Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 października 2026

Podsumowanie tygodnia 482

Poniedziałek 

Dość nieprzyjemna sprawa w środku dnia pracy (tym razem nie ze strony klientów ani managera). Zauważam, że nie wpływa ona na moje dobre samopoczucie. Dziwne, ale mógłbym tak reagować w większej liczbie trudnych przypadków. 

Wtorek 

Po pracy jadę do schroniska. Znajoma już dzień wcześniej uprzedziła mnie, że tam panują nowe zasady, ale napiszę o tym w oddzielnym wpisie. Zabieram Kokosa (na dzień dobry znowu pacnął mnie delikatnie nosem) i jego kompana z kojca. Idąc z dwoma psami (jeden bojaźliwy, drugi odważny i ciekawski) nie mam jak popracować z Kokosem, ani nawet zrobić zdjęć. Początkowo kieruję się w stronę ruchliwej ulicy (chcąc uniknąć błotnistej drogi która prowadzi do lasu), ale gdy się zbliżamy zauważam, że Kokos boi się także samochodów. Zatem nie ma rady - wracamy i idziemy mimo kałuż i błota w stronę lasu. 

Przysmaki, które mam ze sobą też trudno mi rozdać, bo ten odważny pies skacze i łapczywie domaga się każdego kęsa (nie mogę go karmić z ręki, bo mógłbym stracić palce), a Kokos widząc zamieszanie próbuje się chować, choć też miałby ochotę na jedzenie. Dzielę je sprawiedliwie. Kokos bierze ostrożnie i delikatnie tak, że mogłoby go karmić nawet dziecko. Nie pytajcie, jak bardzo byłem umorusany gdy ten odważny kilka razy skoczył na moje nogi. Dobrze, że jest małym psem bo inaczej cały byłbym w błocie. Nauczony doświadczeniem przebieram się po pracy w wygodne i łatwe w czyszczeniu spodnie, ale tak czy inaczej warunki nie sprzyjają pracy z nimi, a Kokos potrzebuje dużo czasu, przestrzeni i spokoju. Z tym, że on bez tego kompana z kojca w ogóle nie wychodzi.

W dodatku dostałem okropne smycze - długie i plączące się. Przez chwilę zastanawiałem się, czy zrobiono to celowo... Plus taki że psy załatwiły swoje potrzeby (sikanie i te sprawy w dużych ilościach), a ten odważny został wygłaskany tak, że aż tarzał się ze szczęścia. Kokos stał wtedy obok - nie za blisko - i patrzył, ale w pewnym momencie, gdy udawałem że go nie obserwuję, podszedł i powąchał mnie z boku przez krótką chwilę. Fajowo! Ależ mnie to ucieszyło! 

Na zdjęciu poniżej ten odważny psiak podczas poprzednich spacerów:


Środa 

Normalny dzień, bez większych przebojów.

Czwartek 

Po pracy kolejne krótkie szkolenie z managerem. Nic ciekawego ani nowego. Po nim wychodzę na parking akurat z kolegą, który półszeptem mówi, że nic nie zrozumiał z tego szkolenia. I że ma do mnie kilka pytań odnośnie tego. Na szczęście nie w tej chwili, bo właśnie teraz każdy rozjeżdża się w swoją stronę.

Piątek

Ciężki dzień. Klienci nie przesadzali z wykorzystaniem procesu myślowego, a obserwowanie tego doprowadza mnie na skraj wytrzymałości. 

W domu gotowy obiad szybko podgrzewam, a po zjedzeniu zbieram się na saunę. Już z rana zaproponowałem sąsiadce z parteru, że mogę ją zabrać - bo podczas krótkiej rozmowy zadeklarowała że też ma ochotę na taki relaks. Na szczęście na miejscu nie musieliśmy trzymać się razem. 

Zafundowałem sobie aromatyczny kawowy peeling w saunie parowej, a podczas seansów królowały zapachy mięty i mentolu połączonego z pomarańczą. Cudownie. Z minusów - tłok na drugim seansie, oraz gadająca ekipa zza wschodniej granicy - z tego co zauważyłem byli pierwszy raz podczas ceremonii. 

Sąsiadka nawet pomyślała o mnie w tym tłoku, bo gdy najpierw wchodzą panie ciężko dostać się tam, gdzie jest ochota - a ona wiedziała że lubię górną półkę i zarezerwowała miejsce. Miło. 

Weekend pod znakiem przygotowań do nowego projektu o którym wspominałem - czyli laptop i dobra herbata. A że za oknem deszczowo nie ma wielkiego żalu...

sobota, 24 października 2026

Podsumowanie tygodnia 481

Poniedziałek

Nawet fajny dzień w pracy. Przydzielony jestem do obsługi klientów z poważniejszymi zadaniami. Dzięki niedawnemu awansowi mam trochę odmiany i odrobinę więcej spokoju. Oraz czas na śniadanie i odpoczynek pomiędzy klientami.

Wieczorem pomagam koledze z pracy. Zmaga się z problemem, który ja przechodziłem mniej więcej rok temu i dziś jestem już na innym etapie - przygotowany, z większą wiedzą i możliwościami. Mimo że kolega średni w obszarze kontaktów międzyludzkich, zdecydowałem, że pomogę. Ogólnie nie jest lubiany a ja pamiętam, jak kiedyś wydarł się na mnie bez powodu.

Zaproponowałem wejście do mieszkania, ale odmówił (i dobrze). Wziąłem utensylia i załatwialiśmy to w jego aucie. W sumie trzy razy. Trochę się uspokoił z tym, że to tylko doraźne rozwiązanie. Nauczyłem się, że porządnie to znaczy drogo. I najczęściej długo. On chciał szybko i tanio.

Wtorek 

W pracy bardzo dużo luzu, aż do niezapowiedzianej kontroli. Manager podszedł w czasie, gdy obsługiwałem klienta. A że sprawa była prosta, prawie wcale się nie stresowałem. No i może trudno w to uwierzyć, ale on nie posiada umiejętności do rozwiązywania tego typu spraw, ale może kontrolować! Ot, paradoks 😁 

Po wszystkim naturalnie wezwał mnie do siebie celem omówienia. Idąc zastanawiałem się, co on może omówić? Tym bardziej, że wszystko było idealnie! No ale... manager trochę pokręcił nosem - i zaczął od tego, że nie było źle, ale... wg niego są rzeczy, które mogłem zrobić inaczej. Mogłem, to prawda. Ale wg obowiązującego prawa miałem tysiące możliwości i w zasadzie każdy zrobiłby to inaczej ale także zgodnie z prawem. Co nie znaczy, że było coś źle, po prostu inaczej. I mimo że realizując sprawę klienta doszedłem do dobrego zakończenia, wg niego powinienem inaczej. 

Po kilku chwilach wyszedłem, ale czułem że wewnątrz śmieje się całe moje ciało. Wróciłem do swojego stanowiska i spokojnie odpoczywałem nie przejmując się kimś, kto nie zna się kompletnie na tym, ale krytykuje. W dodatku tak niekonstruktywnie. A z tego już trudno mnie zagiąć, bo jest tu pewien czytelnik, który zwraca uwagę na konstruktywną krytykę.

Po pracy jadę do schroniska. Jest zimno, mokro i wszędzie błoto, ale przecież psiaki chcą na spacer. Najpierw idę ze staruszkiem, który uwielbia niezbyt długie i powolne spacery (jestem z nim pierwszy raz):

Potem biorę drugiego - nieco młodszego i bardziej żwawego psiaka (chodziłem z nim już wcześniej). Ten interesuje się wszystkim - a szczególnie gdy doszliśmy do drogi, gdzie stał policyjny patrol na niebieskich sygnałach - stanął jak wryty i wpatrywał się w radiowóz:

Gdy wróciliśmy, podszedłem do kojca w którym był Kokos - płochliwy słodziak o którym pisałem wcześniej - zamerdał ogonem i podbiegł do krat, a nawet zbliżył się i pacnął delikatnie nosem o moją rękę! Czyżby to był początek nowego etapu znajomości? Dałem mu mały smakołyk i pojechałem do domu (Kokos był już z kimś na spacerze - a jedną z zasad jest to, aby każdy wychodzący psiak był na spacerze - dlatego miałem dziś inne pod opieką). 

Środa 

W pracy względny spokój. W domu robię szybki obiad i siadam do komputera, bo przede mną dwa projekty - jeden stary a drugi całkowicie nowy. Ten stary wymaga tylko drobnych korekt, ale ten nowy muszę przygotować od zera. Co on mi da? Może troszkę satysfakcji, nowe wyzwania, kolejne zadania, z którymi trzeba będzie się zmierzyć, no i trochę dodatkowej kasy ale to dopiero za jakiś czas.

Czwartek 

Sprzedawca z salonu Kia wysyła mi ofertę na zakup auta. Czyli nie zapomniał. Co prawda trwało to ponad tydzień, ale jednak. Ja oczywiście wciąż nie podjąłem decyzji w sprawie zakupu, ale nie wiem, czy w tym roku jednoznacznie zadecyduję - raczej nie. Jego oferta jest taka jak moje zdecydowanie - średnia i mało porywająca

Popołudniowy basen i sauna ze zbyt dużą ilością mentolu. Przez przypadek wrzucam kilka (zamiast jednego) kryształków do pieca, co powoduje że ledwo wytrzymuję. A im bardziej chcę złapać powietrze, tym trudniej się to robi. Pomaga powolne i płytkie oddychanie, a po kilku minutach wszystko wraca do normy.

Piątek 

W pracy kontrole moich współpracowników. Wnioski są tak samo niekonstruktywne jak u mnie, co jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu aby w ogóle się tym nie przejmować. Zatem luz. Po południu szykuję się do pracy na jutro oraz kontynuuję przygotowania do realizacji nowego projektu.

sobota, 17 października 2026

Podsumowanie tygodnia 480

Poniedziałek 

Powrót do pracy. Poziom niechęci bardzo wysoki. Tymczasem mój zwyczajowy harmonogram dnia po pracy uległ zmianie. Jak się ma dwie ręce połamane, to ciężko funkcjonować, a czynności takie jak mycie czy jedzenie są niemożliwe. Czyli pomagam. Taki stan utrzyma się do końca tygodnia, a później zobaczymy.

Wtorek

Po pracy idę do schroniska, ale tam też same problemy. Nie ma komu wydać mi psiaków na spacer i tylko szczęście decyduje, że udaje mi się wziąć dwa fajne psy:

W domu mam mnóstwo roboty, zatem moje urlopowe siły szybko topnieją. Jestem bardzo zmęczony, a to dopiero drugi dzień po urlopie.

Środa 

Najspokojniejszym czasem jest sen, o ile się nie budzę. A z tym różnie. 

Czwartek 

Propozycji zakupu auta elektrycznego nadal brak. Czyli przedstawiciel handlowy, który zapomniał o mnie podczas umówionego spotkania, także zapomniał, że miał wysłać ofertę. Ale może to lepiej. I tak nic tam nie kupię. 

Piątek 

Trudny klient na sam koniec dnia, ale nie robi to na mnie większego wrażenia. W duchu nawet mnie to śmiesz, bo mówi "chciałem z panem porozmawiać, dlaczego to jest niemożliwe?" 

Mimo tylko 10 stopni Celsjusza obiad jem na zewnątrz. Sandacz, frytki i surówki. Plus bardzo miła obsługa. Bar pod miastem, ale to inne miejsce niż zwykle. Kończą już sezon, bo zbyt zimno i nie ma klientów. Dla mnie to zupełnie nie po drodze, a szkoda, bo mają pyszne jedzenie i bywam tam zbyt rzadko.

sobota, 26 września 2026

Podsumowanie tygodnia 477

Poniedziałek 

Ostatni tydzień przed długim urlopem. Nawet mniejsze i większe afery mnie nie ruszają, za to po pracy korzystam z pogody i spaceruję oglądając motyle na nielicznych kwiatach w parku.

Gdy jest dużo słońca, telefon wyciąga kolory czasem aż zanadto, ale przy większych zbliżeniach nie jest już tak dobrze. Powinienem go zmienić i nawet upatrzyłem sobie nowy model z tym, że na tym się zatrzymałem.

Wtorek

Wyjątkowy, imieninowy dzień. Po pracy piekę ciasto śliwkowe pierwszy raz używając mąki migdałowej. Nie podnosi ona poziomu cukru we krwi, a ciasto smakuje tak samo dobrze.

Środa

Po pracy jadę do schroniska. Najpierw na spacer biorę psiaka, który dość mocno ciągnie smycz dzięki czemu spacer jest długi i intensywny bo maszerujemy w bardzo żwawym tempie. 

Następnie idę do klatki z Kokosem, ale ten chowa się i nie chce (boi się?) wyjść. Nie daje sobie założyć szelek i ku mojemu smutkowi zostaje w klatce. Wychodzę z jego odważnym kolegą. Robimy standardową rundkę w lesie i wracamy. Kokos nieśmiało podchodzi do krat, gdzie daję mu przekąskę z ręki. Bierze i od razu się wycofuje. Szkoda, ale nic na siłę. Zwykle z klatki wyprowadza go pani Gosia, pracownica której akurat nie ma w schronisku, może dlatego nie chciał wyjść, nie wiem. 

Tuż przed zamknięciem schroniska okazało się, że jest jeszcze jeden psiak który nie był na spacerze w ciągu trzech ostatnich dni. Bez wahania proszę o wydanie go i idziemy w stronę lasu. Nie mamy już czasu, a psiak cieszy się jak oszalały. Od razu nawiązuje ze mną bardzo dobry kontakt - domaga się pieszczot, jest spokojny i grzeczny, a ogonem kręci w każdą stronę! Wabi się Milo - i zdecydowanie jest moim kolejnym ulubieńcem! Wracamy chwilę po czasie, ale personel zna już mnie, więc nikt nie krzyczy że przekroczyłem czas.

Na zdjęciu powyżej wygląda, jakby był agresywny, ale on robi takie miny z radości. Wpychał się całym sobą i robił wszystko, aby korzystać z obecności człowieka.

Te spacery oraz cała organizacja tychże jest męcząca, ale i satysfakcjonująca. Mimo zmęczenia i głodu dobrze się czuję.

Czwartek 

Powoli rysują się pomysły zmiany auta. Obecny samochodzik ma już prawie 6 lat, więc trzeba zacząć myśleć o czymś nowym. A może kupić elektryka? Mam pewien pomysł, który będę rozważał. Na razie oglądam testy i czytam soecyfikacje, ale chyba niebawem umówię się na jazdę próbną. Jak coś się bardziej wyklaruje w tym temacie, dam znać.

Piątek 

W pracy dwa kierunki z których na jednym jest bardzo miło. Tak. Później ostatnie pakowanie i nocny wyjazd na lotnisko. W momencie publikacji tego wpisu jestem gdzieś w chmurach. Życzę Wam miłej soboty i niedzieli!

sobota, 19 września 2026

Podsumowanie tygodnia 476

Poniedziałek 

Urlopuję. Z samego rana wyjeżdżam do Suntago. Jest całkiem sporo ludzi, ale świetnie się bawię - na zjeżdżalniach, w basenie z falą, rwącej rzece na zewnątrz, basenach witalnych oraz saunach. Cały dzień mija bardzo szybko, a pod wieczór mogłem podziwiać zachód słońca. Zdjęcia poniżej ze strefy sauny, oraz z zewnętrznego tarasu:


Wtorek 

Powrót do domu. Zamiast dróg ekspresowych wybieram lokalne, z których można pooglądać krajobrazy i zatrzymać się na długi spacer nad rzeką.

Środa

Po pracy jadę do schroniska. Znów biorę dwa psiaki, z których jeden jest bardzo śmiały i odważny, a drugi wycofany i nieufny (pisałem o nich ostatnio). Mam ze sobą smaczki, którymi próbuję przyzwyczaić do siebie tego nieśmiałego. Ma na imię Kokos i zrobił dziś mały krok do przodu. Szedł bliżej mnie, a w pewnym momencie nawet położył się gdy zrobiliśmy przerwę. Bo do tej pory zawsze gotowy był do ucieczki i cały czas stał uważnie. Jeszcze nie dał się pogłaskać, ale wszystko przed nami. 

Poszliśmy na łąkę, na której byliśmy tylko my we trzech, żeby trochę odpocząć i coś zjeść. Gdy wyjąłem przekąski, ten odważny był już przy mnie gotowy zjeść wszystko co miałem, ale Kokos walczył ze sobą całym ciałem. Podszedł trzęsąc się dość mocno, wziął delikatnie i zjadł ze smakiem. Widziałem jego uśmiech. 

W lesie trochę przestraszył się trzech chłopaków którzy szli z przeciwka (zachowywali się normalnie, nawet rozmawiali dość cicho). Już wiem, że muszę wtedy zejść im z drogi, bo Kokos panicznie boi się ludzi. Zauważyłem, że dość często ogląda się za siebie i najlepiej czuje się, gdy w pobliżu nie ma nikogo. Pewnie beze mnie byłoby mu jeszcze lepiej, ale bez człowieka nie wyszedłby z kojca.

Wracając do schroniska były jeszcze dwie przerwy na małe przekąski. Kokos nadal mocno przeżywa podejście do człowieka, ale jakoś tam się przełamuje i je z ręki. Wciąż każde głośniejsze tupnięcie nogą, czy nadepnięcie na gałąź która łamiąc się wyda dźwięk, powoduje u niego duży niepokój. Idąc z tą parą staram się bardziej patrzeć pod nogi i nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów aby nie straszyć Kokosa, oraz z daleka wypatrywać potencjalnych kłopotów i im zapobiegać.

Niestety, czasem Kokos zapląta się w smycz i muszę go z niej uwolnić. Staram się to robić jak najdelikatniejszym sposobem. Tu psiak współpracuje jakby rozumiał, że bez tego ani rusz. Oczywiście boi się i trzęsie, ale posłusznie podnosi łapy i pomaga w uporządkowaniu smyczy jednocześnie bacznie mnie obserwując i zachowując dystans. A łatwo nie jest, bo ten drugi psiak myśli że to zabawa i biega oraz skacze w każdą stronę. Byłoby lepiej gdybym na spacer brał tylko Kokosa, ale on bez kolegi nie wychodzi z kojca. No nic, damy radę.

Czwartek 

W pracy chaos, czyli codzienność. Firma sprzątająca udaje że pracuje, a stan toalet jest delikatnie mówiąc średni. Po pracy jadę na basen i małą saunę, która pęka w szwach. Inhalację mentolem rozpoczynam od wejścia do sauny, co sprzyja relaksowi mimo tego że było w niej bardzo ciasno.

Piątek 

W pracy względny luz, bo staram się nie przejmować tym co mnie otacza. Początkowo mam zamiar iść do aquaparku po pracy, ale ostatecznie wybieram pozostanie w domu. Robię porządki z dokumentami, sprzątam w całym mieszkaniu i robię zakupy, ale niezbyt duże bo niebawem wyjeżdżam.

sobota, 12 września 2026

Podsumowanie tygodnia 475

Poniedziałek 

W Departamencie rozpoczynam sprawy nowe, których do tej pory nie mogłem realizować. Podobają mi się, ku swojemu zaskoczeniu zauważam elementy przyjemności.

Po pracy idę na basen, ale kondycji brak. Sauna z kryształkami mentolu jest tylko moja. Relaks, którego potrzebowałem.

Wieczorem prawie półtorej godziny miłej rozmowy z bardzo dobrym znajomym. Wyrzucam z siebie dużo słów w szybkim tempie (co zauważam mniej więcej w połowie rozmowy), ale wciąż przeżywam emocje z egzaminu. 

No i z tych wszystkich poruszeń zapominam o pewnych urodzinach. To duża wpadka, bo dopiero w czwartek próbuję nadrabiać swój brak pamięci.

Wtorek 

Powoli dochodzę do siebie. Waga pokazuje 70,5 kilograma, ale to normalne bo na wyjeździe prawie nic nie jadłem. Przy moim wzroście to już dolna granica, ale zejdę jeszcze ciut niżej aby mieć szóstkę z przodu.

Środa 

W pracy znowu elementy przyjemności i zaskoczenia, że takie efekty mogą się pojawiać. Oczywiście dotyczą one jedynie spraw, które prowadzę w związku z niedawnym awansem. Aspekt finansowy jest mizerny, ale kasa to nie wszystko a poza tym, ta może się za jakiś czas polepszyć.

Przyznaję się do błędu jeśli chodzi o awans - kilka dni temu pisałem, że mam kłody pod nogami. Osoba, którą podejrzewałem o to że utrudniała mi wejścia na kolejny szczebel tego nie zrobiła. Moja teoria wynikała z różnych napięć między nami, ale - jak się okazało - nie miało to wpływu na moją karierę.

Po pracy długie spacery z psiakami. Najpierw biorę jednego, a potem dwa jednocześnie. Ten poniżej jest bardzo żwawy i czujny. Trochę rzuca się do innych psów, musiałem schodzić z drogi gdy z przeciwka szli inni wolontariusze.



Na zdjęciu powyżej dwóch kumpli z kojca. Ten przy mnie to mój ulubieniec - spokojny pieszczoch. Ten z tyłu boi się ludzi i wychodzi na spacery tylko z tym pierwszym. Próbowałem zachęcić go do tego żeby podszedł, żeby skorzystał z bliskości, ale coś musiało na nim wywrzeć wrażenie ogromnej nieufności i strachu. Miał smutne oczy, a ciało było gotowe do ucieczki podczas całego spaceru. U innych wolontariuszy jest podobnie z nim - wiem bo pytałem. Chciałbym z nim na spokojnie pracować. 

Czwartek 

W pracy mam klienta obcokrajowca. Z dość daleko, zza naszej wschodniej granicy. Początkowo miły i próbujący zagadać, ale gdy muszę dać mu odmowę zmienia swoje nastawienie. Niestety do zakończenia jego sprawy potrzebuję około 15 minut (plus akurat wtedy zamulajacy komputer) podczas których klnie jak szewc, próbuje wywrzeć presję i skłonić mnie do zmiany decyzji, oraz kilkukrotnie wspomina o tym, że zrobiłem to celowo z powodu jego narodowości. 

Spływa to po mnie bardzo szybko i nie rusza mnie to "marudzenie". Nie dałem się wciągnąć w jego narrację, cieszę się z tego że mam już jakieś tam doświadczenie i potrafię je wykorzystać. 

I nie zmienia to mojego dobrego samopoczucia. Wieczorem piszę o tych wrażeniach do Grześka. On odpisuje mi, że to bardzo częste zachowanie wśród klientów zza wschodniej granicy.

Piątek

Przyjemny dzień w pracy. Potem wyjazd do dużego miasta, bo zaczynam krótki urlop który zaplanowałem już dawno temu wiedząc, że po egzaminie chciałbym odpocząć. 

Będąc już w dużym mieście odbieram wiadomość, że formalnie rozpoczyna się proces mojego drugiego awansu (w związku z ostatnim pozytywnym egzaminem)! To bardzo szybkie tempo - nie spodziewałem się tego!

Deszczowa aura ograniczenia trochę moje wieczorne plany spacerowe, ale nie przeszkadza aby odetchnąć świeżym powietrzem i wyłączyć myślenie o Departamencie. Jest dobrze, a może być jeszcze lepiej.

sobota, 29 sierpnia 2026

Podsumowanie tygodnia 473

Poniedziałek 

Staram się o awans, ale kilka kłód pod nogi zostało rzuconych. Dość skutecznie je eliminuję z wyjątkiem ostatniej. Wciąż liczę na uczciwość, bezstronność i profesjonalizm działania - ale jak się okaże do końca tygodnia - moja naiwność wciąż ma się dobrze.

Wtorek

Po pracy dentysta. Rekonstrukcja korony zęba. 500 zł. Ale efekt warty cierpienia i tych pieniędzy.

Środa

Pierwszy raz idę sam do schroniska. Najpierw z jednym a potem z drugim psiakiem wychodzę na mniej więcej godzinne spacery po lesie. 


Jeden i drugi bardzo fajny. Ten u góry lubi być głaskany i przytulany, choć początkowo jest nieufny. A ten poniżej jest mega opanowany i spokojny. To mój ostatni spacer z nim, bo ktoś zgłosił się z chęcią zabrania go do nowego domu.


Czwartek

Korzystam z pogody i jadę na wycieczkę rowerową. Wieczór już chłodny, ale potrzebuję trochę wyciszenia i odpoczynku.


Piątek 

Kilka nowych/starych problemów życiowych. 

A poza tym ćwiczę przed egzaminem. Udaje mi się zdobyć starsze oprogramowanie - wygląda inaczej, bardziej pokracznie i po prostu gorzej niż to co mam tu w Departamencie. 

Mimo tego że rozwiązywałem zadania prawidłowo, tylko nieznacznie poprawiło to mój humor. 

Jutro po pracy jadę z rowerem do solenizanta - ale to dopiero na wieczór, więc wrażenia i reakcje opiszę tu później.

sobota, 22 sierpnia 2026

Podsumowanie tygodnia 472

Poniedziałek 

W wolnych chwilach oglądam testy rowerów ze wspomaganiem. Recenzje, opinie oraz prezentacje, a po południu podejmuję decyzję i zamawiam Engwe P275 SE na stronie polskiego importera. Kod rabatowy obniża cenę o prawie 400 zł i finalnie płacę 3 464 zł.

Wtorek 

W pracy różnie, ale staram się trzymać z daleka od kogo się tylko da. Oficjalnie dostaję dokumenty o złożeniu z wynikiem pozytywnym egzaminu, który odbył się już ponad miesiąc temu. To pozwoli mi ubiegać się o możliwość awansu.

Po pracy jadę na wieś i zajadam się pysznymi pomidorami.

Środa

Kurier dostarcza rower. Z trudem wkładam go do auta, bo nie dość że ciężkie to pudło, duże i nieporęczne. 

Po pracy spacer z psami ze schroniska, a już w domu zaczynam rozpakowywać rower.

Czwartek

Obiad jem w pracy, a gdy wracam do domu prawie od razu zajmuję się składaniem roweru. Instrukcji po polsku brak, a powinna być. Niby niewiele pozostało do zrobienia (założenie kierownicy, koła oraz błotnika, przykręcenie pedałów, dokręcenie bagażnika i rzeczy typu światło, dzwonek), ale o tak zajęło mi to dwie godziny.

W międzyczasie ładuję baterię, bo chce od razu się przejechać. To zajmuje czas w którym składałem rower z tym, że bateria prawdopodobnie nie była rozładowana do 0.

Z paczkomatu odbieram zamówiony wcześniej koszyk na tylnym bagażnik do roweru, bo wiem że to niezbędne akcesorium.

Piątek 

W pracy z rana małe kłopoty, ale staram się tym nie przejmować. Później jadę do dużego miasta na obiad i mały deser, spacer i jak zwykle zakupy. Wszędzie dużo ludzi, gwarno i tłoczno.


Placki ziemniaczane ze śmietaną (średnie w smaku) oraz sernik klasyczny (dobry, tylko mógłby być ładniej podany).

sobota, 15 sierpnia 2026

Podsumowanie tygodnia 471

Poniedziałek 

Szykuję prezent urodzinowy. Mam jeszcze kilka tygodni, ale już zastanawiam się czy będzie to lot balonem, weekend w SPA, wycieczka zagraniczna lub rower elektryczny - sam nie wiem co mam wybrać. Wiem, że kupię bilet na koncert zespołu który jubilat uwielbia, będzie też tort i kolacja w restauracji. Ale wciąż nie mam pojęcia co będzie najlepszym wyborem prezentu - zapytanie wprost odpada. To okrągła rocznica urodzin, zatem muszę coś specjalnego wymyśleć. Skłaniam się ku rowerowi, bo jak się nie spodoba to najwyższej sam będę nim jeździł 😁 Tymczasem SPA lub wyjazd zagraniczny oznacza, że i ja będę musiał sobie wziąć taki sam pakiet - a to raczej niemożliwe.

Wtorek

Ustalam grafik na wrzesień z działem kadr. Aż sam się dziwię, że nie mają zastrzeżeń do moich planów urlopowych a w szczególności do ilości wolnych dni.

Środa

Dzień pełen wrażeń. Z rana głowę zaprząta mi ważna sprawa, którą muszę załatwić przed egzaminem poprawkowym. Przygotuję się wcześniej dokładnie analizując co chcę uzyskać i jak poprowadzić rozmowę. Trochę wątpię, czy nie wymagam zbyt dużo, ale  dzwonię i ostatecznie załatwiam to, co dokładnie chcę. Super.

Po pracy schronisko. Jesteśmy w trzy osoby - koleżanka, pewien gość i ja. Mamy trzy dość duże psy. Podczas powrotu ze spaceru do schroniska, pies koleżanki (poniżej) rzuca się do małego pieska (wolontariusze wyprowadzają psy, więc siłą rzeczy mijamy się po drodze do/z schroniska) idącego z przeciwnego kierunku. Przez chwilę udaje się go utrzymać względnie z dala od malucha, ale po kolejnym mocnym szarpnięciu, smycz się poddaje - jeden z metalowych elementów pęka, a pies z pełnym impetem dopada biednego malucha*. Dalszy opis jest dość drastyczny, więc przejdę od razu do podsumowania tego zdarzenia.

Maluch przeżył, choć początkowo nie był w stanie wrócić o własnych siłach do schroniska. Jest bardzo wystraszony i trochę poturbowany, ale wykaraska się. Gorzej z koleżanką. Natychmiast zawiozłem ją na SOR, bo podczas szamotaniny i próby rozgonienia towarzystwa mocno oberwała.

Cud, że mój pies (poniżej) nie dołączył do tej bójki, bo szarpał i wyrywał się w każdą stronę. Tylko pies gościa był względnie spokojny, co dało mu szansę na pomoc w opanowaniu sytuacji. On doznał jedynie powierzchownych zadrapań. Wniosek - należy bardziej unikać spotkań z innymi psami, bo te z tych samych kojców żyją w zgodzie, ale z innymi psami nie.

Zorganizowałem kierowcę i wróciłem do schroniska, aby zabrać auto koleżanki. A wcześniej poinformowałem jej męża o zdarzeniu oraz o tym, że może jechać od razu do szpitala, bo ja przyprowadzę ich pojazd pod blok.

*** *** ***

*Ten pisk, wrzask i skowyt są dźwiękami, których nie chciałbym słyszeć a niestety wciąż mam je w pamięci.

Czwartek 

W pracy wymagająco. Temperatury odpuściły, ale klienci wprost przeciwnie. Testują moją cierpliwość oraz nie grzeszą kulturą. Do tego poddenerwowany manager, którego najlepiej unikać. Ale niebawem weekend i odpoczynek. Psychicznie źle się czuję.

Po pracy buszuje w internecie w poszukiwaniu prezentu. Opcja rowerowa coraz bardziej do mnie przemawia.

Wieczorem kolejny problem przychodzi wraz z mailem. Linia lotnicza, z którą we wrześniu lecę na wakacje do ciepłych krajów, zmienia mi godzinę wylotu (z godziny 15.40 na 7.40), a tym samym dezorganizuje ustalony już wcześniej termin parkingu. Czyli muszę dzwonić i zmieniać rezerwację, ale to jutro lub w przyszłym tygodniu. No i oznacza to, że będę musiał w nocy jechać do stolicy, bo na lotnisku muszę być co najmniej 2 godziny wcześniej.

Piątek 

Piękne lato. Po południu szybki wyjazd do dużego miasta, ale łatwo nie jest - bardzo duże natężenie ruchu+remont na głównej drodze. 

A gdy już dojeżdżam: najpierw wizyta u fryzjera. Lubię go, facet na poziomie - można z nim normalnie porozmawiać, a przy okazji świetnie strzyże. Stara się być neutralny politycznie i co najważniejsze - nie przeklina. Następnie małe zakupy w dyskoncie pełnym ludzi. Potem już tylko przyjemności - późna kolacja, która trochę łamie moje zasady żywieniowe. Nie dość że dużo węglowodanów, to jeszcze pora zbyt późna. "Za karę" z restauracji wracam pieszo - 2 kilometry zawsze jakiś ruch.

Kurczak souse vide, ziemniaki opiekane, sos tymiankowo - truflowy, wędzony twaróg i sałatka.

sobota, 8 sierpnia 2026

Podsumowanie tygodnia 470

Poniedziałek 

Bardzo gorąco. Gdy jestem w biurze, bez problemu mogę pracować, bo klimatyzacja ustawiona na 23 stopnie świetnie sobie radzi. Gorzej, gdy muszę wyjść załatwić coś na mieście, wtedy po kilku minutach robię się cały mokry.

Po pracy jadę na rybkę. Do innej knajpy niż zwykle. To bardziej bar niż restauracja, ale z pysznym jedzeniem. Sandacz (47 zł), surówki (10) i frytki (10). Woda (4).

A potem nad wodę. Mało ludzi, nawet krzyczących dzieci prawie nie było. Trochę poczytałem książkę, trochę poleżałem na plaży a w wodzie spędziłem max 8 minut - kolor wody i słabe dno zniechęca. Ale w sumie fajny relaks. Kaczka też odwiedziła plażę:

Wtorek 

Jeszcze bardziej gorąco niż w poniedziałek. Termometr zewnętrzny pokazuje 38 stopni. Po pracy odpoczywam w mieszkaniu, gdzie schładzam temperaturę do 25.

Środa 

Pracę kończę godzinę wcześniej i od razu wychodzę. A właściwie wyjeżdżam - do schroniska. Zabieram kolejno dwa pieski na spacery. Od schroniska do lasu jest jakieś pół kilometra po nasłonecznionej ścieżce i ten odcinek jest najmniej przyjemny w taki upał.

Na początku spaceru psiaki w pierwszej kolejności załatwiają swoje potrzeby. Ale po kilku minutach bardzo domagają się głaskania, uwagi i przytulania. Ich spojrzenia są przejmujące.

Czwartek 

Upał znowu daje się we znaki. Do domu wracam zmęczony i po podgrzaniu gotowego obiadu ucinam sobie drzemkę. Nie zauważam, że w międzyczasie na zewnątrz rozpętała się burza i mocna ulewa. 

Piątek

W pracy trudni klienci i to w sposób podwójny. 

1) Nie dbanie o siebie szczególnie w takich temperaturach objawia się niezbyt przyjemnym zapachem, który emitowany w każdym kierunku skutecznie utrudnia współpracę. 

2) Coraz większa bezczelność, cwaniactwo i kłamstwo. Zauważam takie rzeczy łatwiej niż kiedyś, zatem lepiej umiem na to reagować. A co najważniejsze - zrzucam to z siebie natychmiast po odejściu klienta spod okienka.

Czy to chamstwo czy odór - to jest JEGO problem, a nie mój. Ja cieszę się, że kończę wcześniej i od razu wychodzę. Po pracy sprzątanie mieszkania, pranie i prasowanie rzeczy na przyszły tydzień. Potem szybkie zakupy w nieodległym centrum handlowym i odpoczynek na balkonie przy dźwiękach radia 357.

sobota, 25 lipca 2026

Podsumowanie tygodnia 468

Poniedziałek 

Może mi się wydaje, ale jestem jakby spokojniejszy od ubiegłego tygodnia. Mniej interesują mnie dramaty innych, acz jednocześnie staram się być wrażliwy i odpowiednio reagować na zmieniające się sytuacje wokół mnie. A zmienia się i dzieje całkiem sporo. Potrzeba widzenia w 360 stopniach niezbędna.

Po pracy basen. Miałem długą przerwę (ponad miesiąc), ale spokojnie przepłynąłem kilometr bez przerwy. Potem sauna z kryształkami mentolu. Bardzo miły relaks.

Wtorek

W pracy poranny brefieng. Jest źle i tak nie może być. Jak zwykle towarzyszy temu cisza wśród pracowników, bo mówi tylko manager działu, a reszta udaje że słucha. W zasadzie nie ma żadnego problemu, ale gdy go nie ma to trzeba go stworzyć. A więc po jego stworzeniu możemy już zacząć pracować.

A po pracy przebieram się będąc w Departamencie (na zapleczu, bo na sali wciąż kręcą się klienci) i jadę do schroniska. Oficjalnie zostaję wpisany na listę wolontariuszy. Zabieram jednego psa i idę na długi spacer. Niestety zaczyna mocno padać, a ja nie mam kaptura. Parasolka odpada, bo pies może się jej przestraszyć. Na szczęście w lesie jest przyjemniej, a po kilku minutach deszcz ustaje. Dochodzimy do głównej drogi - tu pełne zaciekawienie psa - chyba nigdy nie widział pędzących pojazdów. W drodze powrotnej zainteresował się wiewiórką, którą chętnie by pogonił - gdyby tylko umiał chodzić po drzewach.

Później zabieram drugiego psa na spacer (zdjęcia poniżej). Ten jest początkowo nieśmiały. Najpierw nie zbliża się do mnie i wykorzystuje całą długość smyczy aby tylko trzymać się daleko mnie, ale po kilkudziesięciu metrach częstuję go smakołykiem (jestem już bardziej przygotowany niż poprzednio). Bierze z nieufnością patrząc mi w oczy. Mniej więcej w połowie spaceru rozluźnia się i mogę go pogłaskać i przytulić - już jest mój! Czuję, że od tego momentu obaj czerpiemy mnóstwo przyjemności z tego spaceru. I to nic, że znowu leje jak z cebra - my maszerujemy przez las w jego tempie nie przejmując się niczym. 



Po ponad dwóch godzinach wracam do domu. Głodny i zmęczony, ale szczęśliwy. Mam do zrobienia ważną rzecz, ale zostawiam ją na jutro.

Środa 

W pracy aneks do umowy - czyli podwyżka. Bardzo mała, ale na większą muszę poczekać jeszcze kilka tygodni.

Organizuję wyjazd na mój egzamin poprawkowy. Ustaliliśmy z Grześkiem (z którym zdawałem kilka modułów na ostatnim egzaminie) że wybierzemy się tam razem. Staram się logistycznie ułożyć wyjazd tak, aby w miarę rozłożyć obciążenie podróżą i dopasować w kwestii jego i mojej nauki. Ponadto mamy "opić" nasz ostatni sukces. Zarezerwowałem już noclegi niedaleko tamtejszego Departamentu, oraz przedstawiłem mu kilka opcji w jaki sposób najlepiej to wszystko zrealizować. Wstępnie jesteśmy umówieni. Szczegóły dogramy bliżej terminu egzaminu.

Czwartek 

Ostatni dzień w tym tygodniu w pracy. Zręcznie unikam problemów. Wieczór z dużymi wyrzeczeniami kulinarnymi w restauracji. To nie - bo zbyt tłuste, tamto nie - bo nie lubię. O to lubię - ale to też nie, bo ma za dużo cukru. Nie jest lekko, ostatecznie wybieram coś zdrowego, ale oczy jadłyby co innego.

Piątek 

Tuż po śniadaniu wyjeżdżam na weekend. Trochę daleka droga, ale mam nocleg i zamierzam się porządnie zrelaksować i odprężyć. Pogoda niezbyt dopisuje, dlatego moje plany na pływanie kajakiem muszę odpuścić. Pozostają spacery w wąwozach i lasach.






Dużo błota, bo wcześniej padał deszcz. Na szczęście wziąłem buty na zmianę, bo musiałbym je gdzieś w strumyku myć przed wejściem do hotelu 🤣

Wieczór spędzam nad zalewem. Z małym drinkiem, wśród ciszy i spokoju. Zero ludzi. Za to ze spektaklem zachodzącego słońca.


A zanim poszedłem spać, to wybrałem się na plenerowe kino (Wielki Marty). Bluza, kurtka i jeszcze jeden drink. I przede wszystkim dobry nastrój. Niestety kilka minut po rozpoczęciu filmu znowu zaczął padać deszcz, co prawda miałem przeciwdeszczową pelerynę, ale postanowiłem wrócić i zaszyć się w hotelowym pokoju i obejrzeć coś w telewizji.

Tymczasem najbliższy tydzień znów pod znakiem wyzwań i ważnych spraw prywatno-zawodowych. Wśród tego wszystkiego chciałbym znaleźć czas dla psiaków i siebie. Tyle wystarczy.

sobota, 27 czerwca 2026

Podsumowanie tygodnia 464

Poniedziałek 

Powrót do pracy. Dzień neutralny. Wracam do moich ćwiczeń. Słabo mi idą. Wypadłem z rytmu, albo coś innego. 

Wtorek 

Zadania, które rozwiązuję na systemie operacyjnym muszę wykonywać szybciej. Jeśli w tej chwili coś zajmuje mi 3 minuty, muszę zejść niżej - maksymalnie 2 minuty i zero pomyłek. A tu wystarczy że początek skopię i całość leży - nie ma szans aby się wyrobić. Na szczęście nie muszę co chwilę włączać stopera, bo każde zadanie ma klepsydrę, która odmierza czas do końca.

Środa

Mija pięć lat od rozpoczęcia pracy w Departamencie. Tego dnia czeka mnie całościowy audyt, od którego zależy czy przedłużą mi umowę na kolejny okres. Jestem w pracy, ale nie pracuję. Odpowiadam na pytania komisji i prezentuję różne rzeczy/dokumenty. Co dziwne, komisja nie jest nieuprzejma, a całość kończy się przed południem decyzją pozytywną. Zostaję w Departamencie.

Psychicznie jestem wytargany z każdej strony. A w lesie kolorki takie:

Czwartek 

Wracam do ćwiczeń. Sinusoida. Raz gorzej, potem lepiej. Potem znowu nieźle, żeby znowu coś sknocić. W ogólnym bilansie to jednak dwa kroki do przodu i jeden do tyłu. I zdobywanie doświadczenia. Miło, że audyt wyszedł dobrze. Czy to dodało mi sił? Raczej nie, ale czy powinno? Może odrobinę spokoju.

Piątek 

Gorąco. Afera w południe. Obserwuję ją z boku, ale włączam się i mam słowne spięcie z najważniejszym jej bohaterem. Ten bierze mnie na cel i z całą siłą atakuje. Bawi mnie to, ponieważ nie ma on żadnego argumentu, a afera przypomina kłótnię przedszkolaków.

Po pracy zostaję jeszcze trzy godziny na naukach. Przychodzi "kolega" i obserwuje co robię na komputerze. To mnie deprymuje i oczywiście psuję wszystko co próbuję zrobić. Myślę sobie, że na pewno mnie ocenia i widzi, jak kaleczę robotę. Staram się skupić z całych sił i powtarzam zadanie robiąc je trochę lepiej. "Kolega" podrzuca mi coraz trudniejsze łamigłówki i pakuje wprost na miny, ale jakoś udaje mi się wybrnąć a efekt końcowy wraz z podsumowaniem sprawy jest nawet sensowny. Dostaję pochwały.

Końcówkę robię już sam. Rozgrzewam system do czerwoności zmuszając go (a przede wszystkim siebie - niejako za karę?) do ponad standardowego wysiłku i pracy na najwyższych obrotach. Mimo że mam klimatyzację, z pokoju wychodzę cały mokry. I odrobinę zadowolony, choć bez przesady.

*** 

Tymczasem gdybyście chcieli zwiedzić Lofoty, polecam skorzystać z oferty Ani i Arka - którzy organizują takie wyjazdy. Tu link do ich strony: https://lofotyznami.pl/

sobota, 13 czerwca 2026

Podsumowanie tygodnia 462

Poniedziałek 

Rozpoczynam przygotowania do kolejnych etapów egzaminów. Zostaję po pracy dłużej i uczę się praktycznej obsługi systemów i aplikacji, które będę musiał mieć opanowane podczas sprawdzianu. Ekipa sprzątająca widząc mnie wydaje się być trochę zdziwiona, że ktoś jeszcze pracuje, ale ja tylko się uczę (nie uświadamiałem ich - myślą że wyrabiam nadgodziny).

Wtorek 

Pierwszy raz zrobiłem niezjadliwy obiad. Miał być sos szparagowy do makaronu. Ugotowałem na parze szparagi, użyłem blendera, dodałem śmietankę, czosnek, sól i pieprz. Wyszła mało apetyczna papka, w smaku średnia - ale wciąż się nie poddawałem. Ugotowałem spaghetti i dodałem "sos" - zjadłem pół porcji i nie byłem w stanie więcej. Nie lubię wyrzucać jedzenia, tylko że nie było innej rady. Beznadziejne w smaku, nigdy więcej!

Po południu idę na spacer do lasu. Przy głównej ścieżce dostrzegam kosa, który wygląda jakby był chory. Delikatnie się zbliżam żeby zorientować się co się stało, wtedy kos poderwał się i podskoczył pół metra dalej. On nie był ranny, tylko wygrzewał się na słońcu!


Środa

W Departamencie kryzysowy moment. Udało mi się wyprostować sprawę, ale jest kilka kwestii. M.in. mógłbym to wykorzystać i wzmocnić swoją pozycję, tylko nie wiem czy chcę. I mógłbym uderzyć gdzie trzeba i uzyskać nowe umiejętności, tylko po co? To dość sporo zachodu, a korzyści tylko wizerunkowe. I pracy więcej. A ja nie mam czasu obecnie ani ochoty.

Czwartek 

Moje ćwiczenia przynoszą pierwsze efekty. Poruszam się płynniej i pewniej, kolejne aplikacje stają się bardziej przejrzyste i łatwiejsze w operowaniu choć jeszcze wiele pracy przede mną, to chyba jestem odrobinę zadowolony. 

Do domu wracam po obiedzie w restauracji nad wodą - znowu pstrąg ale tym razem grillowany. Przepyszny! Ten z poprzedniego tygodnia był z innego miejsca, a tę restaurację mam tak blisko, że najfajniej dotrzeć tam rowerem. Dwa minusy - przeciętna obsługa i czasem wrzeszczące nieopodal dzieci - ustawili dla nich m.in. wielką poduchę na której skaczą.


Piątek 

Dziś bez ćwiczeń, bo po pracy jadę do dużego miasta. W planach standard - sauna, zakupy, obiad lub kolacja na mieście. W sobotę muszę znaleźć jakiś ładny i funkcjonalny plecak (bo w przyszłym tygodniu wyjeżdżam), uprasować kilka wygodnych rzeczy, zrobić zakupy na wyjazd i odwiedzić fryzjera. A wieczorem koncert jazzowy z elementami kosmosu - to może być ciekawe.

sobota, 30 maja 2026

Podsumowanie tygodnia 460

Poniedziałek 

Uff, ale czuję się lekko. Kilka dni temu zdałem pierwszy etap egzaminów. Były to egzaminy pisemne. Przygotowywałem się do nich od mniej więcej dwóch lat, a szczególnie ostatnie trzy miesiące. Były bardzo trudne. Udało się. W jednym teście miałem 96.5%, a w drugim 89.5 Próg minimalny to 82%. Zakres materiału był olbrzymi.

Gdy wyszedłem z sali egzaminacyjnej nic do mnie nie docierało, a fakt że zdałem przyswajałem przez 2-3 dni. Na około 40 osób zdały wraz ze mną jedynie 3. Trafiły mi się pytania, z którymi nie miałem większych problemów - wiadomo - szczęście i odrobina wiedzy.

Egzamin odbywał się dość daleko ode mnie, ale nie był to wielki problem, załatwiłem to bez noclegu - wyjechałem rano, a wróciłem przed północą. W jedną stronę nieco ponad 5 godzin z przerwą. Do końca maja daję sobie czas na odpoczynek, a od czerwca zaczynam intensywne przygotowania do drugiej części egzaminów. 

Czy to mi w ogóle potrzebne? Czy dobrze robię? Czy przydadzą mi się nowe umiejętności? Czy warto się tak męczyć? Sam nie wiem...

Po pracy idę na obiad do restauracji w centrum, a potem jadę za miasto. Mam ochotę na spacer w lesie, a niedaleko (23 km) jest fajna ścieżka z konwaliami. Chcę je zobaczyć. 

W lesie pusto. Pięknie, słonecznie i ciepło.

W powietrzu unosi się fantastyczny zapach konwalii, coś wspaniałego. 

Słychać jedynie szum drzew.

Do domu wracam wieczorem, ale mogę sobie na to pozwolić. Nic nie muszę. Jest pięknie!

Wtorek

W pracy nic ciekawego, czyli dobrze. Po pracy rower. Szybkie 20 km dodaje endorfin.

Środa 

Po pracy szybki obiad w domu i jadę do centrum dentystycznego. "Co pana sprowadza do mnie?" - pyta moja pani doktor. Przyzwyczaiłem się już do jej bezpośredniego kontaktu - czasem mówi do mnie "skarbie". Jest ciut starsza ode mnie, lubię do niej chodzić. Zanim zdążyłem odpowiedzieć stwierdziła: "pięknie się pan uśmiecha, na pewno nic nie boli". 

Miała rację. Dzisiaj tylko kontrola (za co zostałem pochwalony), a gratisowo zrobiła mi usuwanie kamienia i zaprosiła na kolejną wizytę za pół roku. 

Czwartek 

W pracy robię rzeczy, których nie muszę, ale skoro mam siedzieć to zrobię. Niech się firma rozwija. Ja zdobywam doświadczenie, które kiedyś może się przydać. Po pracy jadę do sklepu z odzieżą używaną w poszukiwaniu pewnej rzeczy (nie znajduję jej) a obiad załatwiam w "restauracji" pod złotymi łukami. Dobrze że bywam tam nie częściej niż raz na kwartał, bo coś mnie ściskało w żołądku po zjedzeniu posiłku. Kiedyś jadłem tam częściej i nic nie czułem.

Piątek 

Nie jestem zadowolony ze swoich decyzji w pracy. Po przyjściu do domu męczą mnie i zmuszają do analizy, oraz konieczności dokonania korekty w przyszłości. Możliwe, że to tylko moje własne zbyt nisko ocenione działanie - trudno określić, ale sam źle się z tym czuję i nie chce takich sytuacji przeżywać. 

Sobotni dyżur zapowiada się całkiem sympatycznie. W okrojonym składzie jest ciszej i przyjemniej - o ile w ogóle tak można powiedzieć w kontekście Departamentu. 

I jeszcze majowe tulipany spod bloku kilkanaście dni temu:

sobota, 23 maja 2026

Podsumowanie tygodnia 459

Poniedziałek 

W pracy pomagam koledze zapakować wielką i ciężką przesyłkę na przyczepkę. Ba, nawet sam oferuję mu, że mogę podjechać i pomóc mu przenieść na 3 piętro do jego mieszkania. Po chwili gryzę się w język - chyba jednak lepiej było się nie odzywać... Ostatecznie kolega podziękował za chęć pomocy, a ciężką przesyłkę pozostawił w garażu.

Wtorek

Jeden z klientów jest bardzo nerwowy gdy tylko okazuje się, że oddalam jego wniosek. Pokrętnymi drogami próbuje naciskać i wywierać presję, ale nie z takimi przypadkami miałem kontakt. Odgrażał się, ale spływa to po mnie. 

Środa

Od samego rana problemy. Najpierw spółdzielnia mieszkaniowa straszy mnie kosztami "ustalenia dodatkowego terminu kontroli przewodów kominowych". Fakt, nie było mnie w domu kilka dni, ale powinni przewidzieć że jeden termin to rzecz nierealna i - jak w latach ubiegłych - należy zapewnić co najmniej drugi termin dla takich jak ja. 

Dzwonię zatem do firmy która robi te przeglądy i umawiam się na wieczór celem kontroli, a po chwili dzwonię do spółdzielni aby zwrócić uwagę na niestosowność zachowania i straszenia kosztami. 

Potem na moje konto bankowe wpływa kwota, której się nie spodziewałem. Niby tylko 178 zł, ale jednak. Przewidując oszustwo kontaktuję się z bankiem, ale najpierw mam "rozmowę" z bootem o imieniu Marek (😱). Po pięciu minutach w końcu odzywa się ktoś żywy po drugiej stronie słuchawki. Babka szybko ustala zlecenie wykonania przelewu na konto wpłacającego przez konto techniczne, które nie będzie zawierać moich danych osobowych. 

Pieniądze lgną do mnie dzisiaj, bo pod koniec dnia pracy przy wejściu do toalety dostrzegam leżący na podłodze banknot o nominale 100 zł. Aż dziwne, że na taką okoliczność nie ma w Departamencie instrukcji co należy zrobić, no ale sam ją stworzyłem. Zgłosiłem do przełożonego, który nawet nie kiwnął palcem, aby ustalić właściciela, choć wszędzie są kamery i dałoby się to zrobić. Ale co mnie to obchodzi, ja swoje zrobiłem. Ostatecznie 100 zł zostało zabezpieczone w sejfie w kopercie z adnotacją "znalezione". Nie wiem, może liczą na to że ktoś przyjdzie i sam się zgłosi w stylu "zgubiłem u państwa 100"?

Po pracy godzina pływania, bez sauny - która jest w remoncie niestety (ktoś polał za dużo wody i chyba coś poważniejszego się zepsuło). Nie ma żadnych znajomych twarzy, to pewnie z powodu braku sauny.

A wieczorem przychodzi dwóch facetów w celu kontroli przewodów kominowych. Czynność trwa góra dwie minuty. Pytają o sąsiadkę z piętra niżej, bo jej też nie zastali w dniu kontroli. Później wysyłam jej wiadomość SMS z informacją o przeglądzie i numerem telefonu do osoby, z którą można się umówić na taki przegląd. To ta sąsiadka, której kartkę przejąłem (z Chicago) - zatem widzę że jej też często nie ma w domu. Jest moim buforem pomiędzy mną a tymi, którzy się nie myją* (z pierwszego piętra). Więc trzeba o nią dbać 😁

Po około godzinie sąsiadka oddzwania i dziekuje za informację mówiąc, że niebawem wraca. Kilka minut rozmawiamy choć słyszę, że jest w trasie a jakość połączenia nie jest idealna. Ja nawet nie wiem jak ona ma na imię, a w telefonie mam zapisaną tak:

* a w kwestii tych którzy się nie myją - na klatce idealnie, ale na balkonie strasznie śmierdzi - fetor idzie z dołu - bo widzę że mają otwarte drzwi balkonowe 😳

Czwartek 

Trochę spokoju, choć w pracy pojawia się nowa afera która nie dotyczy mnie na szczęście. Jak zwykle - burza w szklance wody. Po pracy krótki wyjazd poza miasto.

Piątek 

Normalnie można byłoby cieszyć się z nadchodzącego weekendu, ale nie tym razem - znowu pracująca sobota. I to gorsza niż zwykle. No trudno, niebawem będę miał kilka dni wolnego - Bieszczady już czekają 😃

Po południu wycieczka rowerowa - korzystam z pięknej pogodny i relaksuję się ile się tylko daje.

A jak maj - to tulipany oczywiście (zdjęcie z Ogrodu Botanicznego w Łodzi 2017):

sobota, 16 maja 2026

Podsumowanie tygodnia 458

Poniedziałek 

Zapowiadany w prognozach pogody deszcz nie pojawił się. Wciąż jest bardzo sucho. Ale także wietrznie. Nawet ciężko wyjść na spacer po pracy, co trochę mi sprzyja ponieważ muszę się uczyć.

Wtorek 

W pracy względny spokój. Po pracy studiowanie przepisów.

Środa 

Tu dla odmiany wybieram się na sauny. Ponad cztery godziny, ale także na trening na basenie, odpoczynek w jacuzzi, seanse w saunach oraz inne relaksowanie. 

A do domu wracam zabierając sąsiadkę (też była w aquaparku, miała zamiar wracać autobusem) - tą której zapach piesków unosił się na klatce schodowej. Obecnie ma jakiegoś faceta, który pomógł jej w remoncie mieszkania i - zdaje się - wyczuł odór i zajął się tym problemem.

Czwartek 

Fajny dzień. Dwoje miłych klientów. Dodaje mi to lepszego nastroju i humoru. Mam sporo innych zajęć tak, że na naukę nie mam już czasu.

Piątek 

Długi dzień, ale bardzo pozytywny. Wieczorem burza łapie mnie akurat w podróży, a drzewa uginające się znacznie pod wpływem wiatru trochę niepokoją. Na szczęście po kilku minutach wyjeżdżam z tego obszaru i mogę oglądać piękny zachód słońca.

A jak maj, to obowiązkowe są tulipany! 

sobota, 9 maja 2026

Podsumowanie tygodnia 457

Poniedziałek 

Budzę się z zakrwawioną poduszką. Znam ten problem, tylko nie sądziłem że jest aż tak źle. Muszę się tym zająć.

Praca, dom, nauka, spanie. I pierwsze w tym roku gorące dni, chyba jeszcze zbyt wcześnie na włączanie klimatyzacji, ale 25-26 w pokoju to dla mnie zbyt dużo.

Wtorek 

Naukę przesunąłem na późniejszy czas, ponieważ po pracy mam gościa, którego zabieram do restauracji na obiad. Mamy mnóstwo tematów do obgadania, ale czuję, że zmęczenie łamie mnie równo. Staram się trzymać i nie okazywać tego. Piękna pogoda i mało ludzi.


Na szczęście czas szybko leci, rozmowa się klei, a jedzenie bardzo pyszne - chyba dało mi sporo energii, bo wieczorem wychodzimy jeszcze nad miasto i - o dziwo - nie czuję zmęczenia.

Środa

Gościa zostawiam z gotowym śniadaniem i małymi upominkami, a sam pędzę do pracy. Tak się umówiliśmy, bo gość za kilkadziesiąt minut ma powrotny środek transportu (klucze zostawia w umówionym miejscu). 

A w pracy pod koniec dnia popełniam błahy ale jednak - błąd. Nie powoduje to żadnego uszczerbku finansowego ani żadnego innego dla Departamentu ani dla klienta - jest po prostu moim niedociągnięciem. Czasem się zdarza także innym pracownikom, ale tym razem mój bezpośredni przełożony zapowiedział "nie daruję ci tego". Dziwne, bo zdarzyło mi się to pierwszy raz od tych pięciu lat gdy pracuję w tym miejscu. Początkowo myślałem, że żartuje albo próbuje mnie nastraszyć, ale - jak zapowiedział - tak zrobił. Doniósł na mnie do głównego managera. 

Czwartek

Z samego rana breafing. Główny manager wstrzymuje obsługę klientów i zaczyna się litania. "Uwielbiam" to. Ten długi moment, w którym krytykuje się jedną osobę przy wszystkich obecnych, nie dając szansy na jakiekolwiek wyjaśnienia. Wyrok już zapadł, manager wie wszystko, a jedyne do czego mam prawo, to siedzieć cicho i słuchać. Pozory są zachowane - nikt nie wymienia mojego imienia, ale i tak wszyscy już wiedzą - wszak takie rzeczy roznoszą się tempem błyskawicy. 

I jak zwykle - wydaje on osąd na podstawie opinii jednej strony w dodatku nieprawdziwej, ponieważ mój przełożony nie tylko podpier*olił mnie, ale także nie sprawdzając stanu faktycznego przyjął wygodną jemu tezę w innej kwestii.

Naturalnie, czas na wyjaśnienia nadejdzie. Tuż po breafingu. Na piśmie. Natychmiast. Nikogo oczywiście nie obchodzi, że muszę wyrobić się z bieżącą obsługą klientów. Z tym, że wyjaśnienia nic nie zmienią - są, bo to bardzo dobry sposób na większe zgnębienie i upokorzenie pracownika, w dodatku dokument taki musi przejść przez kilka innych stanowisk, gdzie każdy może zapoznać się z treścią. Atrakcje gwarantowane. Olewam to i notatkę służbową dostarczam  po czwartym kliencie, bo dopiero wtedy miałem chwilę aby ją napisać i wydrukować. 

W ciągu dnia prócz tego co na piśmie, wzywany jestem w celu osobistego wyjaśnienia "w jaki to sposób doszło do tak karygodnego wydarzenia!?". Czekając na audiencję przed gabinetem głównego managera, zauważam spojrzenia skupione na sobie. Uśmiechy, których nigdy nie ma. Wyczuwam w nich dużo radości i prawie dzikiej satysfakcji. To ten moment - idealny aby odrzeć ze skóry winowajcę. Pokazać swoją wyższość.

Czekanie to także forma kary. Nie jest tak, że gdy u managera nikogo nie ma to po prostu wchodzisz - a przynajmniej nie wtedy gdy idziesz odebrać naganę. Musisz czekać, z pokorą i na widoku odstać swoje. W głowie miałem już ułożony pewien plan, ale nie był on konieczny gdyż w gabinecie spędziłem tylko 3-4 minuty - ku zaskoczeniu wszystkich mi "kibicujących" ale także swoim. Po mniej więcej godzinie do sali obsługi klientów przychodzi główny manager i patrząc na mnie pyta: "i jak tam?". Tylko w duchu mu odpowiadam "no ku*wa świetnie". 

Ciekawe doświadczenie. Moje pierwsze takie. Tego dnia nie muszę już ćwiczyć ani spacerować, bo zegarek pokazuje mi na podstawie pomiarów pulsu, że  "wszystkie cele ćwiczeniowe zostały zrealizowane".

A wieczorem dzwoni gość, aby podziękować za wspólny czas a przy okazji pyta:

[gość] - oberwałeś w pracy?

[ja] - tak

[gość] - ale nie denerwujesz się z tego powodu?

[ja] - /cisza/ - wciąż tam pracuję, ale nie wiem jak długo jeszcze 

[gość] - no co ty, gdzie ty znajdziesz lepszą pracę?

No tak, gdy się nie wie jak to wygląda od środka można myśleć, że to naprawdę fajne miejsce, a gość o takich akcjach usłyszał pierwszy raz. I pewnie ostatni.

Piątek 

Wracam do stałego rytmu. Praca, dom, nauka, spanie. Wciąż przeżywam. Nie spodziewałem się, że mój przełożony tak zrobi, gdyż do tej pory miałem z nim raczej lepszy kontakt niż z innymi współpracownikami. Nie raz ratowałem mu tyłek w trudnych dla niego sytuacjach i pomagałem w jego obowiązkach, w zasadzie zawsze mógł liczyć na wsparcie. Ale to już historia, czas jeszcze bardziej ograniczyć także ten kontakt. 

Nie rozmawiam z nim gdy nie muszę, on próbuje mnie zaczepiać jakimiś tematami, jakby nic się nie stało, ale ignoruję. Mleko się już rozlało i wszelkie dialogi są zbędne. Kolega ze stanowiska obok szepcze mi do ucha: "podziwiam twój spokój, ja bym mu przyje*ał za to".

Po pracy w ramach dbania o siebie robię na obiad łososia ze szparagami i mizerią. Zajmuje mi to sporo czasu, ale trudno - miałem ochotę. 

Potem szykuję się na sobotni dyżur w Departamencie - to już w ramach koniecznych czynności. A skoro to sobota, to kwiatową koszulę założę do jeansów. I wziąłbym moją ulubioną czarną pikowaną kurtkę, ale do całości lepiej będzie pasować inna - jednolicie niebieska - bo zapowiada się chłodny dzień a podczas dyżuru będę trochę na zewnątrz budynku.

Tymczasem gość przesyła zdjęcie tulipanów ze swojego miejsca zamieszkania: