Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herbatka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą herbatka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 listopada 2025

Niezwykły dzień w Kazimierzu

Długi weekend pracując w Departamencie? Absolutnie nie! To znaczy zależy dla kogo, bo kadra zarządzająca oczywiście miała wolne, ale pracownicy nie, zatem mój "długi weekend" ograniczył się do niedzieli, ponieważ w sobotę i poniedziałek byłem w pracy. Ale, kilka dni temu odezwała się Hania - ta urocza dziewczyna z Turkusowego Wzgórza z propozycją wspólnego śniadania w Kazimierzu Dolnym. Spotkanie, rozmowa, wspólne jedzenie - głupstwem byłoby odmówić, zatem w niedzielę z samego rana popędziłem do Kazimierza.

Hania zapobiegliwie pojawiła się wcześniej w umówionym miejscu przeczuwając, że natłok turystów spowodować może brak wolnych stolików. Ale ja też wyjechałem wcześniej, bo sam przejazd przez miasteczko oraz zaparkowanie w tak gorącym okresie to nielada sztuka. 

Nie wiem jak Wy to widzicie, ale dla mnie wspólne jedzenie to jeden z ważniejszych elementów spotkań i interakcji, który sprzyja budowaniu relacji oraz wzmacnia poczucie wspólnoty z ludźmi, których darzymy szacunkiem i zaufaniem. To właśnie przy stole, w atmosferze relaksu i dzielenia się jedzeniem często rodzą się najcenniejsze wspomnienia, a więzi umacniają się. 

Zamówiliśmy tradycyjne śniadanie (jajecznica, szynka, żółty ser, sałatka oraz pasta z twarogiem) oraz zieloną herbatę i oddaliśmy się długiej rozmowie. 

Hania to energetyczna i przebojowa dziewczyna z przepięknym uśmiechem. Jej otwartość sprawia, że można z nią swobodnie rozmawiać na absolutnie każdy temat, od codziennych spraw po głębokie filozoficzne rozważania, zawsze znajdując w niej uważnego i zaangażowanego słuchacza. Jest bardzo kulturalną i ciekawą osobą, przy której nuda nie ma żadnych szans.

Najedzeni postanowiliśmy wybrać się w okolice winnicy. Na Kazimierskim Rynku chmury szczelnie zasłoniły niebo, ale na szczęście wbrew prognozom pogody nie padał deszcz.

Śmiejąc się, żartując i rozmawiając na różne tematy dotarliśmy do winnicy, która o tej porze roku wyglądała inaczej - po letnim sezonie wydawała się, jakby odpoczywała w głębokim śnie nabierając sił do kolejnego wydania owoców, oraz przyjęcia gości.

Wracając do miasteczka inną drogą wstąpiliśmy do Galerii z przepięknymi obrazami. Jej właścicielka Klara (poznałem ją podczas winobrania) zaprosiła nas na herbatę. Miałem okazję zobaczyć miejsce pracy artystki, porozmawiać z domownikami oraz odpocząć w bardzo miłej (oraz jazzowej) atmosferze. 

Aż żal było wychodzić, ale za oknem zaczęło się ściemniać, do miasteczka prawie godzinny spacer, a przecież ja musiałem jeszcze wrócić do domu, zatem skierowaliśmy się w stronę Kazimierza. Tam z trudem znaleźliśmy wolny stolik u Dziwisza, bo mieliśmy - na koniec naszego spotkania - chęć na gorącą czekoladę.

Nawet nie wiem kiedy minął ten wspaniały dzień, a ja mam ochotę na kolejne spotkania z Hanią! Udało mi się zrelaksować, odpocząć oraz zapomnieć o pracy przynajmniej na ten jeden dzień. 

piątek, 26 stycznia 2024

Napięcia

Po zmianach managera, w firmie klimaty jak w polskim parlamencie. Każdy uważa że ma rację, że ma lepsze argumenty, lub po prostu - większe uzasadnienie do swojego działania. I nic to, że prawo stanowi inaczej, że przecież wytyczne są inne - prawo to my - jak uważają co niektóre osoby. Zatem wszystko wisi na włosku. Atmosfera do bani, ale co najlepsze - wszystko to dzieje się na innych szczeblach a nie wokół mnie. Oczywiście czasem ktoś próbuje mnie podgryźć, donieść do szefa, ale i tak pracuję sobie spokojnie w swym tempie.

Tymczasem na tygodniu i w weekendy mam sporo czasu dla siebie. W końcu. Na leniwą herbatę z widokiem na wschód słońca, na eksperymenty w kuchni, na książkę, na drzemkę, na długi spacer i wiele innych.

Na vege kotlety z kaszy gryczanej:

Świetnie pasują jako przekąska na zimno do pracy następnego dnia. Praktycznie bez niczego - żadnego sosu, czy innego dodatku. Są pożywne i smaczne. Będę robił częściej. 

Na zapiekankę ziemniaczaną:

Fajny pomysł na wykorzystanie resztek z dnia poprzedniego. Szybko się przygotowuje, równie dobrze smakuje odgrzane później. 

Na ciastka maszynkowe:

Tuż po upieczeniu czegoś mi w nich brakowało. Ale wystarczyło aby postały do następnego dnia i okazały się genialne. Chyba najlepsze jakie zrobiłem do tej pory.

niedziela, 31 maja 2020

Ciasteczkowa sobota

Sobota, wolny dzień po całym tygodniu. W głowie już od pewnego czasu chodzi za mną szarlotka, oraz tarta na słodko. Skoro mam trochę czasu, to może coś upiec w końcu? Tylko co - szarlotkę czy tartę? Długo się nie zastanawiałem - postanowiłem zrobić jedno i drugie.

Najpierw przygotowanie ciasta. To na szarlotkę jest z jajkiem i proszkiem do pieczenia, a na tartę z odrobiną śmietany - ale już bez jajka i proszku.



W każdym przypadku krótka lista składników - mąka, masło, cukier puder.


Po przygotowaniu ciast, chowam je do lodówki i zajmuję się jabłkami oraz kremem z mascarpone do tarty.



Jabłka ścieram na grubych oczkach i smażę z odrobiną cukru i cynamonu, aż zrobi się z tego prawie mus. Pięknie pachnie w całym moim małym mieszkaniu.


Przy okazji mnóstwo rzeczy do mycia - staram się to robić na bieżąco, bo inaczej zawaliłbym moją kuchnię stertą brudnych naczyń. Mascarpone łączę z ubitą śmietaną (30%) i cukrem pudrem. Porządnie schładzam. Formę na szarlotkę wykładam papierem, a tę na tartę smaruję masłem, po czym układam ciasto ręcznie (bo dość trudno się je wałkuje), no i czas na pieczenie.



180 stopni i do dzieła. Tarta mniej więcej po pół godzinie będzie upieczona, a spód do szarlotki podpiekam przez 15-20 minut i dodaję jabłka oraz ciasto na górę.


Jabłka już są (wyszło tego dość sporo, kupiłem około 1.5 kg), natomiast górę wykładam z ciasta, które również (tak jak jabłka)ścieram na tarce i znów do piekarnika - na około godzinę.



Gdy tarta się wystudzi, dodaję krem z mascarpone, a dla przełamania smaku trochę borówek amerykańskich.




Szarlotka dość długo się studziła.



Ale gdy już wystudziła się, kroję pierwsze porcje i dodaję cukier puder na górę.



Herbata, ciastko - w końcu mogę odpocząć :)


czwartek, 24 stycznia 2019

Prawo jazdy dla każdego?

Nieco głośniej gra u mnie muzyka Mozarta - dokładnie XVI sonata C-dur. Czasem słyszę jakieś głosy dziecięce (chyba z piętra niżej, tam gdzie kiedyś mieszkali starsi i bardzo mili ludzie) - więc chyba przeżyją jeśli usłyszą kilka dźwięków Mozarta?

Zaparzyłem czarną aromatyzowaną herbatę, jem ciastka przywiezione jeszcze z ostatniego pobytu w Grecji i odpoczywam. Dziś i jutro mam wolne od jazdy - większe projekty w drugiej pracy są tak rozłożone, że właśnie dziś i jutro jestem po prostu tam.

Tymczasem moja ulubiona kursantka (belferka, o której pisałem niedawno) nie rokuje dobrze. Ma już za sobą 24 godziny, ale...

Wszystko już umiem


Jej filozofia jest prosta: wszystko umiem, wszystko wiem i jestem the best! A jeśli jakimś cudem czegoś nie wiem, to zapytam instruktora, choć i tak wejdę mu w połowie zdania ze swoim "tak tak, ja to wiem panie Tomku!". Tak więc grunt to mieć dobrą samoocenę, przecież kierowanie autem to pikuś, nie takie rzeczy w życiu się robiło!

Ach, te lusterka!


Po wejściu do auta trzeba ustawić fotel i lusterka. Jej zajmuje to około 10 minut. Zapytacie jak to możliwe? Hmm, wszystko jest możliwe. Najpierw ustawia lewe - nieźle jej nawet idzie. Potem próbuje ustawić prawe, ale nigdy nie zauważa że nadal kręci lewym lusterkiem. W efekcie zupełnie przestawi lewe, po czym próbuje prawe. A potem od nowa. I tak owe 10 minut. Cierpliwość potrzebna od zaraz, ale bez problemu daję radę - wszak to dopiero początek :)

Jedziemy, ale gdzie?


Gdy już ruszymy kursantka nic nie zrobi sama. Tzn muszę jej wszystko mówić, choć nawet gdy powiem to pewności że zrobi to poprawnie nie ma. Np bardzo często myli trójkę z jedynką (współczuję skrzyni) oraz dwójkę z czwórką. Nie - to nie jest tak że my tego nie ćwiczymy na sucho przed każdą jazdą - ćwiczymy. Ale patrz punkt pierwszy - ona to wszystko już wie! Oczywiście zdarzy się pomylić hamulec z gazem, ale jeżdżę w pasach więc względnie bezpiecznie. Gorzej dla tych z tyłu, no ale mam "L" na dachu, więc powinni uważać. I tak zamiast prawego kierunkowskazu włącza lewy, choć czasem już jej nie mówię w ogóle bo lepiej aby żadnego nie włączyła zamiast tego co nie trzeba.

Dziwne ronda


Skrzyżowania o ruchu okrężnym to rzecz nie do przeskoczenia. Prawa i lewa strona, jakieś wysepki na środku - kto to w ogóle widział takie dziwactwa?! Jeszcze NIGDY nie przejechała poprawnie przez rondo, oczywiście z ciągłym moim podpowiadaniem i mówieniem co ma zrobić. Ona i tak pojedzie nie tam gdzie trzeba, lub ze złego pasa ruchu. Naturalnie przed rondem i już po tłumaczę jak powinno to wyglądać.

Znaki? Ale po co?


Znaki są. Jakieś. I stoją czasami. Już wiem, że nie mogę jej pytać jaki znak minęliśmy, bo ona tego nie wie. Więc obniżyłem próg (staram się być elastyczny, dobrze?) i pytam zawczasu. Na przykład - co oznacza strzałka pod tym znakiem?


Jej odpowiedź: "że jedziemy prosto!". Nie mam więcej pytań. Kiedyś, wyrzuciłbym z auta, ale trzeba być elastycznym, prawda? :P

A teraz czas na plac manewrowy


A tu już korzysta nie z mojej wiedzy, tylko z tego co znalazła w internecie. Mianowicie próbuje skręcać przy drugiej tyczce, a przy czwartej prostuje. Tzn próbuje prostować, bo zwykle zamiast odkręcać koła ona je dokręca jeszcze bardziej. No cóż, powiedziałem jej co sądzę o takich metodach i wyraźnie ale wciąż grzecznie odciąłem się od odpowiedzialności za takie wykonanie zadania.

Jeśli chodzi o sprawdzanie świateł i płynów sprawa wygląda tak. Zrobiliśmy to gdzieś na początku jej kursu, potem powiedziała że "następnym razem", potem że źle się czuje i nie chce wychodzić z auta, następnie stwierdziła że ona sobie czytała o tym w domu (!), potem jeszcze byliśmy w trasie więc też sprawdzanie nam uciekło, potem powiedziała że jest lekko przeziębiona i znów nie chce wychodzić na zewnątrz. No i ostatnio mieliśmy sprawdzić światła i płyny, ale...ona zrezygnowała z ostatniej pół godziny jazdy i zadecydowała że już chce wysiąść.

I co dalej?


Na każdej jeździe robię podsumowanie, omawiam co i jak należy zrobić - siłą rzeczy muszę to jakoś streszczać wszak u niej należy poprawić WSZYSTKO. Ktoś może zadać pytanie - czy ona się w ogóle nadaje? Wg mnie jeśli ona sama chce i deklaruje, że weźmie godziny dodatkowe aby się tego wszystkiego nauczyć to ja nie chcę stawać jej na drodze do upragnionego prawa jazdy. Moją rolą nie jest eliminowanie takich ludzi, ja ze wszystkich sił próbuję ją nauczyć jeździć :)

sobota, 10 listopada 2018

Podsumowanie tygodnia 57

Poniedziałek

Robię kilka egzaminów teoretycznych. Poniedziałek okazuje się fatalny dla ośmiu osób, którym nie udało się uzyskać wyniku pozytywnego. Jeszcze takiej sytuacji nie miałem. Oczywiście spędzam ten czas przy dobrej herbacie :)

Wtorek

Pogoda niesamowita. A wschody słońca mam takie (widok z okna):


Środa

Jeżdżę od samego rana do późnego wieczora. Na ulicach ani jednego policjanta, ani jednego radiowozu.

Czwartek

Szalony dzień:

7.45 wymieniam opony na zimowe (serwis)
9.00 zaczynam drugą pracę
11.10 kończę drugą pracę przed czasem i biegnę na zakupy
12.00 robię obiad (ziemniaki, schabowy i kalafior)
13.00 zamiast jednego projektu przygotowuję trzy - do wyboru (wiem że to głupie)
14.00 zaczynam jazdę
18.00 koniec jazd, zaczynam dodatkową jednogodzinną robotę
19.15 docieram do domu i robię kolację (warzywa na patelnię z mięsem wieprzowym)
20.00 układam letnie opony w garażu
20.20 znów przygotowuję projekt - zamiast jednego robię trzy - każdy inny tak, aby można było wybrać (i znowu wiem że to głupie)
21.00 odbieram auto od zmiennika a jednocześnie gotuję kaszę do sałatki na jutrzejszy dzień
21.30 kasza ugotowana, kabanosy pokrojone, suszone pomidory także - wystarczy doprawić i do lunch-boxa
22.00 herbatka, ciastko i koncerty brandenburskie, ale wcześniej muszę ogarnąć nieco mieszkanie
23.20 czas spać, jutro wstaję przed 6 rano (i znów piękny wschód słońca)

Piątek

Widzę kilka radiowozów na mieście. Jednoosobowe. Oczywiście nikt nie niepokoi kierowców, którzy parkują na zakazach, chodnikach, przejściach dla pieszych i w zasadzie wszędzie gdzie tylko chcą. Ostatnio widziałem auto zaparkowane na lewym pasie. Stało tak pół dnia.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Oczekiwanie

W pracy nieźle, tym bardziej że zacząłem dziś od 7.00 a skończyłem o 18.00. Myślami byłem w zupełnie innym miejscu - nie to abym się dziś nie przykładał - absolutnie. Po prostu moje serce było dziś zupełnie gdzie indziej już od samego rana... A gdy po południu dotarły do mnie dwie pierwsze wiadomości tuż "po", znów dotknęły moich najczulszych miejsc, oczy zrobiły się lekko wilgotne, a na sercu tak ciepło...

Kolejne wiadomości jeszcze bardziej utuliły mnie, oraz sprawiły że myśli z tyłu głowy odeszły w zapomnienie. Nie powinienem pozwolić im dojść aż tak daleko - choć łatwo się mówi, a gorzej robi. Tak, wiem że tylko w głowie układam te scenariusze i tylko tam tkwi problem, wiem że mogę liczyć na życzliwe osoby, ale czasem wolę pomilczeć (w różnych miejscach).

Na znajomym blogu kilka dni temu zainteresowała mnie książka "Małżeństwo we troje". Wadera od razu podrzuciła link, w którym książka była przeceniona o 50 % w dodatku z bezpłatną dostawą. Ani sekundy się nie zastanawiałem tylko od razu zamówiłem. Dziś już mam ją w domu, zaparzyłem więc dobrą herbatę i z marszu przeczytałem pierwsze opowiadanie - tak bardzo mnie wciągnęło.


Jutro jednak nie mam tego długiego wyjazdu o którym pisałem ostatnio. Ktoś się rozmyślił, bez mojej sugestii że w jeden dzień to może się nie udać, a na więcej czasu nie będę mógł sobie pozwolić. To dobrze, gdy moje myśli tak daleko ciężko byłoby skupić się na drodze...

A teraz czekam na to co będzie dalej. Mam nadzieję - wierzę w to że będzie dobrze, że będzie lepiej i że wszystko ułoży się tak, jak najlepiej moglibyśmy sobie to mogli wymarzyć...

poniedziałek, 18 lipca 2016

Mazury - cz. I

W stronę mazurskich jezior wyjechaliśmy w czwartek wieczorem, z prawie pół godzinnym opóźnieniem, ale nie ma się co denerwować - w końcu jedziemy na wakacje, a nie na czas. Ponieważ sama podróż to ponad 420 km, już wcześniej zarezerwowaliśmy miejsce noclegowe w mniej więcej 3/4 drogi.

Ścigamy słońce :)
Auto sprawowało się znakomicie - jak na mały miejski pojazd oczywiście. Następnego dnia z rana wyruszyliśmy dalej - cel Kętrzyn. Na spotkanie z Hebiusem przygotowywaliśmy się już wcześniej (szykując prezenty i upominki), ale po drodze i tak musieliśmy się dwa razy zatrzymywać - raz aby kupić ptasie mleczko (to z domu z lekka się zgniotło), a potem tuż przed Kętrzynem stanęliśmy przy pięknej łące, gdzie zrywaliśmy polne kwiaty na bukiet dla pani babci naszego znajomego.

Kętrzyn, widok z wieży
Za każdym razem starałem się wyprostować mój biedny kręgosłup. Po łącznie sześciu godzinach jazdy dotarliśmy do Kętrzyna. Hebius bardzo sprawnie przywdział rolę osobistego przewodnika, był niezwykle miły i taktowny. Zaprowadził nas w ciekawe miejsca, z przepięknymi widokami i interesującą historią (swoją drogą, ja bym tyle o swoim mieście chyba nie potrafił opowiadać).

Kętrzyn, m.in. siedziba starostwa powiatowego
Poczęstował nas aromatyczną herbatą i wyśmienitymi ciastami, a później jeszcze maślanymi naleśnikami z konfiturą truskawkową chyba. Były przepyszne, aż głupio mi było prosić o dokładkę, ale powinienem zrzucić kilka kilogramów, więc starałem się jeść powoli, przeżuwać dokładnie delektując się każdą cząstką domowego naleśnika smażonego na maśle.

Niestety czas upływał bardzo szybko, a my byliśmy umówieni na odbiór jachtu (jak się później okazało nie do końca przygotowanego na naszą godzinę odbioru). Z pięknym fikusem (i miodem), którego dostaję od Hebiusa jedziemy do Rucianego-Nidy.

Fikus w pierwszym rzędzie
Na szczęście to nie ja musiałem się zajmować tymi wszystkimi fokami i grotami, szotami i mieczami. Jedyną rzecz, którą wziąłem na siebie - to uruchomienie i obsługa silnika, na którym w pewnych momentach mogliśmy płynąć.

Most w Mikołajkach
Nasza Sportina okazała się całkiem spora wewnątrz - jak na moje wyobrażenia oczywiście - myślałem że będzie klaustrofobiczna, a żeby do niej wejść to trzeba będzie się wczołgać - a tu takie pozytywne zaskoczenie.

Śniadanie na jachcie
No, ale łazienki nie ma. I prądu. I wody z odpowiednim współczynnikiem pH także. Dobrze, że choć pasta z fluorem się znalazła. Korzystając z okazji biegnę pod prysznic w porcie - po nim czuję się jak nowo narodzony. Konkluzja - prysznic wart jest każdych pieniędzy.

Po wypłynięciu szukamy wiatru, nie sądziłem że aż tak ważny jest ten element pogody. Ale wiatr jest i to całkiem odpowiedni. Każdy większy przechył wiąże się z moimi obawami - przewracamy się, już szukać koła ratunkowego?!
To dla mnie pierwsze takie pływanie, a w dodatku te blisko przepływające żaglówki - massssakra! Nijak nie potrafię ocenić odległości, prędkości i tego czy się nie zderzymy. Jazda samochodem jest dziesięć razy łatwiejsza.

Sportina "na parkingu"
Godzinę później zbliżamy się do nieco mniejszej żaglówki. Teoretycznie mamy pierwszeństwo, ale ciągle się do siebie zbliżamy - gdybym miał hamulec już dawno bym go użył. A tu nawet sygnału dźwiękowego nie ma! No i na 2-3 metry przed zderzeniem wykonujemy - dla mnie zupełnie oszalały - szybki zwrot w prawo, bo inaczej doszłoby do zderzenia. Oczywiście w stresie nie robię nic - jedna osoba luzuje i wyciąga odpowiednio szoty i wykonuje gwałtowny ruch sterem do tego coś tam jeszcze robiąc z grotem.


Upewniam się, czy to na pewno my mieliśmy pierwszeństwo? Tak, mieliśmy. Na szczęście ten incydent nie popsuł mi dobrego humoru.

c.d.n.

wtorek, 19 stycznia 2016

Wieczór na odludziu

Jest późny wieczór. Z trudem znajduję wolne miejsce parkingowe blisko domu, otaczające powietrze jest wilgotne i chłodne. A nawet mroźne, ale już za chwilę zdejmuję nie tylko kurtkę ale i koszulę, ponieważ w mieszkaniu jest ciepło i przyjemnie.

Czy coś jeszcze powinienem zrobić? Przede wszystkim odpocząć, zanim wezmę gorącą kąpiel małą i przytulną przestrzeń mieszkania wypełniam pierwszym utworem z płyty Smooth Jazz Cafe (M. Niedźwiecki) - Outback Oasis. Mało w nim wokalu - bo prawie wcale. Dominują w nim moje trzy ulubione instrumenty - pianino, saksofon i perkusja - która w raz z całym innym akompaniamentem tworzy świetne tło dla rozgrywających. Perkusista korzysta w interesujących efektów brzmieniowych np. uderzając pałką o obręcz.



W środkowej części utworu do gry dołącza energetyczny i klarowny saksofon, którego dźwięku nie można pomylić z jakimkolwiek innym instrumentem. Tuż po zaprezentowaniu tematu głównego, wyciszone i uspokojone do tej pory pianino rozpoczyna swoją improwizację, opartą na efektownych synkopach, arpeggiach oraz w niektórych miejscach zdwojonych oktawach.

Wszystko to razem tworzy nieco szalony, egzotyczny i świeży klimat i nie wiem czemu zawsze ten utwór kojarzy mi się z przepiękną plażą, jasnożółtym delikatnym piaskiem, aksamitnym powiewem wiatru, oraz błękitem morza (oceanu?) i bezchmurnym niebem. Idylla, która w bezkresnej przestrzeni nie zna problemów i trosk codziennych.

Podobnie jest teraz u mnie. Świetna muzyka tworzy podkład, jakby zwiewne i kołyszące się na wietrze tło, w jednej dłoni trzymam dopiero co dostarczony numer Travelera a w drugiej gorącą herbatę o równie muzycznej nazwie Chopin. Zadaję sobie znów to samo pytanie - czy powinienem jeszcze dzisiaj coś zrobić?

Wzrokiem ogarniam zachęcającą okładkę - Raj dla każdego - Top 25 wyspy marzeń. Dominuje szmaragdowy kolor bardzo przezroczystej i pełnej kolorowych rybek wody, na horyzoncie piękne niewielkie domki pokryte jakimiś wysuszonymi liśćmi. Tak, raj i kropka. Pogłaśniam muzykę bardziej. Wkręcam się jeszcze głębiej. Czy to już jest ten moment, w którym nagrania z płyty Cafe słyszą sąsiedzi?

źródło: joemonster.org.pl

Oaza spokoju, relaksu i błogiego odpoczynku - to jedyne miejsce którego mi potrzeba po dniu pracy. Zupełne odludzie. Tylko muzyka, raj z okładki Travelera i gorąca herbata. Wreszcie mogę się wyłączyć, nic z otaczających mnie przedmiotów nie wymaga jakiegokolwiek dialogu. Nic nie zadaje pytań, choćby były one z górnej półki. Nawet telefon milczy, pojedyncze sms-y od znajomych wcale mi nie przeszkadzają.

Czy jeśli pogłośnię jeszcze odrobinę, to już będzie przesada? Nie wiem, dotąd nikt się nie skarżył na dźwięki wydobywające się z mojego odludzia :) Ale fakt, że nigdy o to nie pytałem. Mniejsza o to, wieczór dopiero się zaczyna ...

c.d.n.

piątek, 2 października 2015

Królewskie śniadanie

Kilka dni temu zostałem zaproszony na śniadanie. Nie jakieś tam zwykłe śniadanie, ale prawdziwe śniadanie angielskie! Z niecierpliwością oczekiwałem tego dnia, a poranne prasowanie koszuli wykonałem dokładniej niż zwykle ;-)



Delikatnie zrumieniony bekon - wyrazisty i soczysty, świetnie doprawiona fasolka, wyśmienite pieczarki w sosie (bliżej nie określonym, ale pyyyyszne), wspaniałe kiełbaski, sadzone jajka - smakowały po królewsku! Każdy kolejny kęs odkrywał jeszcze bogatszy smak poszczególnych składników, dokładności i uwagi podczas przygotowywania.


Do tego pyszne i chrupiące tosty z prawdziwym masłem oraz ... genialne pomidory na ciepło!


Skropione oliwą, oprószone bazylią, ziołami prowansalskimi - obłędnie pyszne, rozpływały się w ustach! A w połączeniu ze składnikami opisanymi powyżej smakowały jak mistrzowska polifonia - każdy głos był niezależny ale każdy odgrywał samodzielne kwestie.


Fantastycznie pyszne śniadanie zakończyła herbata (leśna łąka? - jak ktoś z komentujących pamięta to proszę o dopisanie ...) - aromatyczna, pełna smaku i zapachu. Muszę sobie sprawić taką herbatę, bo BARDZO mi się spodobała. Hmmm, czy nie jest mi zbyt dobrze?


Mniejsza z tym, do herbaty zjadłem bardzo dobrą szarlotkę i ... jeszcze dostałem prezenty! To herbata i ciasteczka z motowem Mini Morrisa, oraz whisky :)

A na wyjście dostałem pełny słoik pysznej fasolki oraz ugotowany wcześniej żurek - niesamowicie pięknie pachnący i pyszny - z białą kiełbasą, marchewką i ziemniakami. WYŚMIENITY! (zdjęcia brak - zjadłem go tak szybko....). Dziękuję!

To kiedy będzie następne takie królewskie śniadanie? :)

środa, 29 kwietnia 2015

Herbaciany wieczór

Pod koniec kwietnia mam mnóstwo blogowych, książkowych i muzycznych zaległości, które może przez weekend majowy co nieco nadrobię? Tymczasem kolejna strona kalendarza samolotowego:



Piękny "zad" samolotu, ozdabiał moją kuchnię przez cały kwiecień.

Tymczasem w równie reprezentacyjnym miejscu umieściłem kalendarz Komisyjny, wg którego np. wczoraj (28 kwietnia) był Dzień Metalowca - cokolwiek to znaczy :)



A teraz muszę odpocząć, zmęczenie kilkoma ostatnimi dniami daje się we znaki. Czas na zaparzenie ulubionej herbaty, włączenie fajnej, spokojnej i relaksującej muzyki ... ten wieczór znów należy tylko do mnie!

A w tle już snuje się:

 karnawałowo wiruje świat,
karnawałowo wirują słowa,
słowa twe
jak confetti deszcz,
żeś wreszcie przy mnie sens życia zgadł,
gdy jestem blisko, to grasz o wszystko,
szepczą mi
twoje słowa ćmy*

 * - W. Młynarski - Pogadaj ze mną/Karnawałowo wiruje świat