Na pierwszą jazdę przyszedł kilka tygodni temu, dziś kończy kurs. Nadal jest młodym buntownikiem, który wszystko chce zrobić po swojemu. Rad słucha dopiero, gdy coś mu się nie uda - ale wg jego mniemania oczywiście. Bo np to że nie włączy kierunkowskazu, lub naruszy linię podwójną ciągłą, albo gdy przekroczy prędkość to zupełnie normalne, a gdy zwracam mu uwagę na te sprawy to uważa że się czepiam. Może faktycznie się czepiam :P
Na szczęście pracuję na firmowym sprzęcie, ale gdy na kolejnej jeździe zaczął ruszać z piskiem opon na placu manewrowym, a na mieście ruszał i przyspieszał do około 5-6 tys obrotów silnika nie wytrzymałem. Wygarnąłem mu, że nie tylko nie jeździ z głową ale także nie szanuje sprzętu (pojazdu) do nauki. Że bez sensu jest gwałtownie przyspieszać aby za moment równie gwałtownie hamować. Bo ja rozumiem że on jest młody i że lubi poszaleć, tylko ile można to tolerować? Po tym wszystkim przez dwie jazdy był bardzo grzeczny. Jechał normalnie, uważał na wszystkie znaki, ładnie zmieniał biegi i w ogóle - nawet nie przekroczył prędkości.
Po dwóch jazdach znowu się zaczęło. Akurat wczoraj chciał podjechać do domu (posesja tuż za miasteczkiem). Podjeżdżamy pod bramę za którą kręci się jego ojciec. Młody machnął do niego lekceważąco, a ojciec prawie w biegu otworzył nam bramę. Od razu pomyślałem sobie, że to takie bezstresowe wychowanie. Gdy chwilę rozmawiałem z rodzicem dowiedziałem się, że kursant jest pełnoletni i robi co zechce, a do domu wraca kiedy chce. Za moich czasów takich rzeczy nie było, jednak rodzice byli autorytetem nie tak jak obecnie.
Ale to jeszcze nic. Najbardziej poirytował mnie następujący fakt. W drodze do jego domu minęliśmy patrol z miernikiem prędkości. Mój kursant po przejechaniu obok policji zaczął mrugać i ostrzegać tych jadących z przeciwka. Najpierw zauważyłem to ale nie miałem pewności na 100%, ale poczekałem chwilę i przy drugim razie nie miałem wątpliwości. Degenerat. Na szczęście to jego ostatnie jazdy, więc wytrzymam to.