Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 września 2026

Podsumowanie tygodnia 474

Poniedziałek 

Zaczynam kolejny tydzień intensywnej nauki. Po pracy zostaję i ćwiczę rozwiązywanie zadań. Wracam dość mocno zmęczony i muszę zmienić plany rezerwacji noclegów, bo sprawa się trochę komplikuje. Robię to przez aplikację, bo do północy mam możliwość bezpłatnego anulowania. Konsultuję przez telefon z drugą osobą warunki noclegu, ale spokojnie mógłbym to sobie darować gdyż słyszę "zrób jak chcesz". Początkowo trochę mnie to zirytowało, ale w piątek się okaże, że zupełnie niepotrzebnie. A nawet mógłbym się tego luzu nauczyć.

Wtorek 

Dojazd do pracy ciut dłuższy, bo z rana większy ruch - początek roku szkolnego. 

Po kilku akrobacjach udaje mi się pokonać wszystkie kłody pod nogi które niedawno zostały rzucone. Nie sądziłem jednak, że tyle pracy i wysiłku da tak mały efekt. To na razie tylko wstępne wyliczenia, bo wszystko okaże się gdy dostanę awans na piśmie.

Środa 

W ciągu dnia kilka miłych rzeczy, ale przelatują przed oczami zostając tylko na chwilę. Za to mnóstwo energii i czasu kieruję na negatywne elementy ostatnich dni. Dobrze byłoby to zmienić. 

Wieczorem pakuję się. 

Tymczasem osoba obdarowana codziennie jeździ na rowerze. Jest nim zachwycona! A ja zadowolony, że prezent się podoba i jest używany.

Czwartek

Wyjeżdżam z samego rana. Jadę daleko. Na miejsce dojeżdżam w godzinach szczytu popołudniowego. Spotykam znajome twarze, które okazują mi trochę sympatii i uśmiechu. Miłe. Nie jestem pewien czy odpowiednio to doceniam.

Wieczorem spaceruję mając m.in. takie widoki w witrynie:

Później nocny spacer w dobrym towarzystwie, a jeszcze później długie rozmowy przy delikatnym drinku. Teoretycznie powinienem szybko zasnąć, ale nie tym razem.

Piątek 

Będąc w nowym miejscu ciężko mi się wyspać, mimo że okoliczności sprzyjają. A może właśnie nie? Mnóstwo bodźców. Zbyt dużo. Dobre rzeczy mieszają się z nowymi, z którymi mierzę się po raz pierwszy w życiu. Już wiem, że będę je analizował przez długi czas. Będą się kotłować w głowie a ja będę przeżywał je od przodu i tyłu. Ale jeszcze nie teraz, bo nie mam na to czasu. Do niedzieli włącznie będę jak gąbka, która wchłania całą wilgoć.

Jednocześnie odpoczywam od Departamentu. Mimo że tam sporo się dzieje nie dopytuję o szczegóły. Może i trochę mnie to interesuje, ale wydaje mi się że nie powinno. 

Widzę, że jest jakiś problem z dodaniem komentarzy, mam nadzieję że niedługo się to zmieni.

czwartek, 20 sierpnia 2026

Prezent na 70. urodziny

Podjąłem już decyzję co kupić, choć nie jestem do końca przekonany czy to najlepszy wybór, ale - okaże się niebawem. Rower ze wspomaganiem.

Inne atrakcje które brałem pod uwagę to:

1) lot balonem - krótkotrwała atrakcja, która jest trochę ryzykowana, bo solenizant dość często się buntuje i może nawet odmówić takiej przyjemności - a tu nie ma czasu na oswajanie się z emocjami;

2) weekend w SPA - solenizant raczej sam się nie wybierze do SPA, zatem ten pomysł najmniej brałem pod uwagę.  Poza tym, takie atrakcje można sobie samemu kupić i dopasować do siebie;

3) wycieczka zagraniczna - podobnie jak SPA. Solenizant sam nie pojedzie, a w przyszłym roku i tak spróbuję wyciągnąć go razem ze mną - więc ten punkt zostawiam na rok przyszły.

Mój wybór:


Rower ze wspomaganiem - to okazja do zwiększenia ilości wycieczek rowerowych, a także łatwiejszych wyjazdów do sklepu. No i rzecz która będzie służyć długo. Najmniej finezyjna, ale praktyczna i pomagająca wyjść z domu. Poza tym, w przypadku gdyby rower się nie spodobał to mam już na niego pomysł - sam chętnie bym nim jeździł. 

Do roweru kupiłem już koszyk rowerowy, solidne zapięcie antykradzieżowe oraz hełm ochronny. I bilet na koncert ulubionego zespołu solenizanta. Będzie też tort. I tyle. 

Mimo że do daty urodzin pozostało jeszcze kilka tygodni, rower przekażę już w przyszłym tygodniu, aby jeszcze przed zimą solenizant miał okazję do poznania zalet roweru.

Engwe P275 SE. Błękitny. Z niską ramą - bo musi być wygodny. Pięć poziomów wspomagania, inteligentny czujnik momentu obrotowego, hydrauliczne hamulce. Jak dla mnie - wrażenia z jazdy świetne. Zrobiłem kilkanaście kilometrów i bardzo mi się podoba!

niedziela, 12 lipca 2026

Podsumowanie tygodnia 466

Poniedziałek 

To będzie tydzień, który determinuje tylko jedno słowo - nauka. Po pracy zostaję w firmie do późnych godzin i uczę się. W sobotę będę miał egzaminy.

Wtorek

Przygotowania do egzaminów rozpocząłem od dwóch lat stopniowo poznając zagadnienia. Z każdym miesiącem starałem się coraz bardziej uczyć i poznawać kolejne możliwości i umiejętności w rozwiązaniu zadań. Ale także w radzeniu sobie w nietypowych i skomplikowanych sytuacjach.


Środa 

W pracy nic nowego, ale zanim dotrę do domu jest już około godziny 21.00. Intensyfikacja wysiłku i nauki, czuję się jakbym był w innym świecie bo nie myślę o niczym innym i nic nie determinuje mojego skupienia jak zbliżająca się sobota. 

Telefon dzwoni co chwilę, a ilości odebranych wiadomości liczą się w dziesiątkach. Dlaczego? Ponieważ już kilkanaście dni temu starałem się zebrać ludzi z innych Departamentów, którzy będą również zdawać egzaminy. Trochę wcieliłem się w rolę lidera, który scala grupę, nadaje jej kierunek działała i ustala najmniejsze szczegóły realizacji operacji - ponieważ egzaminy będą się odbywały jednoosobowo ale także w parach. A trafić na dobrą osobę, to połowa sukcesu... Dlatego piszemy i dzwonimy do siebie i próbujemy ustalić plan działania, bo chcąc dobrze zagrać koncert w duecie trzeba być albo genialnie przygotowanym, albo zrobić chociaż kilka prób. Wiadomo - jak ktoś jest słaby to nie będzie to dobry koncert...

Czwartek 

Ostatni dzień nauki - w piątek planuję regenerację. Niestety nie miałem możliwości złapać wszystkich ludzi i zacząłem się bać, żeby tylko nie trafić na kogoś nieprzygotowanego i nieznanego mi wcześniej. 

Piątek 

Od kilku dni sypiam po 3-4 godziny. Budzę się około 3 nad ranem i tyle spania. Ale nie czuję zmęczenia. Jem tyle co nic, ale nie czuję głodu. Nie mam na to czasu, bo mimo planów regeneracji wciąż ustawiam grupę - a dokładnie dwie grupy ponieważ jutro mam egzaminy z dwóch różnych przedmiotów. 

Dwa egzaminy składające się z łącznie 8 modułów oraz kilkudziesięciu pod modułów. Scenariusze wybiera komisja, podobnie z doborem zdających w pary. Do moich obowiązków należy m.in. odpowiednie zakwalifikowanie sprawy, wybranie aplikacji do jej obsługi, oraz zakończenie jej w odpowiednim czasie z właściwym wynikiem naturalnie. Najmniejsze niedopatrzenie dyskwalifikuje. 

W kolejnych etapach m.in. widzę na ekranie poszczególne kroki rozwiązywania zadania przez drugiego uczestnika egzaminu, a moim zadaniem jest błyskawiczna ocena poprawności wykonania zadania. Jeśli czegokolwiek nie zauważę, komisja przerywa test wyrzucając mnie i drugą osobę z pary. Dlatego tak ważne jest, aby mieć dobrze przygotowaną osobę znającą procedury, technikę oraz kolejność wykonywania działań. Oceniane jest słownictwo, czytelność przekazu oraz wszystko, co ma wpływ na obsługę klienta.  Oczywiście komisja potrafi celowo zmienić jeden wyraz w zadaniu tak, że można łatwo wpaść w kłopoty. Na grupach analizujemy różne sytuacje także te, które komisja może spowodować celowo. 

Sobota 

Egzamin mam o 10.00. Pół godziny wcześniej dowiaduję się, że są jeszcze dwie osoby które dopiero przyjechały 😱 Biorę je szybko do grupy i tłumaczę ustalenia, które wypracowaliśmy przez te kilka dni. Nowe osoby potwierdzają że będziemy działać tak jak mówię. 

Egzamin nr 1:

Dwie godziny później komisja wywołuje mnie oraz jedną z tych nowych osób - Agatę. Jesteśmy pierwszą parą. Idę zadowolony że wszystko mamy ogarnięte i rozpoczynam działania. Ona widzi to na swoim ekranie. Pierwsze zadanie ok, drugie ok. Trzecie zadanie rozwiązuję bez problemu, ale ona zgłasza komisji nieprawidłowość. Ta robi szybką naradę i przyznaje jej rację, a ja mam prawo do poprawki - więc wykonuję zadanie raz jeszcze starając się zrobić je lepiej niż przed chwilą. Skupiam się z całych sił i wykonuję zadanie kilka sekund szybciej, ale wynik wciąż jest ten sam i widzę, że jest taki jaki powinien być. Po zakończeniu znowu dostaję od Agaty ocenę negatywną. Jestem totalnie zdziwiony. Narada komisji i podtrzymanie jej decyzji. Nie zdałem.

Wynik mojego działania był prawidłowy, wszelkie niuanse wykonałem zgodnie z przepisami, ale... Agata nie trzymała się ustaleń które wcześniej poczyniliśmy, a ja nie wychwyciłem tego co do mnie powiedziała przed rozpoczęciem zadania. Formalnie wszystko było idealnie i zgodnie z przepisami - a co najważniejsze wynik rozwiązania zadania był prawidłowy. Ustaliliśmy przed egzaminem, że w taki sposób rozwiązujemy to zadanie.

Gdy wyszedłem z sali, na długim korytarzu było mnóstwo ludzi, którzy pytali co się stało. Miałem ich i wyszedłem przed budynek, czułem świeży i całkiem rześki wiatr, który ochładzał moją mokrą koszulę. Możliwe, że słońce świeciło mi prosto w oczy, ale nie przeszkadzało mi to wcale. Oddychałem głęboko i spokojnie. Czułem niezrozumienie i gorycz. Ludzie z grupy próbowali pytać co się stało, ale widzieli że to nie jest właściwy moment i szybko dali mi spokój. W ciągu kilku minut oczy lekko się zaszkliły - ale wiatr szybko je osuszył. Opowiedziałem mojej grupie później co się stało. Wszyscy byli zdziwieni. Z Agatą, która z sali wyszła później, nie rozmawiałem o tym. Nie chciałem, a ona też nie podeszła do mnie. Wiem, że nie zdała na kolejnych modułach i wiem, że pozostali z grupy mieli do niej pretensje za to co zrobiła.

Egzamin nr 2 

Po kilkunastu godzinach oczekiwania, podczas którego po prostu czekaliśmy w nerwach i stresie, w końcu usłyszałem swoje nazwisko do drugiego egzaminu. A wraz z nim nazwisko Grześka - drugiego człowieka do pary. Jakoś tak się ułożyło, że podczas oczekiwania sporo rozmawialiśmy i ogólnie trzymaliśmy się razem. Poznałem go już w czwartek, przyjechał z odległego Departamentu w tym samym celu co ja. Wydawał mi się elokwentny, nie zadawał oczywistych pytań i nie miał głupich pomysłów. Był poukładany i ładnie ubrany - co było tu rzadkością niestety. 

Zanim zaczęliśmy, nawzajem sprawdziliśmy swoje stanowiska pracy. Pierwsze zadanie sprawnie i bez udziwnień, drugie, trzecie tak samo - cały moduł wykonany został bezbłędnie. Komisja widząc nasze działanie zajęła się sobą zupełnie nam nie przeszkadzając. My tymczasem działaliśmy według ustalonego schematu, jakbyśmy pracowali ze sobą długi czas. W efekcie eliminuje to możliwość różnej interpretacji oraz ułatwia ocenę. Po każdym zadaniu dawaliśmy sobie czas na sprawdzenie tegoż oraz na przygotowanie do kolejnego etapu. Po zakończeniu tej części komisja zatwierdziła naszą współpracę, a my podaliśmy sobie ręce i po wyjściu z sali  oczekiwaliśmy na kolejne części zadań. 

I on i ja chcielibyśmy wykonywać je razem,  także w kolejnych modułach, ale jak wspomniałem - wszystko zależy od komisji. Z obawą obaj patrzyliśmy na kolejnych egzaminowanych, których działania przypominały błądzenie dziecka we mgle. Szybko odpadali z wynikami negatywnymi. W okolicach godziny 19.00 komisja znów wywołała Grześka i mnie do ostatniego modułu - ufff! 

Po kolejnym sprawdzeniu naszych dokumentów dali nam możliwość wyboru ról, a ja pozostawiłem to Grześkowi. Widziałem że on wykona to prawidłowo, a gdy tylko zaczął lekko się uspokoiłem. Byliśmy tak dograni, że nawet gdybym się nie odzywał, Grzesiek i tak wiedział co ma robić. Widząc to, jeden z członków komisji podszedł do mnie i zaczęliśmy swobodnie rozmawiać. W tym czasie ja tylko zatwierdzałem kolejne kroki i etapy działania Grześka. Widziałem, że w jednym zadań miał wątpliwości co do swojego postępowania, ale ja z lekkim i zauważalnym tylko dla niego uśmiechem zatwierdziłem to co zrobił, bo zrobił to idealnie (poniżej powiedział mi, że tego zadania bał się najbardziej. Ja także). Po kilku minutach komisja przerwała nam prosząc o zamianę ról. Przy okazji zadali mi kilka pytań, ale zanim zdążyłem odpowiedzieć na wszystkie już mi podziękowali. 

Po zamianie miejsca ja też doskonale wiedziałem co mam robić, zatem to co mówił do mnie Grzesiek i to co zatwierdzał traktowałem jedynie jako formalność, a on sam nic nie musiał robić prócz standardowego potwierdzania mojego działania. I tak krok po kroku razem szliśmy dalej. Ostatnie zadanie było banalnie proste, ale wciąż trzeba było zachować czujność - wszak zawsze można w coś wpaść! Po kilku minutach komisja oznajmiła, że obaj zdaliśmy i że nam gratulują! Wspaniale! Ale cudownie! Nie mieli do nas żadnych uwag.

Po wyjściu z sali ściskamy sobie dłonie i dziękujemy za świetną współpracę oraz emocjonalnie komentujemy to co razem zrobiliśmy. Takie działanie lubię - merytoryczne i bez niespodzianek. Trzymanie się ustaleń i logicznego działania. Nikt nikomu nie przeszkadzał. 

Wspólna fotka na koniec, kolejne podziękowania i rozjeżdżamy się w swoje strony - aczkolwiek pozytywne wrażenia pozostaną na długo. Grzesiek miał dwa egzaminy - pierwszy zdawał sam, a drugi ze mną. Ja miałem dwa z których pierwszy (z Agatą) nie zdałem a drugi z Grześkiem zdałem. Inni z grup różnie, ale większość niestety odpadła. Po moim pierwszym egzaminie w grupie zapanował chaos z powodu zachowania Agaty. To również mogło wpłynąć na dość słabą atmosferę i niestety przyczynić się do kolejnych negatywów.

Dziś - w niedzielę powoli dochodzę do siebie. Odpoczywam. Za dwa miesiące mogę mieć poprawkę z pierwszego egzaminu. Zdobyłem kolejne doświadczenie i poznałem fajnych ludzi, ale Agaty nie chciałbym spotkać na jakimkolwiek etapie swojego życia.

sobota, 21 marca 2026

Podsumowanie tygodnia 450

Poniedziałek 

Po pracy obiad w restauracji. Idę na rybkę, a właściwie jadę samochodem, bo zbyt zimno na rower. W knajpie zajęty jeden stolik. Siedzą tam dwie dziewczyny na oko ciut starsze ode mnie. Jedna jest na wózku. I pies. Całkiem ładny. Mówię dzień dobry, obie odpowiadają lekko się uśmiechając. Zamawiam pieczonego pstrąga w sosie borowikowym, sałatkę i pieczywo. Chętnie wziąłbym frytki, ale są niezdrowe.




Celowo wybieram poniedziałek na taką wizytę licząc, że nie będzie tu tłumów. I nie mylę się. Za to wewnątrz jest mnóstwo słońca, ponieważ cała południowa ściana jest przeszklona. Oczekiwanie na jedzenie umilają mi sączący się delikatny jazz z głośników oraz obserwowanie powoli obniżającego się słońca. Dyskretnie zerkam na dziewczyny, które zajęte konsumpcją i rozmową wydają mi się jakby nie dzisiejsze. To pewnie z powodu tego, że mnóstwo ludzi w restauracjach wlepia twarz w smartfona. Pisałem już o tym nie raz, gdy klienci w takich miejscach nie chcą (?) ze sobą rozmawiać, lub po prostu cieszyć się swoim towarzystwem, tylko korzystają z telefonów przeglądając jakieś tam treści.
 
Gdy dziewczyny wychodzą, z jeszcze większym uśmiechem życzą mi przyjemnego popołudnia. Niespiesznie kończę obiad i - zanim wrócę do czterech ścian - idę na krótki spacer nieopodal, łapiąc ostatnie promienie słońca.
 
Wtorek
 
Zastanawiam się, skąd moja poprawa nastroju. Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że może to mieć związek z sytuacją głównego managera. Od kilku dni jest w dość dużych tarapatach. Czy jego kłopoty sprawiają mi radość? Czuję do niego tak wielką złość, że wszystko jest możliwe.
 
Obecnie spada w przepaść. Próbuje rozpaczliwie łapać się czegokolwiek, oby jakoś przetrwać i wisi na bardzo cienkiej gałązce, która w każdej chwili może się oderwać.
 
Nie ma już "motywujących" briefingów z rana. Nie jest już tak arogancki i chamski jak zwykle. W ogóle, unika wychodzenia ze swojego gabinetu. Przemyka jak cień z parkingu do biura i spowrotem. Możliwe, że to tylko chwilowe, ale obserwuję to sobie i jakoś mi lżej.
 
Środa 
 
Generalne sprzątanie w domu. W końcu wyrzucam zasuszone kwiatki, które uśmierciłem nie podlewając ich. Jednak mogę mieć tylko takie rośliny, które są bardzo tolerancyjne na moje działanie.
 

Czwartek
 
Po pracy idę do kawiarni na mus z białej czekolady. Siedząc obserwuję ludzi i ruch uliczny. Potem od razu na basen i saunę. Wieczór jak zwykle z przepisami i zadaniami do rozwiązania.
 

Piątek
 
Zimno. Dzień w pracy mija szybko, ale jutro (sobota) znowu do roboty. Ile jeszcze? Tego nie wiem, ale za tydzień będę miał wolną sobotę. Tymczasem w skrzynce na listy niespodzianka. Karta z Chicago. Ktoś wpisał mój adres, ale inne imię i nazwisko, więc to pomyłka. 


Karta wędrowała ponad 10 tygodni. Szkoda, że nie dotrze do właściwej osoby sprawiając komuś przyjemność 

sobota, 7 marca 2026

Podsumowanie tygodnia 448

Poniedziałek 

Moją uwagę przykuwa potencjalny problem ze zdrowiem. Tak, niedawno uporałem się z półpaścem, a tu na horyzoncie nowy problem. I chyba gorszy niż ten poprzedni, choć tego nie wiem. Zacząłem szukać informacji w sieci, ale one tylko pogorszyły sprawę, bo od razu zacząłem odczuwać objawy, które były tam opisane. Dałem sobie kilka dni na obserwację i potem podejmę decyzję co dalej. 


Wtorek 

Ogólnie, idę po cienkim lodzie. Albo po polu minowym. A czas ucieka mi pomiędzy palcami. Po południu basen i sauna.

Środa 

Po pracy szybki obiad oraz kilka minut odpoczynku. Później czas spędzam studiując przepisy, zadania i przykłady.

Czwartek 

Jadąc rano widzę test osoby w krótkich spodenkach, podczas gdy termometr wskazywał 0 stopni Celsjusza.

Popołudnie znowu z basenem i sauną. Czyli 40 minut treningu pływania i 10 minut przyjemności w saunie. Muszę pomyśleć, czy nie zamienić tych rzeczy...

Piątek 

W pracy mam najmniej podłych klientów z całego tygodnia. Czyżby się zlitowali i w piątek postanowili odpuścić? Nie analizuję tego długo, bo z Departamentu wychodzę wcześniej i jadę na pyszną rybkę do knajpy. Potem chwila czasu tylko dla mnie - łagodna muzyka, gorąca kąpiel i relaks przy filmie. Na zaczepkowe SMS-y odpisuję tylko dwoma słowami. 

A jutro - bez zaskoczenia - czyli w pracy.

środa, 11 lutego 2026

Pączki po 9 groszy

Jak co roku tak i teraz - tłusty czwartek - czyli szał na pączki i faworki. Sklepy rywalizują o klientów i proponują świetne ceny - na przykład taki Lidl oferuje pączki po 0.09 zł za sztukę przy zakupie 12. 

Czyli opakowanie dwunastu "smacznych" i "przepysznych" słodkości kosztuje tylko 1.08 zł. Za taką cenę nie kupi się pączka w chyba żadnej piekarni czy cukierni.

Z czego one są zrobione, że kosztują tylko 9 groszy? Jak podaje strona Lidl.pl skład takiego pączka jest następujący:

mąka pszenna, nadzieję wieloowocowe 23%, cukier, woda, sok wieloowocowy z zagęszczonych sobie owocowych (z aronii, czarnej porzeczki, wiśni, malin), skrobia modyfikowana, suszone wytłoki jabłkowe, substancja zagęszczająca: pektyny, regulatory kwasowości: kwas cytrynowy, cytryniany wapnia, koncentrat z marchwi, aromaty, masa jajowa pasteryzowana, tłuszcz palmowy, olej słonecznikowy, olej rzepakowy, drożdże, cukier puder dekoracyjny 1.5% (glukoza, tłuszcz palmowy, olej rzepakowy, skrobia pszenna, naturalny aromat), woda, emulgatory (mono-i deglicerydy kwasów tłuszczowych, mono-i deglicerydy kwasów tłuszczowych estryfikowane kwasem mono-i discetylowinowym, lecytyny z rzepaku), gluten pszenny, białko jaja w proszku, laktoza z mleka, sól, glukoza, substancje spulchniające (difosforany, węglany sodu) syrop glukozowy, skrobia pszenna, aromaty, ekstrakt z marchwi, błonnik roślinny, stabilizator: sól sodowa karboksymetylocelulozy, środek do przetwarzania mąki: kwas oskorbinowy..


Tymczasem, dla ciekawości - pączki w restauracji M. Gessler są po 26 zł, a faworki po 260 zł/kg. To skrajności. Ja nie skuszę się ani na jedne ani na drugie, a Wy? Ktoś robi swoje domowe pączki?

sobota, 7 lutego 2026

Podsumowanie tygodnia 444

Poniedziałek 

Telefoniczna konsultacja z lekarzem. Nowe leki. Gdy mam je w domu, czytam o możliwych działaniach niepożądanych i aż boję się je brać, ale nie mam wyboru - to znaczy mogę ich nie brać, tylko że chciałbym poprawy zdrowia i swojego stanu. 

W nocy stoję przy oknie i gapię się na księżyc - bo na parkingu nic się nie dzieje. Zasypiam dopiero nad ranem.


Wtorek 

Budzę się koło 9, lekko oszołomiony. Leki działają. Trochę kręci mi się w głowie, ale w ciągu dnia jest lepiej. Dużo słońca i mroźno.

Środa 

Ból głowy mija, sen lepszy. Mam siłę zrobić sobie porządne śniadanie. Łosoś i awokado. Niby wyjąć z lodówki, ale wcześniej nie miałem sił, ochoty, apetytu, nie miałem...

Czwartek 

Jest lepiej. Dobrze że mam Lidla tuż obok, bo zaczynam mieć ochotę na różne rzeczy - znaczy że wraca apetyt. Do śniadania wyciskam sok z pomarańczy.


Dużo słońca, przynajmniej z rana. Bo później marznący deszcz.

Piątek

Siły wracają, czuję jeszcze że coś tam na głowie nie jest ok, ale zdaje się że idzie to w dobrym kierunku. Korci mnie żeby wyjść z domu chociaż na chwilę, ale deszcz i zimno więc zostaję w miejscu.

sobota, 24 stycznia 2026

Podsumowanie tygodnia 442

Poniedziałek

Dzień zwykły. Trochę męczący, ale bez przesady.

Wtorek

Od rana ból głowy, ledwo wytrzymałem w pracy.

Środa

Lekarz i diagnoza. Żeby znaleźć maść do oka zjeździłem prawie całe miasteczko. Co prawda w hurtowniach maść była, więc farmaceuci proponowali że zamówią na jutro, ale wolałem poszukać i zacząć stosować już dzisiaj.

Czwartek

Lewa strona zapuchnięta, łącznie z okiem. Ale biorę końskie dawki leku pięć raz dziennie. Ogromne tabletki ledwo przechodzą przez gardło. Dodatkowo oko zalepiam maścią, przez co mało co widzę. Większość dnia spędzam leżąc na kanapie i drzemiąc. Sił brak. Mam apetyt na słodkości - na przykład na przepyszne faworki (zdjęcie poniżej z poprzedniego sezonu)! Albo na to, czego akurat nie mam w domu. 


Wieczorem zadzwonił kolega z pracy, którego bym się nie spodziewał. Pytał czy nie potrzebuję zakupów. Przy okazji wypytuję go co tam w robocie i trochę rozmawiamy o różnych rzeczach, ale niezbyt długo bo nie mam sił ani na mówienie ani na słuchanie.

Kolejne dwa minusy*:

  • niestety, któreś leki powodują intensywne przesuszenie błony śluzowej nosa. Jest tam tak sucho, że oddychając mam wrażenie że sam ruch powietrza podrażnia tak, jakby ktoś papierem ściernym przecierał nos od wewnątrz. A może te krople do oczu zastosować do nosa? 
  • znowu odzywa się żołądek - czyli ból brzucha. Był już z tym względny spokój, a teraz po zjedzeniu (lub nawet bez powodu) kilka razy dziennie ta część ciała znów przypomina o sobie jakby chciała powiedzieć "jestem tu, też mogę zwrócić na siebie uwagę!"
* jako objawy niepożądane jest to wypisane w specyfikacji leku, więc nie dziwi mnie to.

Piątek

Lepiej. Opuchlizna schodzi, mniej boli, rzadziej używam leków przeciwbólowych. Wysypka powoli ustępuje i nawet mogę przejść do drugiego pokoju i nie muszę od razu odpoczywać - sukces! 

W dzień śpię i leżę mniej niż wczoraj, słucham radia i odpoczywam. Wraca umiarkowanie apetyt. Wieczorem koleżanka dostarcza mi suplementy i witaminy oraz chleb i wodę mineralną o którą poprosiłem. Dużo piję, szklankę wody czy soku to jednym duszkiem. Prócz tego co chwilę popijam kolejne wielkie tabletki leku przeciwwirusowego.

Nos dalej suchy jak wiór. No i z brzuchem też bez zmian. Do poniedziałku nie wstawiam nosa za drzwi, bo przy tej suchości i mrozie zewnętrznym mogłoby się to źle skończyć. Zamierzam odpoczywać i nabierać sił.

czwartek, 22 stycznia 2026

Diagnoza

Ku niezadowoleniu managera wczoraj nie poszedłem do pracy, tylko do lekarza. Po krótkiej wymienię zdań lekarz miał już diagnozę. Jeden wyraz, który mi prawie nic nie mówił. Gdy zapytałem co to takiego, powiedział "są na to leki. Z tym, że mogą być powikłania". Z jednej strony dobrze że są leki, ale powikłania? Jakie powikłania?

Półpasiec.  W moim przypadku zaatakowana została głowa i wszystko w tej okolicy. To jeden z gorszych wariantów choroby. Z bardziej newralgicznych elementów - mózg, oko i ucho. Lewa połowa głowy pokryła się rumieniami i - delikatnie pisząc - niezbyt korzystnymi zaczerwieniami oraz wysypką pęcherzykową. Pierwszym objawem był właśnie ten jakby "guz" na głowie i którym pisałem wcześniej - od niego wszystko się zaczęło. Potworny ból głowy z intensywnymi impulsami, które ciężko porównać do dotychczasowych moich doświadczeń z bólem. Nawet leczenie kanałowe bez znieczulenia to pikuś w porównaniu do tego.

Lekarz zajrzał do ucha, oka, obejrzał wysypkę, wysłuchał co miałem do powiedzenia, poszedł na konsultację do okulisty i zaczął pisać receptę. Półpasiec to choroba, która uaktywnia się po przejściu ospy wietrznej w dzieciństwie. Wirus jest stale uśpiony, a gdy pojawią się dogodne okoliczności uaktywnia się i atakuje układ nerwowy i skórę. Te okoliczności mogą być związane z przewlekłym stresem oraz przemęczeniem i spadkiem odporności.

Wirus może zaatakować różne narządy, bo wiadomo - gdy ktoś ma brzydką twarz to żadne zaczerwienienia tak bardzo sprawy nie pogorszą. Niestety może powodować nieodwracalne, trwałe zmiany w organizmie. Najczęstszymi problemami są: 

  • przewlekły ból, który trwa nawet po kilku miesiącach od zakończenia leczenia;
  • ryzyko uszkodzenia wzroku - wirus trwale uszkadza m.in. rogówkę;
  • zapalenie mózgu, zaburzenia równowagi oraz świadomości;
  • porażenie nerwu twarzowego;
  • blizny i nadkarzenia bakteryjne skóry;
Jak we wszystkim kluczowe jest szybkie podjęcie leczenia. W moim przypadku lekarz przypisał mi końską dawkę leku przeciwwirusowego, który przyjmuję pięć razy dziennie doustnie. Do tego krople do oczu i maść, której nałożenie przyprawia mnie o mdłości. Masakra, nic po tym nie widzę na jedno oko. Naturalnie nie chodzę na razie do pracy, unikam wychodzenia z domu. W poniedziałek będę miał dość ważną wizytę u okulisty, który ma sprawdzić w jakim stanie jest oko. 

Ta noc minęła nawet nieźle. Udało mi się spać na lewej stronie. Bez środków przeciwbólowych, bo co prawda czuję głowę i te impulsy, ale mogę je porównać jakby ktoś uderzał mnie młotkiem w okolice lewego ucha ale przez gruby materiał, np koc. Boli, ale da się wytrzymać. Impulsy są dłuższe ale płytsze. Oko lekko spuchło, wysypka trochę się przemieściła. Lekarz uprzedził, że nie będzie lekko i zaproponował silne środki przeciwbólowe, ale mam jeszcze w domu z moich poprzednich ekscesów. Zresztą, mogę tam zawsze zadzwonić i poprosić o coś. Ibuprom działa zdecydowanie lepiej niż paracetamol, z tym - że na razie nie biorę nic (nie wiem jak długo, bo raz czuję bardziej raz mniej).

Tymczasem znajomi zaproponowali pomoc, możliwość zrobienia zakupów czy dostarczenia leków. Zamówiłem już przez internet kompleks witaminy B, która wspomaga takie leczenie, a wieczorem znajoma dostarczy mi coś na wspomaganie odporności. Na pewno nie zaszkodzi, a może coś poprawić, zobaczymy. 

środa, 21 stycznia 2026

Mroźna noc

Noc z poniedziałku na wtorek jest dość ciężka. Nie mogę zasnąć, bo niby ból głowy nie jest szczególnie wielki, ale jest inny niż zwykle. Tępy, jednostajny z tylko chwilowymi silniejszymi impulsami. Co 20-30 minut zerkam bezmyślnie na zegarek w międzyczasie wiercąc się niemiłosiernie. W międzyczasie wyczuwam pod ręką jakiś guz, który wyrósł mi na głowie. Nie widzę go dokładnie we włosach, ale jest duży, bolący i czerwony. Nigdy takiego czegoś nie miałem.

Gdy zaczyna się robić coraz widniej mógłbym nawet zasnąć, ale wtedy oczywiście odzywa się budzik...

Wtorkowy poranek w pracy bez energii i chęci do czegokolwiek. Jestem przeciwnikiem brania leków przeciwbólowych, ale po pierwszym kliencie z trudem wytrzymuję. Jedna tabletka Apapu w zasadzie nic nie zmienia, dlatego po dwóch godzinach męki i silnego bólu głowy biorę drugą tabletkę.

Podczas chwili przerwy dzwonię do przychodni aby umówić się na wizytę u lekarza. Po trzech sygnałach odbiera babka z rejestracji. Ponieważ mój lekarz ma wolne do końca tygodnia, umawia mnie do kogoś innego na jutro. Z trudem wytrzymuję rozmowę, bo gdy ruszam szczęką ból jest większy.

Odliczam czas do końca w robocie. Choć guz jakby się trochę zmniejszył, to mam wrażenie, jakby ktoś rąbał drzewo na czubku mojej głowy, a w przerwach próbował wwiercić się od strony lewego ucha wiertarką z dużym wiertłem. W najtrudniejszych momentach obejmuję głowę obiema rękami i mocno zaciskam bo czuję, że za chwilę się rozpadnie na kilka kawałków. Jednostajny ból jestem w stanie wytrzymać, ale te impulsy są nie do zniesienia. 

Leki pomagają na krótką chwilę. Zastanawiam się, czy problemy żołądkowe które pojawiły się po południu to efekt przedawkowania leków, czy może jakaś inna cholera, no ale nieszczęścia chodzą parami... Albo trójkami jeśli dodać do tego problemy z zatokami. Codziennie robię inhalacje, dość często chodzę do sauny - ale to wszystko zbyt mało .

Noc z wtorku na środę. Nie mam sił, znowu nie mogę spać, dzisiaj idę do lekarza i na zwolnienie  oczywiście. Jak zareagował mój manager gdy uprzedziłem go że mam problem i że nie pojawię się w Departamencie? Nie chce tego opisywać, bo jego zachowanie było poniżej pasa. Ale nie obchodzi mnie to, zdrowie jest ważniejsze. 

A tu za oknem -15, ale wcześniej było -18 tylko nie zrobiłem zdjęcia.


Jest 1 w nocy, do wizyty u lekarza jeszcze 15 godzin. Wiercę się i szukam pozycji jak ułożyć głowę, ale nic nie pomaga. Biorę leki przeciwbólowe, które zaczynają działać w ciągu pół godziny.  Ból jednostajny pozostaje, ale przynajmniej impulsy są trochę stłumione. Zostały mi tylko dwa ostatnie paracetamole. Co dwie godziny biorę podwójną dawkę (1000 mg), więc rano muszę coś kupić, ale wezmę coś mocniejszego. 

Teraz mam wrażenie, że boli ząb, szczęka i okolice szyi. Guza nie czuję już pod ręką, więc tak szybko jak się pojawił tak i znika, to zawsze jakiś plus...

poniedziałek, 17 listopada 2025

Węszyć jak pies

Już od pewnego czasu chodzi za mną temat, z którym chciałbym się tu "rozprawić" na dobre i - w miarę możliwości nie wracać w tak obszernej formie, no chyba że pojawią się jakieś nowe wątki... Mianowicie - kontrola. Departament, w którym pracuję obraca znacznymi środkami finansowymi, moja praca również sprowadza się do kwestii finansowych w znacznej mierze, to też szczególnie znajduję się w centrum uwagi kontrolerów różnej maści - od naszych (wewnętrznych), poprzez ukrytych (incognito) aż po zespół kontrolerów z działu stojącego ponad naszym Departamentem. 

Jednostka w której pracuję, właśnie przeszła kolejną całościową (kompleksową) kontrolę, którą przeprowadzał taki właśnie zespół. Panowie w czerni przyjechali, poprosili o wszelkie dokumenty z wybranego przez siebie dnia sprzed około miesiąca. Czyli wnioski, protokoły, moje decyzje oraz wszystkie notatki służbowe, dziennik wejść/wyjść, rejestr użycia aut służbowych i nagrania z kamer - czyli wszystko. Mają do tego prawo, wiedzą nawet ile razy i jak długo przebywałem tego dnia w toalecie. 

W porównaniu do współpracowników mój protokół pokontrolny nie jest straszny. Ot, znaleziono kilka niedociągnięć, drobnych braków formalnych, które nie miały wpływu na stan finansów. Czyli jest ok. To, że coś w protokole będzie wiedziałem już wcześniej, gdyż dotarły do mnie informacje "i tak coś będziesz miał źle"* - i właśnie o tym chciałbym dziś nieco więcej.

Kontrola - to najczęściej proces sprawdzania, czy stan faktyczny zgadza się z wymaganym. Ale... nie tylko, ponieważ kontrola może być narzędziem służącym do różnych podłych celów. Jeśli ma się managera, którego celem jest wywołanie niepokoju (pisząc bardzo łagodnie), czy chęć podporządkowania sobie, to kontrola może być sposobem do zrealizowania tych planów. Naturalnie, manager nie robi tego samodzielnie, on ma swoich ludzi - zespół wewnętrznych kontrolerów, którym wskazuje jakie cele mają być osiągnięte. 

  1. represje. Można tak powodować efekty kontroli, w której każda interpretacja pracownika będzie podważona przez kontrolującego. Przykład z kolorami podawałem dwa wpisy temu. To, że coś jest białe przez kontrolera widziane jest jako czarne. W uzasadnieniu wpisuje się niemające żadnego sensownego wyjaśnienia teorie, że akurat w tej konkretnej sytuacji ma być "tak i tak" - oczywiście wskazując na "błąd" pracownika. Cel - zdyskredytowanie go, obniżenie jego wartości pracy, pozbawienie premii.
  2. zastraszanie. Nigdy nie wiadomo, co tym razem zostanie wymyślone. Przykład z kilku dni temu - mimo że wciąż trwała kontrola kompleksowa, na tablicy ogłoszeń pojawiła się informacja iż "wstępne wyniki kontroli są druzgocące". Jak się okazało, takie nie były. Absurdalne, bezsensowne - tak, ale w żadnym razie druzgocące. No chyba że opisujemy tu pracę kontrolerów, ale nie o tym. W związku z tym ciąg dalszy informacji - "planowane jest natychmiastowe wszczęcie procedury sprawdzającej wdrożenie rozwiązań naprawczych mających na celu zapobieżenie uchybieniom w przyszłości". Czyli jedna kontrola się jeszcze nie skończyła, a już w trybie natychmiastowym wprowadzana jest kolejna. Cel - zastraszenie, niepewność oraz wzbudzanie ciągłego niepokoju.
  3. podporządkowanie. "Odpowiednio" sformułowany wniosek pokontrolny może zawierać mnóstwo uchybień, które jednoznacznie prowadzą do wszczęcia "postępowania służbowego", a za tym kryje się cała machina której jedynym celem jest dobicie jednostki. Zatem należy napisać wyjaśnienie do sprawy, potem uzasadnić to, powołać się na podstawę prawną, normy i etykę - a i tak wszystko na darmo, ponieważ - "w tej konkretnej sprawie należało postąpić inaczej" - brzmi ocena kontrolerów. I koniec. Emocje psychiczne gwarantowane, do tego postępowanie to również rozmowa bezpośrednia (i to nie jedna) z zespołem kontrolerów  oraz managerem. Cel - ogłupienie, doprowadzenie do zamętu oraz skrajnych emocji.
To tylko niektóre elementy, wykorzystywane podczas "kontroli". Zderzyłem się z nimi kilkukrotnie, co szczególnie na początku nie pozostawało bez wpływu na komfort pracy. Nauczyłem się już trochę:
  • jeśli tylko mogę, unikam słuchania rozmów na ten temat;
  • nie należy się  przejmować wynikami kontroli, ponieważ i tak efekty będą takie, jakie chce mieć manager;
  • dziś dana rzecz jest biała, jutro ta sama może być już czarna;
Wciąż przede mną sporo pracy:
  • nie ufać nikomu, bez wyjątków;
  • nawet ktoś, kto wydaje się godny zaufania - patrz wyżej;
  • mówić jak najmniej, a najlepiej wcale;
  • być ostrożnym w wyciąganiu wniosków, bo taka sama sprawa u kolegi obok może być oceniona dobrze, u mnie może być jako "źle";
  • nie szukać logiki - patrz wyżej;
  • trzymać się jak najdalej od wszystkiego związanego z pracą;
Oczywiście, pracownik nie musi się zgadzać z wynikiem kontroli, nie musi niczego podpisywać, może mieć własne zdanie. Ma prawa, z których może skorzystać - przynajmniej teoretycznie. Są też inne metody o których nie chcę tu pisać, choć przy obecnych możliwościach technicznych metody te niejednokrotnie doprowadziły do pozytywnych rozwiązań. W oddziałach znajdujących się w innych miastach jest różnie - czasem lepiej, czasem podobnie - nie ma reguły, wszystko zależy od "góry". 

Można zrezygnować. Z uśmiechem pod nosem kontempluję tę możliwość. Trzymam ją niczym zawór ostateczny, po który sięgnąć mogę w każdej chwili. Prócz korzyści finansowych tkwię w tym nadal, ponieważ w pewnym sensie testuję sam siebie. Ile jestem w stanie wytrzymać, co musi się stać aby przekroczyło to moją niewidzialną granicę tolerancji tych sytuacji, czy takie doświadczenie może przydać się w obecnych czasach? Widzę frustrację i załamania współpracowników, ich problemy które próbują rozwiązać np. alkoholem. Analizuję i obserwuję to, co tu dzieje się będąc jakby w samym centrum mrowiska. Każdy, kto przechodzi obok takiego złożonego organizmu widzi, że wszystko jest tu uporządkowane, logiczne, mające konkretny cel i harmonię. Mrówki uwijają się jak w ukropie tworząc system umożliwiający życie i rozwój. Dokładnie jak z Departamentem - z pozoru to świetna, lekka i dobrze płatna robota, ale jak się spojrzy z innej strony to widać pewne niedogodności. Na ile one przeszkadzają i czy równoważą się z plusami - częściowo jedynie mogę napisać.


* swoją drogą, piękne i motywujące do pracy stwierdzenie, nieprawda? Nie rozumiem, dlaczego kadra zarządzająca robi wszystko, aby uprzykrzyć pracę zespołowi ludzi, dzięki którym mają swoje posady a cały Departament jakoś tam funkcjonuje?

Kilkanaście tygodni temu, manager (m) nieopatrznie nie wyłączył mikrofonu podczas briefingu on-line, mówiący do kontrolera (k):

m - zacznij węszyć, masz być jak pies ku*wa!
k - ale co, kontrolować wszystko?
m - no ku*wa a co mówię?!
k - no dobrze
m - nie wracaj mi tu bez efektów!
m - masz znaleźć nieprawidłowości!

I coś miłego na koniec. Mój grudnik w zbyt małej doniczce znów rozkwitł 😀



A ktoś dociekliwy zauważy nawet panoszącego się w tle fikusa z Kętrzyna!

sobota, 11 października 2025

Podsumowanie tygodnia 417

Poniedziałek

Szukam parkingu niedaleko lotniska. Nie mam Lamborghini (jak niektórzy autorzy książki), ale chciałbym Toyotę pozostawić w bezpiecznym miejscu. Do tej pory korzystałem z parkingu pod hotelem Vienna House, ale na stronie rezerwacyjnej miejsce to jest niedostępne. Nie poddaję się i dzwonię do nich. Okazuje się, że zerwali umowę z pośrednikiem i teraz można zarezerwować parking bezpośrednio u nich, a przy okazji w bardziej atrakcyjnych cenach. Ucieszony zamawiam prawie 8 dni postoju "rzut beretem" od Okęcia.

Wcześniej dostaję bardzo przyjemne filmiki od Hani - z Turkusowego Wzgórza. Z relacją tego, co się tam obecnie dzieje oraz pozdrowieniami, zaproszeniem oraz mnóstwem miłych słów - na które szczególnie jestem łasy. Oglądam je kilka razy, za każdym razem emocjonują bardzo! Haniu - dziękuję!

Wtorek

Główny manager wzywa mnie z samego rana do siebie. Nie muszę pukać, bo drzwi są otwarte. Choć pewnie i tak by nie usłyszał - są one bardzo grube i w dodatku obite jakimś miękkim (zapewne wygłuszającym) materiałem. Zaprasza mnie machnięciem ręki, ale nie odrywa się od pracy przy laptopie. Nieśmiało siadam w jego eleganckim gabinecie (zawsze wybieram środkowe miejsce przy długim stole) i czekam, co tym razem zechce ode mnie. Czuję, że mięśnie zwarły szyki. Kątem oka dostrzegam trzy lub cztery duże monitory po prawej stronie, na którym ma podgląd całego budynku, a nawet parkingów. Wreszcie podnosi głowę zza komputera i zadaje mi kilka nieistotnych pytań, ale to chyba tylko imitacja wstępu, bo po chwili chwali moją działalność, rzetelność i zaangażowanie. Streszcza to w jednym krótkim zdaniu, ale na koniec dodaje że niebawem zauważę to na koncie. Dotarło to do mnie kilkanaście minut później. Wychodzę z niedowierzaniem i co najmniej do południa analizuję czy to wydarzyło się naprawdę.

Wieczorem  postanawiam sprawić sobie nagrodę i kupić coś fajnego. Zamawiam online. Nieźle - wydaję coś, czego jeszcze nie dostałem - czy to jest racjonalne? Nie wiem, ale czy musi być?

W nocy nie śpię. Księżyc mocno oświetla mój pokój, a ja dość długo przyglądam mu się stojąc przy oknie. Jest bardziej niebieski niż zwykle, ale wciąż magiczny. Na parkingu zupełna cisza, ale ja myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Po kilkudziesięciu minutach lekko drętwieję i opadam na łóżko, ale wciąż nie mogę zasnąć. Włączam internetowe radio jazzowe tak cicho, jak to tylko możliwe i próbuję skupić się na akordach, przestać myśleć... Staram się odprężyć, wsłuchać w poszczególne dźwięki i barwę instrumentów. 

Środa 

Zasnąłem dopiero nad ranem, czyli dokładnie wtedy gdy trzeba było już wstawać. W pracy podpieram się czym mogę, potem jadę na chałturę - ale tylko na godzinę. Przyjemną, choć wolałbym zdrzemnąć się w domu.

Po dotarciu do domu idę do koleżanki celem podlania kwiatów i sprawdzenia, czy nie ma dla niej żadnej korespondencji. Przy okazji zalewam zamrażarkę, bo okazuje się róża chińska miała nadmiar wody w podstawce. Normalnie miałbym szansę to zauważyć, ale koleżanka ma totalny busz - roślin jest tak dużo że nie wiem co w czym rośnie. Żywe wymieszane ze sztucznymi. Masakra. Na szczęście żadnego zwarcia nie zrobiłem. Pozostaję u niej przez kilkanaście minut, aby upewnić się że nic już się nie leje oraz przewietrzyć mieszkanie.

Czwartek

Z rana trochę problemów. Po wszystkim mam nieco pretensji do siebie, ale z każdą taką sytuacją nabywam doświadczenia. Ogólnie, słabo się czuję z różnych powodów, choć wiem że sam się nakręcam w spiralę gorszego samopoczucia. Na szczęście mam sporo roboty.

Po pracy basen i sauna oraz chwila miłej rozmowy. Ciut lepiej.

Piątek

Przed południem na konto wpływa bonus obiecany przez głównego managera. Znów zostałem wyróżniony bardziej niż inni. Powinienem się cieszyć, ale prawie wcale to na mnie nie działa. Po południu odbieram swoje zamówienie - dawno kupowałem coś sobie, bo chyba nie potrzebuję - ale niech już będzie.


Nie, to nie jest moje zamówienie. Ale wrzucam zdjęcie kolorowego obuwia, które przykuło moją uwagę będąc niedawno na wyjeździe. W Polsce takich rzeczy nie widuję, choć faktycznie - nie chodzę po damskich sklepach.

wtorek, 30 września 2025

Tu i teraz

Podczas jednej z popołudniowych spraw w Departamencie, trenuję sobie powolne oddychanie w kwadracie. Zaciekawił mnie fragment książki Tomasza Majchrzaka - Dobre i złe dni (link do bloga autora) właśnie o takim sposobie radzenia ze stresem. Nigdy wcześniej o tym nie słyszałem. 

Mój klient siedzi na przeciwko - po drugiej stronie okienka. Prawie nic nie muszę mówić, tylko klikam coś tam w systemie. Ale w myślach uruchamiam metronom i liczę powoli do czterech. Spokojnie nabieram powietrze, wstrzymuję je i po chwili wypuszczam, a po krótkiej pauzie zaczynam od nowa. Kątem oka zerkam na wielkie okno po mojej prawej stronie. Jest nieskazitelnie czyste (od kilku tygodni mamy nową firmę sprzątającą, która dba o czystość jak żadna inna do tej pory), widzę piękne obłoki chmur na błękitnym niebie. Czuję, że odpływam gdzieś wysoko ponad moją głowę.

Wyłączam się, głosy i dźwięki z sali dochodzą do mnie przytłumione tak, że w ogóle nie zwracam na nie uwagi. Odczuwam wyraźne wrażenie, jakby całe moje ciało, od stóp do głowy, krok po kroku napełniało się świeżym, krystalicznie czystym powietrzem,  przynosząc ze sobą uczucie odświeżenia i lekkości. To doznanie jest tak intensywne, że czuję się, jakbym był niezwykle lekki, wręcz eteryczny, co pozwala mi wyobrazić sobie, że swobodnie unosząc się bujam w tych rozległych, białych obłokach, niczym delikatne piórko niesione przez łagodny powiew wiatru. Nie wiem już sam ile to trwa, ale po kilku takich seriach oddychania uświadamiam sobie, że przecież jestem w pracy! I nie bardzo wiem nawet, co mu (klientowi) w systemie nawpisywałem! Biorę od niego dodatkowe dokumenty i szybko przeglądam dane w systemie - o dziwo wszystko się zgadza, on wciąż siedzi i zdaje się niczego nie zauważać, więc zaczynam drugą sesję... Powolny wdech, wstrzymanie, wydech i krótka pauza...

W ogóle, zajmowanie miejsca przy wielkim oknie daje dużo frajdy. Nikt mi nie zabroni napatrzeć się na niebo i chmury i odpłynąć, a gdy klient trudny tym bardziej szukam tam spokoju. Podczas tej sprawy, gdy czekam na aktualizację danych korzystam z takich widoków, ale od teraz także ćwiczę oddychanie w kwadracie. W myślach wciąż liczę do czterech, nieprędko biorę wdech, wstrzymuję go, powoli robię wydech i ponownie krótką pauzę - znów jestem w chmurach... Nie zawsze mam szczęście być przy tym stanowisku z dużym oknem, ale korzystam ile się daje.

Kończąc sprawę kończę trening, choć to chyba nie właściwe określenie tego, co robię. Rozglądam się, aby zorientować co zmieniło się w moim otoczeniu. Okazało się, że w okienku obok trwa jakaś mała awantura, przyszedł nawet manager, który coś tam komuś tłumaczy - ale co to mnie obchodzi? Nic! Drukuję decyzję dla mojego klienta i żegnam go z delikatnym uśmiechem. Czas na herbatę i jakieś małe jedzenie, choć wolałbym to zrobić tam wysoko, w chmurach...

Pod koniec dnia w pracy:

- Tomek, ty masz chyba dzisiaj lekki dzień? (pyta kolega z lewej strony - to jeden z tych nielicznych w miarę miły)

- Ja? Dlaczego tak uważasz? 

- Mam wrażenie że od pewnego czasu niczym się nie przejmujesz...

Gdzieś tam wewnątrz przejmuję się i to aż za bardzo, ale możliwe że tego nie widać lub faktycznie jest tego coraz mniej. Staram się bardziej czerpać z tego, co tu i teraz. Nie ma sensu czekać na idealny moment, bo lepszego czasu na życie może nie być...

sobota, 30 sierpnia 2025

Podsumowanie tygodnia 411

Poniedziałek 

Od pewnego czasu poniedziałki mnie nie dołują. Są, więc trzeba zaakceptować że to początek tygodnia pracy.

Wtorek 

W pracy całkiem nieźle. Po pracy zaglądam do skrzynki, a ten kartka pocztowa z Bieszczad :)


Środa

Dziwny dzień (uprzedzam - ten długi wpis można pominąć). W pracy trzech trudnych klientów, ale oddychałem powoli i było całkiem nieźle. Ogólnie mam teraz trochę więcej pracy niż zwykle, bo zarządzam nowym projektem. Po pracy basen, czyli wysiłek podczas pływania, a potem relaks w saunie i miła, krótka rozmowa z nieznajomym tamże. Ale po wyjściu z aquaparku nastrój zmienił się o 180 stopni.

Wchodząc do mieszkania zajrzałem do skrzynki, a tam kartka w kopercie - bez nadawcy. Uśmiechnąłem się lekko i idąc na trzecie piętro pomyślałem "ktoś lubi mnie bardziej, niż ja sam siebie". Zupełnie się nie spodziewałem tym bardziej, że kilka dni temu dostałem od tej osoby kartkę. Podczas czytania dedykacji i oglądania obrazków (nietypowa kartka złożona z trzech stron), miałem wrażenie że czas na moment się zatrzymał. Mój dziwny nastrój zmieszał się z zaskoczeniem i radością, ale nie potrafiłem dostrzec co grało pierwsze skrzypce.


Po szybkim obiedzie położyłem się na moment, ale jakiś głos powiedział mi "wstań i idź na spacer, świeci słońce, wykorzystaj to, wyjdź do ludzi, zrób coś ze sobą". Szybko zmieniłem rozciągniętą ze starości koszulkę, założyłem ładniejsze spodenki i wyszedłem natychmiast. Słońce oświetlało moją twarz bardzo dokładnie, bo celowo wybrałem drogę w kierunku zachodu. Musiałem mrużyć oczy, ale z łatwością dostrzegłem kobietę idącą z przeciwka. Znam ją z widzenia, jest dość charakterystyczna, zwykle widuję ją gdy wracam z pracy. Zawsze świetnie wygląda i wyróżnia się wśród spacerowiczów zadbaniem oraz dbałością o szczegóły. Kojarzy mi się z urodą Włoszki.  Biało-różowa bluzka z krótkim rękawem, czarna falowana również krótka spódniczka (ale jeszcze nie mini), piękna twarz, czarne długie włosy. Zdaje się, że rozmawiała przez telefon (przez słuchawki), a mój delikatny uśmiech zignorowała lub nie zauważyła. Za to jej cocker spaniel, którego prowadziła na smyczy zainteresował się mną o wiele bardziej (fajnie byłoby mieć takiego psa, swoją drogą). Pomyślałem, że pewnie znowu zrobiłem z siebie idiotę uśmiechając się do obcej osoby. Trudno. Łapałem słońce i serotoninę, bo ewidentnie miałem ich zbyt mało.

Znajdowałem się w dość dziwnym stanie, bo niby dzień był udany, nic złego się nie wydarzyło, doświadczyłem sporo miłych rzeczy, ale coś było nie tak. Podczas spaceru zacząłem czuć suchość w gardle i rzadki u mnie ból szyi/kręgosłupa. Mimo że szedłem powoli, ciężko było mi się zrelaksować. Każdy kolejny metr drogi wydawał się być coraz dłuższy i trudniejszy. A każda następna minuta przypominała walkę z samym sobą. Miałem ochotę położyć się, w nadziei na zmniejszenie bólu karku, ale zadecydowałem że nie poddam się tak łatwo. Szedłem więc dalej. Postanowiłem, że ciało nie będzie mi dyktować co mam robić. Z tym, że to nie ciało było winne, tylko umysł. Podczas stawiania kroków czułem, jak każdy mięsień w okolicy karku ruszał się razem z nogami, tylko w przeciwnym kierunku. Miałem wrażenie, jakby połączenia nóg, rąk i praktyczne całego ciała się rozkręciły i poluzowały niczym w starym, rozklekotanym rowerze.

To tak, jakby odczuwać dyskomfort w komforcie, mieć a jednocześnie nie mieć, chcieć a jednocześnie nie. Skąd ten stan, zastanawiałem się ciągle spacerując mimo dużego bólu. Znam go, mam już co najmniej rudymentarną wiedzę skąd się bierze. Gdzieś tam z tyłu głowy ledwie majaczył mi ten powód - chwilowy brak akceptacji samego siebie, dyskomfort z własnym ciałem - ale nie mogłem go wyciągnąć na scenę i rozliczyć. Próbowałem chwycić go obiema rękami, ale te wydawały się być śliskie jakby były naoliwione. A im więcej wysiłku w to wkładałem, tym było gorzej. Chodziłem tak aż do zachodu słońca, a gdy wyczerpany wróciłem do domu, ból oraz suchość w gardle powoli ustępowały. 

Czwartek

Piękny słoneczny dzień, korzystam w miarę, ale główny punkt dnia to trudne ćwiczenia w ramach których przygotowuję się do zmiany stanowiska pracy. 

Piątek 

W pracy dużo roboty. Nie bardzo mam czas nawet na śniadanie. Po pracy basen+sauna (i znowu miła krótka rozmowa z tym samym nieznajomym), potem weekendowy Gość, zatem krótka wycieczka rowerowa, kolacja nad wodą i długie rozmowy na balkonie przy herbacie i cieście śliwkowym. Zrobiłem dzień wcześniej, wyjątkowo dobre mi wyszło - to chyba idealny moment na śliwki - te są prosto z sadu.


Jak zwykle na maślanym spodzie, trochę bardziej przypomina tartę niż zwykłe ciastko. Cynamon + śliwki to chyba nawet lepsze połączenie niż z jabłkami. W ramach dbania o siebie dodałem mniej cukru niż zwykle. Jak ktoś ma ochotę, to niech szybko przyjeżdża, jeszcze coś tam zostało 👍

wtorek, 26 sierpnia 2025

Z kawą w roli głównej

Kiedy biorę nową książkę do ręki, zaczynam chyba jak większość - od oglądania okładki (także z tyłu).  Wiadomo, najczęściej przód się już gdzieś widziało - skoro jest zainteresowanie książką - ale tył - tu można spotkać nie tylko interesujący opis, ale także ciekawe zdjęcie. Tak też jest w przypadku mojej ostatniej lektury - Dobre i złe dni - Tomasza Majchrzaka. 

Następnie, zanim zacznę czytać, przeglądam spis treści - by mieć mniej więcej pojęcie co mnie czeka i tu... widzę rozdział Kawa i neurobiologia. O kawie...serio? - pomyślałem. A co ma kawa do traumy? I co tam miałoby ciekawego być? - tym razem cicho powiedziałem do siebie i pomyślałem, że to pewnie będzie dla mnie najmniej interesujący rozdział, bo kawy nie lubię i nie piję, za to bardzo lubię jej zapach - ale na tym koniec sympatii do niej.

Gdy w końcu doszedłem do rozdziału o kawie, wciąż miałem sceptyczne myśli na ten temat, ale... już po pierwszych zdaniach zaczął mnie ten rozdział coraz bardziej interesować. Czy kawa faktycznie może coś zmienić w głowie? Czy po jej wypiciu można poczuć się lepiej/inaczej? A jeśli tak, to w jaki sposób się to odbywa? Czy druga, trzecia i kolejna kawa mogą mieć taki sam wpływ jak pierwsza? A może ich efekt będzie jeszcze mocniejszy? Wreszcie, dlaczego po wypiciu kawy po południu lub później najczęściej ludzie mają problemy ze snem? Jak to wszystko działa? 

Z całej książki najbardziej do tej pory podobały mi się  podrozdziały o mrówkach, wiewiórkach oraz o pamięci i odżywianiu. Ale teraz na podium wysuwa się rozdział o kawie - i to pomimo tego, że naprawdę jej nie lubię! 

Autor opowiada o niej tak ciekawie, że trudno było się oderwać od czytania tego rozdziału (mimo większej ilości stron). Z każdą przeczytaną stroną "wchodziłem" w temat coraz głębiej. Dowiedziałem się m.in. o różnych receptorach oraz możliwościach ich "cumowania", o tym co aktywuje lub blokuje kofeina, o odwadze po jej wypiciu, a nawet o Ksantypie - żonie Sokratesa! A także o wpływie kawy na choroby Alzheimera czy Parkinsona, lub objawach oraz skutkach gwałtownego zaprzestania jej konsumpcji.

Tomasz Majchrzak prowadzi czytelnika po świecie umysłu w nieszablonowy a nawet eksperymentalny sposób - także w tym ciekawym i zaskakującym rozdziale. Bo kto by pomyślał, że kawa może być aż tak istotnym elementem dnia? Dokonać tak znaczącej metamorfozy? Autor opisuje więcej niż tylko rudymentarne zasady związane z działaniem kofeiny. Rozdział jest okraszony dużą ilością przykładów pomagających zrozumieć zawiłe procesy zachodzące w mózgu. To od teraz bez wątpienia jeden z moich ulubionych rozdziałów. A może zacznę lubić i pić kawę? Nie spodziewałbym się tego, że kiedyś mógłbym to powiedzieć! Jestem ciekaw, jaki wpływ miałaby kawa na mnie i mój stan psycho-fizyczny.

Link do bloga Autora książki.

wtorek, 19 sierpnia 2025

Pokój bez drzwi

Jakiś czas temu pisałem o tym, jak wiele udało się zrozumieć i poukładać. Wytłumaczyć bardziej racjonalnie. Niestety, nie wszystko i nie tak od razu przychodzi z łatwością, a niektóre tematy ciągną się, niczym długi sznurek od prania. Choć zdaje się, że widzę pewną drogę, to wciąż tak jakby przez mgłę...

Zastanawiam się, w jaki sposób ludzie mogliby pozbyć się niechcianych obrazów, faktów, przedmiotów czy na przykład zdarzeń sprzed wielu lat, które niestety ciągle im towarzyszą. Są one porządnie zapisane w pamięci. Wciąż z łatwością można je odtworzyć, a co gorsza - pojawiają się  nawet nieproszone. Najczęściej (a może zawsze?) związane są ze sporym ładunkiem emocjonalnym, choć może się wydawać zwłaszcza początkowo, że emocji w tym nie było. Z czasem jednak, stawały się one coraz większe. Czy da się je jakoś "odpamietać"? W jaki sposób poukładać te wszystkie impulsy, które buzują w mózgu i czy da się to w ogóle zrobić? 

I od razu wyjaśniam - żeby była jasność - przykład poniżej nie dotyczy mnie, niekoniecznie należy szukać szczegółów realności zdarzenia, czy zastanawiać się nad innymi możliwymi rozwiązaniami. To jest tylko przykład niosący pewne rudymentarne problemy.

*** *** ***

Stary duży dom, niby zwykły, cichy i spokojny, lecz mający swoje ciemne strony i tajemnice. Po południu oraz wieczorami  życie tam toczy się całkiem normalnie, m.in. jest pyszny obiad i kolacja, a między nimi domownicy wykonują swoje obowiązki. Ale z rana, gdy do pracy/szkoły wychodzi większość domowników i zaczyna robić się prawie pusto, nie jest już tak kolorowo. W domu pozostają małe dziecko i ktoś jeszcze - dorosła osoba - opiekun. 

Pewnego dnia dziecko słyszy niepokojące odgłosy w drugim pokoju. Nie ma on drzwi, nigdy ich tam nie było, za to oddzielony  jest dość długim wąskim korytarzem i zawsze uchyloną  cienką, materiałową kotarą. Wychodzi więc zaciekawione ze swojego pokoju, aby sprawdzić co się dzieje. Błąd. Lepiej było nie wychodzić. Będąc na progu drugiego pomieszczenia  zauważa drastyczną scenę morderstwa. Jest jeszcze na tyle młodą osobą, że nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co widzi, nie rozumie dlaczego to ma miejsce. Natomiast w jakiś sposób wie (a może czuje), że dzieje się coś bardzo złego, coś co nie powinno się wydarzyć i na pewno coś, czego nie powinno się wiedzieć.

Jednak nie otwiera buzi, nie krzyczy, zachowuje się jakby było nieme. Jest w szoku. Zdaje się, że oprawca doskonale o tym wie, ponieważ w ogóle się nie przejmuje faktem obserwowania. Widzi przestraszone dziecko, ale nawet na moment nie przerywa swojego działania, a jego twarz ani drgnie. Po chwili dziecko robi kilka kroków w tył, i już nie widzi a jedynie słyszy to, co się tam dzieje. Szybko wraca do swojego pokoju, chowa się pod kołdrą i za wszelką cenę próbuje uciec od tego co tam zobaczyło.  Prócz dźwięków m.in. trzaskającego, łamanego drewna są słowa, wśród nich błagające o darowanie życia. Dziecko chowa głowę głęboko pod poduszkę i okrywa się nią z całych sił, aby odizolować ją od niepokojących dźwięków i nie słyszeć tego co dzieje się w drugim pokoju. Ale mózg nie daje za wygraną i mimo woli rysuje scenę widzianą przed chwilą. Jak na złość wizualizuje ją krok po kroku oraz dokładnie odtwarza i wplata do sygnałów docierających przez uszy. To wydaje się nie mieć końca. Dziecko próbuje schować głowę jeszcze bardziej, aby uwolnić się od myśli i zagłuszyć dźwięki a jednocześnie pozostać w swoim pokoju, ale z marnym skutkiem. Miota się, jak oszalałe. Po kilkunastu minutach dźwięk z drugiego pokoju wreszcie ustaje. Słychać tylko kroki i skrzypiące drzwi, co oznacza że oprawca osiągnął swój cel i wyszedł.

Mimo że powtarza się to nieregularnie, coś nakazuje dziecku zintensyfikować słuch każdego poranka i niejako "stać na czatach".  Cały organizm pracuje wtedy na wysokich obrotach, a wydaje się że nawet najcichszy szmer nie jest odbierany jedynie za pomocą narządów słuchu, ale za pomocą całego ciała. Że w procesie odbioru dźwięków uczestniczy tak samo ręka, noga czy brzuch - wszystkie one skupiają się wtedy tylko na jednym - oczekiwaniu na zły dźwięk będący początkiem fatalnego procesu. Całe ciało napina się i przygotowuje, aby jak najszybciej móc schować się, gdy tylko wykryje najmniejszy impuls wskazujący na to, że oprawca znowu się zbliża. 

Odruch ten pozostanie już z nim na zawsze, przeniesie się w każdy czas istnienia, oraz nakaże chować głowę i wręcz siłowo ściskać ją do poduszki mimo, że od dawna nie istnieje taka potrzeba. Ale także nasłuchiwać i wytężać słuch do granic możliwości. Wyłapywać możliwe nadejście zagrożenia, skupić się na każdym podejrzanym odgłosie. Nawet jeśli przez jakiś czas uda się kontrolować ten stan, to w momencie wybudzenia głowa dorosłego już człowieka jest lekko mokra i szczelnie otulona poduszką, lub nawet zawiniętą kołdrą jakby była w kokonie.

Trudno powiedzieć jak długo dziecko było narażone na takie doświadczenia, ale z pewnością odbywały się one co najmniej kilkunastokrotnie. Znaczącym przełomem była przeprowadzka, oddalenie się od sprawcy. Obraz kata i pierwszej ofiary został zapamiętany bez większych szczegółów, ale na tyle wyraźnie aby zidentyfikować konkretne osoby, ich miejsce zamieszkania. Przy kolejnych zdarzeniach pozostał tylko wizerunek mordercy utrwalony przez chwilę ale często powtarzany, choć dziecko wtedy już go nie widziało ale miało świadomość, kiedy pojawiał się w domu i kiedy z niego wychodził. Wskazywały na to różne dźwięki m.in. otwieranych nieco skrzypiących głównych drzwi oraz cichych ale wyraźnych kroków idących długim korytarzem. Sekwencje zdarzeń zawsze były identyczne i powtarzalne, ale to dźwięki i słowa zostały zakodowane znacznie lepiej, a zwłaszcza te pierwsze.

Dziś, w dorosłym życiu obrazy i dźwięki powracają w różnych momentach. Ale pojawia się też analiza możliwości działania. W jaki sposób można było pomóc ofiarom? Czy bezpieczne było pozostawanie w pokoju obok? Dlaczego gdy wszystko wracało do normy dziecko nie poprosiło o pomoc innych domowników? I najważniejsze - jak obecnie zachowałaby się już dorosła osoba, która przeszła przez takie trudne sceny w dzieciństwie?

Wydaje się, że by uruchomiła wszelkie dostępne zasoby i mogła postąpić nawet trochę nieobliczalnie, częściowo wbrew logice. Pod wpływem silnych emocji zakorzenionych kilkadziesiąt lat temu, kumulowanych a czasem nawet wzmacnianych mimo woli, mogłaby wręcz wybuchnąć agresją i atakiem. Gdyby obecnie zauważyła podobną scenę jak kiedyś, możliwe że by zareagowała z siłą i mocą nieadekwatną do sytuacji. Z dużą ilością przesady i afektu. Możliwe jest, że nagromadziła się w niej przez ten czas energia i silna potrzeba do natychmiastowej brutalnej reakcji. Czy byłaby ona podobnie zła do zauważonych wcześniej scen? Czy dałoby się je porównać, a konsekwencje działania byłyby zbliżone do siebie? A może znowu  by uciekła i schowała głowę pod poduszkę? Teraz chyba ma to niewielkie znaczenie.

piątek, 15 sierpnia 2025

Podsumowanie tygodnia 409

Poniedziałek 

Wieczorny gość (jak co poniedziałek, choć czasem rytm ten jest nieco zakłócony).

- Tomciu, co czytasz? (nie pamiętam, aby ta osoba zwracała się do mnie inaczej niż w ten sposób).

- A, to taka książka... (i zanim zacząłem mówić dalej gość miał już ją w dłoni i wertował poszczególne strony) ...o różnych problemach, ale także - a może przede wszystkim - rozwiązywaniu tychże. A interesujesz się tymi tematami?

- Tak Tomciu, interesuję. Majchrzak? Nie znam...

- Możesz nie znać, bo to jego pierwsza książka (nie jestem pewien czy gość usłyszał wszystkie moje słowa, bo w tym czasie wyjął telefon komórkowy z zamiarem zrobienia zdjęcia okładki). Nie musisz robić zdjęcia, dostaniesz ją ode mnie - tylko nie ten egzemplarz, bo on jest z dedykacją.

Wtorek

Lekki, prosty dzień. Staram się myśleć pozytywnie. Poza tym, wracam do swojego ostatniego wpisu na zasadzie przypomnienia. Bo to jest ważne. 

W ciągu dnia zamawiam książkę dla gościa.

Przed snem obserwuję wschodzący księżyc. Najpierw jest bardzo czerwony, potem stopniowo przechodzi w odcienie szarości. Zdjęcia robione smartfonem, m.in. stąd ich marna jakość.




Środa 

Zapewne pamiętacie sąsiadkę, której podlewam kwiaty gdy jej nie ma. Dwie klatki obok, czyli naprzeciw moich okien, kilka dni temu miał miejsce pożar. Małe mieszkanie, prawdopodobnie identyczne jak moje stanęło w płomieniach pod nieobecność lokatora. Spaliło się doszczętnie, akcja gaśnicza dodatkowo spowodowała straty na niższych kondygnacjach. Sąsiadka, którą odwiedziłem tego dnia opowiadała głównie o tym zdarzeniu. 

Odbieram książkę z paczkomatu.

Czwartek 

W pracy mnóstwo nerwów, ale nie moich. Zachowuję się tak, jakbym obserwował film. W innych działach Departamentu "walą" się różne sprawy, jest bieganina, dużo telefonów i ogólnie - próby łatania problemów na każdy możliwy sposób 😁 Ja tymczasem siedzę sobie wygodnie w fotelu, wcinam popcorn i w ogóle mnie to nie dotyka!

Po pracy basen. Oraz sauna. W aquaparku pustki. A potem jadę na miasto, bo umówiłem się z poniedziałkowym gościem na przekazanie książki.

Wyjątkowo ciepły wieczór zachęca mnie do wycieczki rowerowej, oraz późnego obiadu w jednej z bardziej klimatycznych knajp. Ku mojemu zdziwieniu nie ma tłumów, a światełka dodają uroku. Gdyby nie komarzyce, byłaby to prawdziwa sielanka.

Piątek 

Wolne. Zapominam wyłączyć budzik, ale i tak budzę się przed szóstą. Gorący, letni dzień wykorzystuję na relaks i odpoczynek na świeżym powietrzu z tym, że staram się unikać tłumów. Przyjemnego weekendu!