poniedziałek, 2 listopada 2026

Schronisko dla bezdomnych psów

Od pewnego czasu jestem wolontariuszem w schronisku w moim małym miasteczku. Ponieważ dość często piszę o tym miejscu, chciałbym dzisiaj wyjaśnić kilka kwestii dotyczących schroniska, bo w cotygodniowych wpisach nie ma na to miejsca.

Pies, który nie miał lekkiego życia 

Chodzę tam od kilku miesięcy. Raz w tygodniu na 2-3 godziny. Podczas tego czasu zabieram psy, które tego dnia nie były jeszcze na spacerze. Zatem nie ja decyduję z kim wychodzę - no chyba że tych psów które nie były na spacerze jest kilka. Wtedy staram się wziąć Kokosa. Psa, który odczuwa bardzo silny lęk, prawdopodobnie będący następstwem jego doświadczeń z poprzedniego miejsca.

Kokos jest w kojcu z dwoma innymi psami - jeden z nich, to jego dobry kompan, dzięki któremu razem wychodzą na spacery (Kokos sam nigdy nie wyszedł na spacer). Drugi pies jest jeszcze bardziej zlękniony i nigdy nie wyszedł z kojca. Przynajmniej do tej pory. Kokos też chowa się i nie daje sobie założyć smyczy. W schronisku jest tylko jeden pracownik, który potrafi to zrobić. Nie raz już nie udawało się wziąć go na spacer, bo nie było komu wydać psa. Moja koleżanka, z którą czasem tam chodzę, potrafi już to zrobić, chociaż nie zawsze.

Gdy Kokos już ma założoną obrożę, korzysta ze spacerów ale z dużym dystansem do ludzi - o tym pisałem wcześniej. Będę starał się pracować nad nim wiedząc, że to będzie bardzo długi proces. Ten drugi pies z problemami też wymagałby pomocy. Przy mojej częstotliwości wizyt i sytuacji w schronisku, raczej będzie to niewykonalne - ale nie zamykam tego tematu.

Zdjęcie poniżej pochodzi z początku moich wizyt w schronisku. Te dwa psy mają już szczęśliwe domy.


Schronisko - ciemna strona biznesu

Jeszcze kilka miesięcy temu schronisko żyło sobie jak chciało. Nikt nie patrzył im na ręce, więc standardy bytowania psów były priorytetem na samym końcu listy. Od momentu pojawienia się wolontariuszy zaczęły się tarcia z pracownikami oraz kierownikiem. Zaniedbane psy jedzące resztki/zlewki z różnych miejsc które schronisko dostawało za darmo, zimne nieocieplone kojce, brak opieki weterynaryjnej i wiele innych o których ze względu na brutalność nie będę tu pisał. Wolontariusze stopniowo starają się zmieniać los zwierząt, ale napotykają na czynny opór.

W tej chwili toczy się kilka spraw dotyczących zaniedbań oraz tragicznych wydarzeń, które tam miały miejsce. Ja jako wolontariusz mam wrażenie, że jestem średnio mile widziany, ale przychodzę dla psów, a nie dla tego żeby ktoś się cieszył. Najnowszy problem to godziny, podczas których wolontariusze mogą wychodzić z psami. Od 10.00 do 16.00 (wcześniej do 18.00).  I jak ja mam poświęcić swój czas psom, gdy kończę kilkanaście minut przed czwartą? Zresztą nie tylko ja, jest kilku wolontariuszy emerytów, ale większość z i tak małej naszej grupy to ludzie pracujący, którzy mogą dać coś od siebie ale po pracy.

Kierownik tłumaczy tę zmianę tym, że szybciej robi się ciemno. Ale jaki to argument? Mam wrażenie, że bardziej chodzi tu o ograniczenie dla nas - wolontariuszy. W ubiegłym tygodniu, gdy wprowadzono już nowe godziny byłem dosłownie piętnaście minut przed czwartą, wydano mi dwa psy z którymi wróciłem po godzinie spaceru. I ja inaczej tego nie zrobię, no chyba że zrezygnuję z pracy.

W dodatku w poniedziałki wolontariusze w ogóle nie mogą przychodzić (niby z uwagi na prace przy kojcach - ale czy nie lepiej to robić gdy psów wtedy nie ma bo są na spacerach?!), a w weekendy godziny spacerów są jeszcze krótsze, choć akurat wtedy nie ma z tym problemów bo jest więcej wolontariuszy.

W przeszłości schronisko w ogóle było zamknięte np. podczas świąt. I tak przez kilka dni, nikt nie czuwał nad zwierzętami nie mówiąc już o spacerach, które przecież służą też podstawowym czynnościom fizjologicznym. Teraz jest już lepiej pod tym względem (ku niezadowoleniu pracowników).

Inne ograniczenia 

Wg regulaminu nie wolno nam wchodzić do kojców. Tymczasem jedną z metod socjalizacji jest przebywanie w pewnej odległości od lękliwego psa - np. przebywając z nim w kojcu tak, aby przyzwyczaił się do obecności człowieka i nauczył się, że nic mu nie grozi. No ale nie wolno. Dlaczego? Bo nie. Na razie odpuszczam, ale od wiosny będę naciskał na możliwość takiej pracy z psiakami.

Za to nie ma nic w regulaminie n/t adopcji. I zdarza się, że przyjeżdża ktoś zupełnie nam obcy, wybiera psa kierując się tylko wyglądem, a po kilku dniach pies ucieka z takiego domu lub jest oddawany z powrotem. Bo okazuje się, że pies nie toleruje np. domowego kota, czy innych zwierząt. Albo że pies niszczy przedmioty wokół siebie, a nowy właściciel po prostu go wypuszcza w świat. Dla psa to kolejne kłopoty i nadchodzące traumy. Ale dla schroniska liczy się, że pies zyskał nowy dom. Z tym, że jaka jest jakość tego domu i czy to na pewno dobry wybór/miejsce dla tego konkretnego psa, to już się zupełnie nie liczy. My, wolontariusze, postulujemy, aby osoba adoptująca przyszła na co najmniej 3-4 spacery z wybranym psem, żeby się dowiedziała o nim czegoś więcej niż tylko to jakie ma umaszczenie.

Nadzieje 

W schronisku są w większości psy z trudną przeszłością. Wymagające uwagi, spokoju, umiejętnego podejścia i czasu. Te cechy nie sprzyjają temu miejscu, ale dobro ludzi jest ogromne i widzę, jak bardzo zaangażowani są ci, którzy poświęcając swój czas pracują z psami. Trochę się też zmienia wśród pracowników - ostatnio jeden z nich był na szkoleniu behawioralnym. Nie wiem jaki jest dla psów, ale za ludźmi nie przepada - trudno mi się z nim dogadać, gdy chcę wziąć psa na spacer - ale nie o tym. Schronisko zakłada monitoring (przez większość doby w schronisku nie ma żadnego pracownika) oraz montuje oświetlenie (do tej pory było tam ciemno jak w jaskini). Dla psów kupowana jest już pełnowartościowa karma, a na zimę kojce będą wyściełane grubymi kocami. To dużo i mało jednocześnie, bo wciąż w wielu aspektach schronisko nie staje na wysokości zadania. Nie chcę o nich pisać, bo nie są ani miłe, ani łatwe szczególnie dla osób wrażliwych.

Marzenia i plany

Lubię tam być. Mimo że nie jest tam ani lekko ani łatwo, przebywanie z psami daje sporo wyciszenia. Idę, biorę pod swoją opiekę psa/psy i wyruszamy starając się omijać kłopoty. Czy to Kokos, czy inny pies, radość jest zawsze taka sama, a leśne ścieżki pokonywane z nimi dają tyle samo frajdy. 

Ostatnio miałem sen, w którym spacerowałem sam po tym lesie. Zwykle tam nie chodzę, bo to drugi koniec miasta. I tak idąc sobie, ni stąd, ni zowąd przybiegł pies ze schroniska - ten kompan Kokosa. Kucnąłem, a on wtulił się w kolana i zamarł na kilka chwil... Gdybym mógł, zabrałbym jakiegoś psiaka do domu, ale gdy większość czasu mnie tam nie ma, to byłaby dla niego męka.

Ten jesienno-zimowy czas nie będzie nam sprzyjał, ale mam nadzieję że dla tych psiaków najgorszy czas jest już za nimi. Chciałbym trochę się douczyć w kwestii pracy z trudnymi psami, aby zapewnić im bardziej świadome spacery, połączone z nauką i socjalizacją. Możliwe, że kierownik i pracownicy schroniska zrozumieją, że to co robimy nie jest przeciwko nim, a dla lepszego losu zwierząt. Ja mam już wygodne i łatwo czyszczące spodnie, wygodne buty oraz latarkę czołówkę. A na wszelki wypadek także gaz pieprzowy na zwierzęta. Kupię sobie jeszcze jakieś fajne i wygodne smycze i nic już mi nie będzie straszne 😎

sobota, 31 października 2026

Podsumowanie tygodnia 482

Poniedziałek 

Dość nieprzyjemna sprawa w środku dnia pracy (tym razem nie ze strony klientów ani managera). Zauważam, że nie wpływa ona na moje dobre samopoczucie. Dziwne, ale mógłbym tak reagować w większej liczbie trudnych przypadków. 

Wtorek 

Po pracy jadę do schroniska. Znajoma już dzień wcześniej uprzedziła mnie, że tam panują nowe zasady, ale napiszę o tym w oddzielnym wpisie. Zabieram Kokosa (na dzień dobry znowu pacnął mnie delikatnie nosem) i jego kompana z kojca. Idąc z dwoma psami (jeden bojaźliwy, drugi odważny i ciekawski) nie mam jak popracować z Kokosem, ani nawet zrobić zdjęć. Początkowo kieruję się w stronę ruchliwej ulicy (chcąc uniknąć błotnistej drogi która prowadzi do lasu), ale gdy się zbliżamy zauważam, że Kokos boi się także samochodów. Zatem nie ma rady - wracamy i idziemy mimo kałuż i błota w stronę lasu. 

Przysmaki, które mam ze sobą też trudno mi rozdać, bo ten odważny pies skacze i łapczywie domaga się każdego kęsa (nie mogę go karmić z ręki, bo mógłbym stracić palce), a Kokos widząc zamieszanie próbuje się chować, choć też miałby ochotę na jedzenie. Dzielę je sprawiedliwie. Kokos bierze ostrożnie i delikatnie tak, że mogłoby go karmić nawet dziecko. Nie pytajcie, jak bardzo byłem umorusany gdy ten odważny kilka razy skoczył na moje nogi. Dobrze, że jest małym psem bo inaczej cały byłbym w błocie. Nauczony doświadczeniem przebieram się po pracy w wygodne i łatwe w czyszczeniu spodnie, ale tak czy inaczej warunki nie sprzyjają pracy z nimi, a Kokos potrzebuje dużo czasu, przestrzeni i spokoju. Z tym, że on bez tego kompana z kojca w ogóle nie wychodzi.

W dodatku dostałem okropne smycze - długie i plączące się. Przez chwilę zastanawiałem się, czy zrobiono to celowo... Plus taki że psy załatwiły swoje potrzeby (sikanie i te sprawy w dużych ilościach), a ten odważny został wygłaskany tak, że aż tarzał się ze szczęścia. Kokos stał wtedy obok - nie za blisko - i patrzył, ale w pewnym momencie, gdy udawałem że go nie obserwuję, podszedł i powąchał mnie z boku przez krótką chwilę. Fajowo! Ależ mnie to ucieszyło! 

Na zdjęciu poniżej ten odważny psiak podczas poprzednich spacerów:


Środa 

Normalny dzień, bez większych przebojów.

Czwartek 

Po pracy kolejne krótkie szkolenie z managerem. Nic ciekawego ani nowego. Po nim wychodzę na parking akurat z kolegą, który półszeptem mówi, że nic nie zrozumiał z tego szkolenia. I że ma do mnie kilka pytań odnośnie tego. Na szczęście nie w tej chwili, bo właśnie teraz każdy rozjeżdża się w swoją stronę.

Piątek

Ciężki dzień. Klienci nie przesadzali z wykorzystaniem procesu myślowego, a obserwowanie tego doprowadza mnie na skraj wytrzymałości. 

W domu gotowy obiad szybko podgrzewam, a po zjedzeniu zbieram się na saunę. Już z rana zaproponowałem sąsiadce z parteru, że mogę ją zabrać - bo podczas krótkiej rozmowy zadeklarowała że też ma ochotę na taki relaks. Na szczęście na miejscu nie musieliśmy trzymać się razem. 

Zafundowałem sobie aromatyczny kawowy peeling w saunie parowej, a podczas seansów królowały zapachy mięty i mentolu połączonego z pomarańczą. Cudownie. Z minusów - tłok na drugim seansie, oraz gadająca ekipa zza wschodniej granicy - z tego co zauważyłem byli pierwszy raz podczas ceremonii. 

Sąsiadka nawet pomyślała o mnie w tym tłoku, bo gdy najpierw wchodzą panie ciężko dostać się tam, gdzie jest ochota - a ona wiedziała że lubię górną półkę i zarezerwowała miejsce. Miło. 

Weekend pod znakiem przygotowań do nowego projektu o którym wspominałem - czyli laptop i dobra herbata. A że za oknem deszczowo nie ma wielkiego żalu...

sobota, 24 października 2026

Podsumowanie tygodnia 481

Poniedziałek

Nawet fajny dzień w pracy. Przydzielony jestem do obsługi klientów z poważniejszymi zadaniami. Dzięki niedawnemu awansowi mam trochę odmiany i odrobinę więcej spokoju. Oraz czas na śniadanie i odpoczynek pomiędzy klientami.

Wieczorem pomagam koledze z pracy. Zmaga się z problemem, który ja przechodziłem mniej więcej rok temu i dziś jestem już na innym etapie - przygotowany, z większą wiedzą i możliwościami. Mimo że kolega średni w obszarze kontaktów międzyludzkich, zdecydowałem, że pomogę. Ogólnie nie jest lubiany a ja pamiętam, jak kiedyś wydarł się na mnie bez powodu.

Zaproponowałem wejście do mieszkania, ale odmówił (i dobrze). Wziąłem utensylia i załatwialiśmy to w jego aucie. W sumie trzy razy. Trochę się uspokoił z tym, że to tylko doraźne rozwiązanie. Nauczyłem się, że porządnie to znaczy drogo. I najczęściej długo. On chciał szybko i tanio.

Wtorek 

W pracy bardzo dużo luzu, aż do niezapowiedzianej kontroli. Manager podszedł w czasie, gdy obsługiwałem klienta. A że sprawa była prosta, prawie wcale się nie stresowałem. No i może trudno w to uwierzyć, ale on nie posiada umiejętności do rozwiązywania tego typu spraw, ale może kontrolować! Ot, paradoks 😁 

Po wszystkim naturalnie wezwał mnie do siebie celem omówienia. Idąc zastanawiałem się, co on może omówić? Tym bardziej, że wszystko było idealnie! No ale... manager trochę pokręcił nosem - i zaczął od tego, że nie było źle, ale... wg niego są rzeczy, które mogłem zrobić inaczej. Mogłem, to prawda. Ale wg obowiązującego prawa miałem tysiące możliwości i w zasadzie każdy zrobiłby to inaczej ale także zgodnie z prawem. Co nie znaczy, że było coś źle, po prostu inaczej. I mimo że realizując sprawę klienta doszedłem do dobrego zakończenia, wg niego powinienem inaczej. 

Po kilku chwilach wyszedłem, ale czułem że wewnątrz śmieje się całe moje ciało. Wróciłem do swojego stanowiska i spokojnie odpoczywałem nie przejmując się kimś, kto nie zna się kompletnie na tym, ale krytykuje. W dodatku tak niekonstruktywnie. A z tego już trudno mnie zagiąć, bo jest tu pewien czytelnik, który zwraca uwagę na konstruktywną krytykę.

Po pracy jadę do schroniska. Jest zimno, mokro i wszędzie błoto, ale przecież psiaki chcą na spacer. Najpierw idę ze staruszkiem, który uwielbia niezbyt długie i powolne spacery (jestem z nim pierwszy raz):

Potem biorę drugiego - nieco młodszego i bardziej żwawego psiaka (chodziłem z nim już wcześniej). Ten interesuje się wszystkim - a szczególnie gdy doszliśmy do drogi, gdzie stał policyjny patrol na niebieskich sygnałach - stanął jak wryty i wpatrywał się w radiowóz:

Gdy wróciliśmy, podszedłem do kojca w którym był Kokos - płochliwy słodziak o którym pisałem wcześniej - zamerdał ogonem i podbiegł do krat, a nawet zbliżył się i pacnął delikatnie nosem o moją rękę! Czyżby to był początek nowego etapu znajomości? Dałem mu mały smakołyk i pojechałem do domu (Kokos był już z kimś na spacerze - a jedną z zasad jest to, aby każdy wychodzący psiak był na spacerze - dlatego miałem dziś inne pod opieką). 

Środa 

W pracy względny spokój. W domu robię szybki obiad i siadam do komputera, bo przede mną dwa projekty - jeden stary a drugi całkowicie nowy. Ten stary wymaga tylko drobnych korekt, ale ten nowy muszę przygotować od zera. Co on mi da? Może troszkę satysfakcji, nowe wyzwania, kolejne zadania, z którymi trzeba będzie się zmierzyć, no i trochę dodatkowej kasy ale to dopiero za jakiś czas.

Czwartek 

Sprzedawca z salonu Kia wysyła mi ofertę na zakup auta. Czyli nie zapomniał. Co prawda trwało to ponad tydzień, ale jednak. Ja oczywiście wciąż nie podjąłem decyzji w sprawie zakupu, ale nie wiem, czy w tym roku jednoznacznie zadecyduję - raczej nie. Jego oferta jest taka jak moje zdecydowanie - średnia i mało porywająca

Popołudniowy basen i sauna ze zbyt dużą ilością mentolu. Przez przypadek wrzucam kilka (zamiast jednego) kryształków do pieca, co powoduje że ledwo wytrzymuję. A im bardziej chcę złapać powietrze, tym trudniej się to robi. Pomaga powolne i płytkie oddychanie, a po kilku minutach wszystko wraca do normy.

Piątek 

W pracy kontrole moich współpracowników. Wnioski są tak samo niekonstruktywne jak u mnie, co jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu aby w ogóle się tym nie przejmować. Zatem luz. Po południu szykuję się do pracy na jutro oraz kontynuuję przygotowania do realizacji nowego projektu.

sobota, 17 października 2026

Podsumowanie tygodnia 480

Poniedziałek 

Powrót do pracy. Poziom niechęci bardzo wysoki. Tymczasem mój zwyczajowy harmonogram dnia po pracy uległ zmianie. Jak się ma dwie ręce połamane, to ciężko funkcjonować, a czynności takie jak mycie czy jedzenie są niemożliwe. Czyli pomagam. Taki stan utrzyma się do końca tygodnia, a później zobaczymy.

Wtorek

Po pracy idę do schroniska, ale tam też same problemy. Nie ma komu wydać mi psiaków na spacer i tylko szczęście decyduje, że udaje mi się wziąć dwa fajne psy:

W domu mam mnóstwo roboty, zatem moje urlopowe siły szybko topnieją. Jestem bardzo zmęczony, a to dopiero drugi dzień po urlopie.

Środa 

Najspokojniejszym czasem jest sen, o ile się nie budzę. A z tym różnie. 

Czwartek 

Propozycji zakupu auta elektrycznego nadal brak. Czyli przedstawiciel handlowy, który zapomniał o mnie podczas umówionego spotkania, także zapomniał, że miał wysłać ofertę. Ale może to lepiej. I tak nic tam nie kupię. 

Piątek 

Trudny klient na sam koniec dnia, ale nie robi to na mnie większego wrażenia. W duchu nawet mnie to śmiesz, bo mówi "chciałem z panem porozmawiać, dlaczego to jest niemożliwe?" 

Mimo tylko 10 stopni Celsjusza obiad jem na zewnątrz. Sandacz, frytki i surówki. Plus bardzo miła obsługa. Bar pod miastem, ale to inne miejsce niż zwykle. Kończą już sezon, bo zbyt zimno i nie ma klientów. Dla mnie to zupełnie nie po drodze, a szkoda, bo mają pyszne jedzenie i bywam tam zbyt rzadko.

wtorek, 13 października 2026

Elektryczna jazda

W ubiegłym tygodniu miałem przyjemność bliżej zapoznać się z autem Kia Ev2. Chciałem napisać o tym wcześniej, ale ten tydzień przyniósł dużo nowych czynności które po pracy muszę zrobić, co zajmuje nie tylko dużo czasu akcji energii - ale nie o tym. 

Dlaczego akurat ten pojazd? 

Przeglądałem oferty różnych marek, ale to właśnie Kia ma wg mnie dobrą propozycję w kwocie od prawie 100 tys zł do nieco ponad 120 tys zł (inne wersje są już mało atrakcyjne).


Kształt nadwozia jest całkiem ładny. Może niekoniecznie tył, ale da się to przeżyć. Oświetlenie zewnętrzne jest znakiem rozpoznawczym marki Kia i podoba mi się - jest ładnie wkomponowane i wydajne.

Natomiast nie podoba mi się konstrukcja klamek zewnętrznych, to zupełne nieporozumienie. Są niewygodne oraz mało bezpieczne. 


Wysuwają się one po odblokowaniu centralnego zamka, ale czasem trzeba nacisnąć na końcówkę klamki żeby pociągnąć za odstającą część. Bez sensu.

Koła mogłoby być trochę większe, wtedy całość może jeszcze lepiej wyglądać, ale to kwestia wyposażenia - czyli pieniędzy. No i praktyczności, bo duże koła (19 cali) mają bardzo niski profil, co jest dość sporym zagrożeniem na dziurach i krawężnikach.

Wewnątrz jest bardzo nowocześnie. Duże ekrany, cyfrowe zegary oraz kilka fizycznych przełączników do podstawowych ustawień klimatyzacji. Nie mam swoich zdjęć, ale dla poglądu sytuacji (drivemode.pl):


Ergonomia i czytelność oraz sprawność działania super. Dość duża możliwość konfiguracji. Z tego co zauważyłem na szybko - wentylowane fotele dostępne tylko w bardzo drogiej wersji, oraz brak wyświetlacza HUD nawet za dopłatą.

Silnik ma 147 KM oraz teoretyczny zasięg nieco ponad 450 kilometrów. Nie miałem możliwości sprawdzenia zasięgu, ale moc i moment obrotowy dają mnóstwo radości przy bardzo dobrych wrażeniach akustycznych. Dla mnie nietypowe jest to, że auto sprawnie przyspiesza nie wydając prawie żadnych dźwięków. Pojazd jest bardzo responsywny, a ja lubię to. Jest niesamowicie czuły na najmniejsze dotknięcie hamulca lub gazu.

Ma ciekawe opcje rekuperacji oraz fajne możliwości zaprogramowania ładowania, co szczególnie istotne dla osoby korzystającej z nocnej taryfy energetycznej.

Czas ładowania zależy od mocy ładowarki, ale w optymalnych warunkach od 10 do 80% ma zająć 29 minut. 

Ogólnie świetny pojazd, możliwe że go kupię za jakiś czas. A tak przy okazji - jeśli zdecydowałbym się na zakup to raczej nie w salonie w którym umówiłem się na jazdę próbną. Sprzedawca zapomniał o spotkaniu, miał problem z przygotowaniem oferty, a jego wiedza n/t pojazdu była mniejsza niż moja. A ja przejrzałem kilka folderów reklamowych oraz obejrzałem kilkanaście filmów/testów auta na YouTube. Wydając ponad 100 tyś zł oczekiwałbym większego zaangażowania. W dalszym ciągu czekam na ofertę, która miała niby zostać wysłana na maila, zobaczymy.

Juz wysłałem zapytanie do sprzedawcy w innej lokalizacji, a w kręgu ciekawych miejsc zakupu mam jeszcze inne zapisane adresy. 

sobota, 10 października 2026

Podsumowanie tygodnia 479

Poniedziałek 

Z samego rana gość. Najpierw trochę obowiązków a potem czas na przyjemności. Obiad jemy na świeżym powietrzu w restauracji pod miastem (ryba, frytki, sałatka) w jesiennych tonacjach:

Wtorek 

Gość wychodzi przed śniadaniem, a ja jadę do schroniska. Najpierw wyprowadzam Milo - bardzo przyjaznego młodziaka:

A później biorę Kokosa (tego z tyłu) i jego kolegę z boksu:

Kokos ledwo dał się "ubrać" bo oczywiście schował się w kącie klatki. Podczas spaceru może trochę mniej się bał, ale ważne że mógł skorzystać ze spaceru. Co ciekawe pod koniec spaceru spotkaliśmy wolontariuszkę, do której Kokos z obawą, ale jednak, podszedł i dotknął nosem jej rękę. Może boi się tylko mężczyzn? 

Po południu biorę rower i jadę nad zalew, bo szykuje się ładny zachód słońca:


Drugie zdjęcie to dość duże przybliżenie. Oczywiście nie robię tu żadnych edycji ani nie poprawiam zdjęć.

Środa

Z rana wizyta (kosztowna) u lekarza. Potem dwie sprawy na mieście (jedna na plus druga na minus) i dopiero wracam do domu zrobić śniadanie. Następnie jadę do salonu obejrzeć i przejechać się nowym autem (napiszę o tym więcej w wolnej chwili). Wcześniej trochę analizuję i liczę, czy  ma to ekonomiczny sens. Od razu widać że nie, ale czy musi mieć? Jestem wciąż daleko od podjęcia decyzji, ale niczego nie wykluczam.

Czwartek 

Z samego rana jadę na wycieczkę. Dość daleko, a kilka tygodni wcześniej rezerwuję nocleg. Pogoda dopisuje. Wypożyczam rower i cieszę się ze wszystkiego dookoła.





Wieczór lekko alkoholowy.

Piątek 

Po śniadaniu wracam do domu, pogoda średnia - jest wietrznie i zimno. Po szybkim rozpakowaniu robię małe zakupy w sklepie nieopodal domu i od razu wybieram się na saunę. Wieczór z dobrymi i złymi emocjami, ale takie życie.

sobota, 3 października 2026

Podsumowanie tygodnia 478

Poniedziałek 

- ale zanim poniedziałek, to jeszcze wrażenia z rozpoczęcia urlopu.

Sobotni lot zaskakująco sprawny. Więcej miejsca na nogi, niezmiennie miła obsługa, moje dobre przygotowanie na ponad trzy godziny lotu (książka, krzyżówki, ściągnięte filmy z Netflixa i YouTube) - a i tak najciekawsze działo się za oknem:


Potem szybka kontrola mimo "non Schengen", odbiór walizki i ekspresowy transfer do hotelu. A tu kolejne zaskoczenia - powitalny drink i elektroniczny meldunek w kilka sekund. 

Hotel w nazwie ma "park" i taki też jest w rzeczywistości. Olbrzymie bananowce i bujna roślinność sprzyja dobrej atmosferze odpoczynku, ale idę zobaczyć plażę, a później złapać coś na ząb.


W niedzielę znajduję sobie miejsce pod palmą i odpoczywam z książką i muzyką w hotelowym parku.


Na noc wyłączyłem klimatyzację, ale to nie był dobry pomysł. Musiałem wstać i włączyć ją ponownie, bo było bardzo ciepło. Otwarcie okna odpada, bo zbyt mocno słychać szum ulicy.

Poniedziałek 

Rano pyszne śniadanie, następnie relaks przy basenie i popołudniowe wyjście na plażę.


Gorąco ale przyjemnie, bo wiatr przynosi ulgę. Następnie małe zakupy i zwiedzanie dalszej okolicy. Główna ulica skierowana na zachód. Mój hotel na przedmieściach, zatem spokojnie i prawie pusto tu (choć ruch samochodowy duży). Minus taki, że do centrum trochę się idzie.


Wtorek 

Po przepysznym śniadaniu oraz odpoczynku przy basenie wybieram się na długi spacer - do parku rzeźb i kaktusów. Jest bardzo słonecznie i na szczęście wietrznie. Idąc promenadą, łapię wakacyjny klimat i obserwuję szalejące fale.


Po ponad dwóch godzinach jestem na miejscu. Jest tu więcej niż  150 rzeźb artystów z całego świata, umieszczonych na pięknym wzgórzu.





Są też kaktusy, gdyby komuś było mało:



Powrót do hotelu przez miasteczko, bo chcę przywieźć trochę prezentów no i coś zjeść. Hotel i okolica zadbana, ale na chodnikach brudno, dziury i łatwo można sobie coś zrobić. Czyli nic się nie zmieniło od mojego pobytu dwa lata temu. Na plażach różnie - czasem czysto a czasem nie bardzo. U nas już nie ma takiego czegoś.

Wieczór spędzam w hotelu, w towarzystwie jazzowego wokalu. Myślałem, że będzie dużo ludzi, a tu zajęte tylko dwa stoliki (dwie dziewczyny pochłonięte rozmową oraz dwóch panów jedzących wystawną kolację). Pustki, atmosfera mało ciekawa, zupełny brak energii. W ciągu kolejnej godziny przyszło cztery osoby i było już lepiej, ale wciąż drętwo. Za to na plus pięknie wyglądająca i śpiewająca wokalistka (niestety fatalna jakość mojego filmu):


Czwartek 

Przez chwilę zastanawiałem się nad wycieczką zorganizowaną, ale nie - poszedłem w stronę zachodu. Są tu trzy plaże - mniej zatłoczone i równie piękne jak ta główna.


Nurkując oglądam miejscowe rybki - i bujam się na falach jak dziecko. Słucham szumu morza i wpatruję się w piękny krajobraz. A wracając oglądam zachód słońca, który fajnie odbija się od tafli wody.



Mimo że ciemno, czuję się tu bezpiecznie. Muszę tylko uważać, aby nie przewrócić się na chodniku i nie wleźć w jakąś dziurę (których jest pełno).

Piątek 

Po południu wsiadam do miejskiego i bardzo zatłoczonego autobusu. Jadę kilkanaście przystanków za miasto, skąd rozpoczynam spacerowy powrót do hotelu. Najciekawsze widoki są właśnie tu:



Powrót do hotelu to nieco ponad 20 km, a zajmuje mi to kilka godzin z tym, że robię przerwy na odpoczynek i fotografowanie oraz kolację.

Wieczorem po dotarciu do hotelu trzeba się pakować i kończyć cypryjskie wakacje - ale nie urlop, bo do pracy na razie nie wracam.

sobota, 26 września 2026

Podsumowanie tygodnia 477

Poniedziałek 

Ostatni tydzień przed długim urlopem. Nawet mniejsze i większe afery mnie nie ruszają, za to po pracy korzystam z pogody i spaceruję oglądając motyle na nielicznych kwiatach w parku.

Gdy jest dużo słońca, telefon wyciąga kolory czasem aż zanadto, ale przy większych zbliżeniach nie jest już tak dobrze. Powinienem go zmienić i nawet upatrzyłem sobie nowy model z tym, że na tym się zatrzymałem.

Wtorek

Wyjątkowy, imieninowy dzień. Po pracy piekę ciasto śliwkowe pierwszy raz używając mąki migdałowej. Nie podnosi ona poziomu cukru we krwi, a ciasto smakuje tak samo dobrze.

Środa

Po pracy jadę do schroniska. Najpierw na spacer biorę psiaka, który dość mocno ciągnie smycz dzięki czemu spacer jest długi i intensywny bo maszerujemy w bardzo żwawym tempie. 

Następnie idę do klatki z Kokosem, ale ten chowa się i nie chce (boi się?) wyjść. Nie daje sobie założyć szelek i ku mojemu smutkowi zostaje w klatce. Wychodzę z jego odważnym kolegą. Robimy standardową rundkę w lesie i wracamy. Kokos nieśmiało podchodzi do krat, gdzie daję mu przekąskę z ręki. Bierze i od razu się wycofuje. Szkoda, ale nic na siłę. Zwykle z klatki wyprowadza go pani Gosia, pracownica której akurat nie ma w schronisku, może dlatego nie chciał wyjść, nie wiem. 

Tuż przed zamknięciem schroniska okazało się, że jest jeszcze jeden psiak który nie był na spacerze w ciągu trzech ostatnich dni. Bez wahania proszę o wydanie go i idziemy w stronę lasu. Nie mamy już czasu, a psiak cieszy się jak oszalały. Od razu nawiązuje ze mną bardzo dobry kontakt - domaga się pieszczot, jest spokojny i grzeczny, a ogonem kręci w każdą stronę! Wabi się Milo - i zdecydowanie jest moim kolejnym ulubieńcem! Wracamy chwilę po czasie, ale personel zna już mnie, więc nikt nie krzyczy że przekroczyłem czas.

Na zdjęciu powyżej wygląda, jakby był agresywny, ale on robi takie miny z radości. Wpychał się całym sobą i robił wszystko, aby korzystać z obecności człowieka.

Te spacery oraz cała organizacja tychże jest męcząca, ale i satysfakcjonująca. Mimo zmęczenia i głodu dobrze się czuję.

Czwartek 

Powoli rysują się pomysły zmiany auta. Obecny samochodzik ma już prawie 6 lat, więc trzeba zacząć myśleć o czymś nowym. A może kupić elektryka? Mam pewien pomysł, który będę rozważał. Na razie oglądam testy i czytam soecyfikacje, ale chyba niebawem umówię się na jazdę próbną. Jak coś się bardziej wyklaruje w tym temacie, dam znać.

Piątek 

W pracy dwa kierunki z których na jednym jest bardzo miło. Tak. Później ostatnie pakowanie i nocny wyjazd na lotnisko. W momencie publikacji tego wpisu jestem gdzieś w chmurach. Życzę Wam miłej soboty i niedzieli!

sobota, 19 września 2026

Podsumowanie tygodnia 476

Poniedziałek 

Urlopuję. Z samego rana wyjeżdżam do Suntago. Jest całkiem sporo ludzi, ale świetnie się bawię - na zjeżdżalniach, w basenie z falą, rwącej rzece na zewnątrz, basenach witalnych oraz saunach. Cały dzień mija bardzo szybko, a pod wieczór mogłem podziwiać zachód słońca. Zdjęcia poniżej ze strefy sauny, oraz z zewnętrznego tarasu:


Wtorek 

Powrót do domu. Zamiast dróg ekspresowych wybieram lokalne, z których można pooglądać krajobrazy i zatrzymać się na długi spacer nad rzeką.

Środa

Po pracy jadę do schroniska. Znów biorę dwa psiaki, z których jeden jest bardzo śmiały i odważny, a drugi wycofany i nieufny (pisałem o nich ostatnio). Mam ze sobą smaczki, którymi próbuję przyzwyczaić do siebie tego nieśmiałego. Ma na imię Kokos i zrobił dziś mały krok do przodu. Szedł bliżej mnie, a w pewnym momencie nawet położył się gdy zrobiliśmy przerwę. Bo do tej pory zawsze gotowy był do ucieczki i cały czas stał uważnie. Jeszcze nie dał się pogłaskać, ale wszystko przed nami. 

Poszliśmy na łąkę, na której byliśmy tylko my we trzech, żeby trochę odpocząć i coś zjeść. Gdy wyjąłem przekąski, ten odważny był już przy mnie gotowy zjeść wszystko co miałem, ale Kokos walczył ze sobą całym ciałem. Podszedł trzęsąc się dość mocno, wziął delikatnie i zjadł ze smakiem. Widziałem jego uśmiech. 

W lesie trochę przestraszył się trzech chłopaków którzy szli z przeciwka (zachowywali się normalnie, nawet rozmawiali dość cicho). Już wiem, że muszę wtedy zejść im z drogi, bo Kokos panicznie boi się ludzi. Zauważyłem, że dość często ogląda się za siebie i najlepiej czuje się, gdy w pobliżu nie ma nikogo. Pewnie beze mnie byłoby mu jeszcze lepiej, ale bez człowieka nie wyszedłby z kojca.

Wracając do schroniska były jeszcze dwie przerwy na małe przekąski. Kokos nadal mocno przeżywa podejście do człowieka, ale jakoś tam się przełamuje i je z ręki. Wciąż każde głośniejsze tupnięcie nogą, czy nadepnięcie na gałąź która łamiąc się wyda dźwięk, powoduje u niego duży niepokój. Idąc z tą parą staram się bardziej patrzeć pod nogi i nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów aby nie straszyć Kokosa, oraz z daleka wypatrywać potencjalnych kłopotów i im zapobiegać.

Niestety, czasem Kokos zapląta się w smycz i muszę go z niej uwolnić. Staram się to robić jak najdelikatniejszym sposobem. Tu psiak współpracuje jakby rozumiał, że bez tego ani rusz. Oczywiście boi się i trzęsie, ale posłusznie podnosi łapy i pomaga w uporządkowaniu smyczy jednocześnie bacznie mnie obserwując i zachowując dystans. A łatwo nie jest, bo ten drugi psiak myśli że to zabawa i biega oraz skacze w każdą stronę. Byłoby lepiej gdybym na spacer brał tylko Kokosa, ale on bez kolegi nie wychodzi z kojca. No nic, damy radę.

Czwartek 

W pracy chaos, czyli codzienność. Firma sprzątająca udaje że pracuje, a stan toalet jest delikatnie mówiąc średni. Po pracy jadę na basen i małą saunę, która pęka w szwach. Inhalację mentolem rozpoczynam od wejścia do sauny, co sprzyja relaksowi mimo tego że było w niej bardzo ciasno.

Piątek 

W pracy względny luz, bo staram się nie przejmować tym co mnie otacza. Początkowo mam zamiar iść do aquaparku po pracy, ale ostatecznie wybieram pozostanie w domu. Robię porządki z dokumentami, sprzątam w całym mieszkaniu i robię zakupy, ale niezbyt duże bo niebawem wyjeżdżam.

sobota, 12 września 2026

Podsumowanie tygodnia 475

Poniedziałek 

W Departamencie rozpoczynam sprawy nowe, których do tej pory nie mogłem realizować. Podobają mi się, ku swojemu zaskoczeniu zauważam elementy przyjemności.

Po pracy idę na basen, ale kondycji brak. Sauna z kryształkami mentolu jest tylko moja. Relaks, którego potrzebowałem.

Wieczorem prawie półtorej godziny miłej rozmowy z bardzo dobrym znajomym. Wyrzucam z siebie dużo słów w szybkim tempie (co zauważam mniej więcej w połowie rozmowy), ale wciąż przeżywam emocje z egzaminu. 

No i z tych wszystkich poruszeń zapominam o pewnych urodzinach. To duża wpadka, bo dopiero w czwartek próbuję nadrabiać swój brak pamięci.

Wtorek 

Powoli dochodzę do siebie. Waga pokazuje 70,5 kilograma, ale to normalne bo na wyjeździe prawie nic nie jadłem. Przy moim wzroście to już dolna granica, ale zejdę jeszcze ciut niżej aby mieć szóstkę z przodu.

Środa 

W pracy znowu elementy przyjemności i zaskoczenia, że takie efekty mogą się pojawiać. Oczywiście dotyczą one jedynie spraw, które prowadzę w związku z niedawnym awansem. Aspekt finansowy jest mizerny, ale kasa to nie wszystko a poza tym, ta może się za jakiś czas polepszyć.

Przyznaję się do błędu jeśli chodzi o awans - kilka dni temu pisałem, że mam kłody pod nogami. Osoba, którą podejrzewałem o to że utrudniała mi wejścia na kolejny szczebel tego nie zrobiła. Moja teoria wynikała z różnych napięć między nami, ale - jak się okazało - nie miało to wpływu na moją karierę.

Po pracy długie spacery z psiakami. Najpierw biorę jednego, a potem dwa jednocześnie. Ten poniżej jest bardzo żwawy i czujny. Trochę rzuca się do innych psów, musiałem schodzić z drogi gdy z przeciwka szli inni wolontariusze.



Na zdjęciu powyżej dwóch kumpli z kojca. Ten przy mnie to mój ulubieniec - spokojny pieszczoch. Ten z tyłu boi się ludzi i wychodzi na spacery tylko z tym pierwszym. Próbowałem zachęcić go do tego żeby podszedł, żeby skorzystał z bliskości, ale coś musiało na nim wywrzeć wrażenie ogromnej nieufności i strachu. Miał smutne oczy, a ciało było gotowe do ucieczki podczas całego spaceru. U innych wolontariuszy jest podobnie z nim - wiem bo pytałem. Chciałbym z nim na spokojnie pracować. 

Czwartek 

W pracy mam klienta obcokrajowca. Z dość daleko, zza naszej wschodniej granicy. Początkowo miły i próbujący zagadać, ale gdy muszę dać mu odmowę zmienia swoje nastawienie. Niestety do zakończenia jego sprawy potrzebuję około 15 minut (plus akurat wtedy zamulajacy komputer) podczas których klnie jak szewc, próbuje wywrzeć presję i skłonić mnie do zmiany decyzji, oraz kilkukrotnie wspomina o tym, że zrobiłem to celowo z powodu jego narodowości. 

Spływa to po mnie bardzo szybko i nie rusza mnie to "marudzenie". Nie dałem się wciągnąć w jego narrację, cieszę się z tego że mam już jakieś tam doświadczenie i potrafię je wykorzystać. 

I nie zmienia to mojego dobrego samopoczucia. Wieczorem piszę o tych wrażeniach do Grześka. On odpisuje mi, że to bardzo częste zachowanie wśród klientów zza wschodniej granicy.

Piątek

Przyjemny dzień w pracy. Potem wyjazd do dużego miasta, bo zaczynam krótki urlop który zaplanowałem już dawno temu wiedząc, że po egzaminie chciałbym odpocząć. 

Będąc już w dużym mieście odbieram wiadomość, że formalnie rozpoczyna się proces mojego drugiego awansu (w związku z ostatnim pozytywnym egzaminem)! To bardzo szybkie tempo - nie spodziewałem się tego!

Deszczowa aura ograniczenia trochę moje wieczorne plany spacerowe, ale nie przeszkadza aby odetchnąć świeżym powietrzem i wyłączyć myślenie o Departamencie. Jest dobrze, a może być jeszcze lepiej.

wtorek, 8 września 2026

Egzamin poprawkowy

Zapewne pamiętacie, że mniej więcej dwa miesiące temu miałem dwa egzaminy - z których jednego nie zdałem (z Agatą) a drugi zdałem (z Grześkiem). Złożyłem odpowiednie dokumenty i kilka dni temu podszedłem do egzaminu poprawkowego. 

Tak jak poprzednio, egzamin ten składał się z czterech modułów, w których jakikolwiek błąd mógł powodować porażkę całego egzaminu. Ćwiczyłem w swoim Departamencie, ale to byłoby zbyt mało, dlatego już wcześniej zarezerwowałem stanowiska do ćwiczeń w miejscu zdawania egzaminu. Wziąłem kilka dni wolnego i ruszyłem do dość odległego miejsca - właśnie po to aby uczyć się i poznać ewentualnych partnerów z którymi to rozwiązuje się zadania. 

Niezbyt ciekawy widok z hotelu 

Tym razem także trafiłem na dziewczynę - powiedzmy że miała na imię Ania. Znałem ją już z poprzednich egzaminów, mieliśmy świetny kontakt mimo jej porywczości, dość sporej dozy wyższości i chęci rządzenia. Przypuszczając że będę z nią w parze większość ćwiczeń robiliśmy wspólnie, choć nie wszystkie bo było to niemożliwe. Ale do rzeczy. Komisja na sam początek zaprosiła ją oraz mnie. Po sprawdzeniu naszych dokumentów od razu przystąpiliśmy do rozwiązywania zadań. Czułem tak wysokie ciśnienie, jakbym działał na jakichś dopalaczach, choć od kilku dni prawie nic nie jadłem. Ona zaczęła, a ja sprawdzałem jej działania. 

Od samego początku Ania dodawała mi nowe powody do stresu, gdyż niestety wykonywała zadania nieprawidłowo. Miałem mniej niż kilka sekund na ocenę, oraz wydanie instrukcji co dalej. Mogłem utrudnić, ułatwić lub pozostawić bez zmian zadanie, ale oczywiście zrobiłem wszystko aby jej ułatwić. Naturalnie wszystko pod czujnym okiem komisji, która bezgłośnie obserwowała nasze działanie. W drugiej próbie Ania wybrnęła i mogliśmy przejść do kolejnego zadania.

Ale tu, gdy powinniśmy już rozpoczynać Ania wymyśliła (?!) że skorzysta z możliwości chwilowego swobodnego poruszania się po oprogramowaniu. Wszyscy myśleliśmy, że potrwa to maksymalnie pół minuty i zaczniemy dalej, ale ona robiła to przez równe 8 minut! (mierzyłem). Oczekując tak długi czas sam już nie wiedziałem co mam robić, zatem delikatnie zapytałem komisję, ale odpowiedzieli żeby poczekać... Z tym, że czułem ich zniecierpliwienie i narastającą złość, co mogło na nas oboje skutkować w niedalekiej przyszłości...

Gdy w końcu Ania przystąpiła do drugiego zadania wydarzyło się coś, co nie powinno. Ona zignorowała pewną niezbyt istotną zasadę, a ja tego nie zauważyłem. Oczywiście gość z komisji zauważył, ale o dziwo nie przerwał nam. Dopiero po zakończeniu zadania podszedł do mnie i powiedział "jak ktoś ma miękkie serce to ma twardy tyłek*". Początkowo nie wiedziałem co ma na myśli, ale nie mogłem się na tym skupić bo Ania miała do wykonania kolejne zadania, a ja musiałem wszystko sprawdzić, zatwierdzić, zmienić ustawienia i zrobić kilka innych rzeczy w odpowiedniej kolejności. Gdzieś z tyłu głowy miałem jednak słowa egzaminatora z komisji, ale musiałem to zostawić na później.

* użył on innego określenia

Ania znowu kilkukrotnie myliła się, ale w granicach dopuszczalnych z tym, że dla mnie było to bardzo wyczerpujące momenty. Jej egzamin wisiał na włosku! Mój także! Presja czasu, pamiętanie swojej roli oraz kontrolowanie jej było niezwykle trudnym zespołem czynności, który z każdą minutą odbierał mi sił. Ostatnim etapem pierwszego modułu była moja ocena Ani. Pozytywna. Komisja to zatwierdziła. Nastąpiła zamiana ról z tym, że ja byłem już wyczerpany i średnio nadawałem się do czegokolwiek.

Rozpocząłem zaskakująco sprawnie, a na pytanie Ani "czy chce pan swobodnie poruszać się po programie operacyjnym zanim przejdziemy do kolejnego zadania?" odpowiedziałem "nie". Zauważyłem wtedy uśmiech i potwierdzenie jednego z członków komisji. Widocznie co najmniej my obaj uznaliśmy, że szkoda na to czasu. Lekko dodało mi to siły i z werwą zabrałem się do zadania, które okazało się bardzo proste. Kolejne musiałem powtarzać, bo popełniłem błąd ale każde następne poszło całkiem nieźle. Zanim jeszcze Ania wydała mi ocenę ten sam gość z komisji powiedział "umie pan te zadania, dobrze sobie pan z tym poradził". Ja tymczasem oceniałem się znacznie niżej, byłem zawiedziony tym że jedno z zadań musiałem powtarzać. Wiem, że je umiałem i byłem zły że nie poszło idealnie. Nie czekając na decyzję Ani komisja zaprosiła nas bliżej siebie. "Pani Aniu, zdała pani tylko dzięki temu panu. Oboje proszę czekać na kolejne etapy egzaminu".

Tu nastąpiła ponad dwugodzinna przerwa. Zjadłem banana (od dwóch dni żywiłem się jogurtem bez cukru, wodą oraz wafelkami też bez cukru. I zjadłem też dwie gałki lodów - z cukrem). Wypiłem litr wody. Gdy zerknąłem na telefon który został w aucie (w czasie egzaminu nie wolno mieć urządzeń elektronicznych przy sobie) było tam sporo wiadomości od znajomych z pytaniem "zdałeś?" - ale wciąż nie mogłem na nie odpowiedzieć... 

Gdy komisja skończyła przerwę ponownie zaprosiła Anię i mnie do modułu trzeciego i czwartego. Zanim zaczęliśmy musieliśmy się przygotować - znów pomagałem Ani - ale było to dopuszczalne i legalne. Po kilku minutach byliśmy gotowi i zaczęliśmy. Ta sama komisja, inne zadania, ale problemy te same... Ania knoci je, a ja dwoję się i troję aby jakoś z tego wybrnąć, bo jej średnie przygotowanie do egzaminu może utopić ją i mnie. Rany, ile ja miałem wątpliwości jak ocenić to co ona wyprawiała... Na szczęście mniej więcej w połowie Ania uspokaja się i nie mam z nią problemów już do końca. Wystawiam jej ocenę pozytywną, a komisja prosi o zamianę ról - wtedy Ania pomaga mi przygotować się do zadania. Warunki zewnętrzne zaczynają się dynamicznie zmieniać, ale muszę wytrzymać jeszcze kilkanaście minut - próbuję skupić całą swoją uwagę na zadaniach i uwagach od Ani. Ostatni moduł jest dla mnie najłatwiejszy i najtrudniejszy - bo w tym module czuję się najlepiej, ale w ogóle nie mam już siły i czuję że napędza mnie już chyba tylko strach i stres.

Po ostatnim zadaniu komisja zaprasza nas ponownie do siebie. Najpierw podsumowanie dotyczy Ani, ale widzę że jeden z egzaminatorów patrzy na mnie z lekkim uśmiechem i daje do zrozumienia, że u mnie jest "ok". Tymczasem komisja zadała pytania Ani. Aby zdać, należy na te pytania odpowiedzieć, ale Ania nie wydobyła  z siebie ani słowa - zupełnie nic! Mógłbym odpowiedzieć za nią, bo to były banalne pytania, ale jedna z zasad brzmi - nie pytany nie wyrywaj się do odpowiedzi. Komisja zmieniła zestaw pytań, Ania coś tam z siebie wydusiła, ale brzmiało to bardzo nieudolnie. Podsumowanie jej działania było niezbyt miłe, ponieważ komisja oceniła ją najniżej z całej grupy pięciu osób, które zdawały ten zakres materiału. I powiedzieli jej o tym wprost, bez żadnego owijania w bawełnę. Zabolało. Dodali ponownie, że zdała tylko dzięki temu panu obok - wskazując na mnie. 

Po kilku minutach przyszła kolej na mnie. Pytania jakie dostałem było proste, zatem mogłem zrobić mały wykład, ale komisja przerwała mi po krótkiej chwili oznajmiając, że ja również zdałem. Ufff. Oboje podziękowaliśmy oraz bezszelestnie oddaliliśmy się od komisji jakbyśmy nie wierzyli w to, co się właśnie wydarzyło!

Czułem, że kręci mi się w głowie i że muszę usiąść. Po chwili podeszła Ania, pogratulowaliśmy sobie ponownie, chwilę porozmawialiśmy i trzeba było zbierać się do domów. Zebrałem swoje materiały, krótko odpowiedziałem na dziesiątki wiadomości i ruszyłem do domu. Czekało mnie ponad pięć godzin jazdy w burzy, silnym wietrze i słońcu które pojawiało się w przerwach między burzą. W międzyczasie zadzwoniła Ania aby podzielić się wrażeniami i emocjami, które ciągle buzowały w nas obojgu.

Doszedłem do tego, co sobie zaplanowałem już ponad dwa lata temu. Pokonałem wszelkie zakręty i przeciwności losu, nauczyłem się rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłem. Włożyłem w to mnóstwo pracy, wysiłku, czasu i pieniędzy. Jestem już prawie na samym szczycie. Gdybym chciał, to pozostał mi już tylko jeden egzamin i miałbym wtedy ostatni szczebel kwalifikacyjny, który mogę osiągnąć w Departamencie. Prawdopodobnie niebawem rozpocznę przygotowania do niego, ale na razie nie myślę o tym.

Podczas tego wyjazdu spotkałem Grześka, z którym zdawałem egzamin dwa miesiące temu. Spotkanie było zupełnie celowe, bo przejąłem inicjatywę i zorganizowałem nam wspólny nocleg. Mieliśmy w planach także delikatne świętowanie naszego sukcesu, oraz wspólne podtrzymywanie się na duchu. A ponieważ dogadujemy się bez zbędnych słów, uczyliśmy się razem mimo tego że on miał nieco odmienny materiał niż ja. Sprawdziłem jego zadania, a on moje. Było też trochę czasu wolnego, zatem obaj zwiedzaliśmy atrakcje miasta, był spacer i lody. Niestety Grzesiek nie zdał swojego egzaminu. Mam z nim kontakt, podobnie jak z innymi ludźmi poznanymi podczas tego i poprzedniego egzaminu. Naturalnie nie ze wszystkimi, ale są wśród nich takie osoby, z którymi naprawdę dobrze się rozmawiało. Chciałbym utrzymać te znajomości, choć wiem że ta druga strona także musi mieć taką chęć.

Dziś, po kilku dniach od egzaminu nie opadły jeszcze wszystkie emocje. Wciąż myślami bywam tam, z Anią, z komisją, przy stanowisku, na naukach z Grześkiem... Zakończył się pewien etap, czuję że mogę już odpocząć i zająć się czymś innym niż nauka. Przynajmniej przez jakiś czas 😀

sobota, 5 września 2026

Podsumowanie tygodnia 474

Poniedziałek 

Zaczynam kolejny tydzień intensywnej nauki. Po pracy zostaję i ćwiczę rozwiązywanie zadań. Wracam dość mocno zmęczony i muszę zmienić plany rezerwacji noclegów, bo sprawa się trochę komplikuje. Robię to przez aplikację, bo do północy mam możliwość bezpłatnego anulowania. Konsultuję przez telefon z drugą osobą warunki noclegu, ale spokojnie mógłbym to sobie darować gdyż słyszę "zrób jak chcesz". Początkowo trochę mnie to zirytowało, ale w piątek się okaże, że zupełnie niepotrzebnie. A nawet mógłbym się tego luzu nauczyć.

Wtorek 

Dojazd do pracy ciut dłuższy, bo z rana większy ruch - początek roku szkolnego. 

Po kilku akrobacjach udaje mi się pokonać wszystkie kłody pod nogi które niedawno zostały rzucone. Nie sądziłem jednak, że tyle pracy i wysiłku da tak mały efekt. To na razie tylko wstępne wyliczenia, bo wszystko okaże się gdy dostanę awans na piśmie.

Środa 

W ciągu dnia kilka miłych rzeczy, ale przelatują przed oczami zostając tylko na chwilę. Za to mnóstwo energii i czasu kieruję na negatywne elementy ostatnich dni. Dobrze byłoby to zmienić. 

Wieczorem pakuję się. 

Tymczasem osoba obdarowana codziennie jeździ na rowerze. Jest nim zachwycona! A ja zadowolony, że prezent się podoba i jest używany.

Czwartek

Wyjeżdżam z samego rana. Jadę daleko. Na miejsce dojeżdżam w godzinach szczytu popołudniowego. Spotykam znajome twarze, które okazują mi trochę sympatii i uśmiechu. Miłe. Nie jestem pewien czy odpowiednio to doceniam.

Wieczorem spaceruję mając m.in. takie widoki w witrynie:

Później nocny spacer w dobrym towarzystwie, a jeszcze później długie rozmowy przy delikatnym drinku. Teoretycznie powinienem szybko zasnąć, ale nie tym razem.

Piątek 

Będąc w nowym miejscu ciężko mi się wyspać, mimo że okoliczności sprzyjają. A może właśnie nie? Mnóstwo bodźców. Zbyt dużo. Dobre rzeczy mieszają się z nowymi, z którymi mierzę się po raz pierwszy w życiu. Już wiem, że będę je analizował przez długi czas. Będą się kotłować w głowie a ja będę przeżywał je od przodu i tyłu. Ale jeszcze nie teraz, bo nie mam na to czasu. Do niedzieli włącznie będę jak gąbka, która wchłania całą wilgoć.

Jednocześnie odpoczywam od Departamentu. Mimo że tam sporo się dzieje nie dopytuję o szczegóły. Może i trochę mnie to interesuje, ale wydaje mi się że nie powinno. 

Widzę, że jest jakiś problem z dodaniem komentarzy, mam nadzieję że niedługo się to zmieni.