Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyzna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mężczyzna. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 lipca 2025

Podsumowanie tygodnia 406

Poniedziałek 

W tym tygodniu wyjątkowo dużo się działo - dobrych i złych rzeczy, ale po kolei.

Już kilka dni temu dogadałem się z  Tomaszem* w sprawie książki Dobre i złe dni - która właśnie ukazała się w księgarniach. Wiadomo - książkę mógłbym kupić bez problemu, ale chciałem mieć autograf lub dedykację. Myślałem o tym już wczesniej (na etapie powstawania jej). Okazało się, że to nic prostszego. Tomek zgodził się bez wahania (takie odniosłem wrażenie ) i zareagował bardzo życzliwie. A dziś - w poniedziałek - książka była już w drodze do mnie, a ja miałem pełne dane do podglądu gdzie dokładnie się znajduje.

*Tomek (bluesand) to autor książki, którą wysłał na swój koszt prawie zupełnie obcej osobie. Wiem, że czasem podgląda wpisy u mnie i w zasadzie to "znamy się" tylko wirtualnie. Prowadzi swój blog Z PTSD.  Chciałem się jakoś zrewanżować, miałem pewną propozycję ale została zamieniona na inną - wybraną przez Autora. Ok, niech i tak będzie :)

Wtorek 

Kontrola. Ze sporymi zastrzeżeniami dotycząca sprawy sprzed trzech tygodni. Ale tylko ze strony kontrolujących, bo wg mnie wszystko odbyło się zgodnie z przepisami, a także wytycznymi. Atmosfera fatalna. Kultura kontrolującego prawie zerowa. W sumie nie wiem czego lepszego się spodziewałem, przecież wiedziałem o tym już od dawna.

Środa 

Noc nieprzespana. Staram się o tym (wyniku kontroli) nie myśleć, ale wciąż bez powodzenia. Gdy widzę co robią inni staram się tłumaczyć, że ta moja sprawa nie dorasta im nawet do pięt. Ale po chwili dociera do mnie, że co innego wolno jednemu, a co innego drugiemu. 

No nic, jeśli sam ze sobą tego nie przetłumaczę, to nikt w tym nie pomoże. 

Po pracy basen. Zaczepiam nową babkę w kasie aquaparku. Jest miła, ale wszystko psuje mój kolega który na "dzień dobry" wyskakuje do niej z pretensjami. Bez sensu. On w ogóle nie potrafi rozmawiać z ludźmi (ja już go znam, więc na mnie to nie robi wrażenia).

Czwartek 

Cały dzień dyskretnie obserwuję zespół kontrolerów. Chodzą obok naszych stanowisk, zaglądają do dokumentów, laptopów i zadają pytania. Doskonale wiem, że wpadli na trop - pisząc delikatnie - niewłaściwego postępowania jednego z moich kolegów. Kontrolerzy wiją się jak opętani, ponieważ trafili na mocnego zawodnika, któremu nic nie mogą zrobić. A jednocześnie na grubą sprawę. Bardzo. Nie to co ze mną - bo myślę że mnie zjedliby na śniadanie. A tu zonk. Ciekawie się to obserwuje.

Poza tym, kilku fajnych klientów. Aż dziw bierze. Jeden z nich przechodząc do okienka mojego współpracownika zaczepia mnie: 

- Dzień dobry, szkoda że dzisiaj nie jestem u pana;
- Dzień dobry (odpowiadam), naprawdę trafił pan znakomicie (ależ tu kłamię, wiem że gość jest na przegranej pozycji i nawet mu współczuję, no ale przecież nie powiem mu tego nie?)

Po kilkunastu chwilach okazuje się, klient prawdopodobnie wróci do mojego Departamentu, ponieważ - tak jak sądziłem - jego sprawa została rozpatrzona negatywnie/odrzucona. W każdym razie, to było miłe! A takich miłych chwil jest tyle co kot napłakał. W dodatku, ludzie często mówią o tym co im się nie podoba, co mogą skrytykować. Pochwała lub miłe słowo zdarza się bardzo rzadko.

W tzw. międzyczasie kilka maili od Tomka, które czytam pomiędzy klientami ale nie mam czasu na odpowiedź. Jestem wciąż w robocie, a On ma już informację że książkę dostarczono. Po powrocie do domu okazuje się, że książka czeka na mnie w skrzynce pocztowej 🤗


Przeglądam ją "na szybko" (ze szklanką świeżego soku owocowego i włączoną klimatyzacją - bo na zewnątrz 28 stopni) i od razu mi się podoba! To, co z przodu jest idealnie zgrane z okładką z tyłu, a sam początek książki zachęca do czytania dalej! Świetna robota! Niestety mam tylko odrobinę czasu na nią, zatem pozostawiam książkę na czas po weekendzie - wtedy napiszę o niej więcej.

Piątek 

W pracy odliczanie do końca dnia. Jeden z kontrolerów zaczepia mnie, gdy w pobliżu nikogo nie ma. Pyta, czy nie czuję urazy. Szybko ucinam temat, bo nie chcę wałkować tego samego. 

Po pracy wyjazd do dużego miasta. Trochę anonimowości, więcej relaksu i spokoju niż u mnie. Jadę niezbyt szybko przez co dojeżdżam odrobinę przed wieczorem. Po zakupach kolacja w modnej restauracji nad zalewem z muzyką na żywo. Dziewczyna ładnie gra na saksofonie (altowym - bardzo lubię tę barwę) przeboje z  ubiegłych lat. W tle zachód słońca, na talerzu dobre jedzenie a wszystko to z miłą obsługą. Moja kelnerka jest młoda, dość wysoka i uśmiechnięta. Ma ładnie związane ciemne blond włosy i ogólnie - jest bardzo zadbana od góry do dołu. Stara się i pyta czy smakuje a później proponuje deser - sernik baskijski z konfiturą wiśniową - obłędny jak zawsze! 


Przesiaduję tam dłużej niż zwykle, po czym wybieram się na późno wieczorny spacer wokół zalewu. Wciąż jest ciepło i gwarno - lato w pełni :)

wtorek, 6 grudnia 2022

Szkolenie

Kilka dni temu wróciłem ze szkolenia. Takiego wyjazdowego, kilkudniowego. Mój Departament spokojnie mógłby się bez tego obyć, ale skoro inni wyjeżdżają, to przecież my nie możemy być gorsi! Tym bardziej że wyniki finansowe nienajgorsze, więc szalejemy! Mój manager wybrał miejsce, termin oraz wszystko inne tak, że nie było żadnego wyboru - nawet czas wolny został skrupulatnie zaplanowany. Cały program został zatwierdzony przez wszystkich ważnych ludzi, my - pracownicy musieliśmy się z nim zapoznać, podpisać akceptację i w drogę.

Najpierw szkolenie w Departamencie takim jak nasz, ale kilka razy większym. Wszędzie ochrona, kamery, bramki oraz drzwi, które otwierają się jedynie po zbliżeniu identyfikatora. Kilka pięter, nowoczesne windy, wszystko bardzo rozbudowane. Nasz gabinet głównego managera wygląda przy tym jak kanciapa ubogiego przedsiębiorcy. Sami nie mogliśmy się nigdzie poruszać, więc został nam przydzielony człowiek z "prawami dostępu" który oprowadził nas po niemal całej placówce. Przy okazji okazał się dość gadatliwym i skorym do rozmowy pracownikiem, więc sporo ciekawych rzeczy się dowiedziałem. 

Po obiedzie rozpoczęły się szkolenia. Wjechaliśmy na ostatnie piętro które okazało się być centrum edukacyjnym z kilkoma salami. W jednej z nich rozpoczął się blok trwający 180 minut. Dwoje wykładowców, bardzo ciekawa tematyka - taka adekwatna do czasów i problemów z którymi obecnie spotkam się coraz częściej. Te trzy godziny (z przerwami) zleciały bardzo szybko. Potem przekąski i ciąg dalszy ale z innej tematyki i z kim innym. Tu było jeszcze fajniej, ponieważ kobieta prowadząca zadawała nam mnóstwo pytań, a mi udało się odpowiedzieć całkiem nieźle na sporą ich część - może dlatego że siedziałem dość blisko i miałem z nią dobry kontakt wzrokowy? Niesamowite, jak szybko minęło 120 minut. 

Po szkoleniach zostaliśmy przewiezieni do hotelu. Jak się okazało z sauną, jaccuzi, basenem, pełnym zapleczem rekreacyjno-sportowym, oraz fantastyczną kuchnią. Wszędzie czyściutko, pachnące białe ręczniki i piękne nowoczesne oświetlenie zrobiły na mnie ogromne wrażenie. A gdy potem spojrzałem na opinie hotelu były tam prawie same najwyższe oceny. Nie sprawdzałem cen - bo przecież za wszystko płacił mój Departament. Po wyśmienitej kolacji podsumowanie dnia przez szefostwo i przydzielenie pokoi (dwuosobowe). Tu w naszej placówce było najwięcej zgrzytów już przed samym wyjazdem. Jeden chciał być z tym, drugi nie chciał być z kimś innym, normalnie jak w przedszkolu. Dla mnie było obojętne z kim będę spać, przecież to tylko kilka dni - nie ma co robić problemów z tak błahego powodu. 

Został więc mi przydzielony (a raczej ja do niego) pan B. W hierarchii on prawie na szczycie naszego wydziału, a ja - sami wiecie - typowy noob. Ale przez te półtora roku całkiem nieźle się z nim dogadywałem (już na początku zaproponował by mówić mu po imieniu - mimo dużej różnicy wieku/stanowiska/statusu finansowego), a nawet mieliśmy sporo wspólnych tematów, o których z innymi współpracownikami w ogóle nie było rozmowy. Smooth jazz, Bieszczady, knajpki i kawiarnie w Przemyślu, auta elektryczne, rodzaje serników i szarlotek - mogliśmy o tym rozmawiać w każdej nadarzającej się przerwie. Ale... Kilka dni wcześniej podczas rozmów w cztery oczy z moimi współpracownikami typowaliśmy kto z kim będzie w pokoju i tak się składało, że nikt z nich nie chciał być razem z B. Zastanawiało mnie to, no ale bez przesady.

Teraz już doskonale ich rozumiem. Z oczywistych względów nie mogę pisać o szczegółach, ale jedną noc wytrzymałem. Ponieważ później było tylko gorzej, zastanawiałem się co robić, mam już trochę lat, ale jeszcze nigdy w życiu nie byłem w takich sytuacjach. Niby stałem z boku, ale jednak byłem tak blisko. Mogłem nie robić nic, mogłem działać, ale przede wszystkim starałem się odnaleźć w tym wszystkim. Podjąłem decyzję i kolejne noce spędziłem gdzie indziej - a tak na prawdę po prostu za ścianą - korzystając z pewnego zaproszenia. Czyżby aż tak było widać moje zmieszanie/zażenowanie całą sytuacją? 


Z dzisiejszego punktu widzenia możliwe, że była to trochę zbyt pochopna decyzja, aczkolwiek stanowiła ona jedynie promil całości zdarzeń, które nie powinny nigdy mieć miejsca. Na pewno moja decyzja nie miała wpływu na dalszy bieg sytuacji, a kolejne dni mijały na szkoleniach, skrupulatnie zaplanowanym "czasie wolnym" oraz anormalnym zachowaniu B. Cudem udało mi się kupić dwie kartki, niemalże "ukradkiem" wskoczyć na pocztę i je wysłać!

Wciąż jestem pod wrażeniem w zasadzie wszystkiego co odbywało się na tym szkoleniu. Mam mnóstwo pozytywnych wrażeń i kilka negatywnych, które teoretycznie nie powinny przyćmiewać tych dobrych. Ale jednak - wciąż one przelatują mi przed oczami, pojawiają się w ciągu dnia i nocy, analizuję je z każdej strony i zastanawiam się dlaczego:
  • bo dotyczą B. którego wydawało mi się że znam?
  • bo nigdy nie widziałem czegoś takiego?
  • bo nie wyobrażam sobie jak on może teraz spojrzeć innym w oczy?
  • bo ja po czymś takim spaliłbym się ze wstydu?
  • bo inni tolerują stan jaki jest a nie powinni?
  • bo zadziwia mnie bierna postawa managera?
  • bo innym brakuje odwagi, tak jak mi*?
  • bo skoro cały Departament wiedział, dlaczego nie wprowadzili żadnych środków zaradczych**?
Mimo całej mojej podłości, daleko mi do B. i wiem, że gdybym kiedykolwiek wkroczył w te rejony to byłby już czas bliski końca. Końca mojego intelektu (już obecnie minimalnego ale jednak), odruchów typowo przypisanych homo-sapiens, oraz wszelkich innych - ogólnie pisząc rzeczy i spraw normalnych

* Jako typowy noob w Departamencie, czuję się najmniej adekwatny do tego, aby komukolwiek prawić uwagi. Jakiekolwiek. Już wiem, że nawet te najbardziej życzliwe i wynikające jedynie z czystej chęci pomocy komuś, mogą być odebrane zupełnie inaczej. Tym bardziej, jeśli dotyczą one osoby, od której przynajmniej teoretycznie - mam się uczyć i brać przykład. Osoby, za którą w tej chwili mógłbym co najwyżej chodzić i sprzątać. Nie widzę najmniejszych przesłanek ku temu, aby mówić innej osobie jak ma żyć, co robić, co jest dobrem a co złem, co można a czego nie można, ponieważ takie uwagi mogę dać najbliższym znajomym, lub swoim dzieciom - gdybym je miał oczywiście. Ale nie dorosłemu facetowi, który ma ze sobą problem(y). Zwłaszcza że cały rząd managerów i innych szefów prawie nic/w ogóle nic nie robi.

I tak sobie myślę, że te wszystkie fakultety, studia, wieloletnie doświadczenia, dodatkowe kursy oraz  certyfikaty wszelkiej maści można o kant potłuc. Są one zupełnie niczym. Można być wykształconym i bogatym chamem, lub ubogim i prymitywnym ale na poziomie. Jeśli nie ma się elementarnej kultury, ogłady, dyscypliny, szacunku do innych, jeśli się nie używa mózgu, ma innych w głębokim poważaniu - wszystkie dyplomy szlag trafi. Jeszcze nigdy nie widziałem tak wielkiej amplitudy pomiędzy jednym a drugim w tym samym człowieku i wydaje mi się, że szczególnie to zrobiło na mnie wrażenie. To jest ten punkt kulminacyjny, który pozostawił głęboko wyryty rów. 

** Nasz Departament ma regułę/zarządzenie/definicję na każde możliwe zdarzenie, ale jak widać - najmniej obrotny jest tam gdzie trzeba.

Tymczasem życie toczy się dalej. Jedne relacje będą takie same, drugie będą mocniejsze/lepsze a trzecie z kolei - sporo gorsze. Kilkudniowe szkolenie może odsłonić drugie "ja" człowieka - na plus lub na minus, lub też utrwalić usposobienie na obecnym poziomie. Mam nadzieję, że ja przynajmniej pozostałem na tym samym poziomie.

niedziela, 27 marca 2022

Prawie rok w Departamencie

Departament Spraw Trudnych i Beznadziejnych. Pracuję tam już prawie rok, z tej perspektywy wciąż uważam że ta praca jest świetna, genialna, fantastyczna, przebojowa oraz innowacyjna i wymagająca. Oczywiście nie ma róży bez kolców - czasem jest dość trudno, jeszcze bardziej wymagająco, oraz zwyczajnie źle. Ale to jednostkowe przypadki, o których staram się jak najszybciej zapominać. Najgorsze są pierwsze niepowodzenia, błędy, kiksy - które na dłużej zostają w pamięci. Ale na horyzoncie jest kolejna podwyżka, bonusy na święta oraz premia. Przy okazji ostatniego podsumowania mojej poprzedniej pracy jako instruktora nauki jazdy oraz porównania jej do tej obecnej w Departamencie, finansowo przez pół roku w tej nowej zarobiłem 225% więcej. Oczywiście pracowałem zdecydowanie mniej niż w starej pracy.


Mniejsza o to, w piątek miałem bardzo ciekawą sytuację. Ostatni klient, przyszedł punktualnie. Procedury standardowe, ale coś mi nie grało... Gość nie bardzo reagował na to co ja mówiłem. No dobra - maseczka - pomyślałem że może to przez nią on po prostu nie słyszy o co go pytam. Komunikacja z nim jeszcze bardziej się skomplikowała, gdy doszliśmy do dość istotnych kwestii. Od tego zależy, czy jego sprawa będzie załatwiona pomyślnie czy nie. W głowie mam pytanie: czy to co on mówi w ogóle się nagrywa? Odpowiadał mi tak cicho, że co chwilę prosiłem go o powtórzenie ale głośniej udając, że to ja nie słyszę. Manager niejednokrotnie powtarzał, że wszystko musi się nagrać bo inaczej będzie źle. 

Sprawa przeciągała się coraz bardziej, ale w pewnym momencie okazało się, że gość nie jest w stanie sprostać wymaganiom i jego sprawa zakończy się niepomyślnie dla niego. I wtedy się zaczęło - potrafił mówić wyraźnie głośniej, ale zupełnie nie to o co go pytałem. Początkowo balansował na granicy kultury, by po chwili przeskoczyć w otchłań swoich własnych przemyśleń i krytyki mnie oraz Departamentu. Negował procedury, które powinny być zachowane mimo rychłego zakończenia jego sprawy. Niestety, musiałem dopełnić końcowych formalności (kilkanaście minut) i w tym czasie wysłuchiwać jego teorii. Jakże były one odległe od stanu faktycznego - szok. Nawet nie próbowałem z nim dyskutować, ponieważ z doświadczenia wiem iż to bez sensu. Tak więc ja swoje, on swoje. Pozytywne w tym było to, że gość nie był agresywny czy niebezpieczny, oraz to że wszystko było nagrywane, więc gdyby cokolwiek się wydarzyło nagranie byłoby dodatkowym potwierdzeniem.

Na koniec - przy rozliczeniu dokumentów - facet zadał mi pytanie. Było ono tak absurdalne, oraz tak bardzo nie miałem na jakąkolwiek ochotę na rozmowę z nim, że w krótkim zdaniu odesłałem go do innego działu naszego Departamentu. Oczywiście, gdyby był choć trochę normalny oraz w miarę kulturalny - udzieliłbym mu odpowiedzi, ale nie w tej sytuacji. Od okienka odszedł z kwitkiem, a mnie kosztowało to trochę nerwów - choć wiem że to nie koniec ponieważ facet może tu wrócić niebawem...

środa, 29 września 2021

Dokumenty

W Departamencie niemiły zgrzyt. Pracuję tam od trzech miesięcy i ciągle poznaję współpracowników - a ci raz są tacy a kolejnym razem inni. Albo - jak coś potrzebują to mało co nie wejdą w tyłek, a gdy im coś nie na rękę to potrafią uzewnętrznić naturę odmienną niż kulturalna. Oczywiście nadają na siebie nawzajem podczas nieobecności drugiej osoby - przy czym zupełnie inaczej wyrażają się gdy tej drugiej osoby nie ma a inaczej gdy jest. 100% niespójności. Czasem gdy tego słucham to zupełnie nie rozumiem, więc staram się słuchać jak najmniej. Ale nie o tym - wracam do zgrzytu, ponieważ dotyczył on mnie bezpośrednio.

Otóż jeden ze współpracowników musiał podejść dziś do okienka, ale do innego niż zwykle (nie do swojego) - to okienko dla osób niepełnosprawnych/innych nietypowych. Stanowisko to jest rzadko wykorzystywane - ale w pełni funkcjonalne (czasem używamy go jeśli jest jakaś awaria komputerów przy innych okienkach). Można na nim załatwić wszystkie sprawy tak jak na zwykłym okienku. Wcześniej byłem tam ja, zalogowałem się, rozpatrzyłem sprawę klienta, przybiłem kilka pieczątek, wylogowałem poprawnie i poszedłem wypić herbatę. W dodatku otworzyłem okno, gdyż w powietrzu unosił się niezbyt miły zapach a wiedziałem że jeszcze w tym samym dniu okienko to będzie wykorzystywane. Gdy kilkadziesiąt minut później podszedł tam wspomniany współpracownik ze swoim klientem okazało się, że nie jest on przygotowany do obsługi petenta - nie dość że nie miał wszystkich dokumentów/kodów dostępu, to jeszcze chciał aby na stanowisku były dodatkowe "papiery" które tak naprawdę nikomu nie są potrzebne, ponieważ wprowadza się je do systemu jedynie raz (i one oczywiście były już wprowadzone - inaczej nie mógłbym się tam zalogować). Ale on je chciał - i to oczywiście ode mnie! On po drugiej stronie sali, ja przy swoim okienku z kolejnym petentem i słyszę takie coś: "Tomek, a gdzie są dokumenty?" No myślałem że pójdę do niego i puszczę mu wiązankę brzydkich słów, ale oczywiście nie zrobiłem tego.

Współpracownik zrobił to celowo, gdyż w innych przypadkach pracy na tym okienku nie wymaga żadnych dodatkowych dokumentów, ale skoro zauważył że wcześniej byłem tam ja, to pomyślał że poznęca się nad nowym pracownikiem - czyli mną. Na jego pytanie odpowiedziałem mu "a zorganizuj sobie jak je potrzebujesz". Kolega odwrócił się i wyszedł  zostawiając petenta przy okienku!!! Wyobrażacie to sobie? Zostawić klienta przy okienku i odejść?!?!? Gdyby to zauważył manager kontrolujący, lub główny manager, to współpracownik musiałby się nieźle tłumaczyć, ponieważ to wbrew regulaminowi. Klienta NIE MOŻNA pozostawić przy okienku!!! Musiałoby się chyba zacząć palić, aby można było sobie odejść od stanowiska, no ale... Tylko kilka osób z mojego działu to zauważyło, a kontrolującego dzisiaj nie było w pracy.

Gdyby tylko współpracownik wykazał odrobinę dobrej woli wcale nie musiałby opuszczać okienka, ponieważ nawet bez jego kodów dostępu mógłby załatwić sprawę klienta, a później uzupełnić to co trzeba (nie raz ja tak robiłem gdy okazało się że czegoś nie wziąłem ze sobą) - ale nie - on postanowił zrobić wielkie halo.

W ogóle, zauważyłem że ten współpracownik "bawi się" telefonem w czasie obsługi, a kiedyś w przerwie powiedział że musi sobie zrobić nową listę piosenek do słuchania bo już stara mu się znudziła. Nie mam pojęcia czy on słucha muzyki w czasie kontaktu z klientami i zupełnie mnie to nie interesuje, ale nie zdziwiłbym się gdyby tak faktycznie było. Jakie to szczęście że to jest poza mną, że ja tak nie robię oraz że reprezentuję innym poziom pomimo tego, że on pracuje tu już ponad dziesięć lat (jak sądzę).

Naturalnie mógłbym pójść z tym do managera, wtedy kolega oberwałby po nosie - ale po co? On wybroniłby się, ponieważ jako pracownik z o wiele dłuższym stażem ma większe zaufanie niż ktoś taki jak ja - pracujący trzy miesiące. Nie zamierzam schodzić do jego poziomu, ale postanowiłem ograniczyć kontakty do niezbędnego minimum, unikać wszelkich dialogów, nie reagować na zaczepki i odciąć się maksymalnie. 

czwartek, 3 czerwca 2021

Degenerat

Na pierwszą jazdę przyszedł kilka tygodni temu, dziś kończy kurs. Nadal jest młodym buntownikiem, który wszystko chce zrobić po swojemu. Rad słucha dopiero, gdy coś mu się nie uda - ale wg jego mniemania oczywiście. Bo np to że nie włączy kierunkowskazu, lub naruszy linię podwójną ciągłą, albo gdy przekroczy prędkość to zupełnie normalne, a gdy zwracam mu uwagę na te sprawy to uważa że się czepiam. Może faktycznie się czepiam :P

Na szczęście pracuję na firmowym sprzęcie, ale gdy na kolejnej jeździe zaczął ruszać z piskiem opon na placu manewrowym, a na mieście ruszał i przyspieszał do około 5-6 tys obrotów silnika nie wytrzymałem. Wygarnąłem mu, że nie tylko nie jeździ z głową ale także nie szanuje sprzętu (pojazdu) do nauki. Że bez sensu jest gwałtownie przyspieszać aby za moment równie gwałtownie hamować. Bo ja rozumiem że on jest młody i że lubi poszaleć, tylko ile można to tolerować? Po tym wszystkim przez dwie jazdy był bardzo grzeczny. Jechał normalnie, uważał na wszystkie znaki, ładnie zmieniał biegi i w ogóle - nawet nie przekroczył prędkości.

Po dwóch jazdach znowu się zaczęło. Akurat wczoraj chciał podjechać do domu (posesja tuż za miasteczkiem). Podjeżdżamy pod bramę za którą kręci się jego ojciec. Młody machnął do niego lekceważąco, a ojciec prawie w biegu otworzył nam bramę. Od razu pomyślałem sobie, że to takie bezstresowe wychowanie. Gdy chwilę rozmawiałem z rodzicem dowiedziałem się, że kursant jest pełnoletni i robi co zechce, a do domu wraca kiedy chce. Za moich czasów takich rzeczy nie było, jednak rodzice byli autorytetem nie tak jak obecnie.

Ale to jeszcze nic. Najbardziej poirytował mnie następujący fakt. W drodze do jego domu minęliśmy patrol z miernikiem prędkości. Mój kursant po przejechaniu obok policji zaczął mrugać i ostrzegać tych jadących z przeciwka. Najpierw zauważyłem to ale nie miałem pewności na 100%, ale poczekałem chwilę i  przy drugim razie nie miałem wątpliwości. Degenerat. Na szczęście to jego ostatnie jazdy, więc wytrzymam to.

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Marne szanse

Na jedną godzinę jazdy przychodzi w miarę młody chłopak. Już przed jazdą dowiaduję się w biurze, że zatrzymali mu uprawnienia i niebawem ma kontrolny egzamin. Wziął sobie jedną godzinę, aby zobaczyć co jest na placu i żeby trochę po mieście pojeździć. Chłopak na jazdę przyjechał swoim autem (kiedyś mnie to szokowało, ale nie dziś). Robił typowe błędy kierowców z ulicy. Czyli jazda na luzie, przyspieszanie przed sygnalizacją, kierowanie jedną ręką itp. itd.  

Po kilku moich uwagach dość szybko poprawił te błędy (to mnie zaskoczyło że tak szybko to poprawił). Pokazałem mu na placu co i jak, a następnie wziąłem go w jedno z trudniejszych miejsc, które wymaga znajomości przepisów - ale nie takich oklepanych - tylko na nieco wyższym poziomie. O dziwo chłopak pojechał bezbłędnie! Do tego z gracją omijał wszystkie dziury i studzienki, no ale to normalka - wszak on cały czas jeździ mimo zakazu.

Pierwszy raz zatrzymali go bo w obszarze miał ponad 120 na liczniku, drugim razem trochę mniej - ale obowiązywał go wtedy trzymiesięczny zakaz prowadzenia - który został przedłużony o kolejne trzy miesiące. Trzeci raz znowu przekroczył prędkość w okresie obowiązywania zakazu, dlatego prawo jazdy zostało mu cofnięte - teraz musi zdawać wszystkie kategorie od samego początku. Nie wnikam co gdzie i jak zrobił - ale powinien odbyć cały kurs szkolenia. A może już to zrobił - nie pytałem, bo co mnie to obchodzi? Co do egzaminu - raczej go nie zda, chociaż jeździ kilka razy lepiej niż "zwykły" kursant.

Po jeździe ze mną podszedł do swojego auta i chyba było mu głupio odjeżdżać ot tak przy mnie (jego auto stało przy mojej firmie) bo wszedł do środka i jakby na coś czekał. Ale ja akurat kończyłem pracę i wsiadłem za kierownicę i pojechałem do domu. On także (lub gdziekolwiek indziej), a jutro zapewne podjedzie pod WORD - wiem o której ma egzamin więc z ciekawości pokręcę się tam by to zobaczyć :)

Tymczasem na ulicach miasta zima. Wreszcie.


I z ostatniej chwili:



czwartek, 26 listopada 2020

Wyrachowany trans

Transpłciowy kursant uparty i dziwny w obyciu. Na jednej z ostatnich jazd wszystko próbował zrobić po swojemu, mimo że naprawdę dużo czasu poświęciłem na dokładnie omówienie co i jak ma zrobić, czego oczekuję i jakie możliwości powinien wykorzystać. W ogóle nie wziął tego do siebie.

Np. podczas omijania zaparkowanych przy krawędzi pojazdów przejeżdża tak blisko nich, że albo muszę gwałtownie hamować albo szybko chwytać kierownicę aby skorygować tor jazdy, ponieważ inaczej wbilibyśmy się w zaparkowane auta lub w te jadące z przeciwka. A powinien po prostu poczekać aż pojazd z przeciwka przejedzie i wtedy spokojnie rozpocząć manewr omijania. On uważa, że "miejsca jest wystarczająco". Tłumaczę więc, ale po kilku minutach gdy znowu daję mu podobne miejsce i zadanie on znowu pcha się na auta.

Nic jednak nie zmąci mojego dobrego nastroju, stajemy więc w bezpiecznym miejscu, a ja wzbogacam wypowiedź o szkice i rysunki tak, aby zrozumiał o co chodzi. I tak w kółko co kilka/kilkanaście minut.

Inny przykład - mówiłem już mu wiele razy jak należy wykonać manewr zawracania (ba, miał to wszystko na wykładach), ale gdy wydaję mu takie polecenie on znów robi to inaczej - wg swojego "widzimisię". Albo jest tak głupi że nie rozumie moich prostych poleceń, albo tak przebiegły i wyrachowany w tym co robi. I tak sobie myślę, że chyba to drugie. 

Zauważyłem, że po każdym takim chwilowym postoju jego zachowanie jest wyjątkowo demonstracyjne. Ruszanie ospałe i wręcz flegmatyczne, zmiana pasa ruchu bez eliminowania martwego pola, parkowanie na styk do innego auta - mam wrażenie że on testuje moją cierpliwość, ponieważ w normalnych sytuacjach robi te rzeczy całkiem poprawnie. A może jest oburzony tym że tyle mu tłumaczę? 

Nie pamiętam czy pisałem o tym, ale kilka jazd temu zwróciłem mu uwagę by nie trzymał dłoni na lewarku skrzyni biegów. Opowiedział że jeździ tak jak jego koledzy. Pomyślałem wtedy o nim same najgorsze rzeczy, ale gdy skończył jazdę delikatnie zaznaczyłem że ważne aby wybrał czy będzie słuchał kolegów czy instruktora. Nie odpowiedział na mój komentarz. W ogóle mało mówi, co mnie w tym wszystkim najbardziej cieszy, ponieważ nie chcę mieć z nim żadnych wspólnych tematów do rozmów. Zarozumiałość i specyficzny sposób bycia to jego problem, nie mój - ja tylko robię swoje. 

Do końca jazd pozostało mu pięć godzin, możliwe scenariusze to:

  1. na egzaminie obleje
  2. na egzaminie celowo pojedzie lepiej niż u mnie
  3. na egzaminie będzie miał szczęście i zda
Myślę że najbardziej prawdopodobna opcja nr 2.

sobota, 27 czerwca 2020

Podsumowanie tygodnia 141

Poniedziałek

Zaczynam od 7.00 akurat spod swojego bloku. Czekam punktualnie, po piętnastu minutach dzwonię, ale kursant nie odbiera. To nie jest jego pierwszy raz, kiedy nie przychodzi na jazdę. Mam więc prawie 2 godziny dla siebie.

Mój balkon lekko ukwiecony. Kupiłem ostatnie dostępne kolorowe roślinki, przesadziłem w swoje doniczki i podlewam nawozami, aby ładnie wyglądały :)




Wtorek

Pod koniec dnia trafia mi się osoba, która już nieco godzin jazdy ma za sobą. Ale wciąż nikt nie nauczył jej dostosowywania prędkości. W efekcie pędzi jak szalona, nie zwalnia ani przy przejściach, ani przed zakrętami, ani przy skrzyżowaniach. Napracowałem się, ale mam nadzieję że zrozumie o co chodzi.

A poza tym - zapisałem się na egzamin weryfikacyjny. Jadę do Gdańska za około miesiąc na egzamin teoretyczny - nie wiem jeszcze jak ogarnę to organizacyjnie, ale zobaczymy :)

Środa

Z samego rana na 2 godziny dziewczyna. Bardzo wysoki poziom kultury, normalnie aż jestem zaskoczony że jeszcze są tacy młodzi ludzie - niezwykle miło się pracowało :)

Czwartek

Podczas wykładów on-line kolegi dochodzi do nieprzyjemnych wydarzeń. To może efekt złudnej anonimowości tych którzy siedzą po drugiej stronie komputera? Nie wiem, ale były one (wydarzenia) na tyle złe, że sam szef zaangażował się w sprawę. Ja mam nadzieję, że nie będę miał tej nieprzyjemności i nie będę musiał z łobuzem jeździć.

Piątek

Kontynuacja z czwartku. Procedury wykładów on-line zostały zmienione, trwa namierzanie łobuza i jest to tylko kwestia kolejnego wykładu (w poniedziałek). Głupota ludzka nie zna granic.

środa, 3 czerwca 2020

13.00-14.00

Od 13.00 powinienem mieć kolejnego kursanta. Ukończył już kurs, jeździł z kim innym, a teraz wykupił tylko jedną godzinę aby po przestoju wirusowym przypomnieć najważniejsze zasady. Zjawia się dokładnie o 13.21 kiedy ja zaczynam pić herbatę. Odstawiam ją i o 13.25 ruszamy. Ponieważ deklaruje chęć pojechania na plac manewrowy kieruję go w tamtą stronę, ale przypomina sobie że jednak lepiej będzie podjechać do WORD-u aby zapisać się na egzamin teoretyczny.

Zmieniam więc szybko trasę i po kilku minutach dojeżdżamy do celu. Kursant bierze coś z plecaka i idzie do biura obsługi. Powinien najpierw iść do kasy, ale co będę dorosłego pouczać? Przychodzi po kilku minutach stwierdzając, że nie chcieli go zapisać tylko wcześniej kazali zapłacić. Kursant oburzony, bo przecież mógłby zapłacić później (gdzie się tacy ludzie wychowali?!).

Koniec jazdy jest wesoły. Pytam go czy ma jakieś pytania, a on stwierdza że chciał tylko sprawdzić czy pamięta jazdę, i sam ocenia: "świetnie mi poszło" - po czym wysiada i mówi do wiedzenia. Auto gasło mu na co drugim skrzyżowaniu, kilka razy nie ustąpił pierwszeństwa, kierunkowskazy dla niego prawie nie istnieją, a na temat świateł i ich użycia w pojeździe w ogóle ma dość "luźną" wiedzę (to teraz zdaje się takie mode określenie zastępujące słowo zero). Tylko tyle w tak krótkim czasie wyszło. Jest 14.00, dezynfekując po nim auto mam wciąż w głowie jego ocenę jazdy, oraz niesłabnący szeroki uśmiech :)

środa, 20 maja 2020

Akcja na mieście

Wczoraj. Kilkanaście minut po dwunastej wyjeżdżamy z kursantką z parkingu. Na skrzyżowaniu z sygnalizacją świetlną jest mały korek. Przed nami stary Opel Astra, którego kierowca nie rusza mimo zielonego światła. Nikt nie trąbi, więc czekamy na kolejne zielone, a gdy sygnalizator nadaje kolor zielony Astra rusza, ale bardzo powoli i zamiast na wprost wjeżdża na chodnik. Pomyślałem że pewnie auto mu się psuje bo wiek Astry jest już całkiem sędziwy. Gdy się zbliżyliśmy do niego z chęcią ominięcia, auto ruszyło a my zostaliśmy z tyłu.

Droga prowadziła do centrum, a Opel zaczął jechać od krawężnika do środka jezdni (prędkość około 30 km/h). W pewnym momencie kierujący wjeżdża na dość spory krawężnik, by od razu gwałtownie z niego zjechać. Na chodniku było kilka osób, więc tym bardzie zaczyna mnie to niepokoić. Dzwonię na 112 aby poinformować o tym, że być może z kierującym jest coś nie tak.

Podczas rozmowy z operatorką Opel wjeżdża w znak na środku drogi czym uszkadza swoje lewe lusterko (odpadło na jezdnię), a kierujący gwałtownie kontruje znowu wjeżdżając na chodnik. Informując o wszystkim panią z numeru 112 jedziemy cały czas za pojazdem który odbija się z jednej na drugą stronę.

Po około dwóch kilometrach dojeżdżamy do ronda, na którym Opel zatrzymuje się przed wjazdem - my wciąż za nim w oczekiwaniu na patrol Policji. Widzę, że kierujący ma problemy z ruszeniem bo co raz staje i próbuje gwałtownie podjechać do przodu, tymczasem z okolic maski zaczyna wydobywać się dym. Za nami mnóstwo samochodów, przed nami gość który nie wiadomo co zrobi, a policji oczywiście nie ma. Wychodzę z auta by spróbować zabrać klucze, ale gość ani myśli ich oddać. Ponieważ jest nieco agresywny ponownie dzwonię na 112 aby przyspieszyć przybycie mundurowych. W międzyczasie dostrzegam jadący z przeciwka ronda radiowóz, do którego wychodzę na środek ronda i macham aby zorientowali się że tu coś się dzieje. Policjanci podjeżdżając blokują mu wyjazd od przodu (moja eLka stoi za nim) i podbiegają do kierującego krzycząc aby oddał klucze, maska wciąż dymi (czuję zapach spalenizny).

Po chwili dojeżdża kolejny radiowóz otaczając Opla z przodu i lewej strony. Po otwarciu drzwi wszyscy czujemy odór alkoholu bardziej niż spalenizny (dym powoli ustaje), a policjanci mają już klucze w dłoni. Od kierowcy chcą prawa jazdy, zadając pytanie czy spożywał jakiś alkohol. Ten bełkotliwie odpowiada że nie, a prawa jazdy nie ma przy sobie. Mnie pytają o okoliczności, a jednocześnie sprawdzają go alkotestem. Gość ma jedynie dowód osobisty, na podstawie którego policjanci próbują go sprawdzić w bazie. Okazuje się że w ogóle go nie ma - a więc najpewniej nie ma uprawnień do kierowania.

W tym czasie na sygnałach z wielką prędkością podjeżdża trzeci radiowóz - z wydziału ruchu drogowego. Dwóch policjantów od razu podchodzi z kajdankami próbując założyć je kierującemu, ale ten zaczyna się szarpać. O dziwo ja stoję wśród nich na samym środku głównego ronda i oglądam to z odległości kilkunastu centymetrów (w sumie pytałem czy mogę już odjechać, ale powiedzieli żeby poczekać chwilę na spisanie moich danych, a teraz dotarło do mnie że nikt nie zwrócił mi uwagi bym chociaż na chodnik zszedł). Odsuwam się więc, bo jeden z policjantów bez ceregieli siłą zakłada mu "bransoletki" i wyciąga go z auta. A nie jest łatwo, bo to dość porządnie zbudowany typ w mniej więcej moim wieku (chyba). Oczywiście wciąż bełkocze i protestuje, ale nikt go nie słucha - a po chwili wpakowany jest już na tylną kanapę jednego z radiowozów.

W sumie na miejscu jest pięciu policjantów i jedna policjantka. Wszyscy coś robią - próbują udrożnić ruch, spisują moje dane, sprawdzają faceta w bazie, relacjonują coś dyżurnemu. Po kilku kolejnych minutach jestem wolny i mogę z kursantką jechać dalej. Ot, takie urozmaicenie dnia...


Tymczasem po kilkudziesięciu minutach znajomi instruktorzy widząc sytuację dzwonili zapytać czy miałem kolizję/wypadek bo byli ciekawi...

czwartek, 26 grudnia 2019

Telefon 2

Przychodzę do drugiej pracy. Co prawda najważniejsze wydarzenie jest dopiero o godzinie 10, ale jestem już na 9 ponieważ współpracownicy oczekują ode mnie wykonania pewnych czynności, o które już wcześniej była awantura. Ale mimo tego że jestem punktualnie (w grafiku mam od 9.00), oraz że poszedłem do najodleglejszego pokoju aby właśnie tam popracować, nie dane mi to było. Co chwilę przychodził któryś współpracownik i zawracał mi głowę czymkolwiek. Bo fakt, że przyszedłem rozniósł się po zakładzie w prędkości światła. Aż wpadł ten jeden, który z pretensjami wyskoczył natychmiast:

- Tomek, ty faworyzujesz innych współpracowników, a dla mnie nie chcesz zrobić tego co robisz dla innych. To niesprawiedliwe, nie może tak być absolutnie! Albo robisz wszystkim albo nikomu!

- nie, dla nikogo nie robię tego. Dokładnie - nie robię tego nikomu.

- no jak nie, jak wiem że robisz. Z. i P. mi o tym powiedzieli.

- to nie jest prawda. Wierz komu chcesz, nie zamierzam ciebie przekonywać na siłę. Ale wiesz co? Nawet gdybym wykonał ten projekt o którym mówisz, byłaby to jedynie moja dobra wola, ponieważ w moim zakresie obowiązków tego nie ma. Ba, z umowy jednoznacznie wynika że to Ty i inni współpracownicy powinni zagwarantować mi [tu wyliczam kolejne punkty i pokazuję mu umowę i zakres obowiązków]

- ale jak to? Naprawdę? Co to za umowa? Trzeba to zmienić natychmiast!

-słucham? Żartujesz sobie? Taką umowę mam u was już od samego początku. Nikt tu nie zwraca uwagę na takie rzeczy jak zakres obowiązków.

[chwila ciszy]

- Tomek, przepraszam Cię za te słowa, ja nie wiedziałem. Co zrobić aby nasza współpraca była lepsza?

- jesteście bardzo niezorganizowani, panuje tu chaos. Ja myślałem, że pracuję z ludźmi na poziomie. W tym zakładzie pracy nic się nie poprawi. Wy jesteście pomiędzy sobą tak skłóceni i tak rywalizujecie, że tu nic nie zmieni się na lepsze. Albo pójdę do managera i on zareaguje, albo po prostu znajdziecie sobie inną osobę do spełnienia waszych żądań. 

Potem wpadł drugi i trzeci, natomiast żenujący ton ich żądań pozostał niezmienny.

I na tym zakończyły się rozmowy (tu przedstawione w dużym skrócie, emocji i słów było więcej), a mi zostało niewiele czasu na zrobienie tego, po co przyszedłem. Po godzinie 10-tej podczas firmowej uroczystości potwierdziło się to co powiedziałem mojemu współpracownikowi. Po 11-tej wyszedłem z poczuciem, że przez chwilę (do końca roku) będę miał spokój, ale w styczniu problem powróci ze zdwojoną siłą i kolejnymi ich głupimi pomysłami.

Zdałem sobie sprawę z czegoś bardzo istotnego, że ich poziom intelektualny jest niższy niż mój. Nie mogłem w to uwierzyć, wszak to oni powinni być profesjonalistami w swoich kategoriach. Długo nad tym pracowali, później ktoś kilkukrotnie weryfikował predyspozycje do wykonywania zawodu. Tymczasem nie myślą, nie przewidują, nie analizują swojego zachowania i nie są w stanie racjonalnie podejmować decyzji. Kierują nimi najniższe instynkty - dowalić komu się da, zatopić współpracownika jak najszybciej, oczernić go podkładając bombę, a gdy komuś coś się udaje należy natychmiast z całą stanowczością go/to skrytykować. Oczywiście nie wszyscy tacy są, ale jakieś 70-80% załogi. Do tego, gdy coś im powiem, ubiorą to w zupełnie inne słowa, przeinaczą fakty tak, aby tylko wywołać kolejny skandal. Bowiem to miejsce żyje takimi właśnie skandalami, plotkami, podkładaniem sobie coraz większych bomb.

To ostatnimi czasy bardzo typowe. Widzę to na forach, w komentarzach internetowych. Taki jad wylewający się z ludzi, niechęć i wrogość do drugiej osoby, zazdrość gdy ktoś ma lepiej lub więcej. Sądziłem, że za internetowymi nickami kryją się sfrustrowani z problemami w dzieciństwie, ale jest inaczej.

Mój plan na styczeń - robić to co mam robić, nie wdawać się w dyskusje (one nic nie dają, moi współpracownicy nie rozumieją argumentów) i olewać wszelkie ich zachcianki, fochy i żądania. Jeśli to się nie uda (a jest duże ryzyko), pójdę do managera (z tego co widzę, nie ma on najmniejszej ochoty na wchodzenie w ten temat), a jeśli to nie pomoże po prostu podziękuję. Ale na razie moja cierpliwość jeszcze wytrzymuje (gorzej z ciśnieniem, które dobija po "akcjach" współpracowników do niebezpiecznych wartości).


poniedziałek, 28 października 2019

Nie skręcający

Od kilku godzin pracuję z młodym, który prawie wcale nie skręca kierownicą. Tzn dojeżdżamy do skrzyżowania, daję polecenie aby pojechać w prawo, a on wjeżdża na skrzyżowanie jakby się czaił, niby coś tam próbuje skręcić ale ostatecznie nie robi nic i rusza jadąc prosto. Z tym, że skrzyżowanie ma kształt litery "T" - dla niego oczywiście to nic nie znaczy, bo celuje prosto w krawężnik. Tak samo jest przy skrętach w lewo.

Co ciekawe, gdy po takich incydentach tłumaczę i mówię co ma zrobić, dostaję od niego informacje zwrotne że rozumie i wie jak powinno to wyglądać, ale nie wie czemu robi inaczej. Po kilku takich manewrach i moich hamowaniach i łapaniach kierownicy znów jadę z nim na plac aby poćwiczył skręty. Wtedy wychodzi mu całkiem nieźle. Ale po powrocie na skrzyżowania znowu jakby gubił się i nie skręca.

I w sumie to nie wiem czemu tak ma. Dziś w czasie jazdy popytałem go o znaki, to nawet je widzi i prawie zna. W porównaniu z innymi kursantami wypada w tym lepiej, ale te skręty mnie niepokoją. W pewnym momencie zamiast w prawo wjechał mi na sam środek trzy-pasowej drogi i jechał mając linię między kołami.

Mam pewien plan na ten czwartek, kiedy młody ma jazdę. Spróbuję pomóc mu trochę inaczej i wtedy zobaczę czy to coś da.


wtorek, 2 lipca 2019

Złośnik

Na dwie godziny jazdy przychodzi młody człowiek. Choć określenie "człowiek" może nie jest na miejscu. Wydaje się, że jego jedynym celem jest zrobienie wszystkiego na odwrót, ze złością i furią. Nie przypominam sobie dotychczas takiego ciężkiego i nieobliczalnego przypadku. Za chwilę będzie miał osiemnaście lat i chce zdobyć prawo jazdy. Czy mu się to uda? Prawdopodobnie tak, bo myślę że tylko na jazdach tak cwaniakuje. Kolega, który z nim miał kilka godzin wcześniej odetchnął z ulgą, gdy dowiedział się że dalsze szkolenie będę prowadził ja. Ale po tym, co wydarzyło się podczas tych dwóch godzin jazdy, zgłosiłem w biurze konieczność zmiany instruktora (w kontaktach z biurem zachowuje się na granicy najniższego poziomu kultury).

Na młodym "człowieku" nie zrobiło to żadnego wrażenia - czyli tak jak myślałem. Mnie natomiast zastanawia fakt, że przyszedł do mnie z polecenia pewnej osoby, oraz to że z widzenia znam jego matkę. Nie ma nad nim kontroli, a na odebranie wychowania już za późno. Instruktor który ma z nim jeździć nie cieszy się z tego powodu - mówiąc bardzo ogólnie.

Zdumiewa mnie jego chamstwo i agresja w dalszym ciągu, choć od tej jazdy minęło kilka dni. Nigdy w życiu nie chciałbym go spotkać więcej, mieć jakiegokolwiek kontaktu. Prawdopodobnie ma sam ze sobą problemy, z których raczej się już nie wychodzi. Podwyższona samoocena, nadpobudliwość, intensywna euforia, ponad przeciętna nerwowość, brak racjonalnego myślenia. Muszę znaleźć sposób, aby wyrzucić go ze swojej pamięci. Jazdy z ubiegłego wtorku i środy to nic w porównaniu do tego.

Idę zrobić sobie dobrą herbatę :( I może jakaś spokojna muzyka?


wtorek, 11 czerwca 2019

Sąsiad

Pisałem jakiś czas temu o tym, że mój sąsiad z piętra niżej przeprowadził się do innego miasta. Szkoda, bo starszy pan był bardzo miły, cichy, bezproblemowy i odbierał moje przesyłki mimo tego, że się wcale nie umawialiśmy, po czym oddawał mi je jak tylko wracałem z pracy późnym wieczorem.

Od mniej więcej dwóch miesięcy wprowadził się młody pan. Nie pisałbym o tym, gdyby nie pewien szczegół. Nie mam pojęcia kim jest, lub gdzie pracuje - ale jego cechą szczególną jest zapach. Zawsze gdy wracam z pracy, lub gdy rano wychodzę już samo przejście przez klatkę schodową niesie za sobą tak intensywny zapach perfum, że wciąż mnie to niesamowicie zadziwia. Młody chyba perfumuje siebie i całe swoje (co prawda małe) mieszkanie. Gdy zbliżam się do jego drzwi zapach jest bardzo intensywny. Z pewnością ze wszystkich mieszkańców mojej klatki on jest najbardziej pachnący.

Ale to jeszcze nic. Wyobraźcie sobie, któregoś dnia z rana mając otwarty balkon ścielę łóżko i co czuję? Tak, znowu te same perfumy - Młody musiał wyjść na balkon (piętro niżej od mojego), bo zapach roznosi mi się w całym dużym pokoju! Dyskretnie zerkam wychodząc na balkon - a jakże - odpoczywa w rozkładanym fotelu.

Co ciekawe, jak tylko Młody się wprowadził miałem dzwonić do spółdzielni po tym, jak po powrocie z pracy późnym wieczorem słyszałem szum w rurach pobieranej wody. Trwało to tak długo, że byłem mocno zaniepokojony i sądziłem, że nastąpiła jakaś awaria z wodociągami, lub że to może coś u mnie! Po bardzo długim czasie woda przestała lecieć. I od tego momentu dźwięk długo pobieranej wody słyszę co mniej więcej 2-3 dni. Nie niepokoi mnie już to bo wiem, że to nie awaria a zabiegi pielęgnacyjne Młodego.

Ludzie wciąż mnie zadziwiają. Czasem słyszę o tym, jak niektórzy ze swojego mieszkania/domu urządzają chlew, nie dbają o czystość i o tym, jak cierpią na tym ci którzy mieszkają obok niego. Że gromadzą się tam różne gryzonie i inne robactwa. Dobrze, że mój sąsiad przegina w tę drugą stronę.


niedziela, 26 maja 2019

Geniusz

We wtorek ponad dwa tygodnie temu miałem gościa na jedną godzinę jazdy, które inteligencją przypominał przedszkolaka. Pisałem, że nikt nie chce z nim jeździć, a ostatnio trafił do mnie na egzamin z jazdy, oto jak to wyglądało.

Na placu manewrowym wylosował sprawdzenie oleju oraz świateł mijania. O ile olej omówił w miarę ok (na tyle, aby pozwolić mu kontynuować), o tyle zamiast świateł mijania facet (29 lat) włączył kierunkowskazy. Sprawdził je oba, następnie podczas przygotowania do jazdy prawe lusterko ustawił na tylne koło - czyli na sam dół. Dla mnie było to już bez różnicy, bo i tak źle sprawdził światła. Daję mu więc drugą próbę, którą zgodnie z przepisami ma i jeszcze raz pytam go, czy pamięta co ma sprawdzić - potwierdza prawidłowo że są to światła mijania i sprawdzenie oleju (chociaż mówi niewyraźnie i z dużą trudnością składa zdanie).

Za drugim razem też włącza kierunkowskazy zamiast mijania, lusterka prawego już nie ruszając (nadal na koło). Wynik egzaminu jest negatywny, ale może kontynuować egzamin (chyba że nie chce). Pytam go, co z tymi światłami a on się patrzy na mnie jak w obraz. Jego bardzo bardzo bardzo tępy wzrok nie daje mi podstaw do tego, aby sam zorientował się o co chodzi. Tłumaczę mu więc, jak na wykładzie - że światła mijania to nie to samo co kierunkowskazy, ale on nadal nie rozumie. Wydukał z siebie kilka słów, nie do końca zrozumiałem - coś w stylu "mijam więc kierunki".

W końcu pytam go, na jakich światłach jeździł podczas kursu, a on na to: "do końca" (w tym momencie tępy wzrok skierował na przełącznik świateł). Spoglądając na niego i słuchając tego co powiedział musiałem chwilę się zastanowić co zrobić dalej, a przede wszystkim ochłonąć. Chyba jednak przedszkolak uczony przez 30 godzin wiedziałby więcej niż on. Niestety zadecydował, że chce jechać na miasto :(

100 metrów od placu jest sygnalizacja, wyświetlane jest czerwone. Jego reakcja zerowa - tak jak jechał te 30 km/h (bardziej się nie rozpędził) tak próbował przejechać dalej. Wyhamowałem auto z niewielkim piskiem opon i w tym momencie nie musiałem już przeprowadzać dalej tego egzaminu (zgodnie z przepisami kiedy spowoduje zagrożenie). Uff, zjechaliśmy na bok i przez ponad 20 minut tłumaczyłem mu co powinien zrobić aby zacząć jeździć jak człowiek, lecz jego wzrok nie wskazywał aby rozumiał co mówię. Niezależnie od tego chciałem dotrwać do końca godziny i po prostu aby już wysiadł z auta...


wtorek, 2 kwietnia 2019

Szósty zmysł

Jakże zabawna może być praca instruktora, nie uwierzycie! Na jazdę przychodzi B. - kursant od kolegi. Ma kilka godzin i przez pewien czas będzie pracował ze mną. B. jest wyjątkowy pod każdym względem. Nienaganne ubranie, trafnie dobrane kolory, markowy zegarek, piękne oprawki okularów - wymuskany w każdym względzie. Kulturalny, zabawny, żartowniś no i ewenement - inteligentny. Szybko łapie to co od niego wymagam (a przyznaję że jest to co innego niż jego poprzedni instruktor), nie spiera się choć prosi o argumenty i uzasadnienia - już samym tym zaskarbił sobie u mnie dużo sympatii.

B. dużo mówi i tego chyba oczekuje ode mnie (choć tu trafia na ścianę). Nie tylko dobrze wygląda, ale także dba o siebie - regularnie biega, chodzi na basen i gra w piłkę. Do tego zdrowo się odżywia (m.in codziennie na śniadanie jada orzechy - nie pytajcie z czym i jak bo nie pytałem o to :P) i pije tylko niegazowaną wysoko zmineralizowaną. Jest jedynakiem - jeśli jeszcze tego nie zauważyliście z opisu. Na kurs zapisała go mama. Także ona umawia mu kolejne godziny jazd - zna cały rozkład poszczególnych dni i tak ustala godziny, aby B. przypadkiem nie musiał rezygnować z szerokiego wachlarza godzin dodatkowych wszelkiej maści.

B. jest wyjątkowy - podkreślam raz jeszcze. Objawia się to także jego oczekiwaniem na informację zwrotną co do poprawności zadań które sumiennie wykonuje. Na przykład - parkujemy skośnie. Omawiam mu kryteria (w celu przypomnienia, albowiem B. uczestniczył we wszystkich wykładach naturalnie), po czym on po prostu parkuje. Po zaparkowaniu wyjeżdżamy i wtedy B. pyta: "jak było?". Jeśli odpowiem jednym słowem "poprawnie", "właściwie", "dobrze" B. jest zawiedziony, rozczarowany! Ale gdy odpowiem tak: "B. zaparkowałeś fenomenalnieeeee!", lub "no po prostu genialnie, sam bym tego lepiej nie zrobił" B. jest zachwycony, jakby dostał jakiejś wewnętrznej energii do działania, albo może i do życia?

Ja także szybko się uczę, więc gdy tylko B. zrobi jakieś zadanie poprawnie wychwalam go tak, jakby był geniuszem. Po jednym z parkowań (i moich pochwałach) B. stwierdził z zachwytem - "no pięknie, chyba mam szósty zmysł!". Pomyślałem sobie, że może nawet i siódmy, co tam szósty!


czwartek, 20 grudnia 2018

Szczelny mur

Na jazdę przychodzi kursant, który za chwilę ma mieć egzamin praktyczny. Do tej pory jeździł z innym instruktorem, ale ten w obecnej chwili nie pracuje więc pozostałem tylko ja.

Mam wrażenie że od samego początku kursant próbuje. Na co mu pozwolę, jak bardzo może szaleć i robić wygłupy. Zaczyna od ostrego ruszania i podobnego hamowania, ale może poprzedni instruktor mu na to pozwalał, lub wręcz go tak uczył? Wydaje mi się że ciągle na mnie zerka i "bada reakcję". Kiedy nie przynosi to zamierzonych skutków, bo ani myślę zmieniać mu cokolwiek w jego jeździe, wysilać się na jakikolwiek komentarz - chłopak ewidentnie nudzi się. Przy okazji popełnia dziesiątki błędów - począwszy od nieprawidłowej techniki zmiany biegów, najeżdżania na linie ciągłe, po przekroczenia prędkości i słabe parkowania.


W międzyczasie dzwoni do mnie jego instruktor (będąc na urlopie) i pyta, czy kursant mocno szaleje, bo miał go już strasznie dość. Odpowiadam że wszystko jest ok, że jest bardzo grzeczny - oczywiście nie jest to prawda.

Czuję, że aż go korci aby znów spróbować wbić mi szpilę. I zgadłem. W drugiej godzinie jazdy zaczyna celowo wjeżdżać we wszystkie dziury po drodze, a kątem oka sprawdza moją reakcję. Rany, jakie typy tu przychodzą - skąd się biorą takie zmory? Odgradzam się od niego grubym i szczelnym murem. Na szczęście czas szybko płynie, ale na koniec jeszcze jedno zaskoczenie - kursant pyta zdaje się już poważnie: - Czy mam jakieś szanse na zdanie egzaminu? - tu jest moje zdziwienie, po czym odpowiadam - Żadne :)

niedziela, 9 grudnia 2018

Wdzięk i urok

Coraz częściej w trakcie i po jazdach czuję się, jakby był niemyślącym i ograniczonym człowiekiem. Jakbym mówił po chińsku, bełkotał niezrozumiale i bez sensownie. Czuję się taki głupi i wręcz wypłukany z praktycznie wszystkiego, że aż robi mi się słabo.

Jedna sytuacja goni drugą. Gdy kursant przy czternastej godzinie jazdy pyta gdzie jest silnik (z przodu czy z tyłu), a inny kursant na trzydziestej (czyli ostatniej) godzinie jazdy nie zna najprostszych - powtórzę - NAJPROSTSZYCH - znaków drogowych, czuję się jak w aucie pełnym wariatów.

Nie dziwi mnie już to, że ten sam kursant na końcu kursu nie zna zadań egzaminacyjnych, a na skrzyżowaniach nie wie kto jedzie pierwszy. Czy ma na to wpływ fakt że uczył się u innego instruktora, nie sądzę - z własnego wyboru idzie taką a nie inną drogą. Na koniec postanawiam zapytać go, co sam sądzi o swojej jeździe - "chyba nie jest najgorzej?" - śmiać się, czy płakać? Wybieram to pierwsze :)

Ten przy czternastej godzinie też zabłysnął intelektem. Aż prawie wybuchła z jego głowy mądrość, gdy próbował zamknąć pokrywę silnika. Oczywiście nie zamykając podpory tejże. Coś nie idzie? Więcej siły, niech żyje IQ! Wspornik pokrywy silnika poddał się wobec tej miażdżącej inteligencji, aż złożył się w pół. Bo kursant zamknął pokrywę silnika niszcząc go definitywnie. Zrobił to tak szybko, że nie zdążyłem zareagować.

I co robić, cokolwiek tłumaczyć czy w ogóle nie warto, wysilać się i mimo wszystko starać, czy po prostu dobrnąć z jak najmniejszymi stratami do końca kursu? Nie wiem, ale czuję się taki głupi...


czwartek, 13 września 2018

Jeden wózek

Doskonale wiedziałem że nie z każdym można się dogadać, udanie współpracować, czy znaleźć choćby nić porozumienia. I to mimo tego, że gdy ktoś przychodzi na jazdę - to przecież głównie po to aby korzystać z mojej wiedzy i doświadczenia, praktyki i umiejętności. Ale czasem przychodzą ludzie, którzy sami lepiej wiedzą jak powinienem prowadzić lekcję, co i kiedy (!) mówić, czego nie mówić i zapewne także - jakim być człowiekiem!

Podważają moje zdanie, opryskliwie próbują dyskutować i narzucać swój sposób zachowania - nie do końca kulturalny mówiąc delikatnie. Zawsze staram się prowadzić lekcję w sposób rzetelny i uczciwy (także pod względem nie zabierania czasu kursantowi), ale wszelkie teorie i podpowiedzi podpierać konkretnym uzasadnieniem - aby nie było tak że to instruktor tak chce i koniec. To przecież nie ważne co ja chcę - ważne aby kursant świadomie, bezpiecznie i kulturalnie poruszał się po drodze.

Ignorancja nie zdarza się tylko wśród młodych, których kursy opłacili rodzice. Przekonałem się o tym w ubiegłym tygodniu, gdy jedna godzina oznaczała nieprzyjemny koszmar. I wiecie co? Naprawdę już lepiej uczyć starszą babcię która niczego nie ogarnia...


środa, 1 sierpnia 2018

Mistrz za kierownicą

Niezależnie od tego z kim pracuję, coraz częściej dostrzegam jak trudno nam się rozmawia. I nie mam na myśli luźnej rozmowy, na którą pozwalam sobie bardzo rzadko. Tylko kwestie związane z tym, co akurat ćwiczymy, lub co powinniśmy ćwiczyć, albo jak powinno wyglądać to co akurat próbujemy.

Dajmy na to słowo "zatrzymanie". Cóż to takiego znaczy? Wydaje mi się, że dla większości moich drogich kursantów to słowo może oznaczać zwolnienie, lekkie przyhamowanie, może nawet prawie unieruchomienie pojazdu. Tylko, czy oni byli na wykładzie, na którym doskonale omówiono znaczenie tego słowa? Czy oni na pewno mają skończone 18 lat i rozumieją tak arcytrudne słowo? Wątpię.

Bo już rozróżnić "zatrzymanie" od "postoju" to wręcz kosmos. Jedni robią dziwne miny gdy pytam o te pojęcia np w kontekście mijanych znaków, drudzy bez jakiejkolwiek nieśmiałości mówią że to jest to samo, a trzeci "nie wiem" i robią naprawdę wiele, aby ich ten wątek nie dotknął.


Z zażenowaniem stwierdzam, że aby wytłumaczyć powyższe definicje muszę sięgać do coraz większej ilości przykładów oraz posiłkować się zwiększoną amplitudą środków dydaktycznych. Już nie wystarczy zacytować artykuł z kodeksu drogowego lub jego część - "zatrzymanie to unieruchomienie pojazdu...". Gdy to przytoczę i po chwili proszę, aby druga osoba wytłumaczyła mi własnymi słowami - co należy zrobić aby zatrzymać pojazd - najczęściej słyszę jakieś niestworzone banialuki. Lub nie słyszę nic. Cisza. Unieruchomienie? Toż to wyraz naszej młodzieży zupełnie nieznany, obcy.

Chyba nie muszę dodawać, ile trudności sprawiają osobom szkolonym takie wyrazy jak "kryteria", "akomodacja", czy "dezaktywacja". Coraz częściej mam wrażenie, że pracuję z przedszkolakami, albo z ludźmi do których nie mówię w znanym im języku. Tak jak dziś, gdy na 12 godzinie jazdy chłopak próbuje przejechać na czerwonym, a gdy wyhamowuję mu pojazd to stoi bez względu na to, że światło zmieniło się po chwili na zielone. I co z tego że ma zielone? On nie ma pojęcia co oznacza czerwone, a co zielone. A żółte - to już zupełne abstrakcja...

Więc, gdy spotkacie eLki coraz częściej stojące na poboczu, to pewnie oznacza że za kierownicą siedzi "mistrz", któremu wydaje się że wszystko już umie - a instruktor mu jedynie przeszkadza...