Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania wzrost, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania wzrost, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 listopada 2010

Wzrost kompetencji ... [1]

Kilka dni temu uczestniczyłem w pierwszym etapie szkolenia pt Wzrost kompetencji kadry ośrodków szkolenia kierowców. Program ten współfinansowany jest przez Unię Europejską w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego.




Szkolenie jest podzielone na kilka etapów:

  1. szkolenie stacjonarne (w WORD);
  2. e-learning - szkolenie przed komputerem (od teraz do kwietnia - dowolny termin);
  3. warsztaty stacjonarne (w WORD);
Jak dotąd, zaliczyłem I etap. Finansowy wkład własny wynosi 128 zł, resztę finansuje UE. W cenie prócz samego szkolenia są materiały (bardzo interesujące - odsyłam TU jakby ktoś chciał dokładnie zobaczyć), wyżywienie na zajęciach stacjonarnych, zaświadczenie o ukończeniu szkolenia (Instytutu Transportu Samochodowego) oraz magnetyczną tablicę na pojazd potwierdzającą udział instruktora w projekcie.

W każdym mieście, gdzie jest to organizowane przebiega to dość podobnie, choć wiele zależy od wykładowców. U nas pierwsze zajęcia prowadził egzaminator, który ma średnią opinię (delikatnie mówiąc) wśród instruktorów. Ciężko określić jaki blok zajęć prowadził (metodyka, psychologia, prawo i dydaktyka), ponieważ mówił o wszystkim i niczym. Te dwie godziny były totalnie zepsute, zmarnowane. Szkoda że było to na samym początku, na szczęście później było o wiele lepiej.

A były to dwie godziny z innym egzaminatorem, który opowiadał o najczęstszych błędach popełnianych przez kursantów, o przyszłych zmianach w przepisach ruchu drogowego i o wielu innych ciekawych sprawach. Prócz tego, że poruszył interesujące kwestie, to jest osobą która potrafi porozumiewać się z grupą (na sali było około 28 osób) w sposób zrozumiały, komunikatywny. A to bardzo ważne ! W dodatku, facet ma opinię fachowca i wielki autorytet, stąd i atmosfera, skupienie słuchaczy i sam wykład - na zupełnie innym poziomie.

Następny wykład prowadził trener, który mówił m.in o sprawach związanych z odpowiednim podejściem do klienta, a także sposobach ich zdobywania. Dwie godziny jak z bicza strzelił.

Ostatnie zajęcia były prowadzone z psychologii. Szkoda że na samym końcu, ponieważ większość (o ile nie wszyscy) byli zmęczeni, a tu czekało kilka zadań do rozwiązania. Tu również czas minął bardzo szybko.

W międzyczasie przerwy na kawę, obiad. Ogólnie - bardzo miło. WORD udostępnił swe klimatyzowane sale wyposażone w naprawdę niezły sprzęt audiowizualny.

C.d.n.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Wzrost kompetencji ... [2]

No i w końcu załatwiłem sprawę z e-learningiem Wzrost kompetencji kadry ośrodków szkolenia kierowców (klik). Przerobiłem wszystkie slajdy, a następnie kliknąłem w ikonkę "TEST". Składa się on z 80 pytań, na które jest 60 minut. Dużo pytań i dużo czasu, ale mi wystarczyło coś około 15 minut (z wyjściem do łazienki w tym czasie). Większość pytań jest banalnie prosta, a cechą charakterystyczną jest to, że gdy jest opcja "obie odpowiedzi są prawidłowe" - to zawsze jest to poprawna odpowiedź. Żeby zdać należy mieć 80 % poprawnych odpowiedzi - o ile się nie mylę.

Obecnie pozostały już tylko warsztaty w WORD - czyli III etap szkolenia. Tak sobie myślę, że szkoda iż nie ma ćwiczeń z jazdy, a jedynie sama sucha teoria. Choć wtedy nie byłoby to możliwe do zrealizowania w tej cenie. Coś za coś.

poniedziałek, 6 września 2010

Szkolenie

Rano dowiaduję się o szkoleniu pt Wzrost kompetencji kadry ośrodków szkolenia kierowców. To dwudniowe szkolenie (+e-learning) z prawa, psychologii, metodyki i dydaktyki. Oczywiście, mam chęć wziąć w tym udział.

Oczywiście kilka godzin wymagających jazd, a następnie wykłady z zasad pierwszeństwa przejazdu. W sumie nic ciekawego.

A w ogóle - za tydzień o tej porze będę się pakował na wyjazd (spóźniony urlop). Już nie mogę się doczekać ...

Na deser fajne zdjęcie.

niedziela, 17 sierpnia 2008

Będzie lepiej ?


Kolejny dłuższy weekend za nami, a co za tym idzie i znów na drogach zginęło kilkanaście osób. Wg Policji od czwartku do soboty 44 ofiary wypadków drogowych. Przyczyny - jak poprzednio - to brawura, prędkość, wymuszenie pierwszeństwa i nieprawidłowe wyprzedzanie. Jak walczy sięw Polsce z takimi przyczynami powstawania wypadków ?

Różnie. Tzn także z różnym skutkiem. Bo oto od prawie 500 dni jeździmy na włączonych światłach całą dobę. Dokładnie od 17 kwietnia 2007 roku. Głównym (i jedynym) powodem wprowadzenia obowiązku jazdy na światłach było zmniejszenie liczby wypadków, kolizji, ofiar śmiertelnych i rannych. Takie były założenia, choć ja nie bardzo rozumiem z czego one miały wynikać ? Niejedne badania dowiodły, że auto jest dobrze widoczne bez świateł z odległości około 3000 metrów. Jeśli bliżej obserwatora będą jechały auta na światłach mijania, to nie zobaczy on już rowerzysty lub pieszego. W dodatku, motocykliści wtapiają się w rząd aut sunących na światłach, a pojazdy uprzywilejowane są mniej rozpoznawalne.
A co mówią statystyki ? Wypadków i ofiar śmiertelnych jest więcej niż przed obowiązkiem jazdy na światłach ! Szczególnie powiększyła się liczba wypadków z motocyklistami. Koncerny paliwowe i producenci żarówek nawoływali swego czasu dość intensywnie, do używania świateł - dlaczego ? Wzrost paliwa z tytułu włączenia świateł mijania to około 1,5-2 %. Niewiele, prawda ? To pomnóżmy to razy 18 mln aut zarejestrowanych w Polsce. O 60 % wzrosła sprzedaż żarówek po 17 kwietnia 2007 ... a do budżetu państwa rocznie wpływa około 600 mln złotych wynikających z konieczności włączania świateł.

Dla równowagi teraz coś pozytywnego. Większość tragicznych wypadków ma miejsce poza obszarami zabudowanymi. Wynika to z prędkości. Jak wiemy, niedostosowanie jej do warunków to jedna z najczęstszych przyczyn powstawania wypadków. Na tym polu samorządy, Policja i Krajowa Rada BRD odniosły sukces. Ustawianie dużej liczby masztów mieszczących fotoradary dało pierwsze efekty. I choć same urządzenia rejestrujące nadmierną prędkość nie są umieszczone wszędzie, to sam fakt iż są/mogą być skutecznie studzi zapędy piratów drogowych. Oczywiście, mógłby ktoś powiedzieć że nadal nie ma dróg, a te które są mają nierówną nawierzchnię, w dodatku fotoradary to urządzenia do zarabiania pieniędzy. Pamiętajmy jednak, że postanowiono o walczeniu z wysoką liczbą wypadków/ofiar, a tu główną przyczyną jest prędkość a nie stan drogi. Z bardzo luźnych szacowań wynika, że w miejscach gdzie ustawiono fotoradary liczba wypadków spadła od 20 do 70 %. Każdy fotoradar jest oznakowany, a w prasie, internecie bez trudu można zobaczyć dokładną mapę fotoradarów. Mimo wszystko - jestem "za".

Innym rodzajem działania który chyba ma samych zwolenników, jest program Drogi zaufania. Pilotażowa droga objęta tym programem to ósemka - od Kudowy Zdroju do Budziska. Około 750 km drogi, na której w 2007 roku:
  1. przeprowadzono kontrolę pod kątem istniejących ograniczeń prędkości (w rezultacie wiele ograniczeń zdjęto),
  2. wydzielono tzw lewoskręty,
  3. zbudowano kładki, oświetlone przejścia dla pieszych, chodniki i drogi dla rowerzystów,
  4. zmodernizowano nawierzchnię,
  5. w wielu miejscach podniesiono dopuszczalne prędkości przy jednoczesnym ustawieniu około 100 fotoradarów,
I co dały te działania ? Na drodze nr 8 liczba wypadków spadła o około 30 % ! A więc da się ? Segregacja ruchu i zdjęcie bezsensownych ograniczeń prędkości (w ogóle zmniejszenie ilości znaków drogowych) pozwoliły na bezpieczniejszy ruch na drodze. W zasadzie żadna to nowość, więc dlaczego dopiero teraz ? Program Drogi zaufania w tym roku jest przeprowadzany na kolejnych trasach. Lepiej późno niż wcale ?

niedziela, 22 grudnia 2019

Egzamin na prawo jazdy 2020

Nasi mistrzowie nocnego procedowania prawa, są w stanie zrobić wiele. Czy dobrze, tego nie wiem. Już kilka miesięcy temu pojawił się projekt nowego rozporządzenia w sprawie egzaminowania. W skrócie - od nowego roku osoby zdające będą krócej oczekiwać na egzamin. Tzn egzamin ma rozpocząć się o wyznaczonej godzinie, nie później niż 15 minut później.

Do tej pory bywało różnie, czasem czekało się nawet i godzinę (lub więcej) na swoją kolej. Szczególnie problem dotyczył dużych ośrodków egzaminowania. Co ważne, dotyczy to także egzaminu teoretycznego - ponieważ do chwili obecnej nie było sprecyzowane jak dużo może spóźnić się osoba zdająca egzamin.

Kolejną nowością, która z dużym prawdopodobieństwem pojawi się niebawem to wzrost kosztu podejścia do egzaminu. Przypomnę że w roku 2011 egzamin teoretyczny kosztował 22 zł, a praktyczny 112. Od roku 2013 do dzisiaj egzamin teoretyczny kosztuje 30 zł, a praktyczny 140 (kategoria B), czyli była to bardzo nieznaczna podwyżka, a ceny paliwa, koszty prowadzenia ośrodka oraz koszty zatrudnienia poszybowały mocno w górę. O ile wzrośnie opłata od przyszłego roku dokładnie nie wiadomo, ale pojawiają się głosy że maksymalnie do 400 zł. Myślę że tak gwałtownie raczej cena nie podskoczy, ale spodziewałbym się mniej więcej podwyżki o 100 lub 150% w stosunku do obecnych.

Jak tylko odpowiednie rozporządzenie pojawi się na stronach rządowych, dam znać.

poniedziałek, 21 stycznia 2008

Wszyscy chcą ...

Studentka, pracownik z drukarni. Bezrobotny, pani z Urzędu Skarbowego. Uczeń z liceum i pielęgniarka. Magister fizyki i florystka. Co ich łączy ? Chęć posiadania tego samego dokumentu. Legitymowania się nim, korzystania z niego. Jest potrzebny, czasem niezastąpiony. Niektórzy robią (kurs), bo muszą - a inni robią bo chcą. Jeszcze inni robią, bo ktoś za nich płaci ... A wszystko kończy się egzaminem, sprawdzianem umiejętności, własnego szczęścia i sprytu (niekiedy).

Najpierw on. Na egzamin wewnętrzny przysłał go mój kolega z pracy.
Początkowo wydawał się bardzo opanowany. Nowe auto starannie "poznawał" i robił to bardzo ostrożnie. Początkowe wolne ruszenia przeznaczył na zapoznanie działania sprzęgła. Jednocześnie, wiedział iż mówiłem o odpowiedniej dynamice jazdy, to też po chwili takowa była.

Wszystkie moje prośby wykonywał bez mrugnięcia okiem. Wydawało mi się, że jego charakter jest ze stali. Początkowe uwagi co do przebiegu egzaminu nie zrobiły na nim żadnego wrażenia. U mnie zagościł delikatny uśmiech na twarzy, ponieważ sądziłem iż w końcu trafił się ktoś, kto zda to. I tak, jadąc już kilkanaście minut, kursant miał właśnie zmienić pas na lewy (do jazdy na wprost). I zmienił, tylko że przejechał przez ciągłą linię. Nie dostosował się do znaku "podwójna linia ciągła P4".
Ten fatalny błąd przekreślił literkę "P", a pojawiło się wielkie "N". Poważny błąd, więc pomimo tego że egzamin był kontynuowany, jego wynik był już przesądzony. Kursant prosił o bieżące informowanie o błędach powodujących niezaliczenie egzaminu. Po zjechaniu ze skrzyżowania, zatrzymaliśmy pojazd. Oznajmiłem. Przyjął na chłodno, posmutniał, ale opanowany jak poprzednio ! Kontynuowaliśmy egzamin w ciszy i skupieniu.

W podsumowaniu, w zasadzie miałem tylko jedną uwagę - przejechanie linii podwójnej. Niby drobny błąd, a jakże istotny zarazem. Tu mój kontakt z kursantem się urwał (jak się okazało - nie na długo, o tym za chwilę).

******

Ona - kursantka od tego samego kolegi. Rozpoczęliśmy na wielkim parkingu przy hipermarkecie. Zanim jeszcze rozpoczęliśmy, już widać było obawy o sposób wyjechania z zatłoczonego miejsca.
Początkowe "przemówienie" spowodowało wzrost obaw (jej), ale odwrotu nie ma.
O dziwo, spokojnie wyjechała z parkingu i rozpoczęliśmy od razu po mieście. Nerwy, nerwy i jeszcze raz nerwy rządziły osobą kierującą pojazdem. Drobne błędy w postaci zbyt późnej redukcji, lub za duża dawka obrotów trochę przeszkadzały, ale jakoś się to wszystko kleiło.

Cisza, niczym grobowa. Tylko "proszę w prawo", "proszę w lewo". U większości osób taka atmosfera pogłębia stres i niekiedy wręcz paraliżuje. Przyzwyczajeni do rozmowy z instruktorem, nie czują się dobrze w nowej sytuacji. Ale tu nie ma pogawędek ! Naturalnie odpowiadam na pytania, ale wszystko to raczej na minimum.
Na pewnym skrzyżowaniu, kursantka myli kierunek jazdy i zamiast w lewo jedzie w prawo. Delikatny komentarz, a jej zaczyna skakać broda ze zdenerwowania. Jedziemy dalej, wszystko wisi na włosku. Znów kilka błędów technicznych, w efekcie czego gaśnie jej auto ! Szybkie uruchomienie, duża dawka"gazu" i pokonujemy kolejne metry, lecz zdenerwowanie i i przerażenie sytuacją widać jak na dłoni. Parkowanie - z małymi trudnościami zaliczone. Zawracanie - z nieco większymi trudnościami, też zaliczone. Wracamy. Pozostała tylko droga powrotna na parking skąd zaczynaliśmy, a jak wiemy tu także może się coś wydarzyć ...

Jednak nic wielkiego się nie dzieje i dojeżdżamy na umówione miejsce. Na początku wyliczam wady, po czym mówię: "egzamin zaliczony". A tu głęboki oddech i uśmiech, który wydaje się jakby nie wierzył do końca ... Tak więc - mimo wszystko egzamin zaliczony. Sporo szczęścia, trochę błędów technicznych które nie powodują wyniku negatywnego i jest - udało się.

*****
Po egzaminie z kursantem, miałem okazję jeszcze z nim pracować przez 2 godziny.Nie poznałem go, tylu ludzi się przewija przed moimi oczami ... Po dwóch godzinach, pozytywnie zaskoczony jego dokonaniami robiłem podsumowanie, wtedy on przypomniał mi o podwójnej linii ciągłej ... Trochę się dziwnie poczułem wtedy, porównałem szybko w myślach jego poziom jazdy i tej kursantki ... i cóż ... Miała dużo szczęścia, mało umiejętności. On odwrotnie ... Swoją drogą, ów kursant mocno przeżywał to niepowodzenie.

Wiadomość z dziś - on zdał, ona ma egzamin pojutrze.

Powodzenia, dla wszystkich :)

sobota, 13 listopada 2010

Wzrost kompetencji ... [2]

Jak wspomniałem w poprzednim wpisie, wkład własny instruktora wynosił 128 zł. To niewiele, ponieważ całe szkolenie kosztuje ponad 1000 zł za osobę. Pisałem już także o tym, że wiele zależy od wykładowcy, od tego czy realizuje dany scenariusz, czy wywiązuje się z programu szkolenia. Dziś już wiem, że pierwsze dwie godziny wykładu powinny m.in zawierać tematykę odpowiedzialności instruktora i podstawy androgogiki. Powinny.

Z kolei bardzo zainteresował mnie wykład z psychologii. Bardzo pozytywna energia prowadzącej wykład/dyskusję chyba udzielił się także uczestnikom. I to pomimo tego, że były to ostatnie zajęcia tego dnia (godziny popołudniowe po całodziennym szkoleniu). Po krótkim wstępie każdy z uczestników oceniał swoją jazdę w skali od 1 do 10 (1 - źle, 10 - bardzo dobrze). Jak się można domyśleć, większość oceniła się wysoko lub bardzo wysoko. Nie od dziś wiadomo, że polscy kierowcy swoją jazdę oceniają w samych superlatywach u innych tymczasem widząc sporo niedoskonałości jazdy.

Ciekawym zagadnieniem był też typ kierowcy "niedzielnego" i tzw "mad-max". Szkoda tylko, że tak mało czasu było na to przewidziane. Mam niedosyt. Oczywiście można zdobyć więcej informacji w specjalistycznej prasie, czy choćby w sieci, ale to nie to samo.

Na razie czytam dołączone materiały do kursu. Są interesujące i szybko je się wchłania. Niebawem trzeba będzie nad tym "e-learningiem" przysiąść :)

wtorek, 12 sierpnia 2025

Wszystko zaczyna się od głowy

Możliwe, że czasem będę tu powracał do książki Dobre i złe dni. O traumie dla wędrowców - Tomasza Majchrzaka. Jakiś czas temu skończyłem ją czytać, recenzję zamieściłem trzy wpisy wcześniej, ale nie wyczerpuje ona nawet w minimalnym stopniu tego, jak wiele przydatnych informacji tam się znajduje.

Nie jest to książka jedynie dla tych, którzy przeżyli/przeżywają różne traumy, to także książka o tym jak radzić sobie w trudnych warunkach codziennych, na przykład związanych z pracą. A jaka jest tonacja dominująca w "moim" Departamencie do Spraw Trudnych i Beznadziejnych mniej więcej wiadomo.

Dlatego po przeczytaniu książki zacząłem się bardziej zastanawiać nad kilkoma kwestiami. Czy w pracy zawsze muszą dominować złe emocje? Czy mogę spojrzeć inaczej na to, co mnie otacza? Czy na pewno to co widzę, jest wynikiem racjonalnego myślenia? A może zacząłem szukać wszędzie samych złych/negatywnych aspektów pracy? Skoro mózg posiada możliwości ciągłego uczenia się, to może by go tak nauczyć myśleć bardziej pozytywnie? 

M.in o takich zagadnieniach pisze Tomasz Majchrzak, dodatkowo wskazując na przykłady z życia wzięte, jak ulał pasujące do moich. Zatem czytam książkę i widzę siebie. 

Na przykład spotkanie z niezbyt miłym klientem, który w dodatku ma kilka innych wad. Spędzę z nim maksymalnie 30 minut, po czym nasze drogi się rozejdą. 

Czy  jestem w stanie to wytrzymać? Oczywiście że tak (chciałbym unikać takich sytuacji, ale ta praca z samej nazwy pokazuje  z czym ma się doczynienia).

Czy jego problemy są w jakimkolwiek stopniu moimi? Absolutnie nie (choć czasem dochodzą do mnie myśli, że jego problemy to moje problemy, ale to błędne założenie).

Czy byłem szkolony także w obsłudze trudnych klientów? Byłem i pamiętam co mam robić (gdy odezwą się czarne myśli, nie jest to wtedy takie oczywiste - co znowu jest błędem).

Czy w razie problemów jest ktoś, kto stanie za mną i ewentualnie pomoże? Oczywiście że tak (zawsze tak było i jest, a także będzie, bo dlaczego miałoby być inaczej?). 

Ja i tak mam wielkie szczęście, ponieważ obserwując klientów którzy są przy okienkach moich współpracowników, naprawdę nie mam tak źle. Bywa, że sprawę kończę po pięciu minutach (współpracownikom rzadko się to zdarza). Ponadto z każdą minutą jestem bliżej zakończenia jego sprawy, a tym samym końca zespołu czynności, które muszę wykonać. Kolejny klient będzie lepszy, bardziej miły, na innym poziomie. A jeśli nie - to ten trudny był okazją do tego, aby przypomnieć sobie jak postępować w trudnych przypadkach, zatem paradoksalnie - ten i tak będzie łatwiejszy.

Weźmy inny przykład. Kontroler. Wzbudza we mnie różne emocje, oczywiście niezbyt miłe. Złość, wstręt, czy ogromny strach. Gdy tylko go zobaczę, naczynia krwionośne zwężają się powodując wzrost ciśnienia, a serce zaczyna bić zdecydowanie szybciej. Wydaje mi się, że robię się czerwony a na pewno jest mi gorąco.

Czy znowu będzie chciał wezwać mnie na omówienie przeprowadzonej kontroli? Możliwe że tak (co prawda stosunkowo często się to zdarza, ale inni wzywani są nawet częściej, a jak się później okazuje mają faktycznie duże uchybienia formalne, których ja do tej pory miałem naprawdę niewiele).

Czy już powiadomił głównego managera o moich "przewinieniach"? Nie mam pojęcia (ale do tej pory nigdy się to nie wydarzyło zostawiając to "między nami". Co nie oznacza że tak będzie zawsze, ale po co się tym martwić na zapas?).

Czy już mają dla mnie wypisaną naganę? Nie sądzę (żeby dostać naganę trzeba się postarać, czyli u mnie jest bardzo małe ryzyko oberwać w ten sposób. Poza tym dostaję nagrody oraz premie, czyli mimo wszystko doceniają moją pracę).

Czy to pierwszy krok do wywalenia mnie z pracy? Chyba nie (patrząc na to "trzeźwym okiem" - organizuję kolejny duży projekt, zatem nie dawali by go komuś, kto jest na wylocie. A nawet gdyby, to co z tego? Finansowo jestem zabezpieczony na co najmniej kilka lat, a może to byłby początek czegoś nowego, lepszego?).

Czy w ogóle zdanie kontrolera mnie obchodzi? Tak, ale tylko trochę (nie ma u mnie autorytetu, nie zgadzam się z jego filozofią praktycznie w każdym temacie. Zatem muszę go słuchać, jest moim przełożonym, ale muszę to robić jedynie w kontekście pracy. I ani grama więcej).

*** *** ***

To dzięki książce jestem w stanie postawić sobie takie pytania (oraz wiele innych), a także zastanowić się nad nimi i spróbować na nie odpowiedzieć. Rzetelnie, racjonalnie i bez skrzywień emocjonalnych. Powoli i bez pośpiechu. Popatrzeć na nie, jako osoba z boku, pozbawiona stronniczości, analizująca wszystkie "za" oraz "przeciw", bo wszystko zaczyna się w głowie.

Jak pisze Autor "szczególnie w warunkach silnego stresu emocje potrafią dosyć wyraźnie przechylić szalę mentalnego balansu na swoją stronę*". Zakłócenia funkcjonowania logiki oraz możliwości racjonalnego myślenia mogą doprowadzić do emocjonalnego dołka, do niemożności podjęcia sensownej, rzeczowej decyzji w wielu przypadkach.

Tymczasem praca w Departamencie przynosi ogrom doświadczenia, które - kto wie - kiedyś mogą się przydać. Mogą być niezbędne do tego, aby w trudnych czasach mieć siłę i odwagę do przetrwania w różnych sytuacjach. A jeśli do tego dochodzą niezłe kwestie finansowe oraz fakt, że samej pracy nie ma aż tak dużo to można to udźwignąć.

Prócz doświadczenia i przygotowania do różnych scenariuszy nie sposób zapomnieć o zdrowiu fizycznym. We wcześniejszej pracy jako instruktor nauki jazdy, miałem problem z kręgosłupem. Wiadomo - siedzący tryb życia, niewygodny fotel samochodowy, ciągle szarpania i gwałtowne hamowania nie sprzyjały szczególnie temu elementowi. Duża ilość godzin pracy oraz mało czasu na regenerację. Obecnie w ogóle nie czuję tych dolegliwości, no ale sam fakt że w każdym momencie mogę wstać oraz przejść się, a przed godziną 16 jestem już wolny i robię co tylko zechcę jest bardzo istotny.

To są te rzeczy, które ja wyciągam dla siebie z książki, oraz m.in te plusy, które trzeba bardziej zaakcentować a o których pisze Tomasz Majchrzak. Czyli także o tym, w jaki sposób można nauczyć mózg (neuroplastyczność) pozytywnych skojarzeń w życiu codziennym.

O kontrolerach i tych kwestiach napiszę przy kolejnej okazji, bo już ten wpis jest dość długi. 

* str 223 podrozdział Współpraca emocji, motywacji i logiki


wtorek, 14 lutego 2023

Ceny egzaminacyjne

Praktycznie codziennie w drodze do/z pracy mijam się z wieloma autami z nauki jazdy. Część instruktorów wciąż mnie rozpoznaje i pozdrowi ręką, inni niekoniecznie. Wcale za nimi nie tęsknię, w ogóle nie widzę siebie ponownie w roli instruktora nauki jazdy. I to mimo tego, że stawki za godzinę nieco drgnęły do góry. Tymczasem w ciągu kilku najbliższych tygodni zapewne podrożeją ceny za egzaminy państwowe. Nie były one zmieniane od 2012 roku - egzamin teoretyczny wtedy i dziś kosztuje 30 zł, a praktyczny 140 (kategoria B). Od tamtego czasu ceny towarów i usług znacząco wzrosły, a jakiś czas temu egzaminatorzy protestowali, ponieważ domagali się podwyżek pensji oraz właśnie podwyższenia stawek za egzaminy.

Mimo konsultacji i apeli rząd RP nie zdecydował się na podniesienie kosztów egzaminów m.in. argumentując to w ten sposób, że spowoduje to dalszy wzrost inflacji. A czy sztuczne podwyższanie cen za paliwo przez Orlen nie spowodowało wzrostu inflacji i to w bardzo dużym stopniu? Wracając do egzaminów - rząd boi się podejmować trudnych decyzji (a także tych które są konieczne ale nie bardzo podobają się elektoratowi) więc kwestie podwyżek przerzucił na samorządy. Obecnie każde województwo może samodzielnie regulować ceny egzaminów do określonego pułapu. W praktyce może okazać się, że np w Warszawie taki sam egzamin będzie kosztował 140 zł, a np w Szczecinie 200. Bez sensu.

Z tego co wiem, marszałkowie "ustalili" że ceny w całym kraju powinny być identyczne (swoją drogą nie mam pojęcia czy takie ustalanie cen jest w ogóle legalne? Nasuwa mi się w tym miejscu określenie "zmowa cenowa") i będą to stawki maksymalne. Egzamin teoretyczny z 30 zł wzrośnie do 50, a praktyczny ze 140 na 200. Czy to dużo? I tak i nie. Nie, ponieważ przez ponad dziesięć lat nikt nie myślał o WORD*-ach, a przecież koszty - jak wszędzie - tak i u nich rosły (minimalne wynagrodzenie w 2012 wynosiło równe 1500 zł, dzisiaj to 3490 zł - brutto) a przychód był mniej więcej na tym samym poziomie. Tak, ponieważ dla osób zdających zwłaszcza egzamin praktyczny zmiana jest spora (tym bardziej przy kolejnych podejściach).

A przy okazji - zwróćmy uwagę na badania okresowe pojazdów i stacje kontroli pojazdów. Tam jest jeszcze gorzej, ponieważ obecne stawki cen pochodzą z roku 2004. Ile wtedy kosztowała benzyna bezołowiowa? Około 3,15 zł/litr. Olej napędowy 2,79, a LPG nieco ponad złotówkę. Minimalne wynagrodzenie wynosiło wtedy 824 zł (oczywiście brutto). Czy ktokolwiek dzisiaj chciałby pracować za taką stawkę miesięczną?

Ceny muszą iść w górę, jeśli ma być zachowana właściwa proporcja między tym co się dzieje na rynkach, oraz tym jakie są wynagrodzenia. Jeśli z jakichś powodów jeden czy drugi sektor zostanie pominięty dojdzie do bankructwa lub w najlepszym przypadku odejścia z pracy tych, którzy są specjalistami ceniącymi swoje umiejętności i kwalifikacje. Pozostaną ci mierni, którzy albo będą kombinować albo zupełnie olewać obowiązki, co negatywnie wpłynie na jakość wykonywanych czynności/wizerunek. Może dojść do bezwzględnej walki o klienta pomiędzy danymi ośrodkami egzaminowania/stacjami kontroli pojazdów. Wszystko rozegra się w oparciu o cięcie kosztów, a skutki - jak napisałem powyżej. Dobrze, że ceny egzaminów idą w górę (nie jestem pewien, ale chyba mają być podnoszone proporcjonalnie do wzrostu minimalnego wynagrodzenia) - lepiej późno niż wcale. Może ktoś się opamięta i przeglądy techniczne również w końcu podniesie?

* Wojewódzkie Ośrodki Ruchu Drogowego

piątek, 23 maja 2008

Skuteczne hamowanie.

Hamowanie, to proces polegający na zatrzymaniu pojazdu, lub zmniejszenia prędkości (zrealizowane przez układ hamulcowy lub silnik). Niby proste, a stwarza wiele problemów.
Podczas szkolenia osób ubiegających się o dokument prawa jazdy, często można spotkać nieprawidłowe hamowanie kursanta - pomimo wielokrotnego omawiania tego zadania wcześniej. Instynktowne (?) wciskanie sprzęgła przy każdym hamowaniu jest błędem. Każdorazowe odłączanie napędu, jest nie tylko zbędnym zabiegiem - ale także zmniejsza stabilność pojazdu. W dodatku, w razie konieczności zmniejszenia prędkości jako pierwsze wciskane jest sprzęgło, a to powoduje dodatkowy wzrost czasu reakcji. Przyjmuje się, że średni czas reakcji kierowcy od momentu zauważenia przeszkody do naciśnięcia hamulca wynosi 1 sekundę, co przy 100km/h daje około 26 metrów przejechanych bez zmniejszania prędkości. Jeśli doliczyć czas na "sprzęgło a potem hamulec", wychodzi sporo metrów bez wyhamowywania pojazdu.
Na pytania w jakim celu jest to sprzęgło, odpowiedź najczęściej jest taka: - Aby nie zgasł silnik.
Przy małych prędkościach zgadza się, ale nie powyżej 30-40 km/h.

Innym błędem, który można zaobserwować jest rozłożenie siły hamowania. Przykładowo: dojeżdżając do skrzyżowania ze znakiem STOP, kursanci na samym początku hamowania bardzo powoli zmniejszają prędkość, a im bliżej linii zatrzymania tym nacisk na pedał hamowania jest silniejszy. Komfort jazdy bardzo się obniża wówczas, a sam kierujący nie zostawia sobie szansy na wypadek jakiejś śliskości jezdni występującej w obrębach skrzyżowań.
Hamując w ten sposób narażamy się także na najechania na tył, ponieważ często jadący z tyłu nie spodziewa się aż takiego wzrostu siły hamowania.

Kodeks drogowy dokładnie mówi tak: kierujący pojazdem jest obowiązany hamować w sposób niepowodujący zagrożenia bezpieczeństwa ruchu lub jego utrudnienia. Oczywiście, występują różne sytuacja drogowe i kierowca często jest zaskoczony np pojawieniem się przeszkody - wtedy hamowanie występuje jako czynność nagła, wymuszona. Jednocześnie: kierujący pojazdem jest obowiązanyt utrzymywać odstęp niezbędny wo uniknięcia zderzenia w razie hamowania lub zatrzymania się poprzedzającego pojazdu. Wynika z tego, że prawie zawsze winą za zderzenie (najechanie na tył) będzie obarczony kierujący jadący z tyłu. Prawie, ponieważ może dojść także do zajechania drogi - lub gdy pojazd poprzedzający hamował gwałtownie pomimo braku uzasadnionej przyczyny.

Trzecim zagadnieniem, na który kursanci nie zwracają uwagi, jest śliskość nawierzchni spowodowana opadami atmosferycznymi. Tam, gdzie jezdnia aż się błyszczy przy opadach deszczu, jest bardzo ślisko a koła pojazdu mają ograniczoną przyczepność. W dodatku, najbardziej niebezpieczna jest jazda, kiedy to zalegający kurz i mnóstwo innych nieczystości miesza się z pierwszymi kroplami deszczu. Tworzy się wtedy niewidoczna warstwa, przy której o poślizg bardzo łatwo. Po kilku minutach jest już nieco lepiej, tylko czy o jeździe w koleinach wypełnionych wodą możemy mówić jako o tej "lepszej" ?

A na koniec jeszcze o drodze hamowania, podawanych przy okazji różnorakich testów.
Otóż wynika z nich, iż nowoczesne pojazdy mają coraz krótsze drogi hamowania (mieszczące się poniżej 40 m z prędkości 100 km/h). Zwróćmy jednak uwagę na fakt, iż to nieco inna sytuacja którą mamy na drodze. Pomiary testowe dokonują kierowcy, którzy umiejętność hamowania opanowali do perfekcji, poruszają się po nawierzchni szorstkiej, równej - i wreszcie - samo rozpoczęcie hamowania następuje w odpowiednim momencie. W realnym przypadku drogowym, kiedy to potrzebujemy maksymalnie szybko wyhamować rozpędzony pojazd dojdzie do tego kilka elementów: choćby czas reakcji, stan nawierzchni, technika hamowania, stan psycho-fizyczny kierującego i kilka innych. I może się okazać, że z obiecanych przez producenta najnowszego modelu auta 38 m (ze 100 km/h) wyjdzie nam trochę ponad 50 ...

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Dobre i złe dni. O traumie dla wędrowców.

"Dobre i złe dni. O traumie dla wędrowców" - to książka, którą miałem ostatnio przyjemność przeczytać. Autor Tomasz Majchrzak opisuje w niej złożoność zachodzących w mózgu procesów, zniekształceń poznawczych a także zależność ich od czynników zewnętrznych - w tym przypadku trudnych przeżyć z okresu dzieciństwa. Na podstawie własnych doświadczeń analizuje krok po kroku metody i techniki pomocne w uporządkowaniu emocji, pisze o możliwościach neuroplastyczności mózgu oraz wpływie codziennych czynności na stan psychofizyczny całego praktycznie organizmu. 

Co zrobić, aby nie snuć czarnych scenariuszy a zacząć szukać konstruktywnych rozwiązań? Jakie strategie radzenia sobie ze stresem są najskuteczniejsze? Czy istnieje związek między neurobiologią a codziennymi czynnościami, takimi jak picie kawy?  Czy zachowania mrówek mogą być inspiracją dla człowieka poszukującego zmiany? To tylko niektóre z pytań, na które Autor udziela precyzyjnych odpowiedzi.

W kolejnych rozdziałach dowiadujemy się, jak prozaiczne sprawy i takie, na które często nie zwracamy uwagi w życiu codziennym, mogą być przyczyną wrogości do drugiego człowieka, okazją do budowania niezdrowych zależności oraz stawiania barier nie do pokonania. A także o tym, jak daleko może posunąć się osoba dążąca do zadania cierpienia, pragnąca poniżyć i upokorzyć. Nie są to łatwe rozdziały także dlatego, że pełne są emocjonalnego napięcia oraz osobistych wspomnień Autora.

Moim zdaniem książka zawiera także kilka minusów. Po pierwsze czasem można odnieść wrażenie, że jest napisana nieco chaotycznie, szczególnie na początku książki. Jednak im dalej się ją czyta, tym bardziej układa się ona w prawidłową konstrukcję, której poszczególne działy "zahaczają" o siebie. Po drugie czasem brakuje mi dodatkowych informacji, choć te bez problemu można znaleźć w internecie. Rozumiem, że zamieszczenie ich mogłoby spowodować wzrost ilości stron, z drugiej strony, czytam książkę jako zupełny laik więc możliwe że z tego powodu muszę sięgać po dodatkowe wyjaśnienia. Z kolejnej strony chciałbym, aby to Autor się wypowiedział n/t tych dodatkowych informacji, wtedy miałyby one jeszcze większą wartość. Po trzecie - nie jest to książka z typów "szybkie, łatwe i przyjemne". To trudna tematyka, która wymaga  uwagi i refleksji podczas czytania. Zdecydowanie nie jest to książka na dwa wieczory - co uważam za duży plus.

Podsumowanie.

Mimo pewnych mankamentów, "Dobre i złe dni" to lektura, która zostaje w pamięci na długo. Z pewnością docenią ją osoby zmagające się z trudnościami, szukające zrozumienia dla swoich emocji i sposobów radzenia sobie z nimi.  Książka może być również cenną wskazówką dla bliskich osób borykających się z traumą, pomagając im lepiej zrozumieć mechanizmy rządzące ludzką psychiką. "Dobre i złe dni" to  nie tylko poradnik, ale przede wszystkim autentyczne świadectwo siły ludzkiego ducha i  potencjału do zmian. Warto sięgnąć po tę książkę, by  zrozumieć, że  nawet w najciemniejszych chwilach  istnieje  droga do odzyskania równowagi i  znalezienia sensu  w życiu.  Mam nadzieję, że  to nie ostatnia książka Tomasza Majchrzaka, oraz że wkrótce  podzieli się z nami kolejnymi swoimi przemyśleniami.

Książkę można kupić m.in tu:

1) Lubimy czytać 

2) Empik

3) link do bloga Autora (nie bójcie się o coś zapytać, nie gryzie 😜). 

Książka jest również dostępna w postaci e-booka. Polecam najbardziej wersję papierową, ale kto co woli.