Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jazda. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 grudnia 2025

O kierunkowskazach

Niby prosta rzecz a mnóstwo kierujących bagatelizuje właściwe używanie kierunkowskazów, co doprowadza do różnych nieprzyjemności, a czasem kolizji i wypadków, ale po kolei.


Kierunkowskazy powinny być używane w dwóch sytuacjach, gdy kierujący pojazdem ma zamiar:
  • zmienić pas ruchu
  • zmienić kierunek jazdy
Nie ma tego wiele, prawda? Zatem wydaje się, że to prosta i oczywista sprawa - i taka jest dla niektórych, ale jest też mnóstwo osób nie znających lub nie pamiętających tych zasad. A więc jeszcze raz, ale dokładniej - kierujący pojazdem jest obowiązany zawczasu i wyraźnie sygnalizować zamiar zmiany kierunku jazdy lub pasa ruchu, oraz zaprzestać sygnalizowania niezwłocznie po wykonaniu manewru.

  • zawczasu i wyraźnie - czyli nie w ostatniej chwili, ale także niezbyt wcześnie. Wiele tu zależy od infrastruktury drogowej, która ogranicza możliwość zbyt wczesnego używania kierunkowskazów tak, aby nie doszło do pomyłki. Zbyt wczesne sygnalizowanie może doprowadzić do niezrozumienia chęci wykonania jakiegoś manewru, a w konsekwencji do kolizji lub wypadku. Zbyt późne dokładnie to samo. Prócz infrastruktury należy zwrócić uwagę na prędkość pojazdu oraz czytelność kierunkowskazów;
  • sygnalizować - czyli włączyć odpowiedni kierunkowskaz, a gdy pojazd nie jest wyposażony w kierunkowskazy, należy sygnalizować zamiary poprzez wyciągnięcie ręki w kierunku zamierzonej jazdy/zmiany pasa ruchu;
  • zamiar - czyli nie sam fakt jak robią niektórzy - włączenie kierunkowskazu w trakcie manewru jest jak musztarda po obiedzie;
  • zaprzestać - a więc gdy na przykład manewr zmiany pasa ruchu się zakończy, również należy zakończyć sygnalizowanie. Przy większych ruchach kierownicy zadziała mechanizm wyłączający, ale przy delikatnych ruchach nie;
Na podsumowanie kilka rzeczy:
  • częstotliwość mrugania kierunkowskazów to od 60 do 120 razy na minutę;
  • przepalona żarówka lub inny problem z kierunkowskazami będzie sygnalizowany poprzez częstotliwość większą niż powyższy zakres;
  • kierunkowskaz nie upoważnia do wykonania manewru, jest jedynie informacją dla innych uczestników ruchu;
  • nie należy zbytnio ufać, gdy widzi się pojazd z włączonym kierunkowskazem, ponieważ wyjazd w takiej sytuacji z drogi podporządkowanej może zakończyć się dużymi kłopotami - warto zachować zasadę ograniczonego zaufania;
  • niektóre pojazdy mają funkcję trzykrotnego mrugnięcia kierunkowskazem, gdy dźwignię od tychże nie włączy się "do końca" a jedynie delikatnie dotknie. To dobra funkcja do sygnalizowania zamiaru zmiany pasa ruchu pod warunkiem, że "zmieścimy się" w czasie mrugania z manewrem;
Trochę zamieszania jest w przypadku używania kierunkowskazów na tzw. rondzie, ale o tym innym razem - dzisiaj jedynie przypomnienie ogólnych zasad.

wtorek, 9 września 2025

Auto i rower

Niedawno pisałem o rowerzystach, dziś zajmę się tematem kierujących autami, a dokładniej - ich obowiązkami i prawami w stosunku do rowerzystów. Tak jak poprzednio, pominę kwestie - które wg mnie są mniej istotne, lub by rozciągnęły wpis ponad miarę;

1) kierujący pojazdem ma unikać wszelkiego działania, które mogłoby powodować zagrożenie bezpieczeństwa ruchu drogowego. Zatem na różnego rodzaju "styku" z rowerzystami należy podjąć działanie, które uniemożliwi pojawienie się zagrożenia. Wiadomo że w starciu z samochodem rowerzysta ma marne szanse, jest tzw. niechronionym użytkownikiem dróg;

2) każdy ma prawo liczyć, że uczestnicy na drodze stosują się do przepisów, ale... jeśli jakiekolwiek okoliczności mogą wskazywać na odmienne ich zachowanie, należy wzmóc czujność oraz zastosować zasadę ograniczonego zaufania. Jeśli np. rowerzysta zbliża się do przejścia dla pieszych, lub przejazdu dla rowerzystów - należy być przygotowanym że może zdarzyć się nieoczekiwany/niebezpieczny wjazd na takie miejsca przez rowerzystów. Podobnie, jeśli rowerzysta jedzie "wężykiem" - trudności z utrzymaniem względnie prostego toru jazdy nakazują zachować zwiększoną uwagę, większy odstęp oraz w razie potrzeby zmniejszenie prędkości;

3) ponadto, kierujący pojazdem zbliżając się do przejazdu dla rowerzystów obowiązany jest zachować szczególną ostrożność oraz ustąpić pierwszeństwa rowerzyście będącemu na przejeździe. I tu ciekawa kwestia. Rowerzysta wjeżdżający  nie ma pierwszeństwa, ale jeśli dojdzie do wypadku to jest już wtedy na przejeździe - dlatego tak ważne jest obserwowanie tego obszaru. Szczególna ostrożność - to zwiększenie swojej uwagi i skupienie jej na okolicznościach w których kierujący się właśnie znajduje, czyli ograniczenie rozproszenia uwagi na to, co niepotrzebne. Słuchanie radia, rozmowa z pasażerem, spoglądanie na ekran multimediów - m.in. takie czynniki zwiększają ryzyko powstania wypadku. Ale także przeniesienie nogi z pedału gazu nad hamulec - skutkuje to zmniejszeniem czasu reakcji w razie potrzeby gwałtownego hamowania;

4) podobnie, gdy kierujący skręca w drogę poprzeczną, a rowerzysta jedzie na wprost. Mam tu na myśli przypadek, w którym samochód skręca w prawo, a rowerzysta jedzie prosto. On (rowerzysta) może jechać po prawej stronie jezdni, drogą dla rowerów, poboczem lub nawet chodnikiem - abstrahując od tego czy jest to dozwolone czy nie - kierujący pojazdem ma obowiązek ustąpić mu pierwszeństwa, oraz patrz punkt 1. A że tak nie zawsze jest, pisaliście w komentarzach pod wpisem o rowerzystach - zresztą ja także to widzę;

5) kierującemu pojazdem zabrania się wyprzedzania bezpośrednio przed oraz na przejeździe dla rowerzystów (nie dotyczy to przejazdu kierowanego) - grozi za to aż 15 pkt karnych oraz 1500 zł mandatu (w przypadku recydywy 3000 zł);

6) podczas wyprzedzania odległość między pojazdem a rowerzystą nie może być mniejsza niż 1 metr z zastrzeżeniem, że musi to być odległość bezpieczna. Zwłaszcza poza obszarem zabudowanym jest to spory problem dla rowerzystów, ponieważ pęd powietrza może doprowadzić do utraty stabilności oraz poważnej "wywrotki";

7) a co w przypadku gdy rowerzysta jedzie po przejściu dla pieszych i dochodzi do zdarzenia drogowego? Kierujący autem ma ustąpić pierwszeństwa pieszemu - a rowerzysta nie jest pieszym*, zatem nie ma tu mowy o takiej odpowiedzialności. Tak jak pisałem wcześniej, rowerzysta nie może jechać po przejściu, zatem ogólnie to on ponosi odpowiedzialność za ewentualny wypadek/kolizję. Oczywiście każda sytuacja jest inna, tak więc kwestia winnych jest płynna.


* chyba że chodzi o dziecko do lat 10-ciu. Taka osoba na rowerze (pod opieką dorosłej osoby) jest uważany za pieszego.

poniedziałek, 5 grudnia 2022

Hulajnoga po roku użytkowania

Kilkanaście dni temu minął rok od zakupu mojej pierwszej elektrycznej hulajnogi - NanRobot X4, trochę jeszcze pamiętam ten dzień - pojechaliśmy do Warszawy do Grażyny i P. a w tzw międzyczasie do sklepu właśnie z zamiarem zakupu. Sprzedawca wystawił na zewnątrz interesujący mnie model (X4) oraz nieco tańszego Joyor-a (modelu nie pamiętam). Przejechałem się jednym i drugim i od razu zdecydowałem się na mocniejszego, żywszego i trochę bardziej masywnego NanRobot-a. 

Od tamtego czasu w sprzyjających warunkach jeżdżę nią do pracy, bardzo rzadko w innych celach, łącznie przejechałem prawie 1000 km. W kilka tygodni po zakupie złapałem gumę, ale poza tym nie doświadczyłem jakichkolwiek przygód. Hulajnoga jest bardzo zrywna, a gdy trochę mocniej podkręcę "gaz" łatwo można się przewrócić.  Oczywiście w ustawieniach można wyregulować różne rzeczy - na przykład moc oraz stopień przyspieszenia. Osobiście nie zrobiłem tego, ponieważ w trasie lubię moc ;-) 

źródło: https://shop.majway.pl/

Amortyzowany przód pomaga podczas jazdy po nierównych chodnikach, ale szkoda że z tyłu tego nie ma. Tym bardziej przeszkadza pneumatyczne tylne koło - po prostu trzeba trochę balansować ciałem i zwalniać podczas pokonywania nierówności/krawężników ponieważ wstrząs może być nieprzyjemny. Zaletą jest to, że tylne koło nie ulegnie przebiciu (przód łatwiej wymienić). 

Całość konstrukcji jest bardzo sztywna. Nic się nie odkręciło, nic się nie poluzowało - a przynajmniej ja tego nie odczułem ani nie zauważyłem. Nic nie piszczy, nie stuka - mam nawet wrażenie że wszystko działa lepiej niż na początku, lub tak mi się po prostu wydaje. 

Oświetlenie jest bardzo mocne i spokojnie można podróżować w nocy, miłym elementem jest tempomat (fakt że najlepiej sprawdza się na długich prostych), z sygnału dźwiękowego raczej nie korzystam ale jest - głośny i konkretny, dobrym rozwiązaniem jest metalowa stopka, stacyjka oraz voltomierz. Dzięki temu ostatniemu dokładnie wiem jaki jest stan baterii, ponieważ na wyświetlaczu nie jest to widoczne zbyt dokładnie. Hamowanie silnikiem z odzyskiwaniem energii, trzy tryby jazdy oraz bardzo łatwe i szybkie składanie hulajnogi - naprawdę ciężko znaleźć jakiś konkretny minus.

Z perspektywy tego roku zdecydowanie mogę polecić taki sprzęt. Nie jestem pewien czy dzisiaj sam kupiłbym coś takiego przede wszystkim z uwagi na cenę. Ponad trzy tysiące to już naprawdę sporo, z drugiej strony cena paliwa także wystrzeliła, więc jest to wszystko kwestia indywidualna - niemniej jednak sprzęt jest bardzo dobry :)

środa, 27 kwietnia 2022

Jazda hybrydą

Zimowa eksploatacja Toyoty Yaris IV w wersji hybrydowej podniosła średnie zużycie paliwa do poziomu 4.1/100 km. Czy to dużo? Nie, ponieważ najczęściej użytkowałem pojazd na krótkich dystansach - które to są najmniej korzystne dla eksploatacji pojazdu. Już chwilę po wciśnięciu przycisku "START" uruchamiał się silnik spalinowy - nawet wtedy gdy bateria układu elektrycznego była prawie pełna. Oczywiście znacząco wpływało to na średni wynik zużycia paliwa. Ciekawe, że kilkaset metrów jazdy na zimnym silniku najczęściej odbywało się przy jednostajnych obrotach silnika - niezależnie od dynamiki przyspieszenia czy prędkości jazdy, ponieważ układ elektryczny kompensował zapotrzebowanie na moc, a podczas zwalniania doładowywał baterię. Fajne!

Rozgrzewanie silnika oraz całego układu nie trwało zbyt długo, ale kolejną sprawą jest ogrzewanie wnętrza. Aby z kratek wentylacyjnych leciało ciepłe powietrze (przy minusowych wartościach na zewnątrz) potrzeba było dodatkowych minut, a to znowu podnosi średnie zużycie. Wyjściem z sytuacji jest korzystanie z podgrzewanych foteli (niesamowite, jak poprawiają komfort jazdy w zimne dni) oraz podgrzewana kierownica. Porównując bilans zużycia energii i paliwa zdecydowanie na plus wychodzi korzystanie z podgrzewania foteli/kierownicy niż ogrzewanie całego pojazdu. 


Naturalnie w trasie choćby kilkunastokilometrowej nie robi to aż tak dużej różnicy, ale gdy codziennie pokonuję 5 km do pracy to ma znaczenie. Kolejnym aspektem jest fakt, iż rekuperacja oraz oddawanie energii przy minusowych temperaturach nie zachodzi w sposób aż tak efektywny jak podczas eksploatacji w lecie. 

Obecnie wygląda to inaczej, ponieważ przy tych temperaturach (5-8 stopni gdy wyjeżdżam z garażu) autko od razu ochoczo pracuje na układzie elektrycznym - o ile tylko ma wystarczającą ilość elektronów w baterii. Rzadziej korzystam z ogrzewania, więc średnie zużycie paliwa będzie spadać w oka mgnieniu.  Podczas tych pięciu kilometrów dziennie (w jedną stronę) średni czas jazdy na silniku elektrycznym wacha się od 65% do nawet 80%. Wiadomo jak to w mieście - ruszanie/hamowanie/postój i tak bez końca. Tu hybryda jest najbardziej efektywna, przy czym wcale nie jest najlepiej muskać pedał przyspieszenia najdelikatniej jak się da. Silnik spalinowy zdecydowanie szybciej rozgrzewa się podczas bardziej dynamicznego przyspieszania (oczywiście bez przesady) oraz chętniej wyłącza się przy jednostajnej jeździe. 


Elektronika sama wybiera co i jak w prawie każdym aspekcie. Kierujący ma do dyspozycji tryby jazdy (eco/normal/power) oraz tryb EV (tryb elektryczny). Ten ostatni dostępny pod wieloma warunkami - m.in ilości dostępnej energii i zapotrzebowania na moc. Bateria pozwala na przejechanie w tym trybie nieco ponad 2 km - wszystko zależy od ukształtowania terenu. Nie jest to więc zbyt powalająca wartość, ale w mieście sprawdza się idealnie. Sama bateria najczęściej ładowana jest tylko do około 80% pojemności oraz rozładowywana do około 20% - zapobiega to przedwczesnemu zużyciu ogniw. Z tego co widzę na różnych forach Toyoty, taksówkarze robią nawet 600 000 km na oryginalnej baterii, więc nie ma się co martwić tylko trzeba się cieszyć i nie zwracać uwagi na szalejące ceny paliw :)

środa, 24 marca 2021

Telefon

Coraz częściej kursantom nie chce się przyjść do firmy na jazdy, tylko proszą o to aby podjechać do nich pod dom. Jeśli ktoś mieszka dalej ale wciąż na terenie miasta to nie ma problemu - rozumiem że dojechanie autobusem lub taksówką jest mało komfortowe i kosztowne, ale dziwi mnie że ludzie którzy mieszkają niedaleko także chcą aby po nich jeździć. Zawsze takie osoby tracą trochę czasu, ponieważ najpierw o pełnej godzinie kończę z kimś jazdę, a następnie wsiadam sam za kierownicę i jadę po następną osobę.

Wiąże się to z koniecznością zdejmowania oznaczenia "L" z dachu, a potem ponownym zakładaniem. Ostatnio dzwoni do mnie szef i pyta, czy jeżdżę z osobą która ma już prawo jazdy. Odpowiadam mu że nie - że ta osoba z którą jeżdżę ma dzisiaj egzamin. A on mówi, że ktoś do niego zadzwonił z informacją że jadę bez oznaczenia "L" na dachu. No tak - zapomniałem założyć... Prawie pół godziny jeździłem nieprawidłowo oznaczonym autem... :(

wtorek, 16 marca 2021

Tyczki i pachołki

Na jazdę przychodzi młody, wygolony i w dresie, Chłopak. Jak się okazuje, ma wyznaczony drugi termin egzaminu praktycznego, ponieważ pierwszy egzamin oblał. Twierdził, że na placu manewrowym nie było ani tyczek ani pachołków. Próbuję go uświadomić, to nie jest to możliwe, że stoją one w ściśle określonych miejscach, a nawet mają swoje wysokości. 

Kursant nadal twierdzi że tyczek nie było. Ponieważ wziął sobie dwie godziny jazdy to zaproponowałem mu, abyśmy podjechali do WORD-u i zobaczyli na własne oczy. Podjechaliśmy, zobaczyliśmy, kursant uwierzył. Stwierdził, że to pewnie ze stresu nie zauważył tyczek i pachołków - bo właśnie na placu manewrowym nie zdał...

Na końcu jazdy powiedział, że cieszy się że jeździł ze mną ponieważ dowiedział się więcej niż na całym kursie (robił go w "moim" ośrodku). To bardzo miłe :) 

poniedziałek, 18 stycznia 2021

Marne szanse

Na jedną godzinę jazdy przychodzi w miarę młody chłopak. Już przed jazdą dowiaduję się w biurze, że zatrzymali mu uprawnienia i niebawem ma kontrolny egzamin. Wziął sobie jedną godzinę, aby zobaczyć co jest na placu i żeby trochę po mieście pojeździć. Chłopak na jazdę przyjechał swoim autem (kiedyś mnie to szokowało, ale nie dziś). Robił typowe błędy kierowców z ulicy. Czyli jazda na luzie, przyspieszanie przed sygnalizacją, kierowanie jedną ręką itp. itd.  

Po kilku moich uwagach dość szybko poprawił te błędy (to mnie zaskoczyło że tak szybko to poprawił). Pokazałem mu na placu co i jak, a następnie wziąłem go w jedno z trudniejszych miejsc, które wymaga znajomości przepisów - ale nie takich oklepanych - tylko na nieco wyższym poziomie. O dziwo chłopak pojechał bezbłędnie! Do tego z gracją omijał wszystkie dziury i studzienki, no ale to normalka - wszak on cały czas jeździ mimo zakazu.

Pierwszy raz zatrzymali go bo w obszarze miał ponad 120 na liczniku, drugim razem trochę mniej - ale obowiązywał go wtedy trzymiesięczny zakaz prowadzenia - który został przedłużony o kolejne trzy miesiące. Trzeci raz znowu przekroczył prędkość w okresie obowiązywania zakazu, dlatego prawo jazdy zostało mu cofnięte - teraz musi zdawać wszystkie kategorie od samego początku. Nie wnikam co gdzie i jak zrobił - ale powinien odbyć cały kurs szkolenia. A może już to zrobił - nie pytałem, bo co mnie to obchodzi? Co do egzaminu - raczej go nie zda, chociaż jeździ kilka razy lepiej niż "zwykły" kursant.

Po jeździe ze mną podszedł do swojego auta i chyba było mu głupio odjeżdżać ot tak przy mnie (jego auto stało przy mojej firmie) bo wszedł do środka i jakby na coś czekał. Ale ja akurat kończyłem pracę i wsiadłem za kierownicę i pojechałem do domu. On także (lub gdziekolwiek indziej), a jutro zapewne podjedzie pod WORD - wiem o której ma egzamin więc z ciekawości pokręcę się tam by to zobaczyć :)

Tymczasem na ulicach miasta zima. Wreszcie.


I z ostatniej chwili:



środa, 16 grudnia 2020

Ostatnia deska

Jakiś czas temu jedna z kursantek po zakończonym kursie zadeklarowała że chce uczyć się dalej, ale przy mojej skromnej osobie. Jej dotychczasowy instruktor ostrzegł mnie o czekających trudnościach, a nawet niebezpieczeństwach - no ale to normalne, skoro ktoś po całym kursie chce brać kolejny.

Po czterech godzinach daję jej nadzieję na to, że coś z tego jednak będzie. Kolejne cztery to kompletna porażka. Następne cztery są średnie z tendencją do "już nic więcej nie potrafi zrobić" - w związku z tym chwytam się ostatniej deski ratunku i dla niej i wracam na początek kursu. Wszystko będziemy robić od nowa z tym, że nie popuszczę jej żadnego tematu ani odrobinę. Zasady ruchu drogowego będzie musiała umieć śpiewająco, a jeśli jakiegoś tematu nie zrealizuje zatrzymamy się w tym miejscu do momentu aż będzie zrealizowany w 100%. W dodatku czarno na białym wszystko zostanie dokładnie napisane, a notatki zabierze do domu i będzie musiała się nauczyć tego co tam wpiszę.

Nie widzę innego sposobu, choć będzie to kosztowny i długotrwały proces, no ale co z tego?

czwartek, 29 października 2020

Końcowe jazdy

Na końcowe jazdy przychodzi dziewczyna, która do tej pory miała dwoje instruktorów. Zna mnie z wykładów i tak się akurat złożyło, że dziś właśnie trafiła do mnie. Podczas całych tych dwóch godzin nagadałem się bardzo dużo, ponieważ nie wiedziała ona o wielu aspektach:

  • hamowanie silnikiem przy zwalnianiu i zatrzymywaniu
  • używanie czwartego biegu 
  • asystent ruszania na wzniesieniu (nowy Suzuki Swift)
  • parkowanie - kryteria oceny i sposób wykonania
  • parkowanie równoległe (nigdy nie ćwiczyła)
  • wykonanie manewru zawracania na odcinku drogi
  • taktyka jazdy
  • prawidłowe użycie świateł w czasie jazdy
  • wykorzystanie potencjału systemu hybrydowego
  • wykonanie czynności po zakończeniu jazdy
O powyższych w ogóle nie słyszała, nie miała pojęcia co i jak zrobić. To, co wykonywała prawidłowo to technika ruszania, jazda po pasie ruchu do przodu i tyłu (z pewnymi zastrzeżeniami) oraz pierwsze zadanie - czyli sprawdzanie świateł oraz płynów eksploatacyjnych. Co ciekawe, dziewczyna ta nie odrzucała mojej wiedzy, którą w ciągu tych dwóch godzin chciałem jej przekazać. A jak widać z ilości punktów powyżej nie było tego mało - tym bardziej szanuję jej postawę za to że nie zamknęła się na najprostszych (żeby nie napisać prymitywnych) "poradach" poprzednich instruktorów. 

Na koniec jazd powiedziała, że w ciągu tych dwóch godzin dowiedziała się więcej niż przez 26 poprzednich! I zapytała, czy w sobotę również będą z nią pracował. Odpowiedziałem że nie, ponieważ w weekendy odpoczywam... Zasmuciła się, ale mam nadzieję że zapamiętała choć część z tego co jej przekazałem :)

poniedziałek, 19 października 2020

Samo życie...

Jeździłem ostatnio z dziewczyną tak zarozumiałą, że już od dawna nie było nikogo takiego. Podszedłem do niej na kursie jak do każdego innego, ale ona szczególnie robiła wiele aby poczuć do niej antypatię. Ja mówię jedno - ona zawsze ma drugie. Ja coś tłumaczę ona niby przyjmuje, a za chwilę znowu po swojemu. 

Większość ludzi teraz tłumaczy się "stresem". No dobra, niektórzy jeszcze złym dniem, pogodą, albo np butami. Ta zarozumiała miała swoje "ale to dziwne". No i ja się tak zastanawiam co jest dziwne? Bo dla niej wszystko czego się nie nauczyła było dziwne. Fajna i kolejna wymówka (obok stresu). 

Nie dałem za wygraną. Po każdym jej "ale dziwne!" zatrzymywaliśmy się, tłumaczyłem na spokojnie - nie w czasie jazdy, tylko tak żeby mogła skupić całą swoją uwagę na tym co mówię. Oczywiście aby wzmocnić mój przekaz użyłem także czystej kartki z kalendarza do rozrysowania danej sytuacji, a także całego wachlarza argumentów. Ale na końcu i tak słyszałem "ale to dziwne jest!". 

Nauczyłem się już dawno nie dyskutować z co niektórymi, bo to bez sensu. Interesowało mnie, aby zarozumiała robiła więc to co jej tłumaczyłem, ale ciężko jej to szło. No bo gdy nie znała zasad poruszania się, to trudno było na praktykach wyłożyć jej cały kodeks w różnych sytuacjach i konfiguracjach nie? 

Więc bez napinania się, robię swoje i aby do końca jazd :) A wieczorami kończę już to:

czwartek, 24 września 2020

Zamiany aut

Jesteśmy na etapie zmian floty szkoleniowej. Już trochę zaczyna mnie to denerwować, bo w "swoim" aucie wszystko mam pod ręką a w nowych - tyle co nic. I tak np. wczoraj po jednej godzinie z samego rana polecenie aby zmienić pojazd. Zabieram więc wszystkie swoje graty (m.in. krem do rąk, woda i coś "na ząb") i wrzucam do drugiego auta. Ale co bym tu dotknął to brudne - tak wewnątrz (choć to dziwne bo auto nowe) kierownica lepi się od brudu - jak i zewnątrz - cała karoseria okurzona, a szyby zafajdane jakby przez tydzień nie myte. Więc już od samego początku szlag zaczyna mnie trafiać.

Idę więc szybko do biura po drobne monety na myjnię licząc, że może znajdzie się jakaś krótka chwila kiedy zdążę podjechać i umyć (na dywanikach pod nogami mnóstwo zaschłej ziemi). A gdy już sobie pracuję w nowym aucie to okazuje się że nie ma tam płynu do dezynfekcji rąk - no tak, przecież nikt prócz mnie tego już nie używa więc niby po co ktokolwiek miałby wrzucić płyn do auta? Podobnie jak mokrych chusteczek, papieru i płynu do mycia szyb ani nawet długopisu. Więc karty przeprowadzonych zajęć w ogóle nie wypełniam, no bo czym? 

Po dwóch godzinach (wciąż bez wizyty w myjni) okazuje się, że znowu jest zmiana - wracam na "swoje" stare auto. Oddając auto kolejnej osobie uprzedzam, że taki stan był kiedy ja go brałem - więc trudno doprowadzić do porządku gdy ma się kursanta na szkolenie. 

Na szczęście jeszcze tylko kilka dni i wszystko wróci do normy - pojazdy będą przypisane do instruktorów - koniec zamian :)

środa, 9 września 2020

Głowę w piasek

Kilka tygodni temu firma podwyższyła cenę kursów. Szef obawiał się tego ruchu, ale postanowił zaryzykować i okazało się to bardzo dobrym pomysłem - nie tylko ze względu na moją podwyżkę i jego większe przychody, ale przede wszystkim - kursantów w ogóle nie ubyło. Wydaje mi się nawet, że jest ich więcej niż przed podwyżką, co zapewne jest zbiegiem okoliczności. 

Praktycznie codziennie kilka osób zapisuje się na kurs(y) - raz więcej raz mniej, ale nie ma dnia aby nie przyszedł ktoś nowy. Kolejne grupy zapełniają się tak szybko, że po połowie terminu "rekrutacji" nie ma już wolnych miejsc. Nie sztuką jest nabrać kursantów a potem powiedzieć im, że wszystko fajnie ale najbliższe jazdy będą za trzy miesiące - z powodu braku wystarczającej ilości instruktorów i samochodów.

Z tego powodu firma stara się prowadzić odpowiedzialną politykę jakości i rozsądnego oczekiwania na jazdę oraz w miarę sprawnego zakończenia szkolenia. Mój grafik zapełniony jest na około miesiąc do przodu. Co jakiś czas słyszę, że "fajnie gdybyś dłużej pracował" ale to mnie już nie rusza. Wiem, większa kasa - ale kosztem czego? Życia/zdrowia/czasu. Już dawno temu ustaliłem że weekendy są tylko dla mnie - więc każda sobota i niedziela jest bez pracy - choć mnóstwo osób chce wtedy jeździć.

Uważam jednak, że jazdy w soboty lub niedziele powinny być lepiej wynagradzane, a chętni kursanci powinni zapłacić za to adekwatnie więcej. Jak sami nie zaczniemy się szanować to nikt inny za nas tego nie zrobi. Niestety, w mojej firmie tylko ja tak uważam, więc praktycznie wszyscy prócz mnie harują w soboty i niedziele za takie same pieniądze, a na moje propozycje zmian reagują zdawkowym "masz rację", ale jak przychodzi co do czego to chowają głowę w piasek. Więc nie ma szans by szef cokolwiek zmienił z tym temacie. 

niedziela, 6 września 2020

Yaris - pierwsza jazda

Po przełączeniu dźwigni w tryb "D" i puszczeniu hamulca auto powoli rusza. Towarzyszy temu zupełna cisza, jakby niewidzialna siła pchała auto do przodu. Obraz za szybą porusza się coraz szybciej a dopiero mocniejsze przyspieszenie uruchamia silnik spalinowy. Wyjeżdżam spod salonu ze zresetowanym wskazaniem zużycia benzyny - które przez chwilę pokazuje 80 litrów na 100 kilometrów. 

8. calowy monitor i wskaźnik przepływu energii

Kierownica bardzo dobrze leży w dłoniach

Pierwsze metry to nie tylko niesamowita cisza, ale także komfort wygodnych foteli i bardzo poręcznej i przyjemnej w dotyku kierownicy. Wydaje się być mniejsza niż te z którymi mam do czynienia na co dzień, ale przede wszystkim świetnie leży w dłoniach. Po jej prawej stronie przyciski do aktywnego tempomatu (działa od 0 do 180 km/h), po lewej obsługa komputera pokładowego i multimediów.

Podoba mi się wygląd foteli oraz ta czerwona nić na nich

e-CVT jest jak dla mnie genialna

Jeżdżąc hybrydą można sporo energii odzyskać podczas dojeżdżania np do świateł, ponieważ puszczenie nogi z gazu uruchamia jeden z kilkuetapowych systemów rekuperacji - znów silnik spalinowy został wyłączony więc auto toczy się bezgłośnie (nie gra radio, a klimatyzacja ustawiona jest na minimalną prędkość wentylatora). Po pojawieniu się sygnału zielonego bez najmniejszego kłopotu ruszam pierwszy, ponieważ auto wyrywa do przodu jak mała rakieta. Po chwili mam już nieco ponad 50 km/h, a wciąż jesteśmy w mieście - wszystkie auta które były na sąsiednich pasach dopiero się rozpędzają i są gdzieś za nami. Bezstopniowa przekładnia nie traci czasu na zmianę biegu, tylko dynamicznie pcha auto do przodu wykorzystując silnik elektryczny i spalinowy jednocześnie. 

Wnętrze na żywo wygląda o wiele lepiej niż na zdjęciu

Wyświetlacz head-up tuż przy szybie

Po osiągnięciu prędkości między 50 a 60 km/h odpuszczam gaz, a chwilowe zużycie paliwa spada do 0. Dalsza jazda aż do mocniejszego przyspieszenia będzie odbywała się jedynie na napędzie elektrycznym i zgromadzonej wcześniej energii, a emisja spalin w tej chwili na poziomie 0. I znów ta cisza... niesamowite. Średnie zużycie spada do około 7 litrów i wciąż schodzi w dół, mimo tego że na kolejnych światłach wciskam gaz do około 3/4 możliwości a pojazd wręcz wgniata nas w fotele. Rozpędzenie do 100 km/h zajmuje kilka sekund, a jadąc z taką prędkością (poza miastem) napęd elektryczny jest w stanie samodzielnie utrzymać prędkość. Średnie spalanie to 5.8 i wciąż spada (emisja spalin znów 0).

Wciąż nikt nie wie jaka jest pojemność bagażnika, ale dla mnie to mało ważne

Postanawiam wyprzedzić VW Golfa jadącego około 100 km/h sądząc, że hybryda to tylko do miasta i że poza nim będzie raczej głośno i dość mułowato. A tu kolejne zaskoczenie - wciskam gaz a Yaris jakby miał nieograniczoną moc wyrywa do przodu. Wyprzedzanie trwa dosłownie krótką chwilę, a na liczniku jest już 130 km/h - muszę zwolnić bo to trochę za dużo... W aucie jest cicho i komfortowo - spokojnie można przy takiej prędkości pokonać nim wiele kilometrów. Na jednej ze stacji paliw zawracamy i już jadąc przepisowe 80-90 km/h wracamy do salonu. Zużycie paliwa cały czas spada i już wynosi 4.8 litra (mimo dynamicznego ruszania spod stacji paliw).


W mieście znów absolutna cisza i płynność jazdy, do tego brak konieczności pracy lewą nogą na sprzęgle, oraz genialna dynamika podczas ruszania. Oczywiście można ruszać wolniej na samym elektryku, ale w hybrydach bardziej opłaca się zrobić to dynamiczniej aby po osiągnięciu określonej prędkości toczyć się na samej baterii. Po prostu rozpędzanie auta na elektryku jest mniej efektywne niż szybkie przyspieszenie silnikiem spalinowym. Dojeżdżamy do końca jazdy testowej, średnie spalanie to 4.2 litra, a cała trasa liczyła nieco ponad 20 km. Jestem zachwycony całym pojazdem, dynamiką i kulturą a także płynnością układu hybrydowego. Mój egzemplarz będzie lepiej wyposażony, ale zespół napędowy będzie identyczny.

Po dojechaniu na miejsce auto już na mnie czekało

Średnie spalanie podczas jazdy testowej

Na koniec wspomnę o zaangażowaniu pani z Toyoty. Całe spotkanie przebiegło w bardzo miłej atmosferze, pani zaproponowała mi coś do picia, cierpliwie odpowiadała na wszystkie pytania, sama zaoferowała kompletne koła zimowe oraz ubezpieczenie. A już jutro przelewam zaliczkę na zakup auta i czekam na moją Toyotę Yaris :)

Dwa ostatnie zdjęcia są moje, a wszystkie inne pochodzą ze strony toyotanews.eu

czwartek, 6 sierpnia 2020

Po swojemu

Próbujemy włączyć się do ruchu. Osoba którą uczę nie słucha zbytnio, więc to co mówię puszcza między uszy. Z tyłu pusto, więc nie interweniuję. W sumie tylko w tym miejscu silnik zgasł piętnaście razy zanim udało się ruszyć. Tak - wyraz "udało się" można przyrównać w tym momencie do wyrazów "szczęście", "fart". Cały czas zbyt szybko puszcza sprzęgło oraz nie zwiększa obrotów silnika.

Ogólnie podczas dwóch godzin silnik gasł bardzo wiele razy - już sam tego nie liczyłem nawet, bo po co się dodatkowo denerwować? Mimo tego że osoba ta ma już czternaście godzin kursu praktycznego, wciąż próbuje wszystko zrobić po swojemu - z raczej słabym skutkiem. Moje zaangażowanie ograniczone do niezbędnego minimum. Oby dotrwać do końca kursu.


niedziela, 28 czerwca 2020

Egzaminy wewnętrzne

36 godzin kursu praktycznego, czas na próbę i podejście do egzaminu wewnętrznego. Dodam, że podczas kursu było różnie, najczęściej źle lub bardzo źle - no ale w miarę stopniowo uświadamiałem że będzie potrzebne szkolenie z większą ilością jazd.

Rozpoczynamy na placu manewrowym, gdzie kursantka po wykonaniu sprawdzenia wylosowanych świateł i płynu eksploatacyjnego próbuje ruszyć na stanowisko początkowe do jazdy po tzw. łuku. I w tym momencie sama sobie zaciąga hamulec postojowy - bo wcześniej nie miała go włączonego. Auto mimo wszystko (ale z trudem) rusza, choć hamulec piszczy a tylna oś "przysiadła". Nie jest to oceniane, więc pozwalam wjechać na początek zadania. Łuk wykonuje pozytywnie zwalniając hamulec, podobnie jak ruszanie na wzniesieniu. Wyjeżdżamy do miasta.

Zestresowana i cała rozdygotana próbuje jakoś walczyć z tym co ją otacza, a ja tylko analizuję kiedy mam zareagować a kiedy ona sama "ogarnie" sytuację. Po kilku minutach jest już lepiej, a kolejne skrzyżowania pokonuje sprawniej - choć nie bardzo zwraca uwagę na pieszych którzy są blisko przejść dla pieszych. Po kolejnych dziesięciu minutach na jednym ze skrzyżowań skręcamy w lewo. Jest pusto z przodu, więc nie trzeba ani wiedzieć kogo przepuszczać ani pamiętać o redukcji biegu/w miarę płynnie ruszyć. Ale tuż po jednym skręcie wydaję polecenie do ponownego skrętu w lewo. Z przodu mały korek oczekujących aut, ale zrobili miejsce dla - takich jak my - skręcających w lewo. Tuż za skrzyżowaniem przejście, do którego z lewej strony zbliżają się dwie starsze panie. Kursantka ich nie zauważa i jakby nic wjeżdża, ale piesi są już na przejściu z lewej strony (wychodzą zza auta) więc wciskam hamulec z całej siły, a pojazd gwałtownie zatrzymuje się tuż przed przejściem. Panie stanęły jak wryte, oczywiście mając niezbyt przyjazne miny, ale wcale mnie to nie dziwi.

Tymczasem kursantka oburzona, że przecież one jeszcze nie weszły na przejście...(były już na 1/3 przejścia) i zapytała, czy możemy jeszcze raz. Zgodziłem się, więc znów pojechaliśmy na plac.

Drugie podejście na placu bez problemów, ale wzniesienie udało się zaliczyć za drugim podejściem ponieważ wcześniej silnik zgasł. Wyjeżdżamy na miasto, a ja kieruję inną trasą oczywiście. Nerwy jeszcze większe, a panowanie nad autem mniejsze. Od razu kierujemy się w miejsce, które sprawdza zdolności osoby do zwracania uwagi na znaki, ponieważ na prostym odcinku drogi tuż za skrzyżowaniem stoi znak B2 - zakaz wjazdu, więc jedynym wyjściem jest skręt w prawo przed znakiem. Ale kursantce znak w ogóle nie przeszkadza i pędzi 45 km/h na wprost, dokładnie pod zakaz wjazdu. Znów gwałtownie hamuję, a pojazd nurkując zatrzymuje się przed samym znakiem. I tym razem negatywny.


Zaproponowałem, aby w poniedziałek (jutro) poćwiczyła, a nie próbowała zdać wewnętrzny, bo to nie na tym polega. Ona niezbyt dobrze zareagowała na moją sugestię i raczej zechce podejść do egzaminu wewnętrznego, ale jeszcze nie wie że jutro nie będzie miała jazdy ze mną tylko poproszę któregoś ze współpracowników, aby to on przeprowadził jej ten egzamin - który wszyscy wiemy jak się zakończy.

A tymczasem do punktu głosowania sporo ludzi, więc ja wybiorę się nieco później.

wtorek, 25 lutego 2020

Nauka jazdy w trasie

Zdając sobie sprawę z tego jak ważne jest szkolenie poza obszarem zabudowanym staram się z każdym kursantem wyjechać co najmniej dwa razy po dwie godziny na drogę, na której można jechać z większą prędkością. Łącznie daje to około czterech godzin poza miastem.

1) praktyczne zastosowanie znaków drogowych, ich znaczenie w formie czysto praktycznej (przy dużych prędkościach), zakres obowiązywania, odległości od miejsc niebezpiecznych, możliwość wykonywania manewrów takich jak wyprzedzanie. To, że kursant potrafi nazwać poszczególny znak to nie wszystko - o ile w powolnym ruchu miejskim taka wiedza może wystarczyć o tyle przy większych prędkościach umiejętność sprawnego odczytania - np oznakowania poziomego - jest bardzo istotna. Kwestii związanych ze znakami jest tak dużo, że często nie wystarcza mi czasu aby omówić wszystko tak jakbym tego chciał;

2) technika i taktyka jazdy. Przygotowanie do pokonania zakrętów, ewentualne zagrożenia ze strony innych użytkowników drogi, właściwe przygotowanie do jazdy na niebezpiecznych zjazdach i stromych podjazdach, jak najrzadsze korzystanie z układu hamulcowego, przewidywanie sytuacji;

3) jazda energooszczędna i dynamika - właściwe wykorzystywanie przełożeń skrzyni biegów, jazda niskoemisyjna i optymalny zakres obrotów dla takiej jazdy, wskazanie na inną charakterystykę pracy silnika w kontekście dużej dynamiki. Możliwości elastycznego przyspieszania i redukcji przełożeń;

4) zachowanie właściwych odstępów od poprzedzających pojazdów w różnych warunkach drogowych i atmosferycznych, zagrożenia typowo poza-miejskie (dzikie zwierzęta, silny wiatr, opady deszcze/śniegu, zjawisko szadzi, deformacje nawierzchni [koleiny] i ich wpływ na stabilność jazdy, zjawisko aquaplaningu), hamowanie z większych prędkości;

To tylko niektóre tematy, które należy zrealizować podczas jazdy za miastem. Gdy pytam kursantów którzy już jeździli z kimś czy byli "w trasie" odpowiadają że tak. A gdy dopytuję co się nauczyli, lub co ćwiczyli - to mówią - po prostu instruktor kazał mi jechać. I to wszystko.

niedziela, 9 lutego 2020

Noc poza miastem

Często wracam wieczorami do domu. Droga krajowa (1+1) nie sprzyja rozwijaniu dużych prędkości - jest na niej spory ruch, dużo skrzyżowań, co chwilę ograniczenie prędkości do 70 km/h lub mniej, kilka fotoradarów - ale bardzo mało zakrętów. 


Moje dziadkowe tempo jazdy musi denerwować innych. Jak jest maksymalnie 90 km/h to jadę właśnie tyle, gdy jest 70 - zwalniam do mniej więcej tej prędkości. Nie spiesząc się podążam swoim tempem tym bardziej, że okolica przez którą przejeżdżam aż roi się od saren, łosi i innych zwierząt przebiegających przez jezdnię, ponadto cenię sobie ciszę w pojeździe - więc najzwyczajniej nie mam ochoty pędzić.

Powoduje to, że w zasadzie nie ma pojazdu który by mnie nie wyprzedził. Robią to wszyscy i wszędzie. A więc osobówki, ciężarówki, wszelkie "busy" (te mkną obok mnie bardzo szybko) i autobusy - normalnie wszystko mnie wyprzedza.

Nie zwracają przy tym uwagi na miejsce do wyprzedzenia - nic nie stanowi dla nich problemu linia ciągła, znak zakazujący wyprzedzania, przejście dla pieszych czy nawet fakt, że razem zbliżamy się do wysepki rozdzielającej prawy pas od lewego. Po prostu wtedy wyprzedzający przejeżdża z jej lewej strony (niejako pod prąd) i pędzi dalej. Przyzwyczaiłem się i nie robi to na mnie wrażenia, aczkolwiek co jakiś czas obserwuję rozbite auta w rowach lub na drzewach, a wysepki na środku drogi są regularnie niszczone.

Innym aspektem jazdy poza miastem jest podjeżdżanie pod sam zderzak. Prędkość 80-90 km/h a pojazd jadący za mną jest kilka metrów od mojego bagażnika. Czując dużą presję ("jak on może tak powoli jechać!") niejednokrotnie jestem poganiany - najczęściej światłami. Ostatnio kierowca ciężarówki jadący za mną musiał być bardzo poirytowany, ponieważ mrugał wszystkimi światłami jakie miał (łącznie z całym rzędem mocnych świateł na górze pojazdu). A ja i tak jechałem szybciej niż on mógł w tym momencie.

Ostatnio jadąc do Warszawy zostałem bardzo szybko wyprzedzony przez dwa pojazdy. Za kolejnym zakrętem zobaczyłem je ponownie - stały na poboczu, a ten drugi miał włączone niebieskie sygnały. Niestety wciąż ich jest zbyt mało a kary za wykroczenia to śmiech na sali.

wtorek, 26 listopada 2019

Nowości w pracy

Od kilku dni pracuję na nowym samochodzie. Jest faktycznie nowy - przejechał nieco ponad 2 tysiące kilometrów gdy zaczynałem na nim pracę. Wszystko chodzi w nim  bardzo sztywno i cicho. Początkowo nie miałem okazji aby samemu nim pokierować, ale dziś już tak - skrzynia jest bardzo precyzyjna, choć czasem jedynka wchodzi dość ciasno.


Wewnątrz trochę jeszcze czuję plastik i gumę z wycieraczek pod nogami. Auto nie ma zbyt dużej ilości nowinek, można by nawet powiedzieć że jak na dzisiejsze standardy jest już lekko archaiczne, no ale każdy kupuje przecież to na co ma ochotę :)

Bardzo dużo spala paliwa. Oczywiście większość czasu spędzam w mieście, no ale prawie 10 litrów benzyny na 100 km to raczej ujma jeśli chodzi o dzisiejsze standardy. No i emisja spalin - także na wysokim poziomie niestety. Zegary umieszczono w głębokich tubach, co powoduje że z pozycji pasażera (instruktora) prawie nic nie widać. Także usytuowanie kontrolek (kierunkowskazy/światła) jest takie, że ode mnie nic nie widać i każdorazowo muszę zaglądać czy kursant włączył właściwy kierunkowskaz. Zdjęcie poniżej zrobiłem lekko od lewej strony i już prędkościomierz jest zasłonięty.



Z ciekawszych rzeczy - dość dziwnie zamontowane zostały dodatkowe dźwignie do sprzęgła i hamulca - są nienaturalnie wysoko, co ogranicza mi przestrzeń na nogi i powoduje że chcąc np zahamować muszę podnosić wysoko nogę. Może niebawem zrobię zdjęcie i pokażę o co chodzi.

niedziela, 21 lipca 2019

Jazdy po Warszawie

Weekendowy wyjazd do stolicy. Bez pośpiechu, w tempie slow drive (za to denerwując wszystkich szybkich z tyłu). Nauka miejsc, które mógłbym wykorzystać podczas egzaminu weryfikacyjnego. Wieczorem spotkanie z G. i P. - bardzo miłymi i otwartymi ludźmi, z którymi mógłbym pojechać na koniec świata :) Przepyszna kolacja, długie rozmowy, odpoczynek, fantastyczne śniadanie i znowu nauka.

Pogodowo średnio, ale było także słońce i chwila na spacer wśród zieleni i kwiatów:


Choć stolica wciąż mnie deprymuje, u G. i P. czuję się niezwykle dobrze. Rzadko spotyka się ludzi aż tak dobrych i życzliwych dla innych. Dziękuję Wam za wszystko, było mi bardzo miło :)

środa, 26 czerwca 2019

2/10

Postanowiłem nieco zmienić organizację pracy. Więcej manewrów takich jak parkowania czy zawracania. Z ludźmi, którzy mają ponad 6-8 wyjeżdżonych godzin intensyfikuję te zadania egzaminacyjne w liczbie 2/10 - czyli dwie na dziesięć minut. A więc w ciągu dziesięciu minut staram się co najmniej dwa razy: zawrócić z użyciem biegu wstecznego, zaparkować lub zrobić hamowanie do zatrzymania.

Aby nie skupiać się jedynie na manewrach w ciągu dziesięciu minut często udaje mi się wrzucić jeszcze więcej manewrów, a resztę czasu poświęcić na np. skrzyżowania. Oczywiście nie kosztem jakości - gdy widzę że ktoś nie radzi sobie z pewnymi sprawami, dostosowuję program nauczania indywidualnie.

Ale z moich obserwacji wynika że nie jest to zła "taktyka" :)