poniedziałek, 18 lipca 2016

Mazury - cz. I

W stronę mazurskich jezior wyjechaliśmy w czwartek wieczorem, z prawie pół godzinnym opóźnieniem, ale nie ma się co denerwować - w końcu jedziemy na wakacje, a nie na czas. Ponieważ sama podróż to ponad 420 km, już wcześniej zarezerwowaliśmy miejsce noclegowe w mniej więcej 3/4 drogi.

Ścigamy słońce :)
Auto sprawowało się znakomicie - jak na mały miejski pojazd oczywiście. Następnego dnia z rana wyruszyliśmy dalej - cel Kętrzyn. Na spotkanie z Hebiusem przygotowywaliśmy się już wcześniej (szykując prezenty i upominki), ale po drodze i tak musieliśmy się dwa razy zatrzymywać - raz aby ptasie mleczko (to z domu z lekka się zgniotło), a potem tuż przed Kętrzynem stanęliśmy przy pięknej łące, gdzie zrywaliśmy polne kwiaty na bukiet dla pani babci naszego znajomego.

Kętrzyn, widok z wieży
Za każdym razem starałem się wyprostować mój biedny kręgosłup. Po łącznie sześciu godzinach jazdy dotarliśmy do Kętrzyna. Hebius bardzo sprawnie przywdział rolę osobistego przewodnika, był niezwykle miły i taktowny. Zaprowadził nas w ciekawe miejsca, z przepięknymi widokami i interesującą historią (swoją drogą, ja bym tyle o swoim mieście chyba nie potrafił opowiadać).

Kętrzyn, m.in. siedziba starostwa powiatowego
Poczęstował nas aromatyczną herbatą i wyśmienitymi ciastami, a później jeszcze maślanymi naleśnikami z konfiturą truskawkową chyba. Były przepyszne, aż głupio mi było prosić o dokładkę, ale powinienem zrzucić kilka kilogramów, więc starałem się jeść powoli, przeżuwać dokładnie delektując się każdą cząstką domowego naleśnika smażonego na maśle.

Niestety czas upływał bardzo szybko, a my byliśmy umówieni na odbiór jachtu (jak się później okazało nie do końca przygotowanego na naszą godzinę odbioru). Z pięknym fikusem (i miodem), którego dostaję od Hebiusa jedziemy do Rucianego-Nidy.

Fikus w pierwszym rzędzie
Na szczęście to nie ja musiałem się zajmować tymi wszystkimi fokami i grotami, szotami i mieczami. Jedyną rzecz, którą wziąłem na siebie - to uruchomienie i obsługa silnika, na którym w pewnych momentach mogliśmy płynąć.

Most w Mikołajkach
Nasza Sportina okazała się całkiem spora wewnątrz - jak na moje wyobrażenia oczywiście - myślałem że będzie klaustrofobiczna, a żeby do niej wejść to trzeba będzie się wczołgać - a tu takie pozytywne zaskoczenie.

Śniadanie na jachcie
No, ale łazienki nie ma. I prądu. I wody z odpowiednim współczynnikiem pH także. Dobrze, że choć pasta z fluorem się znalazła. Korzystając z okazji biegnę pod prysznic w porcie - po nim czuję się jak nowo narodzony. Konkluzja - prysznic wart jest każdych pieniędzy.

Po wypłynięciu szukamy wiatru, nie sądziłem że aż tak ważny jest ten element pogody. Ale wiatr jest i to całkiem odpowiedni. Każdy większy przechył wiąże się z moimi obawami - przewracamy się, już szukać koła ratunkowego?!
To dla mnie pierwsze takie pływanie, a w dodatku te blisko przepływające żaglówki - massssakra! Nijak nie potrafię ocenić odległości, prędkości i tego czy się nie zderzymy. Jazda samochodem jest dziesięć razy łatwiejsza.

Sportina "na parkingu"
Godzinę później zbliżamy się do nieco mniejszej żaglówki. Teoretycznie mamy pierwszeństwo, ale ciągle się do siebie zbliżamy - gdybym miał hamulec już dawno bym go użył. A tu nawet sygnału dźwiękowego nie ma! No i na 2-3 metry przed zderzeniem wykonujemy - dla mnie zupełnie oszalały - szybki zwrot w prawo, bo inaczej doszłoby do zderzenia. Oczywiście w stresie nie robię nic - jedna osoba luzuje i wyciąga odpowiednio szoty i wykonuje gwałtowny ruch sterem do tego coś tam jeszcze robiąc z grotem.


Upewniam się, czy to na pewno my mieliśmy pierwszeństwo? Tak, mieliśmy. Na szczęście ten incydent nie popsuł mi dobrego humoru.

c.d.n.

16 komentarzy:

  1. Pierwsza! Bardzo podoba mnie się twoja relacja w wyjazdu - pływania, teraz role instruktora odwróciły się, ale widoki przyrody i czas tam spędzony pewnie rekompensują wszystkie nerwowe chwile. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, zdecydowanie :) Miłego wieczoru.

      Usuń
  2. Byliście tak krótko, że z historii miasta to praktycznie nic wam nie zdążyłem opowiedzieć. A Kętrzyna obejrzeliście tyle, co z wieży :)

    OdpowiedzUsuń
  3. "Scigamy slonce" - jak to fajnie brzmi :)

    OdpowiedzUsuń
  4. hmm pytanie zasadnicze co się działo z fikusem po przesiadce na mikro łódkę ?

    No i nie wiedziałam, że nawet na jeziorach są piraci wodni ... masakra ja bym padła na zawał że mnie ktoś staranuje. A Hebius marudzi ale wiadomo, że ugościć potrafi i oprowadzić po mieście też chociaż okazji nie miałam tego sprawdzić. Ten typ już tak ma :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fikus zajął najlepsze miejsce w pierwszym rzędzie i grzecznie na mnie czekał. A że zaparkowałem w cieniu, oraz to że mam przyciemnione szyby nie było mu ani zbyt zimno ani gorąco. Jedynie w drodze powrotnej narażony był czasem na gwałtowniejsze hamowanie. Ale od teraz rozmawiam z nim codziennie, więc powinien żyć :)

      Usuń
  5. Świetnie to opisałeś, bardzo obrazowo i zabawnie, ale wygląda na to, że chyba nie bardzo chwyciłeś bakcyla żeglowania, ale może to przyjdzie z czasem :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, na pewno chciałbym jeszcze kiedyś popływać :)

      Usuń
  6. Ta "jedna osoba" po prostu... odpadła:)

    OdpowiedzUsuń