. Potem już tylko przyjemności - późna kolacja, która trochę łamie moje zasady żywieniowe. Nie dość że dużo węglowodanów, to jeszcze pora zbyt późna. "Za karę" z restauracji wracam pieszo - 2 kilometry zawsze jakiś ruch.
Kurczak souse vide, ziemniaki opiekane, sos tymiankowo - truflowy, wędzony twaróg i sałatka.
niedziela, 12 lipca 2026
Podsumowanie tygodnia 466
czwartek, 22 stycznia 2026
Diagnoza
Ku niezadowoleniu managera wczoraj nie poszedłem do pracy, tylko do lekarza. Po krótkiej wymienię zdań lekarz miał już diagnozę. Jeden wyraz, który mi prawie nic nie mówił. Gdy zapytałem co to takiego, powiedział "są na to leki. Z tym, że mogą być powikłania". Z jednej strony dobrze że są leki, ale powikłania? Jakie powikłania?
Półpasiec. W moim przypadku zaatakowana została głowa i wszystko w tej okolicy. To jeden z gorszych wariantów choroby. Z bardziej newralgicznych elementów - mózg, oko i ucho. Lewa połowa głowy pokryła się rumieniami i - delikatnie pisząc - niezbyt korzystnymi zaczerwieniami oraz wysypką pęcherzykową. Pierwszym objawem był właśnie ten jakby "guz" na głowie i którym pisałem wcześniej - od niego wszystko się zaczęło. Potworny ból głowy z intensywnymi impulsami, które ciężko porównać do dotychczasowych moich doświadczeń z bólem. Nawet leczenie kanałowe bez znieczulenia to pikuś w porównaniu do tego.
Lekarz zajrzał do ucha, oka, obejrzał wysypkę, wysłuchał co miałem do powiedzenia, poszedł na konsultację do okulisty i zaczął pisać receptę. Półpasiec to choroba, która uaktywnia się po przejściu ospy wietrznej w dzieciństwie. Wirus jest stale uśpiony, a gdy pojawią się dogodne okoliczności uaktywnia się i atakuje układ nerwowy i skórę. Te okoliczności mogą być związane z przewlekłym stresem oraz przemęczeniem i spadkiem odporności.
Wirus może zaatakować różne narządy, bo wiadomo - gdy ktoś ma brzydką twarz to żadne zaczerwienienia tak bardzo sprawy nie pogorszą. Niestety może powodować nieodwracalne, trwałe zmiany w organizmie. Najczęstszymi problemami są:
- przewlekły ból, który trwa nawet po kilku miesiącach od zakończenia leczenia;
- ryzyko uszkodzenia wzroku - wirus trwale uszkadza m.in. rogówkę;
- zapalenie mózgu, zaburzenia równowagi oraz świadomości;
- porażenie nerwu twarzowego;
- blizny i nadkarzenia bakteryjne skóry;
wtorek, 13 stycznia 2026
Może
sobota, 29 listopada 2025
Podsumowanie tygodnia 434
czwartek, 18 września 2025
Między dniem a snem
Duże miasto. Departament taki jak mój, ale większy. Jestem tu z samego rana, bo muszę przejść szkolenie. Najpierw teoria (wykłady) z całą kilkuosobową grupą, potem indywidualne zajęcia praktyczne. Wszystko, co muszę zrobić to być na zajęciach, nie ma żadnych egzaminów. Ale... niełatwo wytrzymać...
1) mój wykladowca/trener - starszy i zapewne posiadający dużą wiedzę mężczyzna. Niestety, od samego początku zjechał w dół z manierami. O ile mogę zrozumieć, że bez pytania zaczął zwracać się do innych per "ty", o tyle używanie podłych słów to już poziom ulicy. Nie lubię tego;
2) w tej części zajęć powinienem poznać nowe systemy, aplikacje oraz nauczyć się nimi posługiwać a przynajmniej poznać możliwe drogi poruszania się po tychże. Ale, ku nie tylko mojemu zdziwieniu, wykład dotyczył także tego jak używać telefonu komórkowego, jak nauczyć dzieci tabliczki mnożenia, czy jak usmażyć jajecznicę. Możliwe, że trener chciał rozluźnić atmosferę takimi tematami, ale gdy zajmują one mniej więcej połowę czasu przeznaczonego na te zajęcia, to nie wygląda zbyt dobrze;
3) kolejną cechą charakterystyczną był specyficzny rodzaj odpowiedzi, który trener oczekiwał od grupy. Na przykład, zapytał o to która godzina jest po godzinie czternastej. Ktoś z sali odpowiedział "piętnasta". "Nie" - odparł z dumą trener. "Czternasta jeden". Gdy analogicznie do powyższego zadawał kolejne pytania, coraz mniej osób z grupy się odzywało, ponieważ jego reakcja i tak była taka sama - negująca każdą odpowiedź i wskazująca, że tylko jego rok myślenia jest prawidłowy;
4) mnóstwo czasu poświęcił na krytykowanie. Gdy był przy moim stanowisku podczas ćwiczeń, narzekał na wszystko, ale nie bardzo kwapił się do wytłumaczenia jak można zrobić to co robię lepiej. "Stosujesz starą metodę, tak robiło się w latach dziewięćdziesiątych" - usłyszałem. "A jak mogę to zmienić?" - "później wytłumaczę" - odpowiedział. Tylko tego później nie było, bo robiłem inne zadania przy innych systemach operacyjnych. Albo: "Tak pracowało się na starych pecetach, czy ty nie zauważyłeś że świat poszedł do przodu?";
5) "przygotowałem zadanie dla ciebie, ale i tak go nie rozwiążesz. Jest tak "ustawione", że nie da się go zrobić" - usłyszałem przy kolejnym systemie. Świetnie, to po co mam się starać skoro od razu zakomunikował, że "się nie da"? Ale mimo to, zacząłem. Powoli, trochę po swojemu. Kilka razy musiałem cofnąć aplikację, bo faktycznie był to ślepy zaułek. Ale po pewnym czasie udało mi się rozwiązać zadanie. Gdy trener podszedł i zobaczył wynik, nie skomentował. A jeśli spytałem o coś, usłyszałem "nie rozwijamy tematu" tonem nie znoszącym sprzeciwu. Potem znów kilka podłych epitetów i do kolejnego zadania;
6) "a teraz zrób to i to - później powiem ci co zrobiłeś źle" - oznajmił przy kolejnym zadaniu. Faktycznie ciężko było to wykonać, tym bardziej że na wykładach nie było o tym mowy - taką aplikację widziałem pierwszy raz, więc poruszałem się jak dziecko we mgle. Coś tam rozpocząłem, ale nie doszedłem nawet do 20%, gdy wyczułem stojącego za moimi plecami trenera. "Kolego, co ty robisz? Przecież ty nie masz nawet podstaw, myślisz że będę tłumaczył ci tak proste rzeczy?". Wydawało mi się, że po to będzie takie szkolenie żeby się nauczyć, ale tu okazuje się inaczej. Oczywiście nie dowiedziałem się, w jaki sposób rozwiązać to zadanie;
7) kiedy już upewnił się, że wszystkie zadania wykonałem nieprawidłowo, przyszedł czas podsumowania. "Jesteś słaby, do niczego. Jak się w ogóle tu znalazłeś?", "Nie mów nikomu, że próbowałem Cię czegoś nauczyć", "Nie masz żadnych szans na awans, rozumiesz?", "Do niczego się nie nadajesz", albo "Po co ty tu jesteś?" - to tylko kilka z jego opinii.
8) prócz tego postanowił określić moją ocenę całościową w skali od 1 (bardzo źle) do 6 (bardzo dobrze). Nie wiem czy każdy dostąpił takiego zaszczytu, ale widziałem że niektórzy mieli więcej szczęścia - innego trenera. "Jak myślisz ile bym ci dał za to co zrobiłeś?" - nie odpowiedziałem, ale w myślach od razu widziałem 0 lub coś na minusie, lecz nie musiałem długo czekać na jego kontynuację - "dałbym ci 1+". Uffff odetchnąłem - ale bardziej z tego powodu że kończyło się szkolenie, bo jego ocena mało mnie interesowała.
Początkowo po szkoleniu miałem plany pójścia na sauny, ale jakaś niewidzialna siła odebrała mi ochotę. Będąc wciąż w dużym mieście pojechałem do centrum. Na starym mieście mnóstwo ludzi - zwykle mnie to uspokaja, ale nie tym razem. Lody też nie poprawiły nastroju. Długi spacer w słońcu spowodował odczucie głodu, zatem wybrałem się do jednej z ulubionych knajp na pizzę i sernik baskijski. Niestety nie było mojej ulubionej kelnerki, za to jedzenie pyszne. Potem znowu spacer, tłumy ludzi i powolny powrót do domu. Dobrze że jechałem zgodnie z przepisami, bo mijałem trzy kontrole prędkości (na dystansie około 100 km), a do kompletu nieszczęść brakowałoby tylko mandatu.
A Tu zdjęcie z powrotu:
wtorek, 19 sierpnia 2025
Pokój bez drzwi
Jakiś czas temu pisałem o tym, jak wiele udało się zrozumieć i poukładać. Wytłumaczyć bardziej racjonalnie. Niestety, nie wszystko i nie tak od razu przychodzi z łatwością, a niektóre tematy ciągną się, niczym długi sznurek od prania. Choć zdaje się, że widzę pewną drogę, to wciąż tak jakby przez mgłę...
Zastanawiam się, w jaki sposób ludzie mogliby pozbyć się niechcianych obrazów, faktów, przedmiotów czy na przykład zdarzeń sprzed wielu lat, które niestety ciągle im towarzyszą. Są one porządnie zapisane w pamięci. Wciąż z łatwością można je odtworzyć, a co gorsza - pojawiają się nawet nieproszone. Najczęściej (a może zawsze?) związane są ze sporym ładunkiem emocjonalnym, choć może się wydawać zwłaszcza początkowo, że emocji w tym nie było. Z czasem jednak, stawały się one coraz większe. Czy da się je jakoś "odpamietać"? W jaki sposób poukładać te wszystkie impulsy, które buzują w mózgu i czy da się to w ogóle zrobić?
I od razu wyjaśniam - żeby była jasność - przykład poniżej nie dotyczy mnie, niekoniecznie należy szukać szczegółów realności zdarzenia, czy zastanawiać się nad innymi możliwymi rozwiązaniami. To jest tylko przykład niosący pewne rudymentarne problemy.
*** *** ***
Stary duży dom, niby zwykły, cichy i spokojny, lecz mający swoje ciemne strony i tajemnice. Po południu oraz wieczorami życie tam toczy się całkiem normalnie, m.in. jest pyszny obiad i kolacja, a między nimi domownicy wykonują swoje obowiązki. Ale z rana, gdy do pracy/szkoły wychodzi większość domowników i zaczyna robić się prawie pusto, nie jest już tak kolorowo. W domu pozostają małe dziecko i ktoś jeszcze - dorosła osoba - opiekun.
Pewnego dnia dziecko słyszy niepokojące odgłosy w drugim pokoju. Nie ma on drzwi, nigdy ich tam nie było, za to oddzielony jest dość długim wąskim korytarzem i zawsze uchyloną cienką, materiałową kotarą. Wychodzi więc zaciekawione ze swojego pokoju, aby sprawdzić co się dzieje. Błąd. Lepiej było nie wychodzić. Będąc na progu drugiego pomieszczenia zauważa drastyczną scenę morderstwa. Jest jeszcze na tyle młodą osobą, że nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co widzi, nie rozumie dlaczego to ma miejsce. Natomiast w jakiś sposób wie (a może czuje), że dzieje się coś bardzo złego, coś co nie powinno się wydarzyć i na pewno coś, czego nie powinno się wiedzieć.
Jednak nie otwiera buzi, nie krzyczy, zachowuje się jakby było nieme. Jest w szoku. Zdaje się, że oprawca doskonale o tym wie, ponieważ w ogóle się nie przejmuje faktem obserwowania. Widzi przestraszone dziecko, ale nawet na moment nie przerywa swojego działania, a jego twarz ani drgnie. Po chwili dziecko robi kilka kroków w tył, i już nie widzi a jedynie słyszy to, co się tam dzieje. Szybko wraca do swojego pokoju, chowa się pod kołdrą i za wszelką cenę próbuje uciec od tego co tam zobaczyło. Prócz dźwięków m.in. trzaskającego, łamanego drewna są słowa, wśród nich błagające o darowanie życia. Dziecko chowa głowę głęboko pod poduszkę i okrywa się nią z całych sił, aby odizolować ją od niepokojących dźwięków i nie słyszeć tego co dzieje się w drugim pokoju. Ale mózg nie daje za wygraną i mimo woli rysuje scenę widzianą przed chwilą. Jak na złość wizualizuje ją krok po kroku oraz dokładnie odtwarza i wplata do sygnałów docierających przez uszy. To wydaje się nie mieć końca. Dziecko próbuje schować głowę jeszcze bardziej, aby uwolnić się od myśli i zagłuszyć dźwięki a jednocześnie pozostać w swoim pokoju, ale z marnym skutkiem. Miota się, jak oszalałe. Po kilkunastu minutach dźwięk z drugiego pokoju wreszcie ustaje. Słychać tylko kroki i skrzypiące drzwi, co oznacza że oprawca osiągnął swój cel i wyszedł.
Mimo że powtarza się to nieregularnie, coś nakazuje dziecku zintensyfikować słuch każdego poranka i niejako "stać na czatach". Cały organizm pracuje wtedy na wysokich obrotach, a wydaje się że nawet najcichszy szmer nie jest odbierany jedynie za pomocą narządów słuchu, ale za pomocą całego ciała. Że w procesie odbioru dźwięków uczestniczy tak samo ręka, noga czy brzuch - wszystkie one skupiają się wtedy tylko na jednym - oczekiwaniu na zły dźwięk będący początkiem fatalnego procesu. Całe ciało napina się i przygotowuje, aby jak najszybciej móc schować się, gdy tylko wykryje najmniejszy impuls wskazujący na to, że oprawca znowu się zbliża.
Odruch ten pozostanie już z nim na zawsze, przeniesie się w każdy czas istnienia, oraz nakaże chować głowę i wręcz siłowo ściskać ją do poduszki mimo, że od dawna nie istnieje taka potrzeba. Ale także nasłuchiwać i wytężać słuch do granic możliwości. Wyłapywać możliwe nadejście zagrożenia, skupić się na każdym podejrzanym odgłosie. Nawet jeśli przez jakiś czas uda się kontrolować ten stan, to w momencie wybudzenia głowa dorosłego już człowieka jest lekko mokra i szczelnie otulona poduszką, lub nawet zawiniętą kołdrą jakby była w kokonie.
Trudno powiedzieć jak długo dziecko było narażone na takie doświadczenia, ale z pewnością odbywały się one co najmniej kilkunastokrotnie. Znaczącym przełomem była przeprowadzka, oddalenie się od sprawcy. Obraz kata i pierwszej ofiary został zapamiętany bez większych szczegółów, ale na tyle wyraźnie aby zidentyfikować konkretne osoby, ich miejsce zamieszkania. Przy kolejnych zdarzeniach pozostał tylko wizerunek mordercy utrwalony przez chwilę ale często powtarzany, choć dziecko wtedy już go nie widziało ale miało świadomość, kiedy pojawiał się w domu i kiedy z niego wychodził. Wskazywały na to różne dźwięki m.in. otwieranych nieco skrzypiących głównych drzwi oraz cichych ale wyraźnych kroków idących długim korytarzem. Sekwencje zdarzeń zawsze były identyczne i powtarzalne, ale to dźwięki i słowa zostały zakodowane znacznie lepiej, a zwłaszcza te pierwsze.
Dziś, w dorosłym życiu obrazy i dźwięki powracają w różnych momentach. Ale pojawia się też analiza możliwości działania. W jaki sposób można było pomóc ofiarom? Czy bezpieczne było pozostawanie w pokoju obok? Dlaczego gdy wszystko wracało do normy dziecko nie poprosiło o pomoc innych domowników? I najważniejsze - jak obecnie zachowałaby się już dorosła osoba, która przeszła przez takie trudne sceny w dzieciństwie?
Wydaje się, że by uruchomiła wszelkie dostępne zasoby i mogła postąpić nawet trochę nieobliczalnie, częściowo wbrew logice. Pod wpływem silnych emocji zakorzenionych kilkadziesiąt lat temu, kumulowanych a czasem nawet wzmacnianych mimo woli, mogłaby wręcz wybuchnąć agresją i atakiem. Gdyby obecnie zauważyła podobną scenę jak kiedyś, możliwe że by zareagowała z siłą i mocą nieadekwatną do sytuacji. Z dużą ilością przesady i afektu. Możliwe jest, że nagromadziła się w niej przez ten czas energia i silna potrzeba do natychmiastowej brutalnej reakcji. Czy byłaby ona podobnie zła do zauważonych wcześniej scen? Czy dałoby się je porównać, a konsekwencje działania byłyby zbliżone do siebie? A może znowu by uciekła i schowała głowę pod poduszkę? Teraz chyba ma to niewielkie znaczenie.
wtorek, 5 sierpnia 2025
Głupi i szczęście
To ten dzień. Zapamiętam go na długo, jest dość ważny jeśli chodzi o moją drogę zawodową. Trudny, pełny różnych obaw, zakrętów i niepokojów. Mógł skończyć się niezbyt ciekawie, co oznaczałoby co najmniej L4 i trochę "wolnego", ale nie o tym.
Oto stoję przed wielką górą, u podnóża której znajduje się przepaść. Muszę/powinienem wejść na sam szczyt. Nie mam przy sobie żadnych narzędzi, żadnych pomocy, jestem tylko ja i strach. A góra bardzo stroma, momentami śliska i niebezpieczna. Nigdy nie wchodziłem na taką, ale żeby nie stać w miejscu muszę to zrobić. Więc decyduję się. Mnóstwo lęków o to, czy dam radę, czy ryzyko jest tego warte. A na górze ktoś, kto woła mnie, abym szedł coraz wyżej.
Idę, choć najchętniej powiedziałbym "nie chce mi się". Zaciskam zęby i zgodnie ze wskazówkami głosu z góry, nie patrzę za siebie. Serce wali jak szalone a cały organizm pracuje na najwyższych obrotach. Mam wrażenie, że mózg mi dymi jak stara lokomotywa, ale ręce i nogi ani na moment nie odmawiają posłuszeństwa (to nawet trochę dziwne, bo np podczas pływania na basenie łapie mnie skurcz gdy za długo ćwiczę). Nie mogą okazać słabości, bo to oznaczałoby spore kłopoty. Zatem chyba rozumieją, że muszą dać z siebie wszystko, a może i więcej żeby przeżyć.
Nie czuję ani zmęczenia, ani głodu czy pragnienia. Mimo że wspinam się od kilkudziesięciu minut bez przerwy wisząc na krawędzi, nie czuję właściwie nic. Nawet nie wiem, jak daleko jeszcze do wierzchołka, nie myślę o tym. Nie jestem w stanie. Słyszę tylko uwagi i jakby rozkazy kogoś z góry. Nie ma już odwrotu, musisz iść dalej.
Po kolejnych długich minutach udaje mi się wdrapać na sam szczyt, kiedy nagle ręce i nogi robią się jak z waty, zaczynają drżeć i w ogóle mnie nie słuchają. Nie mogę się ruszyć, ale na szczęście jestem już na górze. Już nie spadnę. Ledwie stoję chwiejąc się w każdą stronę i próbuję złapać oddech, uspokoić serce i odpocząć. Dopiero teraz zauważam, że jestem tak spocony, że ubrania można wyżymać. Jednocześnie czuję, jak wbijają mnie one w ziemię. Są tak ciężkie, jakbym dźwigał na sobie kilogramy ołowiu.
Na szczęście auto stoi tuż obok mnie, więc daleko iść nie muszę. Niezgrabnie wpadam na fotel i jadę do domu. Ale jak dziwnie mi się nim kieruje! Nie słyszę silnika, gaz reaguje inaczej niż zwykle, kierownica nie chce się obracać, cały samochód jest jakiś otępiały. Albo ja. Po dojechaniu do domu, wciąż się chwiejąc spotykam sąsiadkę przed blokiem. Pomyśli sobie - o, ten pijak spod trójki wrócił do domu. I jeszcze prowadzi po alkoholu! Zamykam szybko drzwi od mieszkania i rozbieram się do naga. Faktycznie, wszystko mokre. Jeszcze nigdy nie byłem aż tak spocony. Biorę długi prysznic i opadam na fotel. Jest trochę lepiej, serce już tak mocno nie wali, ale czuję olbrzymie pragnienie. Ponad pół dużej butelki wody połykam bardzo szybko, dosłownie w kilku łykach. Czuję, że zaczynam wracać do rzeczywistości, choć dzisiaj już nic poważnego nie zrobię... Tylko odpoczywam.
Kolejny podobny dzień przede mną mniej więcej za miesiąc. Będzie trudniejszy, chyba że jakoś się do niego przygotuję. Ale czy można się przygotować na każdą ewentualność? Niestety to dopiero początek, ale kto nie idzie do przodu, ten się cofa... A że głupi ma zawsze szczęście, to może jakoś się tam uda wszystko.
Poniżej chmury sprzed kilku dni.
środa, 25 czerwca 2025
Powrót do codzienności
wtorek, 17 września 2024
Zwroty
wtorek, 23 lipca 2024
Po nieobecności...
Nie było mnie tylko kilka dni, a w Departamencie kolejne problemy. Dział pomocniczy to tylko kilka osób, ale są praktycznie nieodzownym elementem naszej pracy. I nagle wysypał się totalnie - dwie osoby na urlopach, a kolejne dwie rozchorowały się (w każdym razie na zwolnieniach). I nagle główny manager w szoku - ale jak to nie ma nikogo w dziale pomocniczym?! W te pędy polecił załatać dziurę innymi pracownikami z innych działów. A że tamci nie bardzo znają się na tej robocie, wyszedł z tego niezły galimatias. W wolnych chwilach przyglądam się temu o nie mogę nadziwić jak źle to wygląda...
Firma sprzątająca również płata figle. Ich pracownicy raz są, a raz ich nie ma, przy czym wg kontraktu powinni być codziennie. Możliwe że ze względu na sezon urlopowy im też brakuje pracowników, ale skutki widoczne są aż nadto (szczególnie w toaletach). Z tego co wiem manager zamierza rozwiązać z nimi umowę, ale na razie nie jest to ani szybkie ani proste - w każdym razie wymaga czasu.
Mój październikowy urlop na Cyprze lekko się skomplikował. Dlaczego? Ponieważ główny manager zadecydował, że w tym czasie będziemy mieli kolejne szkolenia. Naturalnie obowiązkowe. A że ktoś w tym czasie ma zaplanowany urlop, to nikogo nie interesuje. No nic, do października jeszcze daleko choć nie powiem żebym nie to już nie denerwowało...
Tymczasem po zabiegu coraz lepiej. Waga pokazuje coraz mniej, ale już powoli zaczynam jeść więc zapewne bardziej nie spadnie...
sobota, 13 lipca 2024
Podsumowanie tygodnia 352
Poniedziałek
Czeka mnie ciężki tydzień, więc pozwalam sobie na więcej. Znowu duże lody po pracy. No i podlewanie kwiatów u koleżanki.
Wtorek
Nerwowo w pracy. Znów szczęśliwym trafem nie dotyka mnie to bezpośrednio, ale inni obrywają zupełnie bez powodu.
Środa
Przekąski na kolację - gotowe formy tartaletek wypełniam pastą z tuńczyka, ogórkiem i szczypiorkiem z balkonu.
Czwartek
Po pracy drugi z planowanych zabiegów. Pojawiam się w klinice równo o umówionej godzinie, gdzie od razu przyjmuje mnie ta sama pani doktor. Miła, młoda, bardzo ładna. Pamięta mnie (3 tygodnie temu miałem pierwszy zabieg).
Od razu uprzedza, że tym razem będzie gorzej. Przez godzinę męczy się bardzo, jej asystentka również dwoi się i troi, ale efektów brak. Z miejscowym znieczuleniem widzę i słyszę: "skalpel proszę, nie ten, ten większy". Krew bryzga na każdą stronę (początkowo niebieskie rękawiczki pani doktor są już bardziej czerwone), wydaje mi się, że mam coraz mniej sił a przecież nic nie robię - leżę na wygodnej leżance w klimatyzowanej małej sali.
Z czasem dostrzegam, że coraz więcej ludzi kręci się wokół mnie, a pani doktor prosi o pomoc lekarza z sali obok. Gdy ten przychodzi (starszy pan z wąsami i w okularach, spokojnie mógłby być już na emeryturze) liczę że jego wiedza i doświadczenie pozwoli im uporać się z problemem, ale po jego minie dostrzegam, że jest gorzej niż myślałem. Proponuje on inne metody oraz dodatkową tomografię, ponieważ czegoś tam nie widać a po tylu nacięciach już powinno być. A może ja po prostu czegoś tam nie mam akurat tego co oni szukają? Pierwsza myśl - a może by tak stąd uciec?
Po chwili przygotowują mnie do czegoś, oraz zbierają wszystkie zakrwawione narzędzia. Lekarz z pielęgniarką biorą mnie pod rękę i przeprowadzają do innej sali, zakładają jakiś strasznie ciężki kaftan (gdybym nie siedział to na pewno bym padł), ale wtedy już widzę wszystko jak przez mgłę , za to wciąż słyszę. "Nie, no wszystko tu jest prawidłowo tylko dużo głębiej. Tniemy dalej".
Znów położyli mnie ma leżance, doktor wyszedł a swoją ciężką pracę kontynuowała pani doktor z tym, że miała więcej asystentów (a może mi się już tak w głowie robiło że widziałem dużo osób?). Ponieważ nade mną był duży monitor (na szczęście zamiast obrazu na żywo była jakaś tapeta) widziałem zegarek. Po pół godzinie, gdy pani doktor walczyła z każdej strony znów usłyszałem "proszę pilnie poprosić doktora". Słyszę bieg, zapewne jedna z asystentek pobiegła po lekarza. Nie pamiętam kiedy ten wszedł, ale musiało to chwilę trwać, bo w międzyczasie majaczą mi szybko poruszające się postacie, czyżby pół personelu kliniki tu przybyło? Myśli kłębiły się jak oszalałe - ile krwi już straciłem, czy już zadzwonili po karetkę czy jeszcze wierzą że im się uda, czy w ogóle mają krew do transfuzji, może powinni się poddać i po prostu zrezygnować?
Wąsy i okulary mignęły mi przed prawie zamkniętymi oczami. Kilka ruchów a może więcej niż kilka - nie jestem w stanie stwierdzić - i słyszę głos pani doktor - "już po wszystkim, niech pan odpoczywa, był pan bardzo dzielny".
Uff, napięcie zaczęło opadać. Słyszę jakieś medyczne terminy i zalecenia które lekarze wymieniają między sobą. Oraz "to był bardzo ciężki, nietypowy przypadek".
Coś tam przy mnie robią, ale to już prawie koniec, widzę całą miskę (?) zakrwawionych opatrunków, tamponów i tym podobnych. No i zakrwawione narzędzia - trochę to wygląda na rzeź, za pierwszym razem było o wiele lepiej. Pani doktor wyciera pot z mojego czoła, mówi o zaleceniach (prawie nic nie mogę, tylko odpoczywać), po czym wypisuje zwolnienie oraz receptę. Wciska mi ją w dłoń razem z dokładnie rozpisanym dawkowaniem i kartą informacyjną "zalecenia po zabiegu".
Leżę jeszcze kilkanaście minut a ona pyta czy wszystko jest dobrze. Znieczulenie wciąż działa, więc nic nie czuję i odpowiadam że wszystko jest ok. W końcu wokół mnie uspokoiło się, nie ma już tego gwałtownego ruchu, mam wrażenie że wszyscy asystenci i pielęgniarki wrócili do swoich standardowych czynności, bo w sali jest tylko trzy osoby ze mną. Po tym wszystkim ktoś musi to posprzątać, robi to pielęgniarka - współczuję jej babrać się w takim bagnie.
Po kolejnych minutach odprowadzają mnie na poczekalnię i usadzają na wygodnej, skórzanej zielonej kanapie. Chce mi się pić, ale nie wolno. Wolno mi siedzieć. Chcę już do domu, ale nie wolno - wciąż obserwują i pytają czy wszystko jest ok. Dobrze, że klimatyzacja działa ponieważ na zewnątrz ponad 30 stopni, a upałów mam unikać. Po długim czasie na kanapie wypuszczają mnie z zaleceniami, że gdyby cokolwiek się działo mam natychmiast się zgłosić.
Klinika mieści się jakieś dwa kilometry od domu, po drodze wykupuję receptę. Z trudem wyczekuję czas do momentu możliwości napicia się wody, ale już chyba bardziej potrzebuję leków przeciwbólowych. Jak się okazuje po chwili, leki są bardzo skuteczne i działają momentalnie przez prawie całą dobę (nie powinno dziwić, kosztowały krocie). Zasypiam spokojnie z tym, że trochę zakrwawiłem pościel. Przepieram ją z samego rana, ale chyba będzie już do wyrzucenia.
Piątek
Zadziwiająco dobrze. Leki z samego rana, przeciwbólowe około południa. Odpoczywam, rozwiązuję krzyżówki, słucham radia i ogólnie - krzątam się po (zbyt ciepłym) mieszkaniu. Weekend podobnie, choć z każdym dniem czuje się lepiej - co jest bardzo zadziwiające. Zdaje się, że wpływ na to mają leki które biorę dwa razy dziennie... A w przyszłym roku jeszcze jeden taki zabieg...
sobota, 29 czerwca 2024
Podsumowanie tygodnia 350
Poniedziałek
Ból. Już w nocy biorę środki przeciwbólowe, co umożliwia w miarę normalny sen. Śniadania nie jem. Na obiad mus z banana, truskawek i mleka. Pyszne. Po pracy padam ze zmęczenia i idę spać.
Wtorek
Noc bezsenna, pewnie dlatego że poprzedniego dnia spałem w dzień. W pracy słabo. Po pracy jogurt i zimne mleko. Wieczorem lody i kilka proszków przeciwbólowych. Te już się prawie kończą.
Środa
Lepiej przynajmniej przez pół dnia. Po pracy idę do Lidla po jedzenie - pasztet, jogurty, kasza manna, lody i banany. No i leki kupuję, tak na wszelki wypadek. A w pracy nerwowo. Incydent z na szczęście nie moim udziałem. Tuż po nim natychmiastowe szkolenie z procedur.
Czwartek
Z samego rana breafing z głównym managerem. Po pracy wizyta kontrola w klinice, przyjmuje mnie inna pani dr niż poprzednio:
- dobrze to wygląda, był pan u nas w międzyczasie?
- nie, biorę leki przeciwbólowe i jakoś tam się trzymam
- aha, teraz będzie już lepiej, ale niech pan nadal uważa i nic nie zmienia
Świetnie. Ale na plus - przyjęli mnie punktualnie, a w recepcji wciąż sączy sie smooth jazz. Wizyta kontrola trwała 3-4 minuty maksymalnie.
Piątek
Ciężki dzień w pracy. Omawianie i analizowanie incydentu ze środy. Nerwowo. Po pracy jadę do dużego miasta na przedstawienie operowe. Mimo moich obaw nie nudzę się, a muzyka jest całkiem przyjemna.
![]() |
| Tuż przed przedstawieniem |
Później spacer po mieście, który pokazuje inne obrazy niż w moim małym miasteczku - ulicznych artystów, ludzi odpoczywających i bawiących się, mnóstwo różnych możliwości i ogólnie - życie.
Mimo że raz na jakiś czas widzę takie rzeczy wciąż mnie zadziwiają. I poprawiają humor mimo lżejszego niż wcześniej ale jednak bólu...































