Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stres. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą stres. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 stycznia 2026

Diagnoza

Ku niezadowoleniu managera wczoraj nie poszedłem do pracy, tylko do lekarza. Po krótkiej wymienię zdań lekarz miał już diagnozę. Jeden wyraz, który mi prawie nic nie mówił. Gdy zapytałem co to takiego, powiedział "są na to leki. Z tym, że mogą być powikłania". Z jednej strony dobrze że są leki, ale powikłania? Jakie powikłania?

Półpasiec.  W moim przypadku zaatakowana została głowa i wszystko w tej okolicy. To jeden z gorszych wariantów choroby. Z bardziej newralgicznych elementów - mózg, oko i ucho. Lewa połowa głowy pokryła się rumieniami i - delikatnie pisząc - niezbyt korzystnymi zaczerwieniami oraz wysypką pęcherzykową. Pierwszym objawem był właśnie ten jakby "guz" na głowie i którym pisałem wcześniej - od niego wszystko się zaczęło. Potworny ból głowy z intensywnymi impulsami, które ciężko porównać do dotychczasowych moich doświadczeń z bólem. Nawet leczenie kanałowe bez znieczulenia to pikuś w porównaniu do tego.

Lekarz zajrzał do ucha, oka, obejrzał wysypkę, wysłuchał co miałem do powiedzenia, poszedł na konsultację do okulisty i zaczął pisać receptę. Półpasiec to choroba, która uaktywnia się po przejściu ospy wietrznej w dzieciństwie. Wirus jest stale uśpiony, a gdy pojawią się dogodne okoliczności uaktywnia się i atakuje układ nerwowy i skórę. Te okoliczności mogą być związane z przewlekłym stresem oraz przemęczeniem i spadkiem odporności.

Wirus może zaatakować różne narządy, bo wiadomo - gdy ktoś ma brzydką twarz to żadne zaczerwienienia tak bardzo sprawy nie pogorszą. Niestety może powodować nieodwracalne, trwałe zmiany w organizmie. Najczęstszymi problemami są: 

  • przewlekły ból, który trwa nawet po kilku miesiącach od zakończenia leczenia;
  • ryzyko uszkodzenia wzroku - wirus trwale uszkadza m.in. rogówkę;
  • zapalenie mózgu, zaburzenia równowagi oraz świadomości;
  • porażenie nerwu twarzowego;
  • blizny i nadkarzenia bakteryjne skóry;
Jak we wszystkim kluczowe jest szybkie podjęcie leczenia. W moim przypadku lekarz przypisał mi końską dawkę leku przeciwwirusowego, który przyjmuję pięć razy dziennie doustnie. Do tego krople do oczu i maść, której nałożenie przyprawia mnie o mdłości. Masakra, nic po tym nie widzę na jedno oko. Naturalnie nie chodzę na razie do pracy, unikam wychodzenia z domu. W poniedziałek będę miał dość ważną wizytę u okulisty, który ma sprawdzić w jakim stanie jest oko. 

Ta noc minęła nawet nieźle. Udało mi się spać na lewej stronie. Bez środków przeciwbólowych, bo co prawda czuję głowę i te impulsy, ale mogę je porównać jakby ktoś uderzał mnie młotkiem w okolice lewego ucha ale przez gruby materiał, np koc. Boli, ale da się wytrzymać. Impulsy są dłuższe ale płytsze. Oko lekko spuchło, wysypka trochę się przemieściła. Lekarz uprzedził, że nie będzie lekko i zaproponował silne środki przeciwbólowe, ale mam jeszcze w domu z moich poprzednich ekscesów. Zresztą, mogę tam zawsze zadzwonić i poprosić o coś. Ibuprom działa zdecydowanie lepiej niż paracetamol, z tym - że na razie nie biorę nic (nie wiem jak długo, bo raz czuję bardziej raz mniej).

Tymczasem znajomi zaproponowali pomoc, możliwość zrobienia zakupów czy dostarczenia leków. Zamówiłem już przez internet kompleks witaminy B, która wspomaga takie leczenie, a wieczorem znajoma dostarczy mi coś na wspomaganie odporności. Na pewno nie zaszkodzi, a może coś poprawić, zobaczymy. 

wtorek, 13 stycznia 2026

Może

Po dość ciężkim dniu pełnym wyzwań i nietypowych sytuacji wracam do domu. Wybieram dłuższą drogę, bo mam ochotę przejechać się poza miasteczkiem i wyciszyć. 

Droga jest czarna i pusta, jadę około 60 km/h. Bardzo cicho w tle leci Die With a Smile. Termometr wskazuje -14. Gdy wjeżdżam do lasu czuję, że auto zaczyna lekko "myszkować". Wykonuję mikroruchy kierownicą aby zachować tor jazdy na wprost i stopniowo zwalniam, aby spróbować zahamować i zbadać stan przyczepności kół do nawierzchni. Przy około 40 km/h wciskam niezbyt mocno hamulec, ale od razu uruchamia się ABS a auto prawie wcale nie zwalnia - jadę po czarnym lodzie. W ułamku sekundy robi mi się bardzo gorąco, a wszystkie mięśnie napinają się jakby przygotowywały do najgorszego.

Po zmniejszeniu prędkości zatrzymuję się w zatoce tuż przy jezdni i wychodzę nabrać świeżego powietrza oraz zrobić zdjęcie. Droga przypomina lodowisko - ledwo mogę ustać na nogach. 


Dookoła prawie idealna cisza. Słyszę tylko szmer układu hybrydowego auta. Powietrze jest bardzo zimne, choć wciąż czuję że wewnątrz jest mi gorąco. Wracam do pojazdu. Nie przekraczając 30 km/h dojeżdżam do miasteczka i dopiero wtedy zaczynam się relaksować. 

Robię kilka rund naokoło centrum. Droga jest biała, ale ze sporo lepszą przyczepnością. Okazuje się, że nawet oczekiwanie na skrzyżowaniu z czerwonym światłem pozwala na odpoczynek. Podkręcam muzykę i wsłuchuję się w kolejne utwory analizując przebieg linii melodycznej na przemian basu i głosu prowadzącego. 

Zamiast takiego bezsensownego jeżdżenia powinienem posprzątać w domu, uprasować białe koszule, lub choćby pójść poćwiczyć na basenie... Ale może to zrobię jutro, przecież świat się nie zawali. Może.

Dziś okazało się, że soboty mają być pracujące, ale dyżury będą tak podzielone, aby nikt nie musiał pracować więcej niż 3 soboty w miesiącu, a może i 2. Ale...rozpoczynam nowy projekt, a to oznacza że muszę zarezerwować sobie jeszcze kilka dodatkowych weekendów (łącznie z niedzielą). Robiłem to już wcześniej, więc nie martwi mnie to prócz tego, że będę miał mniej czasu dla siebie... 

Powoli myślę o urlopach, ale te najwcześniej w czerwcu (nie więcej niż tydzień) i na przełomie września i października (dwa tygodnie). Sycylia? Portugalia? Majorka? A może po prostu Bieszczady? Wstępnie rezerwuję nocleg (z możliwością odwołania), bo sam jeszcze nie wiem jak to wszystko się zgra z projektem oraz tymi sobotami i możliwością zgrania grafiku. 

Tymczasem kończę przejażdżkę. Po zaparkowaniu w garażu nie bardzo mam ochotę wychodzić z przytulnego wnętrza autka. Co przyniesie jutrzejszy dzień? Na pewno nie będę wracał drogą przez las...

sobota, 29 listopada 2025

Podsumowanie tygodnia 434

Poniedziałek 

Wczorajszy koncert Urszuli Dudziak był fajny i relaksujący, ale nie porwał mnie. Może dlatego że artystka wykonała tylko jeden ze swoich znanych utworów, a głównie prezentowała możliwości tworzenia współbrzmień jej głosu nagrywając poszczególne ścieżki i nakładając je na siebie? Albo dlatego że nie dała się namówić na chociaż jeden utwór na bis? Trochę to był dziwny koncert, ale nie żałuję mimo to.

Wideorozmowa z Hanią i relacja z zaśnieżonego Turkusowego Wzgórza i Kazimierza Dolnego. Mnóstwo pozytywnych wrażeń! 




A poza tym, siedzę w pracy jak na szpilkach. W poprzednim pracującym dniu doprowadziłem przez pomyłkę do pewnego "incydentu". Niestety pociągnął on za sobą cały cykl zdarzeń i zasobów ludzkich. 

Bezpośredni przełożony zażądał wyjaśnień na piśmie. A główny manager tylko używał słów powszechnie uznanych za wulgarne gdy go informowałem (telefonicznie) o problemie. 

Obciąża mnie to bardzo. Staram się w miarę spokojnie uporządkować i rozłożyć problem tak jakby na szalkę wagi. Na jednej jest cały incydent z "otoczką" i błędami które popełniłem, a na drugiej kładę przemyślenia typu "po co się tak zamartwiać, skoro i tak mleko już się rozlało".

Czy będzie się to wiązało z jakąś karą, lub sankcją? Na razie cisza.

Wtorek 

Dzień mija w miarę szybko. Przez chwilę myślę o tym czy nie iść się na basen i sauny, ale wybieram nieco ponad 4 km szybkiego marszu.

Środa 

W pracy większą część pracowników zajęta przygotowaniami do kolejnego dużego projektu. Tym razem mój dział się tym nie zajmuje, więc ja mam wciąż luz. Główny manager rozmawia ze mną jak zawsze nie zdradzając, czy ma jakieś niedobre plany co do mnie.

Po pracy idę do kina na film "Ministranci " - i jest to całkiem fajny wieczór. 

Czwartek 

Ostatni umówiony klient daje popalić. Nie wiem czy jest tak nieświadomy, czy celowo zachowuje się aby zrobić na złość. Po zakończeniu jego sprawy łamię zasady i odchodzę pierwszy od stanowiska (należy się ładnie pożegnać i absolutnie nie opuszczać miejsca obsługi przed klientem). Ale i tak jestem dumny, bo mogło być o wiele gorzej (zacisnąłem zęby i powstrzymałem się od komentarza). 

Basen. Tam wciąż jestem myślami przy kliencie. Słabo mi się pływa.

Piątek

Ponuro od kilku dni. Pełne zachmurzenie i brak słońca nie poprawia nastroju. Na szczęście w pracy całkiem dobrze. Potem wyjazd do dużego miasta. Obiad, saunarium i odpoczynek, bo średnio przespana noc daje się we znaki. Na szczęście weekend wolny więc może uda się trochę odpocząć.

czwartek, 18 września 2025

Między dniem a snem

Duże miasto. Departament taki jak mój, ale większy. Jestem tu z samego rana, bo muszę przejść  szkolenie. Najpierw teoria (wykłady) z całą kilkuosobową grupą, potem indywidualne zajęcia praktyczne. Wszystko, co muszę zrobić to być na zajęciach, nie ma żadnych egzaminów. Ale... niełatwo wytrzymać...

1) mój wykladowca/trener - starszy i zapewne posiadający dużą wiedzę mężczyzna. Niestety, od samego początku zjechał w dół z manierami. O ile mogę zrozumieć, że bez pytania zaczął zwracać się do innych per "ty", o tyle używanie podłych słów to już poziom ulicy. Nie lubię tego;

2) w tej części zajęć powinienem poznać nowe systemy, aplikacje oraz nauczyć się nimi posługiwać a przynajmniej poznać możliwe drogi poruszania się po tychże. Ale, ku nie tylko mojemu zdziwieniu, wykład dotyczył także tego jak używać telefonu komórkowego, jak nauczyć dzieci tabliczki mnożenia, czy jak usmażyć jajecznicę. Możliwe, że trener chciał rozluźnić atmosferę takimi tematami, ale gdy zajmują one mniej więcej połowę czasu przeznaczonego na te zajęcia, to nie wygląda zbyt dobrze;

3) kolejną cechą charakterystyczną był specyficzny rodzaj odpowiedzi, który trener oczekiwał od grupy. Na przykład, zapytał o to która godzina jest po godzinie czternastej. Ktoś z sali odpowiedział "piętnasta". "Nie" - odparł z dumą trener. "Czternasta jeden". Gdy analogicznie do powyższego zadawał kolejne pytania, coraz mniej osób z grupy się odzywało, ponieważ jego reakcja i tak była taka sama - negująca każdą odpowiedź i wskazująca, że tylko jego rok myślenia jest prawidłowy;

4) mnóstwo czasu poświęcił na krytykowanie. Gdy był przy moim stanowisku podczas ćwiczeń, narzekał na wszystko, ale nie bardzo kwapił się do wytłumaczenia jak można zrobić to co robię lepiej. "Stosujesz starą metodę, tak robiło się w latach dziewięćdziesiątych" - usłyszałem. "A jak mogę to zmienić?" - "później wytłumaczę" - odpowiedział. Tylko tego później nie było, bo robiłem inne zadania przy innych systemach operacyjnych. Albo: "Tak pracowało się na starych pecetach, czy ty nie zauważyłeś że świat poszedł do przodu?";

5) "przygotowałem zadanie dla ciebie, ale i tak go nie rozwiążesz. Jest tak "ustawione", że nie da się go zrobić" - usłyszałem przy kolejnym systemie. Świetnie, to po co mam się starać skoro od razu zakomunikował, że "się nie da"? Ale mimo to, zacząłem. Powoli, trochę po swojemu. Kilka razy musiałem cofnąć aplikację, bo faktycznie był to ślepy zaułek. Ale po pewnym czasie udało mi się rozwiązać zadanie. Gdy trener podszedł i zobaczył wynik, nie skomentował. A jeśli spytałem o coś, usłyszałem "nie rozwijamy tematu" tonem nie znoszącym sprzeciwu. Potem znów kilka podłych epitetów i do kolejnego zadania;

6) "a teraz zrób to i to -  później powiem ci co zrobiłeś źle" - oznajmił przy kolejnym zadaniu. Faktycznie ciężko było to wykonać, tym bardziej że na wykładach nie było o tym mowy - taką aplikację widziałem pierwszy raz, więc poruszałem się jak dziecko we mgle. Coś tam rozpocząłem, ale nie doszedłem nawet do 20%, gdy wyczułem stojącego za moimi plecami trenera. "Kolego, co ty robisz? Przecież ty nie masz nawet podstaw, myślisz że będę tłumaczył ci tak proste rzeczy?". Wydawało mi się, że po to będzie takie szkolenie żeby się nauczyć, ale tu okazuje się inaczej. Oczywiście nie dowiedziałem się, w jaki sposób rozwiązać to zadanie;

7) kiedy już upewnił się, że wszystkie zadania wykonałem nieprawidłowo, przyszedł czas podsumowania. "Jesteś słaby, do niczego. Jak się w ogóle tu znalazłeś?", "Nie mów nikomu, że próbowałem Cię czegoś nauczyć", "Nie masz żadnych szans na awans, rozumiesz?", "Do niczego się nie nadajesz", albo "Po co ty tu jesteś?" - to tylko kilka z jego opinii.

8) prócz tego postanowił określić moją ocenę całościową w skali od 1 (bardzo źle) do 6 (bardzo dobrze). Nie wiem czy każdy dostąpił takiego zaszczytu, ale widziałem że niektórzy mieli więcej szczęścia - innego trenera. "Jak myślisz ile bym ci dał za to co zrobiłeś?" - nie odpowiedziałem, ale w myślach od razu widziałem 0 lub coś na minusie, lecz nie musiałem długo czekać na jego kontynuację - "dałbym ci 1+". Uffff odetchnąłem - ale bardziej z tego powodu że kończyło się szkolenie, bo jego ocena mało mnie interesowała.

Początkowo po szkoleniu miałem plany pójścia na sauny, ale jakaś niewidzialna siła odebrała mi ochotę. Będąc wciąż w dużym mieście pojechałem do centrum. Na starym mieście mnóstwo ludzi - zwykle mnie to uspokaja, ale nie tym razem. Lody też nie poprawiły nastroju. Długi spacer w słońcu spowodował odczucie głodu, zatem wybrałem się do jednej z ulubionych knajp na pizzę i sernik baskijski. Niestety nie było mojej ulubionej kelnerki, za to jedzenie pyszne. Potem znowu spacer, tłumy ludzi i powolny powrót do domu. Dobrze że jechałem zgodnie z przepisami, bo mijałem trzy kontrole prędkości (na dystansie około 100 km), a do kompletu nieszczęść brakowałoby tylko mandatu.

A Tu zdjęcie z powrotu:


*** *** ***
Tymczasem po kilku dniach kontynuacja szkolenia. Tym razem z innym trenerem - od początku powiedział czego od nas oczekuje i jak będzie wyglądać szkolenie. Jak człowiek tłumaczył co jest do czego. Pokazywał różnice i podobieństwa do tych systemów z których już korzystam. Nie przeklinał, nie poniżał, nie denerwował się bez powodu. Było zupełnie inaczej niż poprzednio, sporo nowych rzeczy się dowiedziałem. Na razie kończę ten cykl szkoleń, resztę będę robił we własnym zakresie, ale napiszę o tym niebawem.

wtorek, 19 sierpnia 2025

Pokój bez drzwi

Jakiś czas temu pisałem o tym, jak wiele udało się zrozumieć i poukładać. Wytłumaczyć bardziej racjonalnie. Niestety, nie wszystko i nie tak od razu przychodzi z łatwością, a niektóre tematy ciągną się, niczym długi sznurek od prania. Choć zdaje się, że widzę pewną drogę, to wciąż tak jakby przez mgłę...

Zastanawiam się, w jaki sposób ludzie mogliby pozbyć się niechcianych obrazów, faktów, przedmiotów czy na przykład zdarzeń sprzed wielu lat, które niestety ciągle im towarzyszą. Są one porządnie zapisane w pamięci. Wciąż z łatwością można je odtworzyć, a co gorsza - pojawiają się  nawet nieproszone. Najczęściej (a może zawsze?) związane są ze sporym ładunkiem emocjonalnym, choć może się wydawać zwłaszcza początkowo, że emocji w tym nie było. Z czasem jednak, stawały się one coraz większe. Czy da się je jakoś "odpamietać"? W jaki sposób poukładać te wszystkie impulsy, które buzują w mózgu i czy da się to w ogóle zrobić? 

I od razu wyjaśniam - żeby była jasność - przykład poniżej nie dotyczy mnie, niekoniecznie należy szukać szczegółów realności zdarzenia, czy zastanawiać się nad innymi możliwymi rozwiązaniami. To jest tylko przykład niosący pewne rudymentarne problemy.

*** *** ***

Stary duży dom, niby zwykły, cichy i spokojny, lecz mający swoje ciemne strony i tajemnice. Po południu oraz wieczorami  życie tam toczy się całkiem normalnie, m.in. jest pyszny obiad i kolacja, a między nimi domownicy wykonują swoje obowiązki. Ale z rana, gdy do pracy/szkoły wychodzi większość domowników i zaczyna robić się prawie pusto, nie jest już tak kolorowo. W domu pozostają małe dziecko i ktoś jeszcze - dorosła osoba - opiekun. 

Pewnego dnia dziecko słyszy niepokojące odgłosy w drugim pokoju. Nie ma on drzwi, nigdy ich tam nie było, za to oddzielony  jest dość długim wąskim korytarzem i zawsze uchyloną  cienką, materiałową kotarą. Wychodzi więc zaciekawione ze swojego pokoju, aby sprawdzić co się dzieje. Błąd. Lepiej było nie wychodzić. Będąc na progu drugiego pomieszczenia  zauważa drastyczną scenę morderstwa. Jest jeszcze na tyle młodą osobą, że nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co widzi, nie rozumie dlaczego to ma miejsce. Natomiast w jakiś sposób wie (a może czuje), że dzieje się coś bardzo złego, coś co nie powinno się wydarzyć i na pewno coś, czego nie powinno się wiedzieć.

Jednak nie otwiera buzi, nie krzyczy, zachowuje się jakby było nieme. Jest w szoku. Zdaje się, że oprawca doskonale o tym wie, ponieważ w ogóle się nie przejmuje faktem obserwowania. Widzi przestraszone dziecko, ale nawet na moment nie przerywa swojego działania, a jego twarz ani drgnie. Po chwili dziecko robi kilka kroków w tył, i już nie widzi a jedynie słyszy to, co się tam dzieje. Szybko wraca do swojego pokoju, chowa się pod kołdrą i za wszelką cenę próbuje uciec od tego co tam zobaczyło.  Prócz dźwięków m.in. trzaskającego, łamanego drewna są słowa, wśród nich błagające o darowanie życia. Dziecko chowa głowę głęboko pod poduszkę i okrywa się nią z całych sił, aby odizolować ją od niepokojących dźwięków i nie słyszeć tego co dzieje się w drugim pokoju. Ale mózg nie daje za wygraną i mimo woli rysuje scenę widzianą przed chwilą. Jak na złość wizualizuje ją krok po kroku oraz dokładnie odtwarza i wplata do sygnałów docierających przez uszy. To wydaje się nie mieć końca. Dziecko próbuje schować głowę jeszcze bardziej, aby uwolnić się od myśli i zagłuszyć dźwięki a jednocześnie pozostać w swoim pokoju, ale z marnym skutkiem. Miota się, jak oszalałe. Po kilkunastu minutach dźwięk z drugiego pokoju wreszcie ustaje. Słychać tylko kroki i skrzypiące drzwi, co oznacza że oprawca osiągnął swój cel i wyszedł.

Mimo że powtarza się to nieregularnie, coś nakazuje dziecku zintensyfikować słuch każdego poranka i niejako "stać na czatach".  Cały organizm pracuje wtedy na wysokich obrotach, a wydaje się że nawet najcichszy szmer nie jest odbierany jedynie za pomocą narządów słuchu, ale za pomocą całego ciała. Że w procesie odbioru dźwięków uczestniczy tak samo ręka, noga czy brzuch - wszystkie one skupiają się wtedy tylko na jednym - oczekiwaniu na zły dźwięk będący początkiem fatalnego procesu. Całe ciało napina się i przygotowuje, aby jak najszybciej móc schować się, gdy tylko wykryje najmniejszy impuls wskazujący na to, że oprawca znowu się zbliża. 

Odruch ten pozostanie już z nim na zawsze, przeniesie się w każdy czas istnienia, oraz nakaże chować głowę i wręcz siłowo ściskać ją do poduszki mimo, że od dawna nie istnieje taka potrzeba. Ale także nasłuchiwać i wytężać słuch do granic możliwości. Wyłapywać możliwe nadejście zagrożenia, skupić się na każdym podejrzanym odgłosie. Nawet jeśli przez jakiś czas uda się kontrolować ten stan, to w momencie wybudzenia głowa dorosłego już człowieka jest lekko mokra i szczelnie otulona poduszką, lub nawet zawiniętą kołdrą jakby była w kokonie.

Trudno powiedzieć jak długo dziecko było narażone na takie doświadczenia, ale z pewnością odbywały się one co najmniej kilkunastokrotnie. Znaczącym przełomem była przeprowadzka, oddalenie się od sprawcy. Obraz kata i pierwszej ofiary został zapamiętany bez większych szczegółów, ale na tyle wyraźnie aby zidentyfikować konkretne osoby, ich miejsce zamieszkania. Przy kolejnych zdarzeniach pozostał tylko wizerunek mordercy utrwalony przez chwilę ale często powtarzany, choć dziecko wtedy już go nie widziało ale miało świadomość, kiedy pojawiał się w domu i kiedy z niego wychodził. Wskazywały na to różne dźwięki m.in. otwieranych nieco skrzypiących głównych drzwi oraz cichych ale wyraźnych kroków idących długim korytarzem. Sekwencje zdarzeń zawsze były identyczne i powtarzalne, ale to dźwięki i słowa zostały zakodowane znacznie lepiej, a zwłaszcza te pierwsze.

Dziś, w dorosłym życiu obrazy i dźwięki powracają w różnych momentach. Ale pojawia się też analiza możliwości działania. W jaki sposób można było pomóc ofiarom? Czy bezpieczne było pozostawanie w pokoju obok? Dlaczego gdy wszystko wracało do normy dziecko nie poprosiło o pomoc innych domowników? I najważniejsze - jak obecnie zachowałaby się już dorosła osoba, która przeszła przez takie trudne sceny w dzieciństwie?

Wydaje się, że by uruchomiła wszelkie dostępne zasoby i mogła postąpić nawet trochę nieobliczalnie, częściowo wbrew logice. Pod wpływem silnych emocji zakorzenionych kilkadziesiąt lat temu, kumulowanych a czasem nawet wzmacnianych mimo woli, mogłaby wręcz wybuchnąć agresją i atakiem. Gdyby obecnie zauważyła podobną scenę jak kiedyś, możliwe że by zareagowała z siłą i mocą nieadekwatną do sytuacji. Z dużą ilością przesady i afektu. Możliwe jest, że nagromadziła się w niej przez ten czas energia i silna potrzeba do natychmiastowej brutalnej reakcji. Czy byłaby ona podobnie zła do zauważonych wcześniej scen? Czy dałoby się je porównać, a konsekwencje działania byłyby zbliżone do siebie? A może znowu  by uciekła i schowała głowę pod poduszkę? Teraz chyba ma to niewielkie znaczenie.

wtorek, 5 sierpnia 2025

Głupi i szczęście

To ten dzień. Zapamiętam go na długo, jest dość ważny jeśli chodzi o moją drogę zawodową. Trudny, pełny różnych obaw, zakrętów i niepokojów. Mógł skończyć się niezbyt ciekawie, co oznaczałoby co najmniej L4 i trochę "wolnego", ale nie o tym.

Oto stoję przed wielką górą, u podnóża której znajduje się przepaść. Muszę/powinienem wejść na sam szczyt. Nie mam przy sobie żadnych narzędzi, żadnych pomocy, jestem tylko ja i strach. A góra bardzo stroma, momentami śliska i niebezpieczna. Nigdy nie wchodziłem na taką, ale żeby nie stać w miejscu muszę to zrobić. Więc decyduję się. Mnóstwo lęków o to, czy dam radę, czy ryzyko jest tego warte. A na górze ktoś, kto woła mnie, abym szedł coraz wyżej. 

Idę, choć najchętniej powiedziałbym "nie chce mi się". Zaciskam zęby i zgodnie ze wskazówkami głosu z góry, nie patrzę za siebie. Serce wali jak szalone a cały organizm pracuje na najwyższych obrotach. Mam wrażenie, że mózg mi dymi jak stara lokomotywa, ale ręce i nogi ani na moment nie odmawiają posłuszeństwa (to nawet trochę dziwne, bo np podczas pływania na basenie łapie mnie skurcz gdy za długo ćwiczę). Nie mogą okazać słabości, bo to oznaczałoby spore kłopoty. Zatem chyba rozumieją, że muszą dać z siebie wszystko, a może i więcej żeby przeżyć. 

Nie czuję ani zmęczenia, ani głodu czy pragnienia. Mimo że wspinam się od kilkudziesięciu minut bez przerwy wisząc na krawędzi, nie czuję właściwie nic. Nawet nie wiem, jak daleko jeszcze do wierzchołka, nie myślę o tym. Nie jestem w stanie. Słyszę tylko uwagi i jakby rozkazy kogoś z góry. Nie ma już odwrotu, musisz iść dalej. 

Po kolejnych długich minutach udaje mi się wdrapać na sam szczyt, kiedy nagle ręce i nogi robią się jak z waty, zaczynają drżeć i w ogóle mnie nie słuchają. Nie mogę się ruszyć, ale na szczęście jestem już na górze. Już nie spadnę. Ledwie stoję chwiejąc się w każdą stronę i próbuję złapać oddech, uspokoić serce i odpocząć. Dopiero teraz zauważam, że jestem tak spocony, że ubrania można wyżymać. Jednocześnie czuję, jak wbijają mnie one w ziemię. Są tak ciężkie, jakbym dźwigał na sobie kilogramy ołowiu. 

Na szczęście auto stoi tuż obok mnie, więc daleko iść nie muszę. Niezgrabnie wpadam na fotel i jadę do domu. Ale jak dziwnie mi się nim kieruje! Nie słyszę silnika, gaz reaguje inaczej niż zwykle, kierownica nie chce się obracać, cały samochód jest jakiś otępiały. Albo ja. Po dojechaniu do domu, wciąż się chwiejąc spotykam sąsiadkę przed blokiem. Pomyśli sobie - o, ten pijak spod trójki wrócił do domu. I jeszcze prowadzi po alkoholu! Zamykam szybko drzwi od mieszkania i rozbieram się do naga. Faktycznie, wszystko mokre. Jeszcze nigdy nie byłem aż tak spocony. Biorę długi prysznic i opadam na fotel. Jest trochę lepiej, serce już tak mocno nie wali, ale czuję olbrzymie pragnienie. Ponad pół dużej butelki wody połykam bardzo szybko, dosłownie w kilku łykach. Czuję, że zaczynam wracać do rzeczywistości, choć dzisiaj już nic poważnego nie zrobię... Tylko odpoczywam.

Kolejny podobny dzień przede mną mniej więcej za miesiąc. Będzie trudniejszy, chyba że jakoś się do niego przygotuję. Ale czy można się przygotować na każdą ewentualność? Niestety to dopiero początek, ale kto nie idzie do przodu, ten się cofa... A że głupi ma zawsze szczęście, to może jakoś się tam uda wszystko.

Poniżej chmury sprzed kilku dni.

środa, 25 czerwca 2025

Powrót do codzienności

Zanim dotarłem do Polski, cieszyłem się z chmur i widoków, które obserwowałem siedząc przy dwóch oknach w samolocie.




Warszawa przywitała mnie dość dobrą pogodą, ale szczególnie ciepło to nie było. Na Santorini było zdecydowanie przyjemniej, (poniżej zdjęcie sprzed lotniska):


Na lotnisku w Warszawie jak zwykle długo czekałem na bagaż, ale później sprawnie odebrałem auto z parkingu i wyruszyłem do domu. Niestety pomyliłem zjazdy i musiałem nadrobić kilka kilometrów, ponieważ na drodze ekspresowej nie można zawrócić gdzie się chce.

A w pracy awantury jak zwykle. Nic się przez ten czas nie zmieniło na lepsze w kwestii atmosfery, natomiast w innych aspektach - dostanę kilka dodatkowych zleceń - lepiej płatnych niż zwykle. Myślami wciąż jestem na urlopie i wspominam zapamiętane obrazki :)

wtorek, 17 września 2024

Zwroty

Momentami już nie mogę, choć obiecuję sobie że się nie odezwę, że nie skomentuję, że zacisnę żeby i przemilczę, to zdarzają się takie chwile że uwalniam to, czego lepiej mikrofony nie powinny nagrać. A potem żałuję. Potem - to znaczy podczas kontroli. A te są bardzo często. 

Syndrom strachu - poranny briefing managera jednoznacznie określa, że my - szaraczki z Departamentu - mamy wciąż żyć w niepokoju, w lęku i wiedzy o tym, że zawsze ktoś obserwuje i uważnie czuwa nad tym, co i jak robimy. A że robimy źle - to oczywiste, choć manager regularnie o tym przypomina. 

Olać, nauczyć się wypuszczać głupie oskarżenia natychmiast jak tylko się one pojawiają, mniej się stresować i nie przejmować, bo nie ma czym, chociaż sygnały z każdej strony wskazują na co innego.

Za mało odpoczynku, zbyt mało relaksu,  wciąż będąc w domu myślę o pracy, będąc w pracy myślę o pracy, a podczas weekendów nie potrafię się zrelaksować na tyle, aby zostawić tę chorą część dnia daleko w tyle. 

Kilka dni temu spacerowałem w lesie, którym było kilka pięknych domków dla ptaków. Myślami staram się wracać do  tego fajnego miejsca.







A może wybrać się tam na jesieni? I znowu niespiesznie przejść i poczuć leśne powietrze oraz spróbować nabrać sił i dystansu?

wtorek, 23 lipca 2024

Po nieobecności...

Nie było mnie tylko kilka dni, a w Departamencie kolejne problemy. Dział pomocniczy to tylko kilka osób, ale są praktycznie nieodzownym elementem naszej pracy. I nagle wysypał się totalnie - dwie osoby na urlopach, a kolejne dwie rozchorowały się (w każdym razie na zwolnieniach). I nagle główny manager w szoku - ale jak to nie ma nikogo w dziale pomocniczym?! W te pędy polecił załatać dziurę innymi pracownikami z innych działów. A że tamci nie bardzo znają się na tej robocie, wyszedł z tego niezły galimatias. W wolnych chwilach przyglądam się temu o nie mogę nadziwić jak źle to wygląda...

Firma sprzątająca również płata figle. Ich pracownicy raz są, a raz ich nie ma, przy czym wg kontraktu powinni być codziennie. Możliwe że ze względu na sezon urlopowy im też brakuje pracowników, ale skutki widoczne są aż nadto (szczególnie w toaletach). Z tego co wiem manager zamierza rozwiązać z nimi umowę, ale na razie nie jest to ani szybkie ani proste - w każdym razie wymaga czasu.

Mój październikowy urlop na Cyprze lekko się skomplikował. Dlaczego? Ponieważ główny manager zadecydował, że w tym czasie będziemy mieli kolejne szkolenia. Naturalnie obowiązkowe. A że ktoś w tym czasie ma zaplanowany urlop, to nikogo nie interesuje. No nic, do października jeszcze daleko choć nie powiem żebym nie to już nie denerwowało...

Tymczasem po zabiegu coraz lepiej. Waga pokazuje coraz mniej, ale już powoli zaczynam jeść więc zapewne bardziej nie spadnie...

sobota, 13 lipca 2024

Podsumowanie tygodnia 352

Poniedziałek 

Czeka mnie ciężki tydzień, więc pozwalam sobie na więcej. Znowu duże lody po pracy. No i podlewanie kwiatów u koleżanki.

Wtorek 

Nerwowo w pracy. Znów szczęśliwym trafem nie dotyka mnie to bezpośrednio, ale inni obrywają zupełnie bez powodu.

Środa 

Przekąski na kolację - gotowe formy tartaletek wypełniam pastą z tuńczyka, ogórkiem i szczypiorkiem z balkonu.


Czwartek 

Po pracy drugi z planowanych zabiegów. Pojawiam się w klinice równo o umówionej godzinie, gdzie od razu przyjmuje mnie ta sama pani doktor. Miła, młoda, bardzo ładna. Pamięta mnie (3 tygodnie temu miałem pierwszy zabieg). 

Od razu uprzedza, że tym razem będzie gorzej. Przez godzinę męczy się bardzo, jej asystentka również dwoi się i troi, ale efektów brak. Z miejscowym znieczuleniem widzę i słyszę: "skalpel proszę, nie ten, ten większy". Krew bryzga na każdą stronę (początkowo niebieskie rękawiczki pani doktor są już bardziej czerwone), wydaje mi się, że mam coraz mniej sił a przecież nic nie robię - leżę na wygodnej leżance w klimatyzowanej małej sali.

Z czasem dostrzegam, że coraz więcej ludzi kręci się wokół mnie, a pani doktor prosi o pomoc lekarza z sali obok. Gdy ten przychodzi (starszy pan z wąsami i w okularach, spokojnie mógłby być już na emeryturze) liczę że jego wiedza i doświadczenie pozwoli im uporać się z problemem, ale po jego minie dostrzegam, że  jest gorzej niż myślałem. Proponuje on inne metody oraz dodatkową tomografię, ponieważ czegoś tam nie widać a po tylu nacięciach już powinno być. A może ja po prostu czegoś tam nie mam akurat tego co oni szukają? Pierwsza myśl - a może by tak stąd uciec?

Po chwili przygotowują mnie do czegoś, oraz zbierają wszystkie zakrwawione narzędzia. Lekarz z pielęgniarką biorą mnie pod rękę i przeprowadzają do innej sali, zakładają jakiś strasznie ciężki kaftan (gdybym nie siedział to na pewno bym padł), ale wtedy już widzę wszystko jak przez mgłę , za to wciąż słyszę. "Nie, no wszystko tu jest prawidłowo tylko dużo głębiej. Tniemy dalej".

Znów położyli mnie ma leżance, doktor wyszedł a swoją ciężką pracę kontynuowała pani doktor z tym, że miała więcej asystentów (a może mi się już tak w głowie robiło że widziałem dużo osób?). Ponieważ nade mną był duży monitor (na szczęście zamiast obrazu na żywo była jakaś tapeta) widziałem zegarek. Po pół godzinie, gdy pani doktor walczyła z każdej strony znów usłyszałem "proszę pilnie poprosić doktora". Słyszę bieg, zapewne jedna z asystentek pobiegła po lekarza. Nie pamiętam kiedy ten wszedł, ale musiało to chwilę trwać, bo w międzyczasie majaczą mi szybko poruszające się postacie, czyżby pół personelu kliniki tu przybyło? Myśli kłębiły się jak oszalałe - ile krwi już straciłem, czy już zadzwonili po karetkę czy jeszcze wierzą że im się uda, czy  w ogóle mają krew do transfuzji, może powinni się poddać i po prostu zrezygnować? 

Wąsy i okulary mignęły mi przed prawie zamkniętymi oczami. Kilka ruchów a może więcej niż kilka - nie jestem w stanie stwierdzić - i słyszę głos pani doktor - "już po wszystkim, niech pan odpoczywa, był pan bardzo dzielny". 

Uff, napięcie zaczęło opadać. Słyszę jakieś medyczne terminy i zalecenia które lekarze wymieniają między sobą. Oraz "to był bardzo ciężki, nietypowy przypadek".

Coś tam przy mnie robią, ale to już prawie koniec, widzę całą miskę (?) zakrwawionych opatrunków, tamponów i tym podobnych. No i zakrwawione narzędzia - trochę to wygląda na rzeź, za pierwszym razem było o wiele lepiej. Pani doktor wyciera pot z mojego czoła, mówi o zaleceniach (prawie nic nie mogę, tylko odpoczywać), po czym wypisuje zwolnienie oraz receptę. Wciska mi ją w dłoń razem z dokładnie rozpisanym dawkowaniem i kartą informacyjną "zalecenia po zabiegu".

Leżę jeszcze kilkanaście minut a ona pyta czy wszystko jest dobrze. Znieczulenie wciąż działa, więc nic nie czuję i odpowiadam że wszystko jest ok. W końcu wokół mnie uspokoiło się, nie ma już tego gwałtownego ruchu, mam wrażenie że wszyscy asystenci i pielęgniarki wrócili do swoich standardowych czynności, bo w sali jest tylko trzy osoby ze mną. Po tym wszystkim ktoś musi to posprzątać, robi to pielęgniarka - współczuję jej babrać się w takim bagnie.

Po kolejnych minutach odprowadzają mnie na poczekalnię i usadzają na wygodnej, skórzanej zielonej kanapie. Chce mi się pić, ale nie wolno. Wolno mi siedzieć. Chcę już do domu, ale nie wolno - wciąż obserwują i pytają czy wszystko jest ok. Dobrze, że klimatyzacja działa ponieważ na zewnątrz ponad 30 stopni, a upałów mam unikać. Po długim czasie na kanapie wypuszczają mnie z zaleceniami, że gdyby cokolwiek się działo mam natychmiast się zgłosić.

Klinika mieści się jakieś dwa kilometry od domu, po drodze wykupuję receptę. Z trudem wyczekuję czas do momentu możliwości napicia się wody, ale już chyba bardziej potrzebuję leków przeciwbólowych. Jak się okazuje po chwili, leki są bardzo skuteczne i działają momentalnie przez prawie całą dobę (nie powinno dziwić, kosztowały krocie). Zasypiam spokojnie z tym, że trochę zakrwawiłem pościel. Przepieram ją z samego rana, ale chyba będzie już do wyrzucenia.

Piątek 

Zadziwiająco dobrze. Leki  z samego rana, przeciwbólowe około południa. Odpoczywam, rozwiązuję krzyżówki, słucham radia i ogólnie - krzątam się po (zbyt ciepłym) mieszkaniu. Weekend podobnie, choć z każdym dniem czuje się lepiej - co jest bardzo zadziwiające. Zdaje się, że wpływ na to mają leki które biorę dwa razy dziennie... A w przyszłym roku jeszcze jeden taki zabieg...

sobota, 29 czerwca 2024

Podsumowanie tygodnia 350

Poniedziałek 

Ból. Już w nocy biorę środki przeciwbólowe, co umożliwia w miarę normalny sen. Śniadania nie jem. Na obiad mus z banana, truskawek i mleka. Pyszne. Po pracy padam ze zmęczenia i idę spać. 

Wtorek 

Noc bezsenna, pewnie dlatego że poprzedniego dnia spałem w dzień. W pracy słabo. Po pracy jogurt i zimne mleko. Wieczorem lody i kilka proszków przeciwbólowych. Te już się prawie kończą.

Środa

Lepiej przynajmniej przez pół dnia. Po pracy idę do Lidla po jedzenie - pasztet, jogurty, kasza manna, lody i banany. No i leki kupuję, tak na wszelki wypadek. A w pracy nerwowo. Incydent z na szczęście nie moim udziałem. Tuż po nim natychmiastowe szkolenie z procedur. 

Czwartek 

Z samego rana breafing z głównym managerem. Po pracy wizyta kontrola w klinice, przyjmuje mnie inna pani dr niż poprzednio:

- dobrze to wygląda, był pan u nas w międzyczasie?

- nie, biorę leki przeciwbólowe i jakoś tam się trzymam

- aha, teraz będzie już lepiej, ale niech pan nadal uważa i nic nie zmienia

Świetnie. Ale na plus - przyjęli mnie punktualnie, a w recepcji wciąż sączy sie smooth jazz. Wizyta kontrola trwała 3-4 minuty maksymalnie. 

Piątek 

Ciężki dzień w pracy. Omawianie i analizowanie incydentu ze środy. Nerwowo. Po pracy jadę do dużego miasta na przedstawienie operowe. Mimo moich obaw nie nudzę się, a muzyka jest całkiem przyjemna. 

Tuż przed przedstawieniem

Później spacer po mieście, który pokazuje inne obrazy niż w moim małym miasteczku - ulicznych artystów, ludzi odpoczywających i bawiących się, mnóstwo różnych możliwości i ogólnie - życie. 

Mimo że raz na jakiś czas widzę takie rzeczy wciąż mnie zadziwiają. I poprawiają humor mimo lżejszego niż wcześniej ale jednak bólu...

wtorek, 19 września 2023

Zagrożenie

Zapewne moi czytelnie słyszeli co działo się na kolei w ostatnim czasie - serie wypadków, oraz nieuprawnionego użycia sygnału radio-stop. Kilka dni po tych incydentach kierownictwo Departamentu (także innych wydziałów) zorganizowało naradę, a następnie opracowało wytyczne dotyczące bezpieczeństwa w całym gmachu. 

Pisałem o zabezpieczeniach (ochrona/alarmy) jakiś czas temu więc nie będę się powtarzał, ale od kilku dni obowiązują nas nowe procedury* na wypadek nieoczekiwanych zdarzeń, podejrzanie zachowujących się osób, pozostawionych ładunków/toreb/plecaków i tym podobnych. Kiedyś, pracując w nauce jazdy nie miałbym nawet pojęcia, jak podejmowane są decyzje w oparciu o to co dzieje się gdzieś daleko nas, ale mimo wszystko może mieć wpływ - i ma wpływ na każdego z nas. 

Naturalnie - jak zawsze - wszystko zostało opisane na papierze, a każdy pracownik musiał zapoznać się i podpisać zobowiązanie do przestrzegania. Gdzieś daleko w planach jest pomysł modernizacji całego budynku w którym znakuje się m.in. mój Departament, co zapewne wiązać się będzie z większym niż do tej pory odseparowaniem pracowników od klientów, klientów załatwiających sprawy od tych towarzyszących, czy choćby jeszcze dokładniejszym/lepszym jakościowo oraz większym monitoringiem. Będzie to zapewne bardzo interesujący czas, tak samo jak sama modernizacja, ponieważ - wg opracowanego planu - wtedy mielibyśmy się przenieść do tymczasowych baraków i/lub do innych Departamentów. 

Przyznam szczerze, że kilkukrotnie odczułem może nie zagrożenie, ale co najmniej zaniepokojenie zachowaniem niektórych klientów. I nie mam tu na myśli wulgaryzmów/słownych gróźb, ale czegoś na innym poziomie. Tego, że byliby w stanie/mogliby zrobić krzywdę używając przemocy, przyjąć dominującą pozycję z której można by zaatakować, bądź przy pomocy innych środków wyładować swoją złość i frustrację lub po prostu wymusić załatwienie sprawy/uzyskanie czegoś tam. Wydaje mi się, że najlepiej wtedy nie dyskutować, jak najmniej reagować i po prostu - w miarę możliwości pozbyć się gościa jak najszybciej. 

* z oczywistych względów nie opisuję szczegółów

sobota, 26 sierpnia 2023

Podsumowanie tygodnia 306

Poniedziałek

Wracam z dużego miasta. Jeszcze z rana, przed pracą wpadam na chwilę do domu - szczególnie w jednym celu - sprawdzić czy moje pomidory przeżyły. Ostatnio podlałem je w piątek rano dość obficie, ale cały weekend było bardzo gorąco. Pomidory żyją, choć jeden krzak (z trzech w sumie) przewrócił się na bok mimo że był podwiązany do barierki. Ewidentnie zrobił się z niego totalny flak. Kurczę, szkoda mi go - podlałem niezbyt dużą ilością wody, bo nie chciałem żeby przeżył szok i podwiązałem w kolejnym miejscu. Po powrocie z pracy okazało się, że cały krzak ładnie nabrał siły i nawet nie był nigdzie uszkodzony ani przełamany! Dałem im znowu wody - tym razem dużo więcej niż z rana. I aż do dzisiaj (wpis ten tworzę w piątek późnym wieczorem) pomidorki mają się świetnie - wciąż dają piękne i smaczne warzywa!

Wtorek

W tym tygodniu brak jakiejkolwiek fajniejszej opcji w pracy - więc przełączam się na tryb "muszę wytrwać" i po prostu idę przed siebie. Niespodziewanie dane mi było załatwić pewną sprawę w innym dziale Departamentu, ale w innej części miasta. Wziąłem służbowy pojazd i pojechałem. Po dojechaniu na miejsce nie wchodziłem na bezczelnego, tylko grzecznie wziąłem numerek z maszyny i poczekałem na swoją kolej przy okazji podpatrując jak oni pracują. W sumie, nawet miło czekało się na korytarzu z przypadkowymi ludźmi. Można usłyszeć komentarze na organizację pracy zupełnie nie zdradzając swojego pochodzenia :P

Środa

Jest źle, marnie, no prawie że fatalnie. Pracownicy się obijają, nastąpiło nadmierne rozluźnienie (cokolwiek to znaczy). Ale już niedługo, jeszcze chwileczkę i zostanie znów posprzątane, a porządek przywrócony.

Tak naprawdę jest całkiem nieźle, no ale wiadomo - gdy nie ma problemów to trzeba je sobie wymyśleć, gdy nie ma afer to koniecznie trzeba je stworzyć, bo jak tu  funkcjonować, o czym rozmawiać, jak w ogóle żyć? No nie da się, więc...

Czwartek

Gorący dzień, ale nie upalny. Ranki już nieco chłodne, wieczory i noce także. W pracy młyn, atmosfera nerwowa i bardzo napięta. Zostaję wezwany do działu kontroli - celem omówienia mojej pracy a dokładnie - anonimowych kontroli wykonanych w poprzednim miesiącu. Szczęśliwie - bez uwag. Podpisuję protokół i wracam do swojego okienka. A po południu relaks przy muzyce i czerwonym winie - zaskakująco dobrym jak na moje wybredne marudzenia.

Piątek

Ogólnie jestem zadowolony z całego tygodnia, chyba najbardziej męczące upały już minęły, powoli nastaje czas pięknej jesieni :)

wtorek, 23 maja 2023

Jak w zegarku

Ostatnie trzy-cztery tygodnie były wyjątkowe. Jeszcze nie miałem aż tyle dodatkowej pracy. Do tej pory, gdy poświęcałem czas na naukę to dlatego, że miałem jakiś egzamin lub zaliczenie. Tym razem było inaczej. W czerwcu (dokładnie 28 czerwca) miną dokładnie dwa lata odkąd pracuję w Departamencie Spraw Trudnych i Beznadziejnych. To był różny czas, ale ogólnie - dziś zdecydowanie inaczej patrzę na to co wokół mnie. Przede wszystkim:
  • nabrałem odrobinę doświadczenia (co daje trochę więcej komfortu z trudnymi przypadkami);
  • początkowo skupiałem się na jednych obowiązkach, teraz rozdzielam czas między różnymi projektami (różnorodność jest dobra);
  • nowe projekty są ciekawe, inspirujące, rozwijające no i korzystne finansowo (lubię to!);
  • zdobyłem przychylność współpracowników (nie wszystkich oczywiście), dziś są dla mnie o wiele lepsi niż wcześniej;
  • jestem pewien, że pokazałem się z dobrej strony (manager ma do mnie większe zaufanie);
  • wypracowałem swój własny styl, który mi bardzo odpowiada;
Są też minusy, ale tam gdzie jest duża odpowiedzialność muszą być minusy. Wszystko jest do przejścia, w tej chwili wydaje mi się że nie ma rzeczy niemożliwych. A to że trzeba chodzić jak w zegarku, to może i lepiej? 

Ale wracając do ostatnich tygodni. Wydarzyły się w tym czasie dwa bardzo ważne dla mnie fakty, dwa spore projekty, które realizuję SAMODZIELNIE. Musiałem się do nich przygotowywać przez dużą część czasu - częściowo robiłem to pomiędzy klientami w pracy (manager pozwolił mi korzystać z jego stanowiska pracy) a resztę w domu. Pierwszy projekt zakończył się pełnym sukcesem, do managera dotarły same pozytywne opinie, dostałem nawet pochwałę - chyba pierwszy raz, ale to mało ważne. Lubię dobrze wypaść w ważnych sprawach, wszystko dopiąłem na ostatni guzik i nic mnie nie zaskoczyło, a niebezpieczeństwo wszelkiej maści było mnóstwo. Departament zyskał na tym bardzo dużo.

Drugi projekt, z mojego punktu widzenia jest jeszcze ważniejszy niż ten pierwszy - miał swój pierwszy finał wczoraj (poniedziałek). Znowu garniturek, pasek z czerwono-zielonym delikatnym akcentem oraz odpowiednio dopasowane Oliviery poszły w ruch. Wszystko odbyło się na najwyższym poziomie, jestem zachwycony! Muszę jeszcze pomyśleć o ładniejszym zegarku, to drobiazg - ale ważny. Reprezentuję cały nasz oddział Departamentu, muszę więc ładnie wyglądać. Poza tym pierwsze wrażenie - nastawienie, mimika, sposób ubrania, tembr głosu - wszystko to wpływa na to jak zostanę odebrany. I nie będzie już drugiej szansy, tzn. część druga projektu oczywiście będzie, ale ocena jaką dostanę podczas pierwszej minuty/dwóch pozostanie ze mną na długo.

Jeszcze w życiu nie miałem tak odpowiedzialnego zajęcia jak teraz. Czynności, które musiałem wykonać/przygotować sprawiały mi tak dużo radości, że nie zdawałem sobie sprawy z tego że po pracy siedziałem po 6-7 godzin przed komputerem non stop. Moja pozycja w Departamencie jest diametralnie inna niż wcześniej. Jednoznacznie ciężka praca prowadzi do sukcesu, muszę bardziej w siebie wierzyć.

Druga część finału odbędzie się na początku czerwca. Już wiem że startuję z innego, lepszego pułapu niż przed pierwszym. Raz, że zdobyłem mnóstwo przychylności dwa że bardziej wiem czego się ode mnie oczekuje. Pokłosie tego projektu będą się ciągnęły przez co najmniej 3-4 miesiące a może i dłużej. W tym czasie pozostanie mi już tylko dwie rzeczy - spijać piankę wytężonej pracy, zbierać pochwały od managera (:P) i nie tylko od niego. No i ładnie się ubierać, to przede wszystkim. Tu już nie ma dowolności.

Tymczasem jedne z ostatnich tulipanów:


sobota, 4 marca 2023

Podsumowanie tygodnia 281

Poniedziałek

Już myślałem że do pracy pojadę hulajnogą, a tu lipa, z rana przymrozek - ślisko i zimno.

Wtorek

W pracy zapowiadają podwyżkę. Niezbyt dużą bo tylko 20% ale dobre i to. 

Środa

Do domu wracam około godziny dziewiętnastej - zmęczony i głodny. A czas dla siebie mam dopiero przed dziewiątą wieczorem.

Czwartek

Kumulacja zdarzeń. Najpierw awanturująca się klientka, potem jazzowy koncert, ale po kolei. 

Babka (jak na swój wiek wygląda bardzo dobrze) siedzi przede mną, przyszła załatwić ważną dla niej sprawę - już w sumie drugi raz choć ja jej nie pamiętam. Sprawdzam jej dokumenty we wniosku co trochę  trwa - ale nie więcej niż zwykle. Widzi co dzieje się na ekranie monitora (jest lekko obrócony w jej stronę, ponieważ czasem daję im [klientom] do przeczytania różne formułki), a tam pojawiają się kolejne rubryki i arkusze. Cały czas próbuję się skupić wprowadzając dane tym bardziej mając na uwadze że wszystko się nagrywa, ale babka ciągle coś gada. Niby do siebie, ale chyba bardziej do mnie - a to komplementuje moją cierpliwość gdy dłuższy czas szuka w torebce dowodu tożsamości, a to chwali porządek na moim biurku aż w końcu pyta mnie "a niech pan mi powie, kiedy przyjdzie wiosna?!". 

Zgodnie z procedurami ignoruję takie zaczepki. Przy moim okienku jest aż lepko od jej słodkości - ale tylko do pewnego momentu. Gdy okazuje się, że nie zgromadziła tego co powinna i odprawię ją z "kwitkiem" zaczyna się awantura. Że jestem podły, nie mam serca, że ona naskarży na mnie gdzie się tylko da, że wg niej wszystko jest w porządku a ja się czepiam itp. itd. Ja tymczasem zachowuję spokój ale tylko zewnętrzny, bo w środku telepie mną porządnie i udzielam jej wyjaśnień co do sprawy z którą przyszła. Jej zakończenie wymaga ode mnie kilku podpisów elektronicznych a to trochę trwa przy czym ona ciągle robi swoje wyrzuty. Gdy kończę najchętniej wyrzuciłbym ją spod mojego okienka, no ale przecież nie mogę. Po kilku chwilach nieaktywności na komputerze ekran wyłączył się (pisałem ostatnio - oszczędność prądu) a babka pyta czemu już nie nagrywam! Tłumaczę jej, że nagrywanie nie jest przerwane na co ona wrzeszczy że "to dobrze bo wykorzystam to przeciw panu".

Babka miała jeszcze wiele pytań do mnie, ale nie wdając się w bezsensowny dialog ze wszystkim wysłałem ją do działu skarg i reklamacji. Na szczęście przeniosła się tam z prędkością światła i rozpętała tam swoją drugą burzę. Gdy przechodziłem kilka minut później do toalety, zerknąłem w tamtą stronę i zauważyłem zdziwione miny moich współpracowników. Roszczenia pani były kompletnie nieuzasadnione a jakiekolwiek reklamacje natychmiast odrzucone.

Naturalnie sprawa trafiła do mojego managera, który zarządził kontrolę. Obejrzał zapis wideo i stwierdził że zachowałem się wzorowo. Oraz nie dałem się wciągnąć w jej próbę zmanipulowania i podporządkowania oraz wpłynięcia na wydanie jej pozytywnej decyzji. Oznajmił również, że była to nadzwyczaj trudna klientka. A że zrobił to przy obecności moich współpracowników ci zaczęli bić brawo. Uff, napięcie powoli schodziło.

Wieczorny koncert dał mi dużą dawkę świetnego odprężenia, relaksu i zadowolenia. Miejsce w pierwszym rzędzie wzmacnia niesamowity odbiór pozytywnych emocji płynących od artystów. Po koncercie krótki spacer po pustych miejskich uliczkach.

Anthony Strong Quartet

Piątek

Wolne. Najpierw fryzjer, potem zakupy, następnie obiad na mieście i wizyta w księgarni. Muszę kupić coś na prezent. W międzyczasie dzwoni kolega z pracy i mówi że szukała mnie babka z wczoraj bo chciała przeprosić. 

Po południu wizyta w saunach a wracając do miejsca noclegu wstępuję na lody. Wieczorem film i lampka wina. Od poniedziałku równe dwa tygodnie pracy bez żadnego wolnego, a potem całodzienny pobyt w Suntago i troszkę urlopu. Zapowiada się całkiem nieźle :)

sobota, 4 lutego 2023

Podsumowanie tygodnia 277

Poniedziałek

Zimowy dzień. Od samego rana wietrznie i śnieżnie, droga już z rana była śliska, a po południu to wręcz przypominała lodowisko. Automatyczna skrzynia trochę mi przeszkadza w takich warunkach, a dokładniej gdy za pomocą przyspieszenia chcę "wybadać" poziom przyczepności kół do nawierzchni.


Wtorek

W pracy ciekawie. Zamiast normalnego "obsługiwania" klientów mamy szkolenie. Młody, lekko pulchny chłopaczek ma poprowadzić wykład n/t zagrożeń związanych z cyberprzestępczością oraz bezpieczeństwem danych. Początkowo nie wiedziałem że on ma nas uczyć - zdecydowanie nie wyglądał na wykładowcę. Zrobiłem sobie herbatę, wziąłem ciastka oraz serwetkę i usiadłem w środkowej części sali - czekając na rozpoczęcie zlustrowałem go trochę. Wymięta bluza wyglądała jakby dopiero wyjął ją z pralki, przydługie spodnie układające się w harmonijkę przy kostkach oraz średnio wyglądające sportowe czarne buty z niezawiązanymi sznurówkami. Przed sobą miał tablet, dwa laptopy i smartfona - na którego zerkał dość często.

Gdy zaczął wykład kolejny minus - mówił niezbyt wyraźnie i zbyt cicho, no ale za to jak merytorycznie! Wykład zaciekawił mnie już od samego początku i zmienił moje myślenie w kilku kwestiach. Niezłym sprawdzianem był czas na zadawanie mu pytań, ponieważ kilka osób z innego niż mój Departamentu odezwało się i zadało mu pytania. Niestety były one na pograniczu tych obscenicznych z żenującymi. Nasz główny manager jakby zrobił się czerwony, a chłopaczek prowadzący wykład odpowiedział wymijająco. Ludzie z mojego działu nie odzywali się w ogóle, ja także.

Po południu pędzę na saunę. Wybieram komunikację miejską, która bardzo mi pasuje. W saunarium mnóstwo ludzi, nie sądziłem że na tygodniu będzie aż tylu chętnych do wygrzewania się. 

Środa

Dzień niepewności pod kilkoma względami. W pracy niezbyt fajna sytuacja która finał będzie miała w przyszłości. Mimo tego że wszystko zrobiłem zgodnie z obowiązującymi przepisami już czuję ten dreszczyk rozmowy dyscyplinującej z managerem, która - o dziwo - nie dochodzi do skutku. Mimo to wiem, że to się stanie. W wolnym czasie przygotowuję się do odparcia ataku ucząc się na pamięć paragrafów i szukając źródeł wytycznych do postępowania w trudnych/nietypowych sytuacjach.

Czwartek

Sytuacja z wczoraj. Najpierw wyjaśnianie sprawy osobie nadzorującej moją pracę. Po jego zapoznaniu się z materiałami oraz moimi wyjaśnieniami (tożsame jedno z drugim) nie wyrzuca on w moją stronę pomyj, więc paragrafy zostawiam na później - czyli prawie pewną rozmowę z głównym managerem. Kilka godzin później okazuje się, że jednak nie będzie ataku - nie tym razem. Klient, który to wszystko rozpoczął zaczerpnął wiedzy u jakiegoś prawnika i wycofał się z zarzutów. Jego pretensje były totalnie absurdalne żeby nie napisać głupie. Oczywiście nawet nie miał pojęcia, jak wiele trybików poruszył. Nie wystarczyło to że zadzwonił do firmy - został zobligowany do stawienia się osobiście i wypełnienia wniosku anulującego jej poprzednie roszczenia (a zdążył je wnieść na piśmie).

Przyszedł, wypełnił co trzeba, mi także podsunęli kilka stron do wypełnienia, wszystko podpisali moi wszyscy przełożeni i na tym koniec. Główny manager tym razem dał mi spokój. Paragrafy na pewno przydadzą się później, przy kolejnej awanturze.

Piątek

Dzień wolny. Ponieważ jestem prawie najmłodszy stażem w firmie do wczoraj nie było pewne czy to wolne będę w ogóle miał czy jednak nie. Trochę także z mojej winy, ponieważ jestem zbyt dobry dla innych, na co zwrócił mi uwagę jeden z managerów niższego szczebla. 

Nie odczytuję ani mailów ani nie odbieram telefonów z firmy. W ogóle nie odbieram od nieznajomych. W południe jadę do dużego miasta i mogę odetchnąć spokojniej - w tak dużym skupisku ludzi nie jestem rozpoznawalny i swobodnie wtapiam się w tłum. Obiad na starym mieście i wyjście na sauny to moje główne plany na ten dzień. Wieczorem małe zakupy i porcja lodów w ulubionej lodziarni - tym razem malina z mascarpone :)

sobota, 28 stycznia 2023

Podsumowanie tygodnia 276

Poniedziałek

Tydzień zapowiada się ciężko. Z różnych powodów - ale głównie nie związanych z Departamentem - choć i tu więcej pracy ponieważ sobota również pracująca. 

Wtorek

W ramach dbania o własny stan psychiki wybieram się po pracy na saunę. Z trudem znoszę disco-muzykę podczas ceremonii. Gdybym wiedział to pewnie wybrałbym się innego dnia.

Środa

Całkiem miły dzień w pracy. Przed jej końcem pewna osoba (klientka) dodaje mi trochę emocji swoim niewłaściwym zachowaniem, ale nie przyćmiewa to całości dnia.

Obieram zamówione wcześniej peelingi do sauny parowej. Kupiłem je przez internet kierując się opiniami innych osób (mam nadzieję że to były prawdziwe komentarze). Późnym wieczorem idę na długi spacer, a do domu wracam około godziny 22. Łącznie tego dnia robię ponad 11 km nogami.


Czwartek

Najpierw planowałem wypróbować peeling pomarańczowy, ale jednak postanowiłem odpoczywać w domu (wczorajszy spacer dał mi troszkę w kość). Najpierw szybki obiad, potem książka, drzemka i zakupy - idę aż do trzech różnych sklepów. Późna pora daje ten plus że np w Rossmanie jestem jedynym klientem, w pozostałych także pustki. W Lidlu super promocje.


Piątek

Niby weekend, ale jutro także wstaję do pracy. Po południu idę do znajomych, którzy mają 9-cio miesięczną i 2-letnią dziewczynkę. Od połowy tygodnia męczę koleżanki z pracy aby mi podpowiedziały co mogę kupić dzieciom. Początkowo myślałem o czymś słodkim, ale to był głupi pomysł. Po wielu naradach poszedłem do dużego sklepu dziecięcego i z pomocą miłej i młodej sprzedawczyni wybrałem pluszaka (dla młodszej) i jakiś interaktywny tablet edukacyjno-rozrywkowy dla starszej. Najchętniej poszedłbym z czymś mocniejszym i się trochę uchlał, ale jedno ze znajomych nie pijące, więc odpada ten pomysł. A może to i dobrze? Wezmę czekoladki z galaretką i wystarczy.

środa, 25 stycznia 2023

Zakręty i pożary


Ledwo wyrabiam się na zakrętach, choć czasami jadę już bokiem nie kontrolując toru jazdy. Droga jest śliska, szczególnie tam gdzie można wpaść w poślizg - na zakrętach. Lód i walczące o przyczepność opony toczą odwieczną przepychankę o moje przetrwanie. Uda się, czy już wypadnę z drogi w głęboką przepaść? To jak jazda bez trzymanki, brak jakiegokolwiek zabezpieczenia, choćby prostych barierek (i tak nic by nie dały?) czy odpowiednie wyprofilowanie drogi. Zupełnie nic, oczywiście prócz błyszczącej śliskości i urwiska tuż obok zakrętu. Tylko czekają na swoją okazję. I tak jest co chwila. Niby każdy pokonany zakręt czegoś uczy, niby doświadczenie coraz większe, niby praktyka czyni mistrza, a tu guzik. Życie zaskakuje tak, że wszystkie zgromadzone do tej pory umiejętności topnieją w oka mgnieniu.

Pożary pojawiają się wszędzie. Z każdej strony, atakują zaciekle, podstępnie i coraz brutalniej. Do gaszenia staram się używać merytoryki, dobra dla każdej ze stron oraz w miarę możliwości poszanowania zdań odmiennych niż moje. Oczywiście najczęściej nie są one w ogóle brane pod uwagę, bo świat w jakim się obracam(y) nie opiera się na logice i racjonalnym działaniu. Niejednokrotnie gaszenie pożarów pochłania znaczną część moich sił, a efekty uboczne ciągną się długo niczym swąd paleniska. I niby wiem, że niepotrzebne rozmyślanie i nadmierne analizowanie nic dobrego nie przyniesie, to wciąż robię to nadal. Może chciałbym wyprzedzić pojawiający się problem? I co z tego że jedne udaje się ugasić, skoro okazuje się że na ich miejsce pojawiają się nowe - większe - takie, z którymi jeszcze nigdy nie miałem do czynienia?

Kierowca autobusu, pani w kasie aquaparku, sąsiadka z którą rano mijam się na klatce schodowej, czy taksówkarz z parkingu w centrum - czy któreś z nich nie gasi pożarów i nie drży o swój byt na śliskim zakręcie? Widuję tych ludzi regularnie, na pierwszy rzut oka w ogóle się nie zmieniają, ich twarze prawie zawsze są takie same, ale pożary i zakręty zapewne (?) ciągle nowe. A może to jest poza nimi? Może nie są w żadnej podróży, a nawet gdyby to może ich droga nie jest pokryta lodem a za zakrętem nie ma przepaści? Nawierzchnia jest szeroka i gładka jak stół i nic nie czyha na ich bytność? Może nie muszą gasić pożarów, bo ich po prostu nie ma? 

Wiadomo że nie zapytam ich o to wprost, ale... Ostatnio zupełnie przez przypadek (albo i nie) sąsiadka zaczepiła mnie gdy szedłem do pracy (z rana). Zaskoczyło mnie to, ponieważ do tej pory wystarczyło "dzień dobry" i lekko wymuszony uśmiech. Ale przedwczoraj było inaczej, bo sąsiadka sama z siebie zaczęła mówić o tych zakrętach i pożarach. Słuchałem (a przynajmniej starałem się) i nie przeszkadzałem, ale gdzieś w głębi próbowałem te wszystkie złe rzeczy dopasować do swoich. Niektóre z nich pasowały jak ulał, inne niekoniecznie. Jednocześnie jakaś druga część mnie próbowała klasyfikować - czy jej zakręty i pożary są większe/gorsze niż moje czy nie. Zrozumiałe, że nie mogłem jej poświęcić zbyt dużo czasu bo spóźniłbym się do Departamentu.

Ale przez kilka minut odkryła przede mną mnóstwo cienia, który - jak mi się przynajmniej wydaje - znajduje się z każdej strony sąsiadki. W ogóle nie było tego widać wcześniej. Przyjmowanie tego do siebie chyba nie jest niczym dobrym, no chyba że łapanie cudzych doświadczeń może się na cokolwiek w życiu przydać. Szczerze - wątpię w to. Naturalnie bardzo łatwo było dawać mi rady, co powinna a czego nie - bo zdaje się że tego oczekiwała. Na ile sam w nie (rady) wierzę? Chyba jest to bliskie zeru, ponieważ przy moich zakrętach i pożarach takie rady można sobie wsadzić w cztery litery.

Dziś, gdy spotkałem ją kolejny raz z rana, jej twarz była wyraźnie smutna. Znów mnie zaczepiła, ale temat - "domowy czworonożny pupil" był chyba jakąś próbą obojętnego zagadania. Nie mam pojęcia, tym bardziej w kwestii domowych pupilów - wszak nie mam żadnego. A może liczyła na moją otwartość, albo próbowała rozmyć kontekst poprzedniej rozmowy, nie wiem. Mógłbym zapukać kiedyś i wysłuchać, zapytać "jak tam", przyjść, po prostu pobyć, tylko czy tego właśnie chcę? I czego taka interakcja wymagałaby ode mnie? Czego ona wymagałaby ode mnie? Zamkniętego i słuchającego czy wylewnego i opowiadającego o sobie i swoich cieniach tak, by w pobliżu znalazł się ktoś w podobnej/gorszej (a na pewno nie lepszej) sytuacji? 

sobota, 31 grudnia 2022

Podsumowanie tygodnia 272

Poniedziałek

Świątecznie. W ciągu dnia nic nie zdradza nadchodzących problemów.

Nieprzespana noc, ból wszystkiego - głowa, kręgosłup, mięśnie - nawet odczuwałem ból zębów. Totalny brak sił, nie mogę ruszyć się do łazienki. Nic nie jem. Przewiało mnie gdzieś, lub złapałam jakiegoś wirusa. Mimo wciąż świątecznej pory piszę do managera że raczej nie przyjdę jutro do pracy. Przyjmuje to z zadziwiającym spokojem (lub nie daje po sobie poznać).

Wtorek

Nic nie lepiej. Za to pewien jestem, że dzień w pracy wykończyłby mnie. Męczy mnie wszystko - także zwykłe leżenie. Co chwilę ktoś coś pisze, ale nie mam sił aby odczytać. Wieczorem dzwoni manager i pyta jak tam. Zapowiadam że jutro także nie będzie mnie w pracy. W międzyczasie załatwiam sobie leki z apteki. Te które miałem niekorzystnie oddziaływały na inne części organizmu. Do problemów wirusowych dołącza buntujący się żołądek mimo zmiany leków.

Środa

Dzisiaj sam już nie wiem czy bardziej doskwiera wirus czy rewolucje żołądkowe. Czuję wstręt do tego co jadłem w wigilię (a wtedy było bardzo smaczne), w ciągu dnia jem trzy cieniutkie kromki z miodem pomarańczowym. Żołądek atakuje niespodziewanie wiele razy dziennie. Manager dopytuje o stan zdrowia i mam wrażenie, że nie obraziłby się gdybym i jutro nie przyszedł, ale odpowiadam mu że jutro będę już w pracy. Tylko czy dam radę? Sam nie wiem.

Czwartek

Trochę lepiej. Przed pracą wstępuję do apteki. Sprzedawca ma ładny reniferowo-czerwony sweterek. Przed siódmą rano nie ma kolejek prócz dwudziestu (na oko) ludzi przed przychodnią tuż obok. Lek polecony przez sprzedawcę pomaga ale i znowu wzburza organizm. Cudem udaje mi się zachować jakiś poziom przy klientach.

Piątek

Znowu lepiej. Czuję, jak całe moje ciało trzęsie się jak galareta tuż po tym, jak biorę porcje leków. Te działają i mogę funkcjonować jako tako. 
Rozmowa z głównym managerem. Czekałem na to od prawie miesiąca. Ogólnie - jestem zadowolony z rozmowy. Pracę kończę wcześniej i jadę na zakupy - na ostatni dzień roku przygotowuję dwie różne tarty (jedna z boczkiem/ogórkiem/papryką/czosnkiem i cebulą druga z łososiem), naleśniki z serem (oczywiście bez rodzynek), oraz przystawki na zimno. 

A na dzisiejszy wieczór dostaję zaproszenie na kolację w fajnej restauracji. Czasem tam bywam, ale od pewnego momentu obserwuję poprawę jakości obsługi. Młoda dziewczyna umie się zachować, zaproponować nienachalnie, pomóc gdy jest jakiś problem. Czyżby pracowała tam na stałe? W każdym razie zostawiam jej duży napiwek, niech też ma coś miłego.


Szczęśliwego Nowego Roku!

wtorek, 6 grudnia 2022

Szkolenie

Kilka dni temu wróciłem ze szkolenia. Takiego wyjazdowego, kilkudniowego. Mój Departament spokojnie mógłby się bez tego obyć, ale skoro inni wyjeżdżają, to przecież my nie możemy być gorsi! Tym bardziej że wyniki finansowe nienajgorsze, więc szalejemy! Mój manager wybrał miejsce, termin oraz wszystko inne tak, że nie było żadnego wyboru - nawet czas wolny został skrupulatnie zaplanowany. Cały program został zatwierdzony przez wszystkich ważnych ludzi, my - pracownicy musieliśmy się z nim zapoznać, podpisać akceptację i w drogę.

Najpierw szkolenie w Departamencie takim jak nasz, ale kilka razy większym. Wszędzie ochrona, kamery, bramki oraz drzwi, które otwierają się jedynie po zbliżeniu identyfikatora. Kilka pięter, nowoczesne windy, wszystko bardzo rozbudowane. Nasz gabinet głównego managera wygląda przy tym jak kanciapa ubogiego przedsiębiorcy. Sami nie mogliśmy się nigdzie poruszać, więc został nam przydzielony człowiek z "prawami dostępu" który oprowadził nas po niemal całej placówce. Przy okazji okazał się dość gadatliwym i skorym do rozmowy pracownikiem, więc sporo ciekawych rzeczy się dowiedziałem. 

Po obiedzie rozpoczęły się szkolenia. Wjechaliśmy na ostatnie piętro które okazało się być centrum edukacyjnym z kilkoma salami. W jednej z nich rozpoczął się blok trwający 180 minut. Dwoje wykładowców, bardzo ciekawa tematyka - taka adekwatna do czasów i problemów z którymi obecnie spotkam się coraz częściej. Te trzy godziny (z przerwami) zleciały bardzo szybko. Potem przekąski i ciąg dalszy ale z innej tematyki i z kim innym. Tu było jeszcze fajniej, ponieważ kobieta prowadząca zadawała nam mnóstwo pytań, a mi udało się odpowiedzieć całkiem nieźle na sporą ich część - może dlatego że siedziałem dość blisko i miałem z nią dobry kontakt wzrokowy? Niesamowite, jak szybko minęło 120 minut. 

Po szkoleniach zostaliśmy przewiezieni do hotelu. Jak się okazało z sauną, jaccuzi, basenem, pełnym zapleczem rekreacyjno-sportowym, oraz fantastyczną kuchnią. Wszędzie czyściutko, pachnące białe ręczniki i piękne nowoczesne oświetlenie zrobiły na mnie ogromne wrażenie. A gdy potem spojrzałem na opinie hotelu były tam prawie same najwyższe oceny. Nie sprawdzałem cen - bo przecież za wszystko płacił mój Departament. Po wyśmienitej kolacji podsumowanie dnia przez szefostwo i przydzielenie pokoi (dwuosobowe). Tu w naszej placówce było najwięcej zgrzytów już przed samym wyjazdem. Jeden chciał być z tym, drugi nie chciał być z kimś innym, normalnie jak w przedszkolu. Dla mnie było obojętne z kim będę spać, przecież to tylko kilka dni - nie ma co robić problemów z tak błahego powodu. 

Został więc mi przydzielony (a raczej ja do niego) pan B. W hierarchii on prawie na szczycie naszego wydziału, a ja - sami wiecie - typowy noob. Ale przez te półtora roku całkiem nieźle się z nim dogadywałem (już na początku zaproponował by mówić mu po imieniu - mimo dużej różnicy wieku/stanowiska/statusu finansowego), a nawet mieliśmy sporo wspólnych tematów, o których z innymi współpracownikami w ogóle nie było rozmowy. Smooth jazz, Bieszczady, knajpki i kawiarnie w Przemyślu, auta elektryczne, rodzaje serników i szarlotek - mogliśmy o tym rozmawiać w każdej nadarzającej się przerwie. Ale... Kilka dni wcześniej podczas rozmów w cztery oczy z moimi współpracownikami typowaliśmy kto z kim będzie w pokoju i tak się składało, że nikt z nich nie chciał być razem z B. Zastanawiało mnie to, no ale bez przesady.

Teraz już doskonale ich rozumiem. Z oczywistych względów nie mogę pisać o szczegółach, ale jedną noc wytrzymałem. Ponieważ później było tylko gorzej, zastanawiałem się co robić, mam już trochę lat, ale jeszcze nigdy w życiu nie byłem w takich sytuacjach. Niby stałem z boku, ale jednak byłem tak blisko. Mogłem nie robić nic, mogłem działać, ale przede wszystkim starałem się odnaleźć w tym wszystkim. Podjąłem decyzję i kolejne noce spędziłem gdzie indziej - a tak na prawdę po prostu za ścianą - korzystając z pewnego zaproszenia. Czyżby aż tak było widać moje zmieszanie/zażenowanie całą sytuacją? 


Z dzisiejszego punktu widzenia możliwe, że była to trochę zbyt pochopna decyzja, aczkolwiek stanowiła ona jedynie promil całości zdarzeń, które nie powinny nigdy mieć miejsca. Na pewno moja decyzja nie miała wpływu na dalszy bieg sytuacji, a kolejne dni mijały na szkoleniach, skrupulatnie zaplanowanym "czasie wolnym" oraz anormalnym zachowaniu B. Cudem udało mi się kupić dwie kartki, niemalże "ukradkiem" wskoczyć na pocztę i je wysłać!

Wciąż jestem pod wrażeniem w zasadzie wszystkiego co odbywało się na tym szkoleniu. Mam mnóstwo pozytywnych wrażeń i kilka negatywnych, które teoretycznie nie powinny przyćmiewać tych dobrych. Ale jednak - wciąż one przelatują mi przed oczami, pojawiają się w ciągu dnia i nocy, analizuję je z każdej strony i zastanawiam się dlaczego:
  • bo dotyczą B. którego wydawało mi się że znam?
  • bo nigdy nie widziałem czegoś takiego?
  • bo nie wyobrażam sobie jak on może teraz spojrzeć innym w oczy?
  • bo ja po czymś takim spaliłbym się ze wstydu?
  • bo inni tolerują stan jaki jest a nie powinni?
  • bo zadziwia mnie bierna postawa managera?
  • bo innym brakuje odwagi, tak jak mi*?
  • bo skoro cały Departament wiedział, dlaczego nie wprowadzili żadnych środków zaradczych**?
Mimo całej mojej podłości, daleko mi do B. i wiem, że gdybym kiedykolwiek wkroczył w te rejony to byłby już czas bliski końca. Końca mojego intelektu (już obecnie minimalnego ale jednak), odruchów typowo przypisanych homo-sapiens, oraz wszelkich innych - ogólnie pisząc rzeczy i spraw normalnych

* Jako typowy noob w Departamencie, czuję się najmniej adekwatny do tego, aby komukolwiek prawić uwagi. Jakiekolwiek. Już wiem, że nawet te najbardziej życzliwe i wynikające jedynie z czystej chęci pomocy komuś, mogą być odebrane zupełnie inaczej. Tym bardziej, jeśli dotyczą one osoby, od której przynajmniej teoretycznie - mam się uczyć i brać przykład. Osoby, za którą w tej chwili mógłbym co najwyżej chodzić i sprzątać. Nie widzę najmniejszych przesłanek ku temu, aby mówić innej osobie jak ma żyć, co robić, co jest dobrem a co złem, co można a czego nie można, ponieważ takie uwagi mogę dać najbliższym znajomym, lub swoim dzieciom - gdybym je miał oczywiście. Ale nie dorosłemu facetowi, który ma ze sobą problem(y). Zwłaszcza że cały rząd managerów i innych szefów prawie nic/w ogóle nic nie robi.

I tak sobie myślę, że te wszystkie fakultety, studia, wieloletnie doświadczenia, dodatkowe kursy oraz  certyfikaty wszelkiej maści można o kant potłuc. Są one zupełnie niczym. Można być wykształconym i bogatym chamem, lub ubogim i prymitywnym ale na poziomie. Jeśli nie ma się elementarnej kultury, ogłady, dyscypliny, szacunku do innych, jeśli się nie używa mózgu, ma innych w głębokim poważaniu - wszystkie dyplomy szlag trafi. Jeszcze nigdy nie widziałem tak wielkiej amplitudy pomiędzy jednym a drugim w tym samym człowieku i wydaje mi się, że szczególnie to zrobiło na mnie wrażenie. To jest ten punkt kulminacyjny, który pozostawił głęboko wyryty rów. 

** Nasz Departament ma regułę/zarządzenie/definicję na każde możliwe zdarzenie, ale jak widać - najmniej obrotny jest tam gdzie trzeba.

Tymczasem życie toczy się dalej. Jedne relacje będą takie same, drugie będą mocniejsze/lepsze a trzecie z kolei - sporo gorsze. Kilkudniowe szkolenie może odsłonić drugie "ja" człowieka - na plus lub na minus, lub też utrwalić usposobienie na obecnym poziomie. Mam nadzieję, że ja przynajmniej pozostałem na tym samym poziomie.