Z rana zaczynam jazdę po mieście. Kilka remontowanych ulic powoduje, że drogi zwane szumnie "objazdami" zaczynają się korkować, a wyjazd z podporządkowanej drogi to już w ogóle ciężko. W samym centrum miasta widzę, jak do jezdni zbliża się mamuśka z trojgiem dzieci. Jedno małe, drugie średnie, a trzecie na hulajnodze. Ale co tam dzieci, mamuśka z nosem w smartfonie przechodzi mi przed samą maską - oczywiście nie na przejściu, które znajduje się ok 20 metrów dalej - tak, że muszę hamować. Nawet nie spojrzała w moją stronę, za to dzieciaki tak - miały trochę przestraszone miny, ale z czasem nauczą się przechodzić bez mrugnięcia okiem. Mając taką nauczycielkę szybko to opanują. Nie trąbię, bo nawet nie mam na to czasu.
W tym miejscu dość często policja dyscyplinuje takich pieszych mandatami. Przedwczoraj czekając nieopodal tego miejsca na kursanta widziałem, jak nieoznakowany radiowóz przez kilkanaście minut jeździł w jedną i drugą stronę i za każdym razem policjanci interweniowali. Tam non stop ktoś przechodzi w niedozwolony sposób. Tymczasem przejście znajduj się około 20-25 metrów dalej. Czyli mandaty są zbyt niskie.
Kilka minut po ósmej, a ja nieoczekiwanie wpadam w ogromny zator. Dwa pasy w jedną stronę, nigdy w tym miejscu aż tak bardzo się nie zakorkowało, w pierwszej chwili pomyślałem że musiało się coś stać. Pewnie jakiś wypadek, potrącenie pieszego, lub jakaś poważna kolizja, wszak to najbardziej główna droga w mieście i z byle powodu nie robi się tu aż taki sznur aut. Po kilku minutach okazuje się, że drogowcy postanowili (w końcu) odnowić linie i uwijają się jak mrówki - stop - raczej jak muchy w smole, malując oznakowanie poziome tym samym wyłączając połowę jezdni. Szkoda, że nie robią tego poza godzinami porannego szczytu.
Tymczasem na innej ulicy zarządca drogi postanowił dać dwa znaki, ale zdaje się że nie pomyślał ani prze chwilę: