Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złośliwość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą złośliwość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 marca 2026

Podsumowanie tygodnia 450

Poniedziałek 

Po pracy obiad w restauracji. Idę na rybkę, a właściwie jadę samochodem, bo zbyt zimno na rower. W knajpie zajęty jeden stolik. Siedzą tam dwie dziewczyny na oko ciut starsze ode mnie. Jedna jest na wózku. I pies. Całkiem ładny. Mówię dzień dobry, obie odpowiadają lekko się uśmiechając. Zamawiam pieczonego pstrąga w sosie borowikowym, sałatkę i pieczywo. Chętnie wziąłbym frytki, ale są niezdrowe.




Celowo wybieram poniedziałek na taką wizytę licząc, że nie będzie tu tłumów. I nie mylę się. Za to wewnątrz jest mnóstwo słońca, ponieważ cała południowa ściana jest przeszklona. Oczekiwanie na jedzenie umilają mi sączący się delikatny jazz z głośników oraz obserwowanie powoli obniżającego się słońca. Dyskretnie zerkam na dziewczyny, które zajęte konsumpcją i rozmową wydają mi się jakby nie dzisiejsze. To pewnie z powodu tego, że mnóstwo ludzi w restauracjach wlepia twarz w smartfona. Pisałem już o tym nie raz, gdy klienci w takich miejscach nie chcą (?) ze sobą rozmawiać, lub po prostu cieszyć się swoim towarzystwem, tylko korzystają z telefonów przeglądając jakieś tam treści.
 
Gdy dziewczyny wychodzą, z jeszcze większym uśmiechem życzą mi przyjemnego popołudnia. Niespiesznie kończę obiad i - zanim wrócę do czterech ścian - idę na krótki spacer nieopodal, łapiąc ostatnie promienie słońca.
 
Wtorek
 
Zastanawiam się, skąd moja poprawa nastroju. Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że może to mieć związek z sytuacją głównego managera. Od kilku dni jest w dość dużych tarapatach. Czy jego kłopoty sprawiają mi radość? Czuję do niego tak wielką złość, że wszystko jest możliwe.
 
Obecnie spada w przepaść. Próbuje rozpaczliwie łapać się czegokolwiek, oby jakoś przetrwać i wisi na bardzo cienkiej gałązce, która w każdej chwili może się oderwać.
 
Nie ma już "motywujących" briefingów z rana. Nie jest już tak arogancki i chamski jak zwykle. W ogóle, unika wychodzenia ze swojego gabinetu. Przemyka jak cień z parkingu do biura i spowrotem. Możliwe, że to tylko chwilowe, ale obserwuję to sobie i jakoś mi lżej.
 
Środa 
 
Generalne sprzątanie w domu. W końcu wyrzucam zasuszone kwiatki, które uśmierciłem nie podlewając ich. Jednak mogę mieć tylko takie rośliny, które są bardzo tolerancyjne na moje działanie.
 

Czwartek
 
Po pracy idę do kawiarni na mus z białej czekolady. Siedząc obserwuję ludzi i ruch uliczny. Potem od razu na basen i saunę. Wieczór jak zwykle z przepisami i zadaniami do rozwiązania.
 

Piątek
 
Zimno. Dzień w pracy mija szybko, ale jutro (sobota) znowu do roboty. Ile jeszcze? Tego nie wiem, ale za tydzień będę miał wolną sobotę. Tymczasem w skrzynce na listy niespodzianka. Karta z Chicago. Ktoś wpisał mój adres, ale inne imię i nazwisko, więc to pomyłka. 


Karta wędrowała ponad 10 tygodni. Szkoda, że nie dotrze do właściwej osoby sprawiając komuś przyjemność 

sobota, 30 sierpnia 2025

Podsumowanie tygodnia 411

Poniedziałek 

Od pewnego czasu poniedziałki mnie nie dołują. Są, więc trzeba zaakceptować że to początek tygodnia pracy.

Wtorek 

W pracy całkiem nieźle. Po pracy zaglądam do skrzynki, a ten kartka pocztowa z Bieszczad :)


Środa

Dziwny dzień (uprzedzam - ten długi wpis można pominąć). W pracy trzech trudnych klientów, ale oddychałem powoli i było całkiem nieźle. Ogólnie mam teraz trochę więcej pracy niż zwykle, bo zarządzam nowym projektem. Po pracy basen, czyli wysiłek podczas pływania, a potem relaks w saunie i miła, krótka rozmowa z nieznajomym tamże. Ale po wyjściu z aquaparku nastrój zmienił się o 180 stopni.

Wchodząc do mieszkania zajrzałem do skrzynki, a tam kartka w kopercie - bez nadawcy. Uśmiechnąłem się lekko i idąc na trzecie piętro pomyślałem "ktoś lubi mnie bardziej, niż ja sam siebie". Zupełnie się nie spodziewałem tym bardziej, że kilka dni temu dostałem od tej osoby kartkę. Podczas czytania dedykacji i oglądania obrazków (nietypowa kartka złożona z trzech stron), miałem wrażenie że czas na moment się zatrzymał. Mój dziwny nastrój zmieszał się z zaskoczeniem i radością, ale nie potrafiłem dostrzec co grało pierwsze skrzypce.


Po szybkim obiedzie położyłem się na moment, ale jakiś głos powiedział mi "wstań i idź na spacer, świeci słońce, wykorzystaj to, wyjdź do ludzi, zrób coś ze sobą". Szybko zmieniłem rozciągniętą ze starości koszulkę, założyłem ładniejsze spodenki i wyszedłem natychmiast. Słońce oświetlało moją twarz bardzo dokładnie, bo celowo wybrałem drogę w kierunku zachodu. Musiałem mrużyć oczy, ale z łatwością dostrzegłem kobietę idącą z przeciwka. Znam ją z widzenia, jest dość charakterystyczna, zwykle widuję ją gdy wracam z pracy. Zawsze świetnie wygląda i wyróżnia się wśród spacerowiczów zadbaniem oraz dbałością o szczegóły. Kojarzy mi się z urodą Włoszki.  Biało-różowa bluzka z krótkim rękawem, czarna falowana również krótka spódniczka (ale jeszcze nie mini), piękna twarz, czarne długie włosy. Zdaje się, że rozmawiała przez telefon (przez słuchawki), a mój delikatny uśmiech zignorowała lub nie zauważyła. Za to jej cocker spaniel, którego prowadziła na smyczy zainteresował się mną o wiele bardziej (fajnie byłoby mieć takiego psa, swoją drogą). Pomyślałem, że pewnie znowu zrobiłem z siebie idiotę uśmiechając się do obcej osoby. Trudno. Łapałem słońce i serotoninę, bo ewidentnie miałem ich zbyt mało.

Znajdowałem się w dość dziwnym stanie, bo niby dzień był udany, nic złego się nie wydarzyło, doświadczyłem sporo miłych rzeczy, ale coś było nie tak. Podczas spaceru zacząłem czuć suchość w gardle i rzadki u mnie ból szyi/kręgosłupa. Mimo że szedłem powoli, ciężko było mi się zrelaksować. Każdy kolejny metr drogi wydawał się być coraz dłuższy i trudniejszy. A każda następna minuta przypominała walkę z samym sobą. Miałem ochotę położyć się, w nadziei na zmniejszenie bólu karku, ale zadecydowałem że nie poddam się tak łatwo. Szedłem więc dalej. Postanowiłem, że ciało nie będzie mi dyktować co mam robić. Z tym, że to nie ciało było winne, tylko umysł. Podczas stawiania kroków czułem, jak każdy mięsień w okolicy karku ruszał się razem z nogami, tylko w przeciwnym kierunku. Miałem wrażenie, jakby połączenia nóg, rąk i praktyczne całego ciała się rozkręciły i poluzowały niczym w starym, rozklekotanym rowerze.

To tak, jakby odczuwać dyskomfort w komforcie, mieć a jednocześnie nie mieć, chcieć a jednocześnie nie. Skąd ten stan, zastanawiałem się ciągle spacerując mimo dużego bólu. Znam go, mam już co najmniej rudymentarną wiedzę skąd się bierze. Gdzieś tam z tyłu głowy ledwie majaczył mi ten powód - chwilowy brak akceptacji samego siebie, dyskomfort z własnym ciałem - ale nie mogłem go wyciągnąć na scenę i rozliczyć. Próbowałem chwycić go obiema rękami, ale te wydawały się być śliskie jakby były naoliwione. A im więcej wysiłku w to wkładałem, tym było gorzej. Chodziłem tak aż do zachodu słońca, a gdy wyczerpany wróciłem do domu, ból oraz suchość w gardle powoli ustępowały. 

Czwartek

Piękny słoneczny dzień, korzystam w miarę, ale główny punkt dnia to trudne ćwiczenia w ramach których przygotowuję się do zmiany stanowiska pracy. 

Piątek 

W pracy dużo roboty. Nie bardzo mam czas nawet na śniadanie. Po pracy basen+sauna (i znowu miła krótka rozmowa z tym samym nieznajomym), potem weekendowy Gość, zatem krótka wycieczka rowerowa, kolacja nad wodą i długie rozmowy na balkonie przy herbacie i cieście śliwkowym. Zrobiłem dzień wcześniej, wyjątkowo dobre mi wyszło - to chyba idealny moment na śliwki - te są prosto z sadu.


Jak zwykle na maślanym spodzie, trochę bardziej przypomina tartę niż zwykłe ciastko. Cynamon + śliwki to chyba nawet lepsze połączenie niż z jabłkami. W ramach dbania o siebie dodałem mniej cukru niż zwykle. Jak ktoś ma ochotę, to niech szybko przyjeżdża, jeszcze coś tam zostało 👍

poniedziałek, 4 grudnia 2023

Ludzki człowiek

Wracając dziś z pracy spotkałem właściciela garaży, od którego wynajmuję "domek" dla mojej hybrydy. Facet w średnim wieku, ale starszy ode mnie, jakiś czas temu kupił dość sporą działkę niedaleko mojego mieszkania i postawił dwa długie rzędy garaży na wynajem. Już trzy lata temu, gdy podpisywałem z nim umowę najmu wydawał się dostępny, cierpliwy, życzliwy i zdaje się - jak wtedy sobie wyobrażałem - ludzki. Od razu pomyślałem, że to wszystko na potrzebę chwili - że na moment kontaktu z klientem stanie się właśnie takim, jakiego go opisałem.

Dziś, miałem okazję porozmawiać z nim nieco dłużej i muszę napisać, że bardzo złe zdanie o nim miałem zupełnie niepotrzebnie. I niewłaściwie, ale o tym za chwilę.


Facet odśnieżał plac między dwoma rzędami garaży takim specjalnym czymś. Kiedy podjechałem pod swoje miejsce podszedł i zaczął rozmowę. Ogólną - o zimie, śniegu, że już masz dość (ale przecież to dopiero początek!) i takie tam. Zupełnie mnie to zaskoczyło, jak ktoś obcy może ot tak zagadać? Następnie pochwalił mnie, że odśnieżyłem miejsce przed swoim garażem (zrobiłem to wczoraj w obawie, że dzisiaj nie dojadę do pracy jak nic nie zrobię) i poprosił o otwarcie bramy ponieważ jego pilot znajduje się w aucie z tyłu garaży.

Niestety, okazało się że właśnie w tym momencie brama odmówiła posłuszeństwa, więc pan przerwał rozmowę i odśnieżanie oraz stwierdził, że musi zająć się naprawą. Podszedłem z nim do bramy i próbowaliśmy razem coś tam zadziałać siłowo, ale nie udało się. Przy okazji dowiedziałem się, w jaki sposób można otworzyć bramę gdyby np. nie było prądu, lub - tak jak w tej chwili - coś się zepsuło (od dłuższego czasu mnie to nurtowało, nawet miałem takie czarne myśli - spieszę się z rana do Departamentu, a brama ani drgnie - nie chcąc się otworzyć). Podziękował za pomoc (w sumie to nie wiem za co, bo prawie nic nie zrobiłem) i zabrał się do naprawy, a ja do domu. 

Co roku przed świętami grudniowymi przesyła życzenia, a z tego co pamiętam - w każdą zimę dba o to miejsce, odśnieżając, montując dodatkowe oświetlenie a nawet kamerę. 

Dziwi mnie, że tak po prostu da się z nim normalnie porozmawiać. Że nie mając w tym żadnego interesu jest w stanie zatrzymać swoją pracę, podejść i zaczepić. Że nie szkoda mu czasu na tak przyziemne czynności, ale także - że potrafi się zachować. 

Niestety, zdecydowanie widzę tu wpływ mojego środowiska z Departamentu. Jeśli ktoś nie ma interesu, sprawy, uknutego spisku, to najczęściej się nie odezwie, bo najzwyczajniej nie ma po co. I w prawdzie wolę, gdy pomiędzy klientami siedzę obok kilku osób, które się nie odzywają, to czasem miło byłoby porozmawiać. Tymczasem porozumiewawcze spojrzenia, obgadywanie gdy ktoś wyjdzie z sali i ciągłe kombinowanie są na porządku dziennym. Jeśli w jakimś dniu nie ma żadnego skandalu, to uważane jest to za nudę. Za to świetnie, gdy koledze/koleżance dzieje się krzywda. Najlepiej wtedy wygodnie się rozsiąść, zrobić herbatkę i z lekko skrywanym uśmiechem obserwować rozwój sytuacji z nadzieją, że będzie się rozkręcać na niekorzyść kolegi/koleżanki. 

Jeśli już są jakieś dialogi, to podszyte chytrością, chęcią zdeptania drugiej osoby, wyłapania jego słabych punktów, wyśmiania oraz wyszydzenia - oczywiście nie wprost - ale za plecami. Ale także zebrania informacji w celu wykorzystania ich w odpowiednim momencie, albo nawet doniesienia do przełożonych. Ci uwielbiają takich, którzy donoszą - a to spóźniłem się 5 minut z obsługą klienta, a to awarii uległ komputer i nie udało mi się wygenerować odpowiedniego dokumentu (a informatyk akurat był zajęty czymś innym), albo wyszedłem z pracy przed czasem. 

Aspekt finansowy. Jakim cudem mogę zarabiać tyle samo, co kolega który pracuje pięć lat dłużej? Przecież to niegodne dla niego! Ale, on robi tylko tyle ile musi (a nawet mniej), a ja zasuwam z dodatkowymi projektami, które odnoszą sukcesy i przynoszą firmie kokosy. To się tak nie godzi! I awantura gotowa. Naturalnie, zgodnie z polityką prywatności kwestie zarobków są danymi chronionymi, ale gdy ma się wejścia tam gdzie trzeba, wszelkie drzwi się otwierają... Niestety, w miejscach które są dobrze (lub w miarę dobrze) opłacane pojawia się aspekt wojny ekonomicznej - czyli zazdrości i poczucia wyższości. 

I tu przypomina mi się, jak kiedyś dzwoniłem do faceta od garaży że mam problem z pilotem do bramy. Spytałem go, czy mogę bez problemu wymienić baterię (czy nic tam się nie rozkoduje itp). Odpowiedział że jak najbardziej mogę, a jeśli chcę to on kupi, podjedzie i wymieni mi tą baterię. No, bez przesady! Jakoś sobie poradzę, ponadto nie chciałem go narażać na koszty, więc podziękowałem. Oczywiście od razu w głowie pojawił się pomysł że sprawa (jego uprzejmość) ma ukryte drugie dno. Jakie? Nie wiem, ale na pewno złośliwe, uderzające we mnie, ponieważ na 100% tak byłoby w Departamencie. Samodzielność podejmowania decyzji, samodzielność ponoszenia odpowiedzialności, samodzielność w obronie na różnorakie zarzuty, w ogóle - samodzielność w każdej dziedzinie w Departamencie jest na wagę złota. Umiesz liczyć? Licz na siebie. Tymczasem facet wydaje się być naprawdę normalnym, ludzkim człowiekiem, a nie cyborgiem liczącym na korzyści. Doprawdy dziwne. 

Takie zaczepianie innych rozmową zauważyłem będąc na wakacjach - w Grecji czy Hiszpanii. Na Krecie podczas ostatniego pobytu zaczepiła mnie kelnerka, która sprzątała stolik na jednej z urokliwych uliczek Rhetymnonu. Nic ode mnie nie chciała materialnego (i niematerialnego też :P), nie namawiała mnie do wyboru jej restauracji, nie chciała żadnych pieniędzy, nie chciała nic - tylko zaczepiła rozmową. Szok! Właściciel garaży podobnie - ze mną chyba jest coś nie tak...

sobota, 7 października 2023

Podsumowanie tygodnia 312

Poniedziałek

Już przed południem dostaję mnóstwo wkurzenia. I tym razem nie klienci - ale zarząd. Czy zawsze musi być tak że jak już coś dobrze idzie to oni muszą się wpier*olić i zburzyć całą dobrą atmosferę? Nagle coś, co było białe staje się czarne - choć tak naprawdę nie zmieniło koloru, a wszystko zależy od tego kto co chce powiedzieć. Do końca dnia bez humoru, bez chęci do czegokolwiek. Na szczęście (?) nie mam czasu na głupoty, bo muszę czytać ustawy i do późnej nocy uczyć się.

Wtorek

Pokłosie kontroli z ubiegłego tygodnia. Główny dział kontroli wzywa mnie celem ostatecznego rozprawienia, ale wcześniej obłudnie próbuje upewnić się po raz kolejny: "Tomku, zdajesz sobie sprawę że dałeś du*y na całej linii frontu?". Jak tu zwykle bywa, wszelkie nieprawidłowości (także te najdrobniejsze) urastają do rangi "katastrofy" i "przegranej sprawy". Kiedy odpowiadam "nie", pada odpowiedź "jak to?". Po chwili zostaję wyrzucony z nakazem natychmiastowego powrotu do pracy oraz zapowiedzią, że w późniejszym czasie zostaną mi przedstawione niezbite dowody świadczące o moim niedochowaniu staranności, błędnych decyzji, naruszenia prawa i zasad panujących w firmie. Pięknie. Oczywiste jest, że nie pamiętam każdego klienta będącego przy okienku, a wiem że kontrolowany okres dotyczy sytuacji sprzed półtora miesiąca. Czyli sam nie wiem, co ewentualnie mogą na mnie mieć.

Po kilku godzinach wezwanie. Już na samym początku zauważam, że kontrolujący nieco zmiękł. Jak się okazało - nagrania nie przedstawiają jego zarzutów a moją rację. Ponadto, mimo wysokiej jakości nagrania nie widać jednoznacznie moich rzekomych błędów. Daje mi chwilę na to abym przedstawił swoją wersję po czym nieznacznie zmienia narrację i wskazuje że "mimo wszystko "powinienem postąpić inaczej. Ja wciąż z nim się nie zgadzam, bo nawet wg zasad firmy w takim przypadku to JA decyduję którą procedurę zastosować. Ale, jakie to ma znaczenie? Kiedy ktoś chce Cię zniszczyć, lub po prostu zmieszać z błotem wszystko może zinterpretować tak, jak mu wygodnie.

Po pół godzinie monologu jest mi obojętne co będzie z tym dalej. Podpisuję protokół pokontrolny w formie i wersji tak zawoalowanym, że niby "to nie zrobi ci krzywdy" a jednocześnie zupełnie nie wiadomo o co w nim chodzi. Tzn. niby coś zrobiono, ale nie wiadomo co. Niby coś wytłumaczono, ale nikt nie wie co dokładnie. Niby zaleca się wprowadzić większą dyscyplinę podejmowanych decyzji, ale nie wskazano żeby gdziekolwiek były uchybienia. 

Mam taką ochotę na przekleństwa jak nigdy, ponieważ takiego bagna dawno nie widziałem. Tzn. widziałem, ale nie sądziłem że będę w nim siedział. Możliwe, że wszystko to było zrealizowane na konkretne potrzeby - naturalnie nie mam pewności co do takiej tezy, ale jest to wysoce prawdopodobne. Celów jest co najmniej kilka.

Środa

Dalszy ciąg problemów, tym razem zdrowotnych. Przy ostatniej donacji krwi pojawiły się pewne komplikacje, a pobieranie krwi natychmiast wstrzymano. Po wszystkim przepraszali mnie wielokrotnie oraz ostrzegali, że mogą wystąpić dość spore dolegliwości. Zastosowane jeszcze na miejscu specyfiki bardzo mi pomogły i już myślałem, że panie z centrum krwiodawstwa przesadzały. Otóż nie. Problem pojawił się ze zdwojoną siłą. Oczywiście dodzwonić się do rodzinnego graniczy z cudem, więc w grę wchodziła bezpośrednia wizyta lub próba radzenia sobie samemu. Wybrałem to drugie - z wizytą w aptece. 

Czwartek

Wir obowiązków miesza się z bólem i nieprzespaną nocą. A wymagania w pracy większe niż zwykle, bo zaczyna się nowy projekt. Na szczęście w szufladzie mam dużą ilość paracetamolu. Już nie mam pojęcia co dokładnie mnie boli - nie tylko ręka ale i głowa, a może już wszystko?

Piątek

W niedzielę lecę na wakacje. Niby to wiem, a prawie w ogóle nie cieszy. Nie mam siły, za oknem zimno, wietrznie i ponuro, ale przecież za kilkadziesiąt godzin będę w innym świecie - urlop jest na wyciągnięcie ręki, a ja przejmuję się pierdołami. Po południu pakuję się i staram nie myśleć o robocie, a później idę na długo nocny spacer.

sobota, 30 września 2023

Podsumowanie tygodnia 311

Poniedziałek

Sam wkopuję się w niewygodną sytuację. Zupełnie jej się nie spodziewałem i - możliwe - mógłbym jej uniknąć, gdyby nie moja durna ochota pomagania. Tyle razy już się przekonałem że nie warto, ale wciąż brnę w tą samą stronę. Natychmiast zostało to wykorzystane przeciwko mnie, więc do okienka wróciłem zrównany z błotem i zły. Na siebie.

Wtorek

Kontrola w pracy. Kilka nieprawidłowości. Wg kontrolujących, bo ja mam inne zdanie na ten temat. Obecnie czekam na protokół z kontroli, którego nie wiem czy podpiszę.

Po pracy piekę drożdżówki z ciasta francuskiego (kupnego) ze śliwkami - prosto z drzewa. Bardzo dojrzałymi i pysznymi. Z dodatkiem odrobiny cukru i większej ilości cynamonu. Smakują wybornie.



Środa

Sytuacja z poniedziałku trochę się prostuje. Nie dlatego, że ktoś wyciągnął wnioski, lecz dlatego że jestem potrzebny - więc i narracja została złagodzona. A może uśpiona? Mniejsza o to.

Czwartek

Ciężki dzień, ale w perspektywie długo weekend, ponieważ to ostatni dzień w pracy w tym tygodniu. Wciąż piękna pogoda. Mam ochotę na duże lody, które funduję sobie po popołudniowej saunie w dużym mieście.

Piątek

Odpoczywam, korzystam z możliwości jakie daje duże miasto. Jestem prawie zupełnie anonimowy, a gama atrakcji idealnie wpisuje się w moje oczekiwania. 

Wieczór z pięknym zachodem słońca, a jutro kino - "Zielona granica".

czwartek, 15 września 2022

Granica

Nigdy nie wiem, gdzie znajduje się granica. Nieprzekraczalna bariera, która jest mocną i nieelastyczną linią, której nikt i nic nie przeskoczy. Gdzie znajduje się niewerbalna zapora, której nikt nie ośmieli się przekroczyć. Wydawało mi się, że już niewiele lub prawie nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć - mam tu na myśli szerokie spektrum otoczenia. Tymczasem każdy dzień jest tym, które przynosi i zaskoczenie oraz kolejne przekroczenie - zdawałoby się - nieprzekraczalnej granicy. Czy już dochodzę do ściany, czy wciąż ona będzie się oddalać w nieznane i jeszcze bardziej niebezpieczne rejony? . Bo myślę, że słowa opisujące teraźniejszość takie jak absurd, idiotyzm, nonsens już wyczerpały swoje znaczenia. Ta ściana wyglądem przypomina bardziej czarną dziurę, która zdaje się nie mieć dna  i wciągać wszystko co napotka na swojej drodze. Na ile wciąż można być sobą i zachować własną tożsamość? 

Departament, który mimo wszystko daje mi względne poczucie radości, satysfakcji oraz zadowolenia nie jest miejscem idealnym - o ile takie w ogóle istnieją. Praca w biurze z "różnymi" klientami, z ciągle goniącymi terminami, z zacinającym się sprzętem (mimo że nowiutkim - prosto spod igły), w presji  nieprzerwanych kontroli jest niczym w porównaniu do pracy ze współpracownikami. Moi kompani są niesamowicie kreatywni w rejonach, o których staram się w ogóle nie myśleć. Wciąż jeszcze nie rozgryzłem wszystkich układów i powiązań, nadal mnóstwo spraw nie rozumiem i czuję się jak dziecko we mgle, lub jakby ktoś mówił do mnie po chińsku. Nie rozumiem zależności oraz intencji, ale skórę mam coraz grubszą. Zbieram doświadczenie, które przynosi każdy nowy dzień choć nie tak to wszystko sobie wyobrażałem...


wtorek, 26 lipca 2022

Inny świat

Zachęcony przez Agnieszkę zamówiłem książkę Amy Harmon - Inna Blue. To mój pierwszy zakup tej autorki, ale na pewno nie ostatni. Dziś właśnie skończyłem czytać. Książka zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie, wciąga od samego początku, a historia jest bardzo nietuzinkowa. Po przeczytaniu pierwszych stron wydawało mi się, że znam dalszy jej rozwój, że wszystko potoczy się szablonowo, że bohaterowie wybiorą rozwiązania dla nich najkorzystniejsze, najbardziej odpowiadające ich potrzebom, czy najprostsze - gdy tymczasem wszystko kierowało się zupełnie innymi drogami. Tożsamości poszczególnych bohaterów tkwią w zawieszeniu do późnego końca i przyznam szczerze, że zupełnie inaczej wyobrażałem sobie to jak historia ta potoczy się dalej oraz to kto jest kim - pod wieloma względami...

Książka zrobiła na mnie spore wrażenie, polecam! Była też bardzo dobrą odskocznią od tego co w pracy, a szczególnie pod koniec tygodnia dużo się działo. Pierwsza umówiona klientka w Departamencie w piątkowy poranek próbowała wyprowadzić mnie z równowagi (chyba nawet nieświadomie), starałem się nie reagować ale przyniosło to skutki odwrotne do oczekiwanych, wręcz opłakane. Dziś wiem, że popełniłem błąd i powinienem inaczej prowadzić jej sprawę - szczególnie po przeanalizowaniu "krok po kroku" od której to analizy nie byłem/jestem w stanie uciec i wciąż siedzi mi w głowie. Sprawę musiałem zgłosić przełożonemu który w pierwszej chwili zamarł z wrażenia, ale po przestudiowaniu dokumentów zalecił abym się nie martwił. Łatwo mu powiedzieć, konsekwencje ponoszę ja. Zobaczymy.

Jakby tego było mało tego samego dnia kilka godzin później dość podobna sytuacja z tym, że nie miałem z tym wiele wspólnego. To znaczy nie ponoszę za to odpowiedzialności. Do mojego okienka zleciał się cały wydział zobaczyć "skutki" - oczywiście gdy klient został już odprawiony. Manager który dziś mną zarządzał jak dowiedział się o tej sprawie stwierdził "ale masz dziś pecha!" i znowu wdrożył procedurę ale już pod innym kątem - nie groźną dla mnie. 

Na koniec dnia przyszła osoba, która wcześniej miała zastrzeżenia co do mojego wykonywania obowiązków (pisałem o tym w tym wpisie #poniedziałek). Tak, przyznaję - jestem uprzedzony do niej, nie dałem z siebie ani grama więcej niż to co przewiduje instrukcja Departamentu. Jej utyskiwania zbyłem niczym, nie skomentowałem tego, pozostałem neutralny, nie zamierzałem pomagać jej w czymkolwiek ani współczuć mimo tego, że zdaje się miała jakieś kłopoty będąc przy okienku (albo tylko blefowała, nie wiem). Odprawiłem ją z kwitkiem. Wiem, jestem typowym prostakiem a moje postępowanie jest wysoce nieprofesjonalne :P

Tymczasem zaczynam czytać nową książkę:

środa, 29 września 2021

Dokumenty

W Departamencie niemiły zgrzyt. Pracuję tam od trzech miesięcy i ciągle poznaję współpracowników - a ci raz są tacy a kolejnym razem inni. Albo - jak coś potrzebują to mało co nie wejdą w tyłek, a gdy im coś nie na rękę to potrafią uzewnętrznić naturę odmienną niż kulturalna. Oczywiście nadają na siebie nawzajem podczas nieobecności drugiej osoby - przy czym zupełnie inaczej wyrażają się gdy tej drugiej osoby nie ma a inaczej gdy jest. 100% niespójności. Czasem gdy tego słucham to zupełnie nie rozumiem, więc staram się słuchać jak najmniej. Ale nie o tym - wracam do zgrzytu, ponieważ dotyczył on mnie bezpośrednio.

Otóż jeden ze współpracowników musiał podejść dziś do okienka, ale do innego niż zwykle (nie do swojego) - to okienko dla osób niepełnosprawnych/innych nietypowych. Stanowisko to jest rzadko wykorzystywane - ale w pełni funkcjonalne (czasem używamy go jeśli jest jakaś awaria komputerów przy innych okienkach). Można na nim załatwić wszystkie sprawy tak jak na zwykłym okienku. Wcześniej byłem tam ja, zalogowałem się, rozpatrzyłem sprawę klienta, przybiłem kilka pieczątek, wylogowałem poprawnie i poszedłem wypić herbatę. W dodatku otworzyłem okno, gdyż w powietrzu unosił się niezbyt miły zapach a wiedziałem że jeszcze w tym samym dniu okienko to będzie wykorzystywane. Gdy kilkadziesiąt minut później podszedł tam wspomniany współpracownik ze swoim klientem okazało się, że nie jest on przygotowany do obsługi petenta - nie dość że nie miał wszystkich dokumentów/kodów dostępu, to jeszcze chciał aby na stanowisku były dodatkowe "papiery" które tak naprawdę nikomu nie są potrzebne, ponieważ wprowadza się je do systemu jedynie raz (i one oczywiście były już wprowadzone - inaczej nie mógłbym się tam zalogować). Ale on je chciał - i to oczywiście ode mnie! On po drugiej stronie sali, ja przy swoim okienku z kolejnym petentem i słyszę takie coś: "Tomek, a gdzie są dokumenty?" No myślałem że pójdę do niego i puszczę mu wiązankę brzydkich słów, ale oczywiście nie zrobiłem tego.

Współpracownik zrobił to celowo, gdyż w innych przypadkach pracy na tym okienku nie wymaga żadnych dodatkowych dokumentów, ale skoro zauważył że wcześniej byłem tam ja, to pomyślał że poznęca się nad nowym pracownikiem - czyli mną. Na jego pytanie odpowiedziałem mu "a zorganizuj sobie jak je potrzebujesz". Kolega odwrócił się i wyszedł  zostawiając petenta przy okienku!!! Wyobrażacie to sobie? Zostawić klienta przy okienku i odejść?!?!? Gdyby to zauważył manager kontrolujący, lub główny manager, to współpracownik musiałby się nieźle tłumaczyć, ponieważ to wbrew regulaminowi. Klienta NIE MOŻNA pozostawić przy okienku!!! Musiałoby się chyba zacząć palić, aby można było sobie odejść od stanowiska, no ale... Tylko kilka osób z mojego działu to zauważyło, a kontrolującego dzisiaj nie było w pracy.

Gdyby tylko współpracownik wykazał odrobinę dobrej woli wcale nie musiałby opuszczać okienka, ponieważ nawet bez jego kodów dostępu mógłby załatwić sprawę klienta, a później uzupełnić to co trzeba (nie raz ja tak robiłem gdy okazało się że czegoś nie wziąłem ze sobą) - ale nie - on postanowił zrobić wielkie halo.

W ogóle, zauważyłem że ten współpracownik "bawi się" telefonem w czasie obsługi, a kiedyś w przerwie powiedział że musi sobie zrobić nową listę piosenek do słuchania bo już stara mu się znudziła. Nie mam pojęcia czy on słucha muzyki w czasie kontaktu z klientami i zupełnie mnie to nie interesuje, ale nie zdziwiłbym się gdyby tak faktycznie było. Jakie to szczęście że to jest poza mną, że ja tak nie robię oraz że reprezentuję innym poziom pomimo tego, że on pracuje tu już ponad dziesięć lat (jak sądzę).

Naturalnie mógłbym pójść z tym do managera, wtedy kolega oberwałby po nosie - ale po co? On wybroniłby się, ponieważ jako pracownik z o wiele dłuższym stażem ma większe zaufanie niż ktoś taki jak ja - pracujący trzy miesiące. Nie zamierzam schodzić do jego poziomu, ale postanowiłem ograniczyć kontakty do niezbędnego minimum, unikać wszelkich dialogów, nie reagować na zaczepki i odciąć się maksymalnie. 

czwartek, 23 września 2021

Nowe obowiązki

Od kilku dni prócz tego co robiłem do tej pory w Departamencie Spraw Trudnych i Beznadziejnych wykonuję część obowiązków jednego z managerów mojego działu. Nie jest to nic co zajmowałoby mi dużo czasu, spokojnie się z tym wyrabiam a i tak zostaje mi dużo czasu na siedzenie i nic nie robienie, jedzenie i picie, rozmowę ze współpracownikami, spacerowanie od działu do działu itp. Jedocześnie wymaga to dobrego zorganizowania, dużej dyscypliny oraz oraz trzymania "ręki na pulsie". 

Już pierwszego dnia nowych obowiązków z samego rana przyszedł do nas główny dyrektor i zapytał kto się zajmuje obowiązkami nieobecnego przez dwa tygodnie managera - odpowiedziałem że ja. Zapytał czy już zrobiłem to co trzeba a ja odparłem "tak jest". Przy okazji spotkała mnie nietypowa sytuacja, ale wybrnąłem bezproblemowo - nie chciałbym pytać kogokolwiek co i jak mam zrobić - wolałem to zrobić sam. Bardzo to lubię, mam porządek w swojej szafce a na biurku wszystko równiutko poukładane, więc nie sprawia mi to trudności.

W ramach tych nowych obowiązków wymagam pewnego określonego działania od moich współpracowników - a przypomnę że ja tam pracuję najkrócej. Trochę dziwnie się z tym czuję, ale to pewnie tylko na początku. Na razie grzecznie wykonują moje prośby (no bo raczej nie polecenia) - więc jest ok.

Przy okazji robię też inną sprawę - właśnie pod nieobecność tego działowego managera. Inni - akurat ci którym ułatwiam pracę - są zachwyceni i uśmiechają się do mnie ładniej niż wcześniej. Tymczasem jeden kolega z okienka obok powiedział tak "o, pokazałeś że umiesz więcej i teraz będą cię wykorzystywać", a drugi nic nie mówi tylko patrzy spod oka. To ten rodzaj człowieka, który wszystko rejestruje za pomocą narządu wzroku, bardzo mało mówi, ale jeśli już - to najczęściej donosi na współpracowników do głównego managera. Muszę na niego uważać i ogólnie - ograniczać się w kontaktach z nim.

sobota, 18 września 2021

Podsumowanie tygodnia 205

Poniedziałek

Dzień wolny, ponieważ pracowałem w którąś sobotę. Wstaję późno, robię większe zakupy (w dużym mieście), idę na lody a wieczorem na przejażdżkę rowerem. Ciepły, ładny dzień na odpoczynek.

Wtorek

Niewiarygodne rzeczy dzieją się wokół mnie. Tak abstrakcyjne z jednej strony, a z drugiej trochę średnio bezpieczne nawet. Nigdy w życiu bym nie przypuszczał, że coś takiego mnie kiedyś spotka, znajoma która pomaga mi w tej sytuacji też bardzo zdziwiona - mówiąc delikatnie. Gdybym mógł tu opisać, nie wiem czy ktokolwiek uwierzyłby (no może Aberek). Niestety nie mogę - jest to niezwykle prywatna i osobista sprawa, choć jak się okazało kilka dni temu - mój główny manager z Departamentu został o niej poinformowany - zapewne po to aby mnie zdyskredytować. Jak to wszystko potoczy się dalej - zobaczymy, możliwe że za jakiś czas napiszę więcej - ale to nic pewnego. Na razie miałem kilka nieprzespanych nocy, wiele przemyśleń, oraz rozmowę z panią prawniczką - która nic konkretnego nie dała. Dzięki pomocy znajomej możliwe że uda się rozwiązać tę sprawę w miarę dobrze - zobaczymy.

Środa

Burza w szklance wody. Mój dział Departamentu nawiedza huragan. To dla mnie pierwszy taki dzień w pracy, choć doskonale się orientuję że najmniej mnie to dotyczy, a może nawet i wcale. I wiecie co? Dobrze jest robić swoje zgodnie z procedurami - wtedy żadna burza i żaden huragan mnie nie ruszy, a inni - niech się martwią :)

A po południu: jeden z managerów  mojego działu idzie na dłuższy urlop. Musi przekazać komuś ułamek swoich obowiązków - proponuje mnie głównemu managerowi mówiąc "Tomek jest bezproblemowy" (no nie wiem czy to takie oczywiste - patrz dzień wcześniejszy). Ja pracuję w Departamencie najkrócej, a on mi chce dać taką odpowiedzialną część swojej pracy - nie powinien dać tego komuś kto dłużej pracuje i zapewne już nie raz brał to pod jego nieobecność? Główny manager zatwierdził jego propozycję, a ja wyraziłem gotowość. Oczywiście nie wiąże się to z jakąś gratyfikacją - a przynajmniej nie w tej chwili - bardziej otwiera mi możliwość awansu. Fakt że tej pracy będzie bardzo bardzo mało - choć będzie ona dość odpowiedzialna i znacząca w Departamencie.

Czwartek

Echa dnia wczorajszego. Przechodzę wyrywkową kontrolę. Wiem że jesteście zdziwieni tymi ciągłymi kontrolami. Szczerze - akurat najmniej mnie stresowała ta dzisiejsza, ponieważ był u mnie manager niższego stopnia, który prawie niczego nie wymaga - więc to nic aż tak bardzo trudnego. Poza tym prawie cały dzień boli mnie głowa.

Piątek

Decyzja podjęta. Hulajnogi na razie nie będzie, no chyba że zimowo-jesienna pora przyniesie wyjątkowe promocje. Możliwe, że na wiosnę sobie coś takiego sprawię - zobaczymy :)

środa, 14 kwietnia 2021

Krzyk

Poniedziałek. Spojrzałem z samego rana na grafik - szykował się spokojny dzień (czyli normalni i w miarę fajni kursanci). Ale już pierwsza godzina dała popalić... To miała być rutynowa jazda - dwugodzinna, a na jednej z nich miałem zrobić egzamin wewnętrzny - ponieważ kursantka już kończy szkolenie.

Jej początki były z moim kolegą, nie dogadywali się, ponieważ kolega należy do tych instruktorów którzy sami trzymają sprzęgło. Powoduje to że kursantowi nie gaśnie auto, ale czego on się wtedy nauczy? Kursantka zrezygnowała z jazd z nim i wybrała się do mnie. Była zachwycona. Ja mniej. Gdy przyszła na jazdę miała ponad dziesięć godzin za sobą, a wciąż nie umiała podstawowych rzeczy, więc nie było lekko.

Pod koniec kursu pojechaliśmy do większego miasta. Kursantka sama poprosiła o to, ponieważ po zdaniu egzaminu prawdopodobnie będzie dość sporo tam dojeżdżać - więc mimo pandemii udało nam się to zorganizować.

Wracając do poniedziałku - zaczynam egzamin wewnętrzny. Po placu manewrowym wyjeżdżamy na miasto. Kursantka średnio radziła sobie do tej pory, ciągle zapominała o podstawowych sprawach (redukcja biegu, używanie kierunkowskazów), ale tym razem nawet całkiem nieźle jej szło. Po około dwudziestu minutach postanawiam wjechać na małe osiedle, gdzie chciałem zrealizować zadanie zawracania. Podczas skręcania w lewo zbliżamy się przejścia dla pieszych, na którym jest starszy facet. Kursantka zupełnie nie reaguje, bo go po prostu nie widzi (nie wiem jak to możliwe, ale mniejsza o to). Facet w strachu zatrzymuje się,  a ja z całą siłą wciskam hamulec. Ponieważ nasza prędkość oscyluje w okolicy 15 km/h auto praktycznie zatrzymuje się w miejscu. 

W tym czasie mam podwójny obraz - krzyczącą kursantkę oraz minę przestraszonego i trochę rozeźlonego człowieka przed maską. On sobie poszedł dalej, ale kursantka niestety została w aucie. Zaczęła krzyczeć, że już miała nogę nad hamulcem, że miała nawet wciśnięte sprzęgło (to akurat jej pozostało z nieprawidłowej techniki kierowania podczas skrętu w lewo) oraz że nie da sobie wmówić błędu. Nie reaguję, tylko powoli uruchamiam pojazd i zjeżdżam ze skrzyżowania i przejścia dla pieszych oczywiście robię to z pozycji instruktora. Po zatrzymaniu kilka metrów dalej informuję, że wynik egzaminu wewnętrznego jest negatywny, ale kursantka przystępuje do drugiej fali ataku.

Zaczyna obyć opryskliwa, krzyk miesza się z jakimś żalem, czy nie wiem nawet czym. Nie bardzo daje sobie cokolwiek tłumaczyć, więc postanawiam wrócić do biura i po prostu zakończyć jazdę. Bez jakiejkolwiek zwłoki czasowej kończę szkolenie z nią i informuję szefa o zaistniałej sytuacji. Kursantka w obecności szefa już nie krzyczy, choć wciąż jest nabuzowana. Następuje zmiana instruktora i moje lekcje z nią kończą się. Muszę się napić melisy.

sobota, 27 czerwca 2020

Podsumowanie tygodnia 141

Poniedziałek

Zaczynam od 7.00 akurat spod swojego bloku. Czekam punktualnie, po piętnastu minutach dzwonię, ale kursant nie odbiera. To nie jest jego pierwszy raz, kiedy nie przychodzi na jazdę. Mam więc prawie 2 godziny dla siebie.

Mój balkon lekko ukwiecony. Kupiłem ostatnie dostępne kolorowe roślinki, przesadziłem w swoje doniczki i podlewam nawozami, aby ładnie wyglądały :)




Wtorek

Pod koniec dnia trafia mi się osoba, która już nieco godzin jazdy ma za sobą. Ale wciąż nikt nie nauczył jej dostosowywania prędkości. W efekcie pędzi jak szalona, nie zwalnia ani przy przejściach, ani przed zakrętami, ani przy skrzyżowaniach. Napracowałem się, ale mam nadzieję że zrozumie o co chodzi.

A poza tym - zapisałem się na egzamin weryfikacyjny. Jadę do Gdańska za około miesiąc na egzamin teoretyczny - nie wiem jeszcze jak ogarnę to organizacyjnie, ale zobaczymy :)

Środa

Z samego rana na 2 godziny dziewczyna. Bardzo wysoki poziom kultury, normalnie aż jestem zaskoczony że jeszcze są tacy młodzi ludzie - niezwykle miło się pracowało :)

Czwartek

Podczas wykładów on-line kolegi dochodzi do nieprzyjemnych wydarzeń. To może efekt złudnej anonimowości tych którzy siedzą po drugiej stronie komputera? Nie wiem, ale były one (wydarzenia) na tyle złe, że sam szef zaangażował się w sprawę. Ja mam nadzieję, że nie będę miał tej nieprzyjemności i nie będę musiał z łobuzem jeździć.

Piątek

Kontynuacja z czwartku. Procedury wykładów on-line zostały zmienione, trwa namierzanie łobuza i jest to tylko kwestia kolejnego wykładu (w poniedziałek). Głupota ludzka nie zna granic.

wtorek, 7 stycznia 2020

Jeż

W drugiej pracy jakby spokojniej. Ci współpracownicy, którzy rzucali mi się najbardziej do gardła, są jakby grzeczniejsi, nie wymagają więcej niż to co mam w umowie. Wiem że to chwilowe, że oni nie potrafią racjonalnie myśleć i że jeszcze w tym miesiącu pokażą swoje prawdziwe oblicza, ale przynajmniej chwilowo - jest normalniej.

Podczas wspólnej pracy nad pewnym projektem usłyszałem dziś takie coś: Tomek, czy mógłbyś zrobić dla mnie to i to? Ale nie w domu, tylko na naszym spotkaniu w czwartek? Mógłbym - odpowiedziałem. Czyli chwilowo zrozumieli, że nie zamierzam zabierać dodatkowej pracy do domu.

Oczywiście między sobą współpracownicy podchodzą jak pies do jeża. Widząc to z boku wciąż jestem zadziwiony, ale staram się w ogóle o tym nie myśleć - i po napisaniu tego wpisu natychmiast o tym zapomnę :P

Mam dziś sporo wolnego czasu. Chyba zrobię sobie jakąś fajną zupkę - może grochową?


A taka agawa marzy mi się na balkonie :)

sobota, 20 lipca 2019

Podsumowanie tygodnia 93

Poniedziałek

Belferka, której tak trudno było opanować sztukę jazdy chyba dała sobie spokój. Nie ma jej ani u mnie, ani u moich współpracowników. No chyba że poszła do innej szkoły jazdy - tego nie wiem.

Wtorek

Na praktykach egzaminatorskich - dziś było trzaśnięcie drzwiami. Ja też bym ją oblał, a już za to co powiedziała na końcu - po egzaminie - lepiej aby nie podchodziła już więcej.

Środa

Robię ogórki małosolne. Poprzednie udały mi się całkiem nieźle, tym razem dałem jeszcze więcej kopru i innej zieleniny.




Czwartek

Belferka jednak jest. Uczy się u kolegi.

Piątek

Dobrze że już piątek, może trochę odpocznę przez weekend.

wtorek, 2 lipca 2019

Złośnik

Na dwie godziny jazdy przychodzi młody człowiek. Choć określenie "człowiek" może nie jest na miejscu. Wydaje się, że jego jedynym celem jest zrobienie wszystkiego na odwrót, ze złością i furią. Nie przypominam sobie dotychczas takiego ciężkiego i nieobliczalnego przypadku. Za chwilę będzie miał osiemnaście lat i chce zdobyć prawo jazdy. Czy mu się to uda? Prawdopodobnie tak, bo myślę że tylko na jazdach tak cwaniakuje. Kolega, który z nim miał kilka godzin wcześniej odetchnął z ulgą, gdy dowiedział się że dalsze szkolenie będę prowadził ja. Ale po tym, co wydarzyło się podczas tych dwóch godzin jazdy, zgłosiłem w biurze konieczność zmiany instruktora (w kontaktach z biurem zachowuje się na granicy najniższego poziomu kultury).

Na młodym "człowieku" nie zrobiło to żadnego wrażenia - czyli tak jak myślałem. Mnie natomiast zastanawia fakt, że przyszedł do mnie z polecenia pewnej osoby, oraz to że z widzenia znam jego matkę. Nie ma nad nim kontroli, a na odebranie wychowania już za późno. Instruktor który ma z nim jeździć nie cieszy się z tego powodu - mówiąc bardzo ogólnie.

Zdumiewa mnie jego chamstwo i agresja w dalszym ciągu, choć od tej jazdy minęło kilka dni. Nigdy w życiu nie chciałbym go spotkać więcej, mieć jakiegokolwiek kontaktu. Prawdopodobnie ma sam ze sobą problemy, z których raczej się już nie wychodzi. Podwyższona samoocena, nadpobudliwość, intensywna euforia, ponad przeciętna nerwowość, brak racjonalnego myślenia. Muszę znaleźć sposób, aby wyrzucić go ze swojej pamięci. Jazdy z ubiegłego wtorku i środy to nic w porównaniu do tego.

Idę zrobić sobie dobrą herbatę :( I może jakaś spokojna muzyka?


niedziela, 5 maja 2019

Kurs dla kandydatów na egzaminatorów (6)

Wykład może być prowadzony w różny sposób. Wszystko zależy od prowadzącego. Może być arogancki, infantylny, wykładowca może traktować swoich słuchaczy jak idiotów, może zadzierać nosa wyżej niż sięga. Taki prowadzący krzywo patrzy na każdego, a jakiekolwiek pytania kwituje tak: "to wy tego jeszcze nie umiecie?!". Więc człowiek się uczy i już drugi raz nie zada pytania, a bardziej spojrzy na zegarek - jak długo jeszcze to potrwa...


Taki nieszanujący innych wykładowca nie może liczyć na współpracę i zaangażowanie słuchaczy. Dziwi się potem, że nikt się nie odzywa, a gdy zadaje pytanie to też jest cisza. Bo i po co się odzywać? No chyba że tylko po to, aby wyjaśnić mu że wolałbym zmienić wykładowcę jednak. Także ze względu na to, jak często mylił pojęcia o których mówił, oraz w jaki płytki i trywialny sposób omawiał zagadnienia. Choć, jeśli uważał słuchaczy za idiotów to w sumie wszystko jedno...

Ale wykład może być także na poziomie. Merytoryczny, interesujący, wskazujący na różne dodatkowe aspekty tematu. Na takim wykładzie dowiedziałem się kilku nowych rzeczy, niektóre z nich były przedmiotem moich wewnętrznych rozterek. Czas szybko leciał do przodu, ani się spostrzegłem jak wykłady dobiegły do końca. Tak ogólnie, to zestawiając te dwa wykłady można już sporo dowiedzieć się o człowieku. I na koniec - aby z praktykami dobrze trafić...

Tymczasem po kursie trochę wycieczek :)




środa, 6 lutego 2019

Tydzień bez środy

Dzisiejszy dzień należy jak najszybciej zapomnieć. Koszmar, który ciągnie się bardzo długo wciąż trwa. To, co udało mi się z takim trudem załatwić w poniedziałek - półtorej bardzo ważnej sprawy -mogę spuścić z wodą w toalecie. Legło w gruzach w ciągu niecałej minuty. Okazało się to zupełnie niepotrzebne, ponieważ dziś nie udało się dokończyć tego co rozpocząłem.

A przy okazji dostałem kopa w cztery litery. Nie mam pojęcia, jak można w taki sposób traktować innych. Nie jestem idealny, ale jakoś tam zostałem wychowany. Szacunek do drugiego człowieka, jaki on by nie był - powinien być zawsze. Wciąż jestem w szoku i chyba nadal nie dowierzam temu, co dziś doświadczyłem. Czy jestem dnem i nie nadaję się do niczego? Oczywiste że nie wiem wszystkiego, a jeśli czegoś nie rozumiem to - jak sądziłem - zapukałem do najwłaściwszej osoby. Ale nie.

Muszę na spokojnie to wszystko przemyśleć i mimo tego postarać się zrobić jeszcze więcej, aby był to ostatni cios. Niestety będzie się to za mną ciągnęło w pamięci, która nie potrafi odrzucić tego co złe, a wręcz zakoduje to w niemal idealnym stanie.

Ta środa, lepiej żeby nie istniała.

niedziela, 11 listopada 2018

Parówki i marchewki

No tak, przytargałem projekty z drugiej pacy do domu. Nie powiem, sprawia mi to przyjemność i cieszę się że przy okazji zarabiania pieniędzy (zbyt małych oczywiście :P) spędzam miło czas. Ponieważ prócz projektów zabrałem także kilka atrybutów (bez których owe projekty nigdy by nie powstały) z firmy zastanawiam się, czy nie powinienem zapytać o zgodę szefa. Ale postanowiłem, że nie będę mu zawracał głowy takimi głupotami, tylko robił swoje. A jak się poznawaliśmy we wrześniu to powiedział mi, że lepiej wiem co i jak mam robić niż on (obejmował wtedy stanowisko).

Odpoczywam na ławeczce :)

Tak sobie ostatnio myślę, że chyba sporo osób chciałoby mieć taką pracę. Tyle przyjemności, zero uciążliwości, prawie same zalety. Czasem w akcie dobroduszności dostanę nawet coś miłego (i to mimo mojego "nie"). Wadą są jedynie współpracownicy - pisałem o tym że nie szanują mojego czasu, są niezorganizowani i w ogóle - widzę że robią to co mają zrobić na odwal. Oczywiście nie wszyscy, ale ja muszę współpracować ze wszystkimi. Czasem są dni, kiedy zupełnie nie chce mi się tam iść, ale przecież muszę. Ciekawe, co oni myślą o mnie.

Ostatnio dowiedziałem się, że uważają moje wynagrodzenie za zbyt wygórowane. To dziwne, że wykonując zupełnie inną rolę niż ja, starają się porównywać wszystko do jednego (swojego) poziomu. Tak się nie powinno robić - ich kwalifikacje są zupełnie inne niż moje - oni beze mnie nie zdziałają nic, tak jak ja bez nich - jesteśmy zależni od siebie - nie musimy się kochać - ale powinniśmy współpracować jak najlepiej, a nie wytykać sobie kwestie wynagrodzenia. Zresztą - gdybym był podły (i taki jestem) to powiedziałbym że trzeba było się uczyć - to mieliby takie wynagrodzenie jak ja.

Jak w tytule - niby nie da się tego połączyć, a jednak... Ostatnio dowiedziałem się że można - nadal siedzi mi to w głowie :)

środa, 4 lipca 2018

Aby dotrwać... (1)

Jakiś czas temu pisałem o kursantce (46 lat), która bardzo długo ustawiała wszystkie rzeczy do jazdy. Miała wtedy początkowe jazdy, ale dziś ma już 22 godziny. Nie wiem jakim cudem, ale przez ten czas udało mi się zachować całe, nieuszkodzone przez nią auto - mimo że robiła wszystko aby było inaczej. Jej dzisiejsza jazda wyglądała tak:

Epizod I - ruszanie

- ten bardzo skomplikowany proces nadal nie został opanowany. Najczęściej (średnio 9 na 10 razy) podczas ruszania auto jej gaśnie, przyczyn jest kilka - puszcza sprzęgło zbyt szybko; ma inny bieg niż pierwszy (najczęściej ten na którym jechała wcześniej - czyli dwójkę); lub wciska hamulec - tak, wciska hamulec podczas ruszania.  Za to gdy trzeba się zatrzymać ona najczęściej wciska gaz. Do końca.

Jednocześnie muszę dodać, że jest coś co opanowała nieźle. To ruszanie bez sprzęgła. Czasem szybko się orientuje że auto zgasło, wtedy w mgnieniu oka przekręca kluczyk i rusza natychmiast - bo bez użycia sprzęgła. Ale to też tylko wtedy, gdy jednocześnie nie wcisnęła hamulca.


Dojeżdżając do skrzyżowania muszę mówić jej co zrobić, bo inaczej nie robi nic. Ale, to że mówię nie znaczy że to zrobi. Najfajniej jest, gdy sama wpadnie na to aby popatrzeć w prawą i lewą stronę czy droga jest wolna - wtedy i tak niezależnie od sytuacji wciska cokolwiek - ale do samego końca. Najgorzej gdy trafi na hamulec, a porusza się drogą z pierwszeństwem. Naprawdę coś nad nami czuwa, bo już tyle razy było tak blisko kolizji... (domyślacie się, że po każdym takim "incydencie" stajemy z boku i tłumaczę co i jak?)

Epizod II - światła i płyny

- czyli pierwsze zadanie egzaminacyjne. Trzeba sprawdzić obecność płynów i działanie świateł. Wczoraj, gdy miała 20 i 21 godzinę jazdy, na placu spędziliśmy równe 70 minut na naukę włączania świateł. I myli się ten, kto sądzi że robiła to pierwszy raz - robiła to już co najmniej 8 razy. Po tym czasie spędzonym na tłumaczeniu, rysowaniu, pokazywaniu i sprawdzaniu świateł muszę stwierdzić, że należy ten wątek powtórzyć, ponieważ ona nadal nie potrafi włączyć świateł mijania, przeciwmgłowych tylnych ani drogowych. Zastanawiacie się jak to możliwe? Hmm, ja także...

Epizod III - plac manewrowy

- cofnąć pomiędzy liniami i pachołkami? Niewykonalne i niemożliwe. Jeszcze nigdy, ani razu nie udało jej się zrobić tego zadania. Mimo tego że do znudzenia mówię i tłumaczę, rysuję i sam pokazuję jak należy zrobić to zadanie, dla niej to wciąż czarna magia. Zawsze wjedzie w któryś pachołek, kołami najedzie na linie, auto jej zgaśnie lub - jak ostatnio - totalnie mnie olewa. Mianowicie, w końcu pozwoliłem jej samodzielnie wjechać w pozycję początkową do zadania - ot 4 metry do przodu. Ale po wjechaniu miała się tam zatrzymać. Wyjaśniłem jej to, potem zapytałem aby powtórzyła po mnie, znów wytłumaczyłem i ponownie zapytałem - odpowiedziała właściwie. Przypominam - po 4 metrach ruszenia do przodu, miała się zatrzymać. Wychodzę więc z auta, otwieram stanowisko do wjazdu, a ona co robi? Najpierw kilkanaście razy auto gaśnie, a potem po ruszeniu zamiast zatrzymać się w pozycji początkowej, pojechała dalej. Wpadłem jej do samochodu przez otwartą szybę (dobrze że otworzyłem ją do końca) zaciągając hamulec postojowy z całej siły, bo ona oczywiście już wciskała gaz do końca. Udało się, moje posiniaczone miejsce w okolicy bioder niebawem się zagoi.

Pozostawianie jej bez opieki nie jest wskazane...

c.d.n.

sobota, 19 maja 2018

Podsumowanie tygodnia 32

Poniedziałek

Znów jadę w trasę. Ale tylko na cztery godziny, więc szybciej niż zwykle.

Wtorek

Stoimy na skrzyżowaniu. Pytam kursantkę, dlaczego obrotomierz pokazuje "0" a ona mówi tak: bo trzymam hamulec. I wszystko jasne. A tyle razy tłumaczyłem co się dzieje gdy auto gaśnie...

Środa

Wtorku ciąg dalszy. Milczę, próbuję się nie denerwować.

Czwartek

Mam ochotę kląć i wrzeszczeć. Mimo wszystko zamykam się w sobie i nie komentuję, nic czego nie muszę nie mówię. Zaciskam zęby i wytrzymuję. Ale poziom irytacji bliski granicy akceptowalności, a przecież każdy mi mówi że jestem taki cierpliwy...

Piątek

Dla odróżnienia dziś spokój i luz. Dobrze, bo można zwariować...