wtorek, 10 lutego 2026

Jakość serwisu Toyoty

 W grudniu minęło pięć lat od zakupu Toyoty Yaris. Do tej pory mam przejechane nieco ponad 60 000 km, a jedynym elementem, który wymagał wymiany, był akumulator (w grudniu 2023 roku). Każdy przegląd okresowy wykonywałem w Autoryzowanej Stacji Obsługi (ASO) Toyoty i właśnie o ostatnim z nich będzie dzisiejszy wpis.

Zanim jednak do tego przejdę, krótkie wyjaśnienie. Gdy pięć lat temu chciałem kupić samochód w tym salonie, spotkała mnie średnio uprzejma obsługa, co natychmiast skłoniło mnie do zmiany salonu na inny. Co prawda miałem tam nieco dalej, ale nie był to dla mnie problem. Natomiast na serwis postanowiłem jeździć już właśnie tutaj.

Opisywana sytuacja zaczęła się tuż przed grudniowymi świętami ubiegłego roku. Po przeglądzie odebrałem auto z zapewnieniem, że nie ma żadnych uwag co do stanu pojazdu — tylko wsiadać i jechać. Kilka dni później zbliżał się jednak termin przeglądu rejestracyjnego (tego, który „podbija się” w dowodzie rejestracyjnym), który szybko zweryfikował stan jednego z najważniejszych elementów bezpieczeństwa pojazdu.

Otóż, niczego nieświadomy, pojechałem na rutynowy przegląd rejestracyjny, gdzie diagnosta pokazał mi stan tarcz i klocków hamulcowych. Jedna z tarcz wyglądała tak:



Tarcza jest tak skorodowana i nierównomiernie zużyta, że skuteczność hamowania nie jest optymalna — by nie powiedzieć, że wręcz znacząco ograniczona.

Od jakiegoś czasu — bo przecież nie jest to efekt kilku tygodni — niektóre elementy układu hamulcowego musiały się coraz bardziej „zacierać” i stopniowo zmniejszać skuteczność hamowania, czego nie dało się zauważyć podczas codziennej eksploatacji. Ale zaraz — jak to możliwe, że kilka dni po odebraniu auta z przeglądu w Toyocie układ hamulcowy jest w takim stanie?!

Wygląda na to, że podczas przeglądu układ hamulcowy został pominięty albo ktoś celowo nie poinformował mnie o nieprawidłowościach. Bardziej prawdopodobna wydaje się ta pierwsza opcja.

Następnego dnia pojechałem do zaprzyjaźnionego mechanika, który potwierdził spostrzeżenia diagnosty. Niestety tarcze hamulcowe z przodu (po obu stronach) były w takim stanie, że nie nadawały się do przetoczenia. Szybkie zamówienie kompletu tarcz i klocków oraz wymiana na nowe zamknęły temat techniczny.

Teoretycznie można byłoby na tym zakończyć sprawę, jednak cały czas zastanawiało mnie jedno — dlaczego pojazd wyjechał z ASO w takim stanie? Jestem w stanie zrozumieć, że nawet nowy samochód może się zepsuć, bo to przecież tylko rzecz. Nie potrafię jednak zrozumieć, dlaczego najprawdopodobniej nikt tego nie sprawdził podczas przeglądu.

Kilka dni później skontaktowałem się z kierownikiem serwisu. Spokojnie przedstawiłem sytuację, po czym po drugiej stronie zapadła cisza — wyglądało to tak, jakby kierownika dosłownie zamurowało. Wyraziłem swoje zdziwienie oraz brak akceptacji dla takiej sytuacji, zwłaszcza że mówimy o jednym z kluczowych elementów bezpieczeństwa pojazdu. Przedstawiłem również swoje oczekiwania.

Kierownik poprosił o moje dane, sprawdził w systemie, kto był odpowiedzialny za przegląd, poprosił mnie o przesłanie zdjęcia tarcz hamulcowych i zapewnił, że nie na taki standard obsługi się umawialiśmy. Zadeklarował konsultację sprawy z dyrektorem i obiecał kontakt w ciągu kilku dni.

Słowa dotrzymał. Na wstępie przeprosił, a następnie zaproponował zadośćuczynienie, które nieco przewyższało moje oczekiwania. Ponownie przeprosił za zaistniałą sytuację i na tym etapie uznałem sprawę za zakończoną. Okazało się zresztą, że rekompensata za nieprawidłowo wykonaną usługę była jeszcze większa, niż ustaliliśmy wcześniej — nie zgłaszałem już jednak żadnych uwag.

Tymczasem przyszłoroczny przegląd wykonam już w innym miejscu.

Jeszcze rok, może dwa, i trzeba będzie na poważnie rozejrzeć się za zmianą auta. Jeśli wszystko dobrze się ułoży, prawdopodobnie zainteresuję się nowszą Toyotą, choć sam jeszcze nie wiem, czym dokładnie. Lubię Toyotę mimo jej różnych wad, natomiast to, co prezentuje ten salon i serwis, znacząco odbiega od moich oczekiwań.

34 komentarze:

  1. My mieliśmy ten sam problem z oplem crosslandem, serwisant stwierdził, że wszystkie tak maja, bo ktoś źle dobrał jakość materiałów. Zmieniliśmy więc auto, bo zaczęło być skarbonką...
    Może to taka pechowa seria?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko możliwe. Zobaczymy, i tak już długo nim nie pojeżdżę raczej.

      Usuń
  2. Maz zawsze miał dar do wyczuwania, kiedy samochód się nam "kończy", wiedział że nie ma co już inwestować, tylko rozejrzeć się za nowym samochodem. Czsami potwierdzał to zaprzyjaźniony mechanik, do którego jeźdił z każdym naszym autem.
    Więc może to jakiś znak, by pomyśleć o zmianie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Aaa...
    Czyli to jest ta tajemnicza, o której napomykałeś kilka razy we wcześniejszych blotkach, robiąc z tego jakiś wielki sekret :D

    Dziś mi mignął w sieci jakiś artykuł o chińskim aucie, które się zepsuło po przejechaniu 70 km.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niekoniecznie. Tamta sprawa telefonicznie się zakończyła, ale niebawem będę wysyłał bzdurne dokumenty przez w doręczenia i inne tego typu rzeczy 😁

      Czy chiński czy nie, każdy może się zepsuć.

      Usuń
  4. Chciałabym, żeby było mnie stać na nowy samochód. Nawet nie taki z salonu, ale małoletni. Mój ma 21 lat i jak się rozsypie, to będzie koniec jazdy.

    OdpowiedzUsuń
  5. Wiesz, to w sumie straszne, bo na zdrowy rozsądek od autoryzowanego serwisu powinno się wymagać najwyższych standardów... A za olanie układu hamulcowego ten ktoś, kto zajmował się Twoim samochodem, powinien stracić pracę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego nie mam pretensji, że coś tam się zepsuło czy wymagało wymiany, ale o to, że wypuścili auto w takim stanie.

      Usuń
  6. To zrozumiałe, szczególnie że od układu hamulcowego zależy nie tylko Twoje bezpieczeństwo, ale i innych użytkowników dróg. Gdyby coś się stało to Ty odpowiadałbyś jako pierwszy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, takie rzeczy nie powinny mieć miejsca. Nie po to jeżdżę do ASO.

      Usuń
    2. Jak widać nawet i do nich nie można mieć zaufania... Najlepiej mieć jakiegoś zaprzyjaźnionego mechanika, który podchodzi do pracy z pasją... 🙄

      Usuń
    3. Mam takiego, będę teraz do niego na przegląd jeździł.

      Usuń
  7. No, dobrze, że diagnosta to zauważył krótko po serwisie.

    Kierownikowi serwisu pewnie uszy z wrażenie zbielały, jak usłyszał, że:
    "mówimy o jednym z kluczowych elementów bezpieczeństwa pojazdu"

    Super, że tak Ci się to udało załatwić.

    Spokojnej jazdy na dobrych hamulcach!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, dobrze że diagnosta rzetelnie przeprowadził przegląd, bo różnie z tym bywa. Tak też myślę w sprawie kierownika... Dzięki, miłego wieczoru 👍

      Usuń
  8. Może jednak warto za rok wrócić do nich, skoro tak ładnie rekompensują swoją głupotę (lenistwo?) 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba nie. Gdyby nie ten przegląd u diagnosty, nie mógłbym pojęcia o zagrożeniu.

      Usuń
  9. Ja mam broszurkę producenta samochodu, tam jest lista przeglądów na 10 lat do przodu i dla każdego przeglądu podane co należy sprawdzić/wymienić. Zakład serwisowy odfajkowuje te pozycje. Nigdy nie sprawdzałem czy rzeczywiście wykonali swoją robotę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozostałe liczyć, wierzyć że tak właśnie było. Że pieniądze które wydałeś na obsługę pojazdu, zostały wydatkowane należycie a usługa wykonana profesjonalnie.

      Usuń
  10. W 1993 roku kupiłem nową Toyotę Corollę i sprzedałem ją dopiero w 2023 roku — po trzydziestu latach użytkowania i z przebiegiem 200 000 km. W tym czasie miałem może trzy poważniejsze naprawy, każda kosztowała mnie około 500 dolarów. Samochód przeżył nawet dwóch mechaników. Jeden z nich żartował, że „przez takie auta nie ma żadnego biznesu” — co ciekawe, to właśnie on polecił mi kiedyś zakup Corolli!

    Mój obecny samochód kupiłem nowy w 2002 roku. Choć to marka amerykańska, ma silnik i skrzynię biegów z Toyoty Corolli i swego czasu był uznawany za „najbardziej niezawodny samochód amerykański” — zapewne dlatego, że w istocie jest w dużej mierze japoński. Dziś ma już 247 000 km i nadal trzyma się znakomicie.

    Przeglądy i naprawy w około 90% wykonywałem u prywatnych mechaników. Na początku korzystałem z usług autoryzowanego dealera Toyoty — było bardzo drogo, a do tego nierzetelnie. Próbowano mi wmawiać w 100% niepotrzebne naprawy, a raz nawet nie dolano żadnych płynów eksploatacyjnych, choć oczywiście rachunek został wystawiony. To wystarczyło, bym więcej tam nie wrócił.

    Miałem też epizod z dużą siecią warsztatów. Pojechałem tylko na wymianę oleju, a technik oznajmił, że hamulce wymagają pilnej naprawy. Wezwałem menedżera i poprosiłem o wyjaśnienie, bo hamulce przeszły właśnie pełny serwis. Nie usłyszałem ani rzeczowego wytłumaczenia, ani nawet słowa „przepraszam”. To była moja pierwsza i ostatnia wizyta w tej firmie.

    Na szczęście trafiłem na kilku świetnych prywatnych mechaników, którzy nigdy nie próbowali naciągać mnie na zbędne naprawy. Jestem przekonany, że dzięki temu zaoszczędziłem przez lata znaczną sumę pieniędzy. Dodatkowo często mogłem obserwować naprawy z bliska — zdarzało się, że stałem pod własnym samochodem podczas pracy na podnośniku, co samo w sobie było ciekawym i pouczającym doświadczeniem.

    Nie mam pojęcia, jak długo jeszcze posłuży mi obecny samochód, ale powoli rozglądam się za następcą. Na celowniku mam nowe Subaru Forester, Subaru Outback, a może nawet Hondę Passport. Rzeczywiście, do tanich nie należą, ale takie są nowe realia jeżeli chodzi o ceny samochodów—nowych i używanych.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O proszę, czyli nie tylko w Polsce serwis Toyoty ma złą renomę. Dobry, a do tego jeszcze uczciwy mechanik samochodowy to skarb.

      Fajnie że niebawem kupisz sobie nowy pojazd, dla mnie to mnóstwo przyjemności 😀

      Usuń
    2. Dobry, uczciwy mechanik samochodowy to naprawdę na wagę złota. Ostatni raz byłem w serwisie Toyoty w 1996 roku, może od tego czasu się polepszył. Ale np. w serwisie Pontiaca też miałem problemy, zawyżyli cenę i chcieli bardzo dużo za wymianę radia-a do tego czekałem nieraz ponad godzinę (na gwarancji), aby dowiedzieć się, że nie mają części.

      Muszę przyznać, że trochę boję się nowego samochodu, bo to komputer na kółkach-i niestety są z tymi opcjami problemy, gdy samochód nagle hamuje (bo cień mostu wziął za przeszkodę), niespodziewanie wymija nieistniejący samochód (bo słońce wypaczyło jego obraz) lub zaczyna hamować i zjeżdżać na inny pas-bo akurat przede mną jest holowany samochód i jego przód jest zwrócony w moją stronę i komputer myśli, że on jedzie pod prąd. Na przykład Subaru Outback może ominąć sam przeszkodę, pomijając moją kierownicę--nawet nie zorientuję się, kiedy robi taki manewr. Człowiek ma coraz mniejszą kontrolę nad samochodem. A w moim obecnym samochodzie poza automatyczną skrzynią biegów (nie umiem jeździć manualnym) wszystko staromodne: drzwi na kluczyk, okna na korbkę, bagażnik na klucz, żadnej "remote control".

      Usuń
    3. Mam wrażenie, że jakość serwisu pogarsza się. W moim Departamencie obserwuję klientów, którzy coraz mniej potrafią radzić sobie w życiu nawet podczas bardzo podstawowych czynności. Potem tacy ludzie trafiają do różnych miejsc pracy...

      Wydaje mi się - a przynajmniej tak jest tu w Polsce oraz Europie, że te wszystkie systemy wspomagające jazdę są raczej dobrze dopracowane i na pewno nie powodują same z siebie zagrożenia. Ja jeżdżę różnymi autami z systemami o których piszesz, ale tylko kilka razy zdarzyło mi się, że radar "wykrył" przeszkodę, której faktycznie nie było. Oczywiście zaczął wtedy ostrzegać i hamować, ale na tyle słabo że nie powodowało to żadnego znaczenia. Poza tym, większość z tych systemów można wyłączyć. Fakt, że trzeba to robić przed każdą jazdą.

      Natomiast jazda częściowo autonomiczna, to jest coś co mnie szczególnie denerwuje. Zwłaszcza na śliskich drogach wyłączam to, gdyż auto czasem dość nerwowo "koryguje" tor jazdy, który wg komputera powinien być inny niż ja sam kieruję. Wyłączam to, bo podczas śliskiej nawierzchni można wpaść w poślizg. Ale to jest kwestia jednego przycisku na kierownicy.

      Usuń

    4. Wydaje mi się - a przynajmniej tak jest tu w Polsce oraz Europie, że te wszystkie systemy wspomagające jazdę są raczej dobrze dopracowane i na pewno nie powodują same z siebie zagrożenia.

      Dobrze słyszeć. Zagrożenie jest rzadkością—po prostu takie zdarzenia się nagłaśnia—ale czytałem, że pewne opcje źle działają, przestają działać lub są tak upierdliwe, że trzeba je wyłączać. Na przykład w kompletnie nowym samochodzie mojego kolegi wbudowany system GPS zaczął dziwnie działać, nie można było w ogóle go używać i dopiero dealer musiał go naprawić. Moja znajoma nie ma pojęcia, jaki posiada systemy wspomagające—mówiła, że coś tam jej piszczało ciągle i odłączyła, ma spokój—ale mówi, że czasami samochód sam hamuje… Przypomina mi to sytuację, gdy mój kolega kupił aparat fotograficzny za $2.500 + obiektyw, a że pojęcia o fotografii nie miał, to zawsze był on nastawiony na „A”, opcję automatyczną!

      Poza tym, większość z tych systemów można wyłączyć. Fakt, że trzeba to robić przed każdą jazdą.

      Oglądając na YouTube kilkadziesiąt filmów na temat samochodów (głównie Subaru Outback 2026), niektórzy wspominali, że wiele takich opcji i innych rzeczy można na stałe odłączyć lub zaprogramować (customize)—ale mało kto o tym wie, nawet sprzedawcy nie orientują się i nie informują kupujących. Wspominał też o tym, że można je wyłączyć na stałe i nie trzeba tego robić przed każdą jazdą. Poza tym jeden facet wykrył sposób w Subaru, jak zmienić różne ustawienia, które właściwie nie powinny być zmieniane samemu. Warto się tym zainteresować.

      A w ogóle tych innowacji się nie boję i z przyjemnością spędzę kilkanaście godzin, studiując samochodowy manual. Jednakże jedna sprawa, gdy mam problemy z komputerem w biurze—a kompletnie odmienna, gdy takie problemy się nagle pojawią w komputerze samochodowym, jadąc 120 km/h na autostradzie.

      A na koniec autentyczna historia z 2022 roku.

      W Minnesocie wraz z Catherine znaleźliśmy przepiękne miejsce biwakowe, nad jeziorem, do którego trzeba było zejść po schodkach. Ponieważ samochód był zaparkowany na poboczu, blisko krawędzi „urwiska”, poprosiłem jej, żeby zaciągnęła hamulec ręczny, tak na wszelki wypadek – jeśli, nie daj Boże, samochód się potoczy, może zjechać prosto na nasz namiot!

      — Nie wiem, jak to zrobić — powiedziała.

      Oczywiście, samochód (Honda Pilot) nie posiadał tradycyjnej ‘wajchy’, którą trzeba było zaciągnąć i nie miała pojęcia, gdzie jest hamulec ręczny (na szczęście znała lokację pedału gazu, hamulca i kierownicy). Jednak po jakimś czasie wydedukowała, gdzie się znajduje.

      Następnego dnia rozmawialiśmy gospodarzem pola kempingowego (campground host) i napomknął, że musiał wyciągać samochody z naszego biwaku – bo nie miały zaciągniętych hamulców i zjechały z klifu!!!

      Usuń
    5. Tu dochodzimy do tego, że może się trafić ktoś kto nie wie gdzie jest hamulec lub jakieś inne ważne urządzenie. Trzeba czytać instrukcje, na na przykład lubię to robić, ale wiem że mnóstwo ludzi olewa. I potem są takie kłopoty.

      Usuń
    6. Dawniej każdy z minimalną inteligencją od razu wiedział, gdzie co jest w samochodzie, bo właściwie wszystko było standardowe—i nie było dużego wyboru. Obecnie spędzenie przynajmniej kilku godzin, zapoznając się ze wszystkimi opcjami, jest niezbędne.

      Podobnie jak z aparatami fotograficznymi—byłem zaszokowany, jakie posiadają opcje i możliwości. Gdybym nie przeczytał instrukcji (a wiele ludzi tego nie robi), nigdy sam nie odkryłbym ich.

      Na szczęście ja też lubię zapoznawać się z instrukcjami—a do tego filmy na YouTube świetnie wyjaśniają wiele tajników nowych modeli samochodów.

      Usuń
    7. No tak. Mnogość funkcji i możliwości jest cechą nowych technologii. Z drugiej strony teraz w autach często nawet podstawowe rzeczy typu włączenie wycieraczek jest ukryte gdzieś na ekranie dotykowym. Na szczęście nie w każdym typie auta.

      Usuń
    8. Na szczęście jeszcze nie potrzeba używać instrukcji, aby znaleźć kierownicę, gaz i hamulec. Ale wajcha do biegów już zaczyna zanikać!

      Usuń
    9. U mnie w aucie nie ma tradycyjnej dźwigni od hamulca postojowego, ale jak pisałem lubię czytać instrukcje zatem nie straszne mi takie rzeczy. A z czasem będzie to mniej konieczne, jeśli będą pokazy autonomiczne.

      Usuń
  11. Z jednej strony widać, że samochód generalnie sprawuje się świetnie i jest niezawodny, z drugiej natomiast sytuacja z tarczami hamulcowymi pokazuje, że nawet renomowany serwis potrafi zawieść w kluczowych kwestiach bezpieczeństwa. Fajnie, że opisałeś całą drogę – od przeglądu, przez diagnozę u niezależnego mechanika, po kontakt z kierownikiem serwisu – bo pokazuje to, że nie zawsze wystarczy ufać marce i procedurom, a czasem trzeba być czujnym i reagować samodzielnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tu przypadek pokazał niechlujstwo pracowników serwisu.

      Usuń