sobota, 12 stycznia 2019

Podsumowanie tygodnia 66

Poniedziałek

W ramach interakcji werbalnych pytam kursantów jak tam po świętach. I tak jeden z nich mi opowiada co tam u niego, ale za chwilę pyta: a co u pana? Ups, tego się nie spodziewałem.

Wtorek

Basenowe postanowienie wypełnione. Przez prawie 40 minut pływałem w tą i z powrotem. Może motywował mnie gość który pływał na tym samym torze i w ogóle nie odpoczywał. Albo spojrzenia R. która chyba także pilnowała abym zbyt długo nie odpoczywał :P

Środa

W mojej drugiej pracy przełom. Nikt już nie wymaga abym zostawał po godzinach, nawet wychodzę teraz wcześniej niż powinienem. Oczywiście zarabiam tam 300 zł mniej niż w ubiegłym roku, ale przynajmniej się nie napracuję - większość projektów pamiętam z ubiegłych lat.

Czwartek

Pracuję z kursantką, która ostatnią jazdę miała dwa lata temu. W ogóle nie zna zasad pierwszeństwa, a "najciekawiej" było na placu. Chciała abym wytłumaczył jej ma "zrobić" łuk. Tzn gdzie mają być tyczki, kiedy i ile skręcać kierownicą itd. Ponieważ ja nie uczę małp, próbowałem jej przedstawić kryteria zgodnie z którymi powinna kierować, ale ona stwierdziła że "to strata czasu" i że musi znaleźć kogoś, kto jej wytłumaczy "pamięciowo". Cudownie, staram się trzymać jak najdalej.

Piątek

Wyjeżdżam w trasę. Mróz trzyma, na jezdni w miarę dobra przyczepność, ruch jak diabli. Naprawdę trzeba uważać, bo łatwo o wypadek.

wtorek, 8 stycznia 2019

Awaria

Suzuki Swift - mój prywatny samochodzik ma już prawie 7 lat. Ponad cztery przepracował ze mną w nauce jazdy, starałem się zawsze o niego dbać. Ostatnio robię nim 7-8 tysięcy rocznie - więc najczęściej stoi - choć regularnie staram się nim jeździć. Zaliczył w swoim życiu kilkanaście stłuczek, których za bardzo nie widać w tym jedną porządną - dzięki niej mam odrobinę mniejszy bagażnik (uderzenie w tył) - ale naprawiłem to co się dało. Wymieniłem zderzak (bo był roztrzaskany), różne mocowania i prawie nie ma śladu.

Na liczniku nieco ponad 140 000 km i właśnie w sobotę znów rozkraczył się. Znów - tzn. trzeci raz mam awarię która uniemożliwia poruszanie się nim - czyli jest bardzo istotna z punktu widzenia przydatności pojazdu. Alternator, akumulator i rozrusznik - to są elementy felerne, które powodują tyle kłopotów.


A więc w sobotę jak gdyby nigdy nic pojechałem do większego miasta, zaparkowałem i koniec - auto nie chciało uruchomić silnika. Czyżby domagało się emerytury w tak młodym wieku? Przyznam, że awaria pojazdu jest tym, co chyba najbardziej mnie stresuje w kwestii posiadania go. Parkowania w ciasnych miejscach, trudne drogi, śliskość na jezdni - to dla mnie nic w porównaniu do świadomości tego, że w każdym momencie auto może się zepsuć. To pewnie jakaś fobia - naukowcy na pewno jakoś to już nazwali. Może wyjściem byłoby jakieś dodatkowe ubezpieczenie (poza OC)?

W każdym razie ta usterka ma też swój plus. Muszę wcześniej zmienić samochód. Planowałem to zrobić w połowie roku, ale w tej sytuacji każdy dalszy (i bliższy) wyjazd będzie powodował wewnętrzne tsunami - odpali czy nie, dojadę czy stanę w środku trasy?

Wg różnych statystyk osprzęt silnika jest najczęstszą przyczyną awarii - akumulator, rozrusznik i alternator - czyli idealnie jak u mnie. Pamiętam, że jedynie Fiat Punto był bardziej problematyczny niż Suzuki. Czas naprawić Swifta i rozejrzeć się za hybrydą :)

niedziela, 6 stycznia 2019

Postanowienia

W nowym roku próbuję odżywiać się zdrowiej, czyli więcej warzyw i owoców. Przedwczoraj robiłem sałatkę z rukolą i pomidorami (te smakują jak tektura, wiem że nie sezon ale żeby były aż tak słabe?!). A wczoraj po sałatce greckiej nadal czułem głód, ale pod rękę nawinął mi się mikołaj. Tak, taki z czekolady - dostałem go kilka dni temu więc co - miał się zmarnować? Tak więc owoce, warzywa i mikołaj...

Po pracy można mnie spotkać na basenie, wróciłem do ćwiczeń - kręgosłup upominał się tego od dłuższego czasu. Z tym, że kiedyś pływałem przed 7 rano (już sama godzina była wykańczająca), a teraz robię to po pracy - też wykańczające - ale po wszystkim siedzę w bąbelkach jacuzzi i próbuję równomiernie oddychać. Ludzi nie ma zbyt dużo, więc jedyne co mnie trochę krępuje to gapiący się ratownicy. Co najmniej czterech, a czasem i więcej jak przychodzą z innych "rejonów" na pogaduchy. Wiem że nie mogą czytać gazet, czy przeglądać telefonów - ale oni wyjątkowo dokładnie obserwują całą nieckę basenową i ludzi tam pływających. Mało tego - usadowili się akurat przy dwóch wejściach do basenu :/

Okolice Polańczyka, wrzesień 2016
Nawet wpadłem ostatnio na pomysł, aby na basen chodzić z kimś. Tylko z kim? S. dawny kumpel - odpada, teraz zajmuje się domem i młodą żoną. D. kolega z pracy - a w życiu, wolałbym już sam iść na basen. M. koleżanka - o nie, z nią też nie chcę - ona zachowuje się jak słoń w składzie porcelany. To może R. no może, ale ona w tym czasie w pracy. Tak więc posucha, nie ma z kim iść :(

Jeśli ktoś chętny (i lubi pływać) to zapraszam!