Dziś króciutko n/t egzaminu wewnętrznego pewnego kursanta.
Otóż, owy kursant już zaliczył pierwsze i drugie zadanie, wyjeżdżaliśmy więc do ruchu drogowego. Ale - na placu znajdował się szef, który postanowił przyjrzeć się temu z bliska. Więc tuż przed bramą zatrzymał nas i usiadł z tyłu.
Jak się domyślamy, to zmieniło sytuację, a kursant tak po prostu ruszył. Po chwili poprosiłem o zatrzymanie i przygotowanie do jazdy. Ten zaczął sprawdzać opuszczenie dźwigni hamulca awaryjnego i poprawność włączonych świateł. A to, że osoba siedząca z tyłu nie zapięła pasów bezpieczeństwa umknęło mu.
Wynik negatywny. Zgodnie z Rozporządzeniem, kontynuowaliśmy dalej jazdę wykonując wszystkie zadania.
- Pozwolisz, że nie będę jechał w pasach - powiedział szef do kursanta - Wszak i tak masz już negatywny ...
Zabrzmiało to trochę gorzko ...
A wszystkie pozostałe zadania kursant wykonał prawidłowo, co oznacza iż gdyby nie wpadka z pasami egzamin byłby zaliczony. Następnego dnia owy egzamin został zaliczony (przeprowadzał go inny instruktor), a w chwili obecnej kursant czeka na egzamin państwowy (ma go za 4 dni od dnia zapisu. Niewiarygodne ? Ale prawdziwe i piękne !)
Życzę mu powodzenia, wg mnie jeździ bardzo dobrze i prawo jazdy mu się po prostu należy :)
środa, 16 grudnia 2009
sobota, 12 grudnia 2009
Nieprawidłowości
Nie tak dawno, bo pod koniec listopada skontrolowano 90 pojazdów nauki jazdy w Białymstoku. I co ? 50-ciu instruktorów otrzymało mandaty karne za nieprawidłowości /brak/ w dokumentach, niewłaściwe oznakowanie pojazdu itp. 20 dowodów rejestracyjnych zostało zatrzymanych.
Również pod koniec listopada podobne "akcje" przeprowadzono m.in w Olsztynie, Szczecinie, a jak donosi RMF FM także w Poznaniu kontrolowano eLki:
Policja zatrzymała w Poznaniu 16 dowodów rejestracyjnych samochodów nauki jazdy. Instruktorzy nie dali kursantom dobrego przykładu. Łyse opony i brak dokumentów to najczęstsze przewinienia „elek”.Trzy lata temu podobna kontrola wykazała, że instruktorzy jazdy też bywają piratami drogowymi. Wtedy okazało się, że jeżdżą z odpiętymi pasami bezpieczeństwa i za nic mają zielone strzałki warunkowego skrętu w prawo. Po zakończeniu lekcji nie ściągano tablic z literą „L”. Karty przeprowadzenia zajęć? A co to jest? Łyse opony? Przecież kursant jedzie wolno! Zakończona właśnie kontrola wykazała, że na 70 sprawdzonych samochodów trzeba było zabezpieczyć 16 dowodów rejestracyjnych. W jednym przypadku niesprawna była kierownica!
To nie koniec afer związanych z nauką jazdy.
Przynajmniej 15 osób oszukał nieuczciwy właściciel szkoły jazdy z Nowego Tomyśla w Wielkopolsce. Instruktor zniknął z pieniędzmi kursantów. Szuka go Starostwo Powiatowe, ale nawet jeśli znajdzie – nie może zakazać prowadzenia działalności gospodarczej. Prawo nie przewidziało możliwości zamknięcia szkoły jazdy w przypadku malwersacji pieniędzy przez instruktora.
Wydział komunikacji może kontrolować szkołę jazdy. Problem w tym, że nie ma uprawnień, jeśli chodzi kontrolowanie finansów. Istnieje więc możliwość, że do czasu zakończenia postępowania i procesu nieuczciwy właściciel szkoły jazdy będzie uczył kursantów.
*** *** *** *** ***
Najczęstsze "grzechy" instruktorów to:
- dokumentacja
- brak adnotacji L w dowodzie rejestracyjnym;
- brak kart szkoleniowych;
- nie posiadanie przy sobie legitymacji;
- zużyte ogumienie (łyse opony);
- brak podświetlenia tablicy L (jazda z L prywatnie);
- brak nazwy i adresu firmy po bokach auta;
- brak wymaganego wyposażenia (gaśnica, apteczka);
Zużyte ogumienie to objaw niezdrowej konkurencji polegającej na obniżaniu cen kursu. Potem okazuje się, że kursanci zamiast 60-minutowych jazd mają 45, a instruktor nie wymienia opon na zimowe, nie ma apteczki ani ważnej gaśnicy. Wojny cenowe doprowadziły do maksymalizacji oszczędności - na wykładach kursantom włącza się film lub każe rozwiązywać testy. [W moim mieście można zapisać się na kurs kat. B za 900 jak i za 1500 PLN - to chyba wiele wyjaśnia] Brak podświetlenia to niefrasobliwość, podobnie jak jazda prywatnie autem z L na dachu. Nie znoszę tego i oczywiście zasłaniam/zdejmuję tablicę z dachu.
Oczywiście, nie zawsze leży wina po jego stronie. Rozpoczynając dawno temu pracę na firmowym pojeździe szybko zorientowałem się, że na każdym z kół była inna opona, z pojazdu wyciekały różne płyny eksploatacyjne, hamulec instruktora działał jak chciał, a o kartach szkoleniowych nie było co marzyć - po prostu - dostawałem jednodniowe grafiki z kim jeżdżę i tyle ... I albo pracuję albo nie ...
Zdjęcia - gazetaolsztyńska.pl
piątek, 4 grudnia 2009
Kolizja w praktyce
W gęstym ruchu ...
Na dzisiejszej jeździe z jednym z kursantów przerabiałem kolizję w praktyce. Otóż, dojeżdżając do przejścia dla pieszych (tuż za skrzyżowaniem) zatrzymaliśmy się, gdyż właśnie wchodzili na nie piesi. Odruchowo spojrzałem w lusterko, jechał czerwony Opel. Prędkość oscylowała w granicach 20-25 km/h. Właśnie stanęliśmy, kiedy poczułem i usłyszałem dość mocne uderzenie od tyłu. Głowa odbiła się od zagłówka, dźwięk łamania plastików, tłuczenia szkieł i gięcia blachy ustał tak szybko jak się zrodził.
Bliskie spotkanie ...
Włączam światła awaryjne i hamulec awaryjny - przerażony kursant pyta: - To z mojej winy ? Dwa auta wbiły się w siebie głęboko - przynajmniej na pierwszy rzut oka. Nie przyglądam się temu bardzo, ponieważ rzecz dzieje się na najruchliwszym skrzyżowaniu w mieście. Po okazaniu dokumentów przez sprawcę (w stresie oddaje mi cały portfel ze wszystkimi dokumentami) zabieram je i zjeżdżamy na najbliższe bezpieczne do postoju miejsce. Dopiero tu okazuje się, że Opel który uderzył w naszą Toyotę ma "rozwalony" zderzak i reflektor, pas pod zderzakiem i częściowo maskę. Natomiast w Yarisie ... zdarty lakier na zderzaku, uszkodzona ramka tablicy rejestracyjnej i ... I tyle ! Z niedowierzaniem patrzę i przecieram brudny, ale naprawdę mało uszkodzony zderzak.
Doświadczony, otoczony kobietami ...
Ponieważ sprawca wypadku od razu przyznaje się do winy (jak mówi: - To przez te baby [jechał z żoną i córką] - zagadały mnie, przepraszam), nie wyczuwam woni alkoholu, a w dokumentach (prawo jazdy posiada od 1983 roku, do tej pory zero kolizji/wypadków na koncie) ma wszystko w porządku postanawiam, iż sprawę zakończymy bez wzywania policji. Więc wizyta w firmie ubezpieczeniowej, a tam zgłoszenie szkody, opisanie zaistniałej sytuacji, rysowanie szkiców itp i po 90 minutach - łącznie z dokumentacją szkód w Toyocie sprawa zakończona.
Sporo stresu, pomimo tego iż to kolejna z kolizji w jakiej miałem "przyjemność" brać udział. Jedyną zaletą ("zaletą" ...) jest wiedza co i jak należy zrobić już po kolizji/wypadku. Najlepiej jednak, by taka wiedza się nie przydawała ...
Epilog ...
Ps A kursant, który miał jeździć, ale nie jeździł z uwagi na kolizję - złożył skargę u szefa (pomimo tego, że wcześniej wyjaśniłem mu zaistniałą sytuację) i wyraźnie się pogniewał na mnie ...
Na dzisiejszej jeździe z jednym z kursantów przerabiałem kolizję w praktyce. Otóż, dojeżdżając do przejścia dla pieszych (tuż za skrzyżowaniem) zatrzymaliśmy się, gdyż właśnie wchodzili na nie piesi. Odruchowo spojrzałem w lusterko, jechał czerwony Opel. Prędkość oscylowała w granicach 20-25 km/h. Właśnie stanęliśmy, kiedy poczułem i usłyszałem dość mocne uderzenie od tyłu. Głowa odbiła się od zagłówka, dźwięk łamania plastików, tłuczenia szkieł i gięcia blachy ustał tak szybko jak się zrodził.
Bliskie spotkanie ...
Włączam światła awaryjne i hamulec awaryjny - przerażony kursant pyta: - To z mojej winy ? Dwa auta wbiły się w siebie głęboko - przynajmniej na pierwszy rzut oka. Nie przyglądam się temu bardzo, ponieważ rzecz dzieje się na najruchliwszym skrzyżowaniu w mieście. Po okazaniu dokumentów przez sprawcę (w stresie oddaje mi cały portfel ze wszystkimi dokumentami) zabieram je i zjeżdżamy na najbliższe bezpieczne do postoju miejsce. Dopiero tu okazuje się, że Opel który uderzył w naszą Toyotę ma "rozwalony" zderzak i reflektor, pas pod zderzakiem i częściowo maskę. Natomiast w Yarisie ... zdarty lakier na zderzaku, uszkodzona ramka tablicy rejestracyjnej i ... I tyle ! Z niedowierzaniem patrzę i przecieram brudny, ale naprawdę mało uszkodzony zderzak.
Doświadczony, otoczony kobietami ...
Ponieważ sprawca wypadku od razu przyznaje się do winy (jak mówi: - To przez te baby [jechał z żoną i córką] - zagadały mnie, przepraszam), nie wyczuwam woni alkoholu, a w dokumentach (prawo jazdy posiada od 1983 roku, do tej pory zero kolizji/wypadków na koncie) ma wszystko w porządku postanawiam, iż sprawę zakończymy bez wzywania policji. Więc wizyta w firmie ubezpieczeniowej, a tam zgłoszenie szkody, opisanie zaistniałej sytuacji, rysowanie szkiców itp i po 90 minutach - łącznie z dokumentacją szkód w Toyocie sprawa zakończona.
Sporo stresu, pomimo tego iż to kolejna z kolizji w jakiej miałem "przyjemność" brać udział. Jedyną zaletą ("zaletą" ...) jest wiedza co i jak należy zrobić już po kolizji/wypadku. Najlepiej jednak, by taka wiedza się nie przydawała ...
Epilog ...
Ps A kursant, który miał jeździć, ale nie jeździł z uwagi na kolizję - złożył skargę u szefa (pomimo tego, że wcześniej wyjaśniłem mu zaistniałą sytuację) i wyraźnie się pogniewał na mnie ...
Subskrybuj:
Posty (Atom)