wtorek, 28 stycznia 2020

Okno

Jest 14.00, prowadzę wykłady. Jak zwykle staram się nie siedzieć - co chwilę coś rysuję na tablicy, lub po prostu przewijam slajd i omawiam zagadnienie (poza tym, uważam że siedzienie za biurkiem jest niezbyt odpowiednie w takich sytuacjach). Na sali ponad dwadzieścia osób, a ja coraz bardziej odpływam myślami. Mniej więcej po godzinie dostrzegam za oknem dwóch policjantów. Pewnie jak zawsze czekają na pieszych, którzy przechodzą nie korzystając z przejścia.

Nie myliłem się. Trzeba było tylko krótkiej chwili aby panowie mieli okazję do interwencji i sięgnięcia po bloczek mandatowy. Zatrzymali dwie młode dziewczyny. Nie poprzestali na pouczeniu, widzę dyskusję i wypisywanie mandatów. Mój wykład trwa. Aby nie zaschło mi zupełnie w gardle, popijam earl grey, która zaparzona w termicznym kubku trzyma całkiem nieźle ciepło. Nie znoszę zimnej herbaty.

Tymczasem praktycznie tuż po zakończonej interwencji dwóch młodych dziewczyn, policjanci znów mają okazję do działania. Tym razem jakiś starszy człowiek przechodzi beztrosko z jednej strony ulicy na drugą. I znów 50 zł. Kolejny łyk herbaty, a nawet dwa. Na więcej nie mam czasu, wszak omawiam kryteria do parkowania - a to temat bardzo obszerny. Policjanci ledwo skończyli rozliczanie starszego pana i od razu mają kobietę z dwojgiem dzieci. Widzę, że kobieta szuka czegoś w torebce - najpewniej to dowód osobisty. Później już standardowo - podpisuje mandat.

Za oknem dzieje się. Wąska, ale ruchliwa jednopasowa ulica ciągle żyje, a ludzi nieprzestrzegających przepisów nie brakuje. Panowie policjanci non stop mają interwencje. Po mniej więcej godzinie obserwowania tracę ich z oczu. Sala, w której pracuję ma bardzo duże okna ale mimo usilnych prób (jednocześnie nie dających poznać moim słuchaczom) nie dostrzegam ich. Musieli odejść akurat w chwili, gdy byłem przy tablicy ( po drugiej stronie sali). Albo skończyli służbę, albo mieli już tyle wykroczeń na liście że starczyło.

Ciekawe czy pojutrze na moim kolejnym wykładzie zobaczę ich ponownie.

niedziela, 26 stycznia 2020

Zupa fasolowa

Korzystając z większej ilości wolnego czasu postanowiłem przygotować kolejną zupę. Gotowy wywar wołowy z tego samego źródła co poprzednio. Do tego wcześniej namoczoną fasolę i do roboty :)


Zaczynam od podsmażenia boczku z odrobiną cebuli. Nie muszę chyba dodawać, że warzywa pochodzą wprost z przydomowego ogródka? No dobrze - teraz to bezpośrednio z piwnicy.


Delikatnie podsmażony boczek odstawiam na bok i szykuję warzywa. A jednocześnie wstawiam wodę z kilkoma liśćmi laurowymi, kolorowym pieprzem oraz zielem angielskim. Po zagotowaniu dodaję koncentrat bulionu wołowego, oraz warzywa. Ekologiczna marchewka jest twardsza niż taka ze sklepu, oraz ma bardziej wyrazisty kolor. No i oczywiście smak o wiele pełniejszy.


Trzeba uważać, aby nie rozgotować np ziemniaków, dlatego ważny jest moment wrzucenia ich do garnka. Czyli nie wszystkie warzywa na raz. Do tej zupy dodaję trzy marchewki, dwie pietruszki, jeden mały seler, dwa małe ziemniaki i odrobinę cebuli - która usmażyła się wcześniej z boczkiem.


Pod koniec gotowania dodaję fasolę oraz boczek. Doprawiam majerankiem i tymiankiem. Zero soli - jest go tylko tyle ile w bulionie oraz tyle co w warzywach. Wystarczy, powoli staram się odzwyczajać od soli i np gdy czasem bywam w KFC czuję bardzo dużą ilość soli w ich jedzeniu (jeszcze niedawno w ogóle mi to nie przeszkadzało).


Doprowadzam do delikatnego wrzenia i gotowe. W sumie zajmuje to nieco ponad godzinę - ale uważam że to i tak bardzo szybko jak na zupę :)

sobota, 25 stycznia 2020

Podsumowanie tygodnia 119

Poniedziałek

Czuję się już zdecydowanie lepiej. Po zastanowieniach, oporach i wewnętrznych sprzeciwach co do pomocy w wyzdrowieniu jakoś to przełknąłem i żyję. Oczywiście obyło się bez żadnych lekarzy.

Wtorek

Jeżdżę z kursantem który ma ostatnią godzinę kursu (przypomnę że tych godzin jest co najmniej 30) - do tej pory jeździł z kim innym. Średnio mu wychodzi, ale najbardziej "rozwaliła" mnie ta sytuacja: skręcamy w lewo, do przepuszczenia są pojazdy z przeciwka. Kursant przepuszcza je wszystkie, a gdy te przejechały on stoi nadal. Pytam czemu nie jedziemy - a on mówi że czeka na tych z tyłu (i patrzy w lusterko)!

Środa

Z samego rana wyjeżdżam do dużego miasta. Wcześniej wstaję i myję auto, a także po raz kolejny w tym tygodniu przecieram go wewnątrz - będzie milej się pracowało :)

Czwartek

Nieoczekiwana wizyta w serwisie. Wymiana akumulatora na nowy. Pracownik, który wymieniał mówił bardzo mało. W zasadzie odpowiedział mi tylko na "dzień dobry". Gdy go o coś pytałem odpowiadał "yhy" lub coś podobnego, trudno było zrozumieć. Widząc sytuację starałem się być elastyczny i nie zadawać mu więcej pytań. Po wymianie akumulatora odszedł bez słowa. Zastanawiałem się, czy jeszcze mam czekać czy już mogę odjeżdżać, czy może coś trzeba podpisać, albo on będzie jeszcze coś robił. Ale nie (chyba).

Piątek

Znów wyjazd do większego miasta. Tym razem na dłużej, bo całe 6 godzin. Wracam zmęczony bardziej niż zwykle, bo normalnie mogę chociaż na chwilę wysiąść z auta (plac manewrowy) - dobrze że zachód słońca urozmaica drogę powrotną :)