Poniedziałek
Sierota to najłagodniejsze określenie. Nie zna przepisów, zasad na skrzyżowaniu, znaków ani sygnalizatorów. Jak daję mu kodeks aby w końcu sam znalazł potrzebne informacje, stwierdza że nie może znaleźć... Ma już ponad 14 godzin jazdy a nadal sierotuje za kierownicą (nie ujmując sierotom).
Wtorek
Koniec miesiąca, wypłata. Tym razem zrobiłem równe 185 godzin, plus wykłady oraz inne zajęcia które "ogarniam" popołudniami, ale przyznaję że nie było tego dużo.
Środa
Bardzo ciężki dzień. Miałem jedną po drugiej początkującą osobę. Ani zjeść kanapkę, ani odpisać na sms. Z trudem udało się zatankować auto.
Czwartek
Moja kursantka zdaje egzamin praktyczny (pierwsze podejście). Egzaminator pyta ją z kim robiła kurs i bardzo ją chwali.
Piątek
Znów wyjazd do większego miasta. Po drodze długa trasa, ekspresówka a potem gęsty ruch wielkomiejski. Fajnie, lubię swoją pracę :)
sobota, 4 sierpnia 2018
czwartek, 2 sierpnia 2018
Detoks
Upał. Klimatyzacja włączona w aucie non stop, nie jest źle - inni mają gorzej. Jedyne czego mi brakuje to wentylowanych foteli z masażem, oraz dystrybutora z świeżo wyciskanym sokiem z greckich pomarańczy. No ale nie można mieć wszystkiego, prawda? Masaż pozostaje w sferze marzeń, a sok zabieram z domu - w chłodnym aucie smakuje wyśmienicie.
Tymczasem do urlopu pozostało mniej niż dwa tygodnie. Czy uda mi się odpocząć od codziennych obowiązków? Uwolnić od telefonu, internetu, poczty i tego wszystkiego, co powoduje że co chwilę patrzymy na zegarek i żyjemy na czas? 8 dni, chyba trochę za mało ale na więcej raczej nie mogłem sobie pozwolić, a może i mogłem, tylko jak zwykle w głowie wszystkie myśli układają się tak a nie inaczej?
Na urlopie nie myśleć o pracy, a w pracy nie myśleć o urlopie - niewykonalne...
Tymczasem do urlopu pozostało mniej niż dwa tygodnie. Czy uda mi się odpocząć od codziennych obowiązków? Uwolnić od telefonu, internetu, poczty i tego wszystkiego, co powoduje że co chwilę patrzymy na zegarek i żyjemy na czas? 8 dni, chyba trochę za mało ale na więcej raczej nie mogłem sobie pozwolić, a może i mogłem, tylko jak zwykle w głowie wszystkie myśli układają się tak a nie inaczej?
Na urlopie nie myśleć o pracy, a w pracy nie myśleć o urlopie - niewykonalne...
środa, 1 sierpnia 2018
Mistrz za kierownicą
Niezależnie od tego z kim pracuję, coraz częściej dostrzegam jak trudno nam się rozmawia. I nie mam na myśli luźnej rozmowy, na którą pozwalam sobie bardzo rzadko. Tylko kwestie związane z tym, co akurat ćwiczymy, lub co powinniśmy ćwiczyć, albo jak powinno wyglądać to co akurat próbujemy.
Dajmy na to słowo "zatrzymanie". Cóż to takiego znaczy? Wydaje mi się, że dla większości moich drogich kursantów to słowo może oznaczać zwolnienie, lekkie przyhamowanie, może nawet prawie unieruchomienie pojazdu. Tylko, czy oni byli na wykładzie, na którym doskonale omówiono znaczenie tego słowa? Czy oni na pewno mają skończone 18 lat i rozumieją tak arcytrudne słowo? Wątpię.
Bo już rozróżnić "zatrzymanie" od "postoju" to wręcz kosmos. Jedni robią dziwne miny gdy pytam o te pojęcia np w kontekście mijanych znaków, drudzy bez jakiejkolwiek nieśmiałości mówią że to jest to samo, a trzeci "nie wiem" i robią naprawdę wiele, aby ich ten wątek nie dotknął.
Z zażenowaniem stwierdzam, że aby wytłumaczyć powyższe definicje muszę sięgać do coraz większej ilości przykładów oraz posiłkować się zwiększoną amplitudą środków dydaktycznych. Już nie wystarczy zacytować artykuł z kodeksu drogowego lub jego część - "zatrzymanie to unieruchomienie pojazdu...". Gdy to przytoczę i po chwili proszę, aby druga osoba wytłumaczyła mi własnymi słowami - co należy zrobić aby zatrzymać pojazd - najczęściej słyszę jakieś niestworzone banialuki. Lub nie słyszę nic. Cisza. Unieruchomienie? Toż to wyraz naszej młodzieży zupełnie nieznany, obcy.
Chyba nie muszę dodawać, ile trudności sprawiają osobom szkolonym takie wyrazy jak "kryteria", "akomodacja", czy "dezaktywacja". Coraz częściej mam wrażenie, że pracuję z przedszkolakami, albo z ludźmi do których nie mówię w znanym im języku. Tak jak dziś, gdy na 12 godzinie jazdy chłopak próbuje przejechać na czerwonym, a gdy wyhamowuję mu pojazd to stoi bez względu na to, że światło zmieniło się po chwili na zielone. I co z tego że ma zielone? On nie ma pojęcia co oznacza czerwone, a co zielone. A żółte - to już zupełne abstrakcja...
Więc, gdy spotkacie eLki coraz częściej stojące na poboczu, to pewnie oznacza że za kierownicą siedzi "mistrz", któremu wydaje się że wszystko już umie - a instruktor mu jedynie przeszkadza...
Dajmy na to słowo "zatrzymanie". Cóż to takiego znaczy? Wydaje mi się, że dla większości moich drogich kursantów to słowo może oznaczać zwolnienie, lekkie przyhamowanie, może nawet prawie unieruchomienie pojazdu. Tylko, czy oni byli na wykładzie, na którym doskonale omówiono znaczenie tego słowa? Czy oni na pewno mają skończone 18 lat i rozumieją tak arcytrudne słowo? Wątpię.
Bo już rozróżnić "zatrzymanie" od "postoju" to wręcz kosmos. Jedni robią dziwne miny gdy pytam o te pojęcia np w kontekście mijanych znaków, drudzy bez jakiejkolwiek nieśmiałości mówią że to jest to samo, a trzeci "nie wiem" i robią naprawdę wiele, aby ich ten wątek nie dotknął.
Chyba nie muszę dodawać, ile trudności sprawiają osobom szkolonym takie wyrazy jak "kryteria", "akomodacja", czy "dezaktywacja". Coraz częściej mam wrażenie, że pracuję z przedszkolakami, albo z ludźmi do których nie mówię w znanym im języku. Tak jak dziś, gdy na 12 godzinie jazdy chłopak próbuje przejechać na czerwonym, a gdy wyhamowuję mu pojazd to stoi bez względu na to, że światło zmieniło się po chwili na zielone. I co z tego że ma zielone? On nie ma pojęcia co oznacza czerwone, a co zielone. A żółte - to już zupełne abstrakcja...
Więc, gdy spotkacie eLki coraz częściej stojące na poboczu, to pewnie oznacza że za kierownicą siedzi "mistrz", któremu wydaje się że wszystko już umie - a instruktor mu jedynie przeszkadza...
Subskrybuj:
Posty (Atom)

