Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Departament. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Departament. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 kwietnia 2026

Podsumowanie tygodnia 454

Poniedziałek 

Dalszy ciąg historii z nieprzyjemnym zapachem na klatce schodowej. Para ludzi mniej więcej w moim wieku, która mieszka na pierwszym piętrze ma problem z higieną, lub zbyt rzadkim używaniem pralki - a najpewniej - z jednym i drugim.

Ale także z kulturą, gdyż od pewnego czasu przed drzwiami zostawiane są buty lub klapki. Gdy była zima sądziłem że to dlatego, żeby nie nanosić brudu do mieszkania, ale teraz nie rozumiem takiego zachowania. 

Odór jest tak intensywny, że trzeba zatykać nos bo inaczej robi się niedobrze. Na szczęście mieszkam dwa piętra wyżej. 

Nie wiem czy ktoś z nimi rozmawiał, możliwe że tak, bo ogólnie pozostali sąsiedzi są raczej dobrze zorganizowani. Otwierają okna, ale mało to pomaga. Ja na swoim piętrze zawiesiłem trzy odświeżacze powietrza - tak na wszelki wypadek. I u mnie na klatce pachnie kompozycją kwiatową.

Wtorek 

Po pracy poświęcam mnóstwo czasu na naukę. Za jakiś czas spróbuję podejść do egzaminów które pozwolą mi zajmować się trudniejszymi i bardziej rozbudowanymi sprawami klientów.

Środa

Po pracy obiad jem w knajpie. Potem idę podlać kwiatki u sąsiadki. Zgodnie z pozostawioną instrukcją. W domu zasiadam przy ustawach, rozporządzeniach, wytycznych i mnóstwem innych materiałów. 

Czwartek

Chia jest coraz bardziej popularnym produktem używanym w kuchni. Pierwszy raz robię deser z jogurtu greckiego, chia i galaretki cytrynowej. Wychodzi ok, ale następnym razem zrobię na mleku kokosowym z dodatkiem owoców.

Deser zjadam w autobusie w drodze do [...]. Ten długi czas staram się wykorzystać na naukę, choć okoliczności wokół mnie nie są sprzyjające.

Wieczorem trochę alkoholu, a mi dużo nie trzeba.

Piątek

Kąpiele w rzece. Spacery w lesie. 

Miła i całkiem długa rozmowa, która nastraja mnie optymistycznie, w dodatku wstrzeliłem się tak idealnie, że nikt nam nie przeszkadzał. Moje dylematy - to już zbyt duża uprzejmość czy jeszcze nie? 

Pobyt w spa (znowu pływanie, ale w basenach różnej maści), zjeżdżalnie, sauny i jacuzzi. Odpoczynek, znowu jedzenie i znowu relaks plus zachód słońca. Tym razem jacuzzi w pięknym zielonym ogrodzie. Tuż obok rzeka i wygodne ścieżki spacerowe. A dzisiaj (sobota) powrót prawie do domu.



                          

sobota, 4 kwietnia 2026

Podsumowanie tygodnia 452

Poniedziałek 

Dużo się dzieje, po kolei.

1) Z rana informacja o podwyżce i to ze skutkiem natychmiastowym - czyli od marca. 10% - zawsze coś. I zapowiedź, że w tym roku będzie jeszcze jedna. Przyzwyczaiłem się, czekam teraz na premię, albo jakąś nagrodę co najmniej.

2) W drukarce kończy się toner, wydruki są ledwo widoczne. Ja sobie nie z takimi problemami radzę, ale to wstyd dawać klientom tak wyblakłe dokumenty, że prawie nic na nich nie widać. Dzwonię więc do działu informatyków (bo oczywiście samemu nic nie mogę dotykać), ale oni mają czas - olewają moje zgłoszenie a ja świecę oczami przed klientami. Dopiero mój "kolega" z okienka obok tak się wkurzył, że sam zadzwonił po nich klnąc na prawo i lewo. Poskutkowało. Przyszedł informatyk i wymienił co trzeba.

3) Basen. Na torach sporo ludzi, wszyscy intensywnie pływają. Na szczęście moja kondycja nie jest zła i nie jestem zawalidrogą. A w saunie jeszcze większy tłum i głośno jak na targu.

4) Wieczorem spotkam sąsiadkę z naprzeciwka (wszystko wiedzącą). Pokazuję jej kartkę z Chicago którą dostałem przez pomyłkę, a ona od razu mówi że to dla sąsiadki piętro niżej. Natychmiast zanoszę pomyloną kartkę.

Wtorek

Po pracy sporo czasu spędzam w kuchni. Najpierw robię obiad, potem naleśniki z serem. Na szczęście jedno i drugie zostaje mi na jutro. W planach nauka - powinienem uczyć się i co najmniej przygotowywać prezentację na szkolenie które mam prowadzić w drugiej połowie kwietnia, ale lenistwo zwyciężyło. Wychodzę na krótki spacer w lekkim deszczu, a potem odpoczywam przy muzyce (m.in. "Samba z kalendarza - D. Miśkiewicz), a wieczór spędzam z Netflixem ("Ołowiane dzieci").

Środa

W pracy praktykanci. Przychodzą wg określonej wcześniej listy tak, aby nie robić zamieszania przy okienkach z klientami. Muszą zaliczyć obsługę klienta pod nadzorem nas - pracowników Departamentu. Nie wiem czemu ale najczęściej przychodzą do mnie. Np. taki W. upodobał sobie mnie i nie chce do nikogo innego, tylko do mnie. Ok, na bieżąco koryguję jego błędy i pilnuję czy dobrze wypełnia dokumenty oraz prowadzi sprawy.

Pomiędzy klientami łapie (on) szklankę wody i pije jednym tchem. Po obsłużeniu trzech klientów ma dość, jest wyczerpany i musi odpocząć. Robimy małą przerwę, podczas której omawiam z nim nieprawidłowości i zwracam uwagę na szczegóły które powinien poprawić. Robi postępy, choć jeszcze mnóstwo musi się nauczyć.

Plus - za opiekę nad praktykantami przewidziano większą premię.

Czwartek 

Z pracy wychodzę wcześniej (znowu). Od razu na basen. W 35 minut przepływam 1000 metrów i pędzę na saunę. Dziś luźno (aromat sosnowy). 

Piątek 

Zbliża się czas świąt. Na szczęście szybko minie, bo to prawie zwykły weekend plus poniedziałek. W nurcie marszu pod prąd robię różne rzeczy, których w ten piątek nie robią inni. Ogólnie luz. Nawet trudne sytuacje nie wyprowadzają mnie z równowagi. Po pracy korzystam z pięknej pogody i spacerkiem idę na lody do centrum miasteczka. Wieczór początkowo z nauką, potem z drinkiem przed TV.

Tym, którzy świętują życzę pięknych Świąt Wielkanocnych! 

A tym, którzy nie świętują po prostu fajnego długiego weekendu i mile spędzonego czasu!



sobota, 21 marca 2026

Podsumowanie tygodnia 450

Poniedziałek 

Po pracy obiad w restauracji. Idę na rybkę, a właściwie jadę samochodem, bo zbyt zimno na rower. W knajpie zajęty jeden stolik. Siedzą tam dwie dziewczyny na oko ciut starsze ode mnie. Jedna jest na wózku. I pies. Całkiem ładny. Mówię dzień dobry, obie odpowiadają lekko się uśmiechając. Zamawiam pieczonego pstrąga w sosie borowikowym, sałatkę i pieczywo. Chętnie wziąłbym frytki, ale są niezdrowe.




Celowo wybieram poniedziałek na taką wizytę licząc, że nie będzie tu tłumów. I nie mylę się. Za to wewnątrz jest mnóstwo słońca, ponieważ cała południowa ściana jest przeszklona. Oczekiwanie na jedzenie umilają mi sączący się delikatny jazz z głośników oraz obserwowanie powoli obniżającego się słońca. Dyskretnie zerkam na dziewczyny, które zajęte konsumpcją i rozmową wydają mi się jakby nie dzisiejsze. To pewnie z powodu tego, że mnóstwo ludzi w restauracjach wlepia twarz w smartfona. Pisałem już o tym nie raz, gdy klienci w takich miejscach nie chcą (?) ze sobą rozmawiać, lub po prostu cieszyć się swoim towarzystwem, tylko korzystają z telefonów przeglądając jakieś tam treści.
 
Gdy dziewczyny wychodzą, z jeszcze większym uśmiechem życzą mi przyjemnego popołudnia. Niespiesznie kończę obiad i - zanim wrócę do czterech ścian - idę na krótki spacer nieopodal, łapiąc ostatnie promienie słońca.
 
Wtorek
 
Zastanawiam się, skąd moja poprawa nastroju. Po dłuższym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że może to mieć związek z sytuacją głównego managera. Od kilku dni jest w dość dużych tarapatach. Czy jego kłopoty sprawiają mi radość? Czuję do niego tak wielką złość, że wszystko jest możliwe.
 
Obecnie spada w przepaść. Próbuje rozpaczliwie łapać się czegokolwiek, oby jakoś przetrwać i wisi na bardzo cienkiej gałązce, która w każdej chwili może się oderwać.
 
Nie ma już "motywujących" briefingów z rana. Nie jest już tak arogancki i chamski jak zwykle. W ogóle, unika wychodzenia ze swojego gabinetu. Przemyka jak cień z parkingu do biura i spowrotem. Możliwe, że to tylko chwilowe, ale obserwuję to sobie i jakoś mi lżej.
 
Środa 
 
Generalne sprzątanie w domu. W końcu wyrzucam zasuszone kwiatki, które uśmierciłem nie podlewając ich. Jednak mogę mieć tylko takie rośliny, które są bardzo tolerancyjne na moje działanie.
 

Czwartek
 
Po pracy idę do kawiarni na mus z białej czekolady. Siedząc obserwuję ludzi i ruch uliczny. Potem od razu na basen i saunę. Wieczór jak zwykle z przepisami i zadaniami do rozwiązania.
 

Piątek
 
Zimno. Dzień w pracy mija szybko, ale jutro (sobota) znowu do roboty. Ile jeszcze? Tego nie wiem, ale za tydzień będę miał wolną sobotę. Tymczasem w skrzynce na listy niespodzianka. Karta z Chicago. Ktoś wpisał mój adres, ale inne imię i nazwisko, więc to pomyłka. 


Karta wędrowała ponad 10 tygodni. Szkoda, że nie dotrze do właściwej osoby sprawiając komuś przyjemność 

sobota, 14 marca 2026

Podsumowanie tygodnia 449

Poniedziałek 

Na stacjach paliw kolejki. I to spore. Mimo cen, które błyskawicznie poszybowały w górę, w dalszym ciągu ludzie tankują chyba na zapas - bo zwykle kolejek nie ma.

Wtorek 

Kolejne absurdy w Departamencie. A jeśli nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo że chodzi o pieniądze. I tak jest tym razem.

Środa

Wizyta u lekarza. Obejrzał zagrożone miejsce i kazał je obserwować oraz zgłosić się natychmiast, gdy tylko stan się pogorszy. Na chwilę obecną wszystko jest ok - choć możliwe że będzie potrzebne dłuższe leczenie - jeśli oczywiście stan się zmieni.

Co dziwne, do lekarza nie było żadnej kolejki, a przyjęty zostałem punktualnie.

Czwartek 

Ciepło. Po robocie aby poprawić sobie humor, poszedłem na lody. Tak - rozpocząłem już sezon na lody. Śmietankowe. Przepyszne!

Piątek 

Pracę kończę godzinę wcześniej. W domu podgrzewam obiad i siadam do nauki i rozwiązywania zadań. Na wieczór jadę do aquaparku na 2 godziny relaksu w saunach. 

A jutro (czyli w sobotę) muszę ustawić budzik na 7.00, bo oczywiście idę do roboty. 

sobota, 7 marca 2026

Podsumowanie tygodnia 448

Poniedziałek 

Moją uwagę przykuwa potencjalny problem ze zdrowiem. Tak, niedawno uporałem się z półpaścem, a tu na horyzoncie nowy problem. I chyba gorszy niż ten poprzedni, choć tego nie wiem. Zacząłem szukać informacji w sieci, ale one tylko pogorszyły sprawę, bo od razu zacząłem odczuwać objawy, które były tam opisane. Dałem sobie kilka dni na obserwację i potem podejmę decyzję co dalej. 


Wtorek 

Ogólnie, idę po cienkim lodzie. Albo po polu minowym. A czas ucieka mi pomiędzy palcami. Po południu basen i sauna.

Środa 

Po pracy szybki obiad oraz kilka minut odpoczynku. Później czas spędzam studiując przepisy, zadania i przykłady.

Czwartek 

Jadąc rano widzę test osoby w krótkich spodenkach, podczas gdy termometr wskazywał 0 stopni Celsjusza.

Popołudnie znowu z basenem i sauną. Czyli 40 minut treningu pływania i 10 minut przyjemności w saunie. Muszę pomyśleć, czy nie zamienić tych rzeczy...

Piątek 

W pracy mam najmniej podłych klientów z całego tygodnia. Czyżby się zlitowali i w piątek postanowili odpuścić? Nie analizuję tego długo, bo z Departamentu wychodzę wcześniej i jadę na pyszną rybkę do knajpy. Potem chwila czasu tylko dla mnie - łagodna muzyka, gorąca kąpiel i relaks przy filmie. Na zaczepkowe SMS-y odpisuję tylko dwoma słowami. 

A jutro - bez zaskoczenia - czyli w pracy.

sobota, 28 lutego 2026

Podsumowanie tygodnia 447

Poniedziałek 

Poniedziałki są najmniej przyjazne. W perspektywie 5 dni w robocie, jak to przeżyć? Po południu jadę do restauracji na obiad - tak aby podnieść sobie humor. Tam jak zwykle świetny smażony pstrąg - ale zamawiam więcej warzyw aby zrównoważyć dietę. I pusto, nie było prawie nikogo podczas mojego pobytu. 


Najbardziej lubię tam jeździć rowerem w lecie. Wtedy można jeść na zewnątrz, chociaż wewnątrz też jest ok - tego dnia widoczny był nawet delikatny zachód słońca.

Wtorek 

Po pracy basen. I kilka minut na saunie - tym razem z aromatem sosny.

Środa 

Mimo tego, że mam napięty grafik postanowiłem zrobić coś odrobinę słodkiego - domowe faworki. Wyszły całkiem smaczne, następnego dnia były lekko gumowate, ale to pewnie dlatego że ciasto nie było odpowiednio cienkie. A może dlatego że nie dałem alkoholu?



Czwartek 

Dużo słońca. I prawie weekend - i to wolny!

Piątek 

Po pracy wyjazd. Na drodze duży ruch i kilka patroli policji (głównie kontrolowali prędkość). Ciepło. Zapominam, że mam włączone podgrzewanie fotela a gdy się orientuję jest mi tak gorąco, że włączam chłodzenie 😁

sobota, 21 lutego 2026

Podsumowanie tygodnia 446

Poniedziałek

W pracy uczę się nowego oprogramowania. To znaczy dużej aktualizacji, która poprzewracała to co było do tej pory. Pisałem już chyba, że wszystkie sprawy były poukładane w katalogach, a teraz są w jednym z bardzo długą listą, którą w poszukiwaniu tego właściwego tematu należy przewijać prawie w nieskończoność. Prócz tego, średnio raz w tygodniu wgrywane są kolejne łaty i poprawki tak, że ciężko szybko to ogarnąć.

Wtorek

Zima wciąż trzyma. W dzień intensywne opady śniegu, na wieczór i noc siarczysty mróz. Droga do pracy śliska.

Środa

Ból głowy minął zupełnie. Szereg suplementów które biorę zapewne pomagają stanąć na nogi i odzyskać siły. Te ostatnie powróciły do normy, sen stopniowo się poprawia, ale to też dzięki znajomemu,  który podczas rozmowy zasugerował aby nie pić czarnej herbaty przed snem. Czasem zdarzało mi się wypić herbatę po godzinie 20. Od tego czasu sen jakby poprawił się. W każdym razie nie budzę się tak często w nocy, a rano nie jestem zmęczony.

Czwartek

Po pracy basen, 1000 metrów w nieco ponad pół godziny, a potem sauna z mentolem. W międzyczasie krótkie i miłe rozmowy z panią w kasie, oraz stałymi bywalcami saunowymi. Ci ostatni pilnują obecności, bo wystarczy raz nie przyjść a następnym razem pytają co się działo że mnie nie było.

Piątek

Z rana wpadam na fatalny pomysł. Ponieważ trochę wstyd pod Departament do Spraw Trudnych i Beznadziejnych podjeżdżać brudnym autem, toteż wstępuję na myjnię. -13 jakoś mnie nie zniechęca, ale...po wyjechaniu z myjni zaczynam żałować tej decyzji. Na szczęście w ciągu dnia ociepla się na tyle, że gdy wychodzę z pracy mam najczystsze auto ze wszystkich pracowników!

Po pracy obiad na mieście, szybkie zakupy w sklepie po drodze do domu i gruntowne sprzątanie w mieszkania (prócz mycia okien, wiadomo - jeszcze zbyt zimno) i krótki odpoczynek. Następnie przygotowania do pracy w sobotę - bo niestety znowu mam dyżur. Rezygnuję z białej koszuli zamieniając ją na granatowo-szarą. Myślę, że do czarnych spodni będzie idealna. Przeglądam dokumenty i zapoznaję się z dwoma elementami, które lekko mnie stresują. Oglądam je sobie na spokojnie, staram się przyzwyczaić do nich, bo jutro wiem że będę musiał przy nich majstrować. Oby z dobrym skutkiem :)

sobota, 17 stycznia 2026

Podsumowanie tygodnia 441

Poniedziałek 

Mróz i śnieg nie odpuszczają. Bardziej doceniam posiadanie garażu, nie muszę nic skrobać czy odśnieżać. 

Wtorek

W pracy ciężko. Po obiedzie na mieście idę do kawiarni na gorącą czekoladę i sernik z czerwoną porzeczką. Czekolada zbyt rzadka, choć w smaku ok to lubię gęstsze. Za to sernik pierwsza klasa.



Środa 

Kolega który pracuje w Departamencie z najmniejszym stażem (niecały rok) ma poważne problemy z jednym z klientów. W pracy nie mam czasu z nim porozmawiać, więc dzwonię wieczorem. Łamię w ten sposób moją zasadę ograniczenia kontaktów z ludźmi z pracy, ale trudno. Wymieniamy się spostrzeżeniami co do sytuacji, opowiadam mu swoje wcześniejsze trudne sprawy oraz to, jak się skończyły. Mam wrażenie że to podnosi go na duchu, bo manager oczywiście nie znając szczegółów wydał już na niego wyrok.

Czwartek 

Z trudem znajduję pół godziny na przeczytanie kolejnych stron Zamku. Co dziwne, nawet odrobinę mnie to wciągnęło choć początkowo czytałem jak za karę.

Piątek 

W pracy względny spokój. W domu powinienem ogarnąć trochę rzeczy, ale jadę na sauny, a tam zmiany. Zamontowali saunę na podczerwień i widzę, że cieszy się popularnością. Ponadto pojawiło się coś nowego w wystroju oraz zmniejszono ilość światła, jest lepiej.

Podczas jednego z seansów obsługa serwuje świetną muzykę i dużą* dawkę mentolu z trawą cytrynową. Dla niektórych zbyt dużą, bo słyszę że kaszlą, ale nie dla mnie - czasem sam sobie funduję większe dawki. Zmniejszam głębokość oddechu i czekam aż minie pierwsza - najostrzejsza fala.

W parowej sporo luzu. Peeling na dziś to połączenie kawy z maliną, olejem oraz solą. Daje świetny efekt oczyszczający skórę, a jak pięknie pachnie! 

* pamiętam kiedyś, gdy saunamistrz przygotowujący kule z zapachami dodał zbyt dużo jakiegoś aromatu. W trakcie seansu zapach stał się tak intensywny, że nie dało się wytrzymać. Seans został przerwany, a ludzie musieli opuścić tę saunę, bo nawet przewietrzenie nic nie pomagało. Kajał się i przepraszał po wszystkim.

sobota, 10 stycznia 2026

Podsumowanie tygodnia 440

Poniedziałek 

Po długim czasie wolnym, to pierwszy dzień w pracy. Trochę nie mogę się odnaleźć, gdyż z nowym rokiem zmieniło się oprogramowanie. Wcześniej różne kategorie spraw klientów były w odpowiednich działach - jakby folderach. Teraz wszystko jest w jednym miejscu i trzeba szukać. Zero uporządkowania. Ani alfabetycznie, ani kategoriami spraw... Chaos. 

Oczywiście żaden z managerów mnie o tym nie uprzedził, zatem sprawy klientów realizuję wolniej niż kiedyś. Gdy poprosiłem o pomoc managera, bo nie mogłem znaleźć odpowiedniego punktu*, popatrzył na mnie krzywym okiem i rzucił "nie zawracaj mi głowy bzdurami!".

* później na spokojnie poszukałem ponownie. Okazało się, że dział IT pominął kilka punktów, które były a teraz ich nie ma. Zapomnieli o nich. A Ty człowieku radź sobie sam. Zgłoszenie do nich o problemie odbywa się przez managera, no ale jemu mam nie zawracać głowy...

Po pracy basen (przepływam niecały kilometr) i sauna z aromatem mentolu. 

Wtorek 

Święto, więc wolne. Wybieram się na prowincję z małymi obawami czy dojadę. Droga tam jest wąska tak, że nawet w dobrych warunkach trudno się wyminąć, a teraz wyglądała tak: 

Środa

Początkowo zapowiadał się długi i ciężki dzień, ale pozostało tylko to drugie. Miasteczko zostało sparaliżowane przez obfite opady śniegu. Szczególnie droga powrotna z pracy do domu (choć krótka) zajęła mi dużo czasu.

Czwartek

Krótkie zebranie z managerem niższego szczebla. Prócz mało znaczących spraw jedna bardziej istotna - pracujące wszystkie soboty. Cel? Oczywisty. Od samego początku roku trzeba starać się poprawić wyniki finansowe z poprzedniego roku. 

Piątek

Mój cały dział plotkuje o pracujących sobotach. Wszyscy narzekają, ale druga strona medalu to pieniądze ekstra. Ponadto, praca jest lżejsza niż standardowo na tygodniu, gdyż to tylko dyżury przy bardzo ograniczonej ilości klientów, ale przynosząca duży zysk.

sobota, 20 grudnia 2025

Podsumowanie tygodnia 437

Poniedziałek 

Po pracującym weekendzie (szkolenia z obsługi klientów dla kadry z zaprzyjaźnionego Departamentu z miasteczka nieopodal) ciężko zerwać się z łóżka. W pracy głównie zastanawiam się, jakie będą konkluzje podczas rozmowy telefonicznej, na którą umówiony jestem już od zeszłej środy. Niestety o 15.30 nikt nie dzwoni. Po pracy szybkie odświeżenie w domu i wyjazd do szkoły muzycznej na  koncert - kolędy na jazzowo. Staram się zrelaksować, ale będąc w stanie ciągłego oczekiwania na telefon trochę trudno. Koncert fajny, ale oczywiście nie da się go porównać do poziomu artystów na których bywam. Po koncercie późny obiad w restauracji rybnej poza miastem.


Telefon zadzwonił o 20. Można to rozumieć jako celowy zabieg pokazujący wyższość rozmówcy, ale nie biorę tego do siebie. Gość wypracował stanowisko ze swoim dyrektorem i zaproponował zadośćuczynienie, na które przystałem. Poprosił o wysłanie maila i przeprosił za zaistniałą sytuację. Dużo emocji.

Wtorek 

Dzień pełen słońca. Po wielu szarych dniach w końcu zrobiło się jaśniej. Także w pracy czas przyjemniej mija, o ile można tam mówić o jakiejkolwiek formie przyjemności. Z dobrych wiadomości - dość spora premia wpada na konto. Po pracy basen i sauna. W skrzynce pocztowej pierwsza kartka świąteczna.

Środa

Rozmówca odpowiedział na maila ze szczegółami opisując wypracowane stanowisko w sprawie. Podziękowałem. Teraz czekam na finał. 

W skrzynce pocztowej druga kartka świąteczna. 

Czwartek 

W pracy ciężko. Klienci dają popalić. Staram się podejść do tego maksymalnie spokojnie, ale z myślą że niebawem ten dzień się skończy. Po pracy dość intensywny trening na basenie, oraz sauna z kryształkami mentolu dla oczyszczenia dróg oddechowych. W domu po szybkim obiedzie padam na kanapę i natychmiast zasypiam.

Piątek

Mglisty dzień od samego rana. Czas w pracy mija dość szybko. Wieczorem wychodzę na miasteczko, aby zobaczyć świąteczne iluminacje oraz coś jakby jarmark - czyli kilkanaście kramów z różnymi rzeczami. Nic mnie nie zainteresowało, dlatego po dosłownie chwili idę do mojej ulubionej kawiarni na mus z białej czekolady. Wracając do domu kupuję kilka prezentowych drobiazgów pod choinkę dla najbliższych. W jednym ze sklepów spotykam szefową działu finansowego. W krótkiej wymianie zdań informuje mnie, że w przyszłym tygodniu pracownicy Departamentu otrzymają miłą niespodziankę - domyślam się że chodzi znowu o premię lub jakąś nagrodę. 



A w domu przygotowania do pracującej jutrzejszej soboty. Niecodziennie rezygnuję z białej koszuli na rzecz granatowej z wieloma raczej małymi choinkami i Mikołajkami. Mam nadzieję, że nie spowoduje to w najmniejszym nawet stopniu ujmy dla powagi Departamentu. Zresztą, chyba w sobotę można odrobinę luźniej i bez krawata? Najwyżej mnie wywalą, trudno!

sobota, 13 grudnia 2025

Podsumowanie tygodnia 436

Poniedziałek

Weekend przynosi problem. Dość przykry i niestety zaprzątający mi głowę, mimo że staram się o nim nie myśleć. Powinienem wykonać rozmowę telefoniczną, która wydaje mi się trudna i wymagająca. Wstępnie planuję ją na wtorek, ale w głowie pojawiają się myśli, aby uciec i nie dzwonić, zrezygnować, przemilczeć. Ale też takie, że jednak trzeba wykonać krok do przodu.

Przygotowuję więc kartkę z tym, co chciałbym powiedzieć, zbieram najważniejsze fakty i rzeczy, które należy zaakcentować. Układam scenariusze, bo nie wiem w którą stronę taka rozmowa może zmierzać. Tych już nie zapisuję, bo nie mam sił aby aż tak się tym zajmować.

Wtorek

Z zadowoleniem stwierdzam, że mój planowany rozmówca wyłączył telefon. Próbuję 4 razy w różnych godzinach (dzierżąc w dłoni ściągawkę) i nic. W głowie zaczyna kiełkować myśl "próbowałeś, ale nie możesz się dodzwonić - zatem problem nie istnieje". Ale oczywiście problem wciąż istnieje, waham się czy spróbować następnego dnia, czy może napisać maila? Z tym byłoby mi łatwiej, uniknąłbym bezpośredniej konfrontacji i miałbym czas na ładne ułożenie trudnych słów w sensowne zdania.

Myślenie o tym, oraz o drugim problemie zaprząta moją głowę tak, że nie wiem kiedy minął dzień w pracy. Popołudnie na basenie i saunach.

Środa

Kartkę z wypisanymi kwestiami zostawiam nieopatrznie w domu, ale liczę że telefon wciąż będzie wyłączony. Około godziny 11 dzwonię w zasadzie aby się przekonać że nic z tego, a tu szok - jest sygnał! Co prawda telefon jest zajęty, ale po niecałej minucie oddzwania. Gdzie są moje notatki?! No tak, zostały w domu, zatem staram się maksymalnie uspokoić głos, wyrównać zbyt szybki oddech i nie dając oznak słabości rozpoczynam rozmowę. Ku mojemu zdziwieniu odtwarzam sobie to, co napisałem i ubieram to we względnie poprawne zdania. Rozmówca zaniemówił z wrażenia. To dodaje mi sił, rozwijam więc temat i dodaję "nie pozostawię tak tej sprawy!" - aż sam się dziwiąc co ja mówię! 

Po kilkunastu minutach ustalam z rozmówcą plan dalszego działania, oraz kolejną rozmowę na poniedziałek. Możliwe, że będzie ciut łatwiej, albo i nie - wszak czas gra na jego korzyść. Nie mam żadnych nadziei, ale na pewno nowe niezbyt miłe doświadczenia.

Nocny spacer (20.30-22.30) niestety ze smogiem. Dlatego staram się unikać okolicy domów jednorodzinnych - bo to z ich kominów leci mnóstwo gryzącego dymu.


Czwartek

Praca. Główny manager podczas porannej odprawy informuje o złych wynikach ostatniej kontroli i rzuca na biurko protokoły. Świetnie, czyżby kolejny problem? Przeglądam protokoły szukając swojego nazwiska, ale wśród nich nie ma nic do mnie. Czyli u mnie wszystko wypadło ok. Uff.

W zasadzie, błędy te są tak mało znaczące, że naprawdę nie wiem po co tyle burzy się wokół tego robi. To znaczy domyślam się - aby wzniecić kolejną porcję strachu i niepewności.

Po pracy wyjazd za miasto. Ciepło, jakby była wiosna co najmniej.

Piątek

W pracy nerwowo, ale omija mnie to szerokim łukiem. Ci, którym kontrolerzy wskazali nieprawidłowości muszą się tłumaczyć, ale ja mam luz. I staram się uczyć na ich błędach, co wydaje się być proste ale tylko gdy się o tym mówi, bo podczas działania o błahą pomyłkę bardzo łatwo. Manager wymyśla kolejne formy kontroli, ale są one tak absurdalne że nie biorę ich na poważnie. Za dwa-trzy dni sam o nich zapomni i wszystko rozejdzie się po kościach. 

sobota, 6 grudnia 2025

Podsumowanie tygodnia 435

Poniedziałek 

W pracy niepokój. Kłótnie i problematyczne decyzję głównego managera. Ostatnio go nie było przez dłuższy czas i wtedy pracowało się luźniej, ale to się już skończyło.

Po pracy idę na basen i saunę. Przepływam 1000 metrów i tylko z braku czasu kończę trening.


Wtorek

W skrzynce pocztowej awizo. To zły znak. Albo to coś z urzędu kontroli, albo jakiś inny problem. Bo raczej nie mandat.

Środa

Dostaję prezent - kołdrę obciążeniową, której zadaniem m.in. jest ograniczenie skutków stresu, lęków oraz poprawę jakości snu.
Kołdra jest ciężka (8 kg), ale bardzo przyjemnie się pod nią śpi. Czuje się trochę tak, jakby ktoś na mnie leżał, ale ciężar jest równomiernie rozłożony i jest ok. Jest bardzo ciepła i przyjemna w dotyku. Czy działa? Po dwóch nocach trudno powiedzieć, może za jakiś czas napiszę swoje odczucia. Na pewno trenuję mięśnie, bo od teraz ścielenie łóżka wymaga krzepy, a rano żeby się spod niej wydostać też trzeba się postarać.

Czwartek 

Po pracy odbieram awizo z poczty. Pismo z ZUS-u, które napisane jest takim językiem, że mało co mogę zrozumieć. 11 lat temu mój ówczesny pracodawca nie odprowadził jakichś składek. Tylko co oni chcą ode mnie po tylu latach?!

Piątek 

Dzwonię z samego rana na podany w piśmie numer telefonu do ZUS-u, bo bardzo mnie to stresuje. O dziwo odbiera żywy człowiek (aż mnie zamurowało, a gdzie boot i oczekiwanie w kolejce?), któremu podaję moje dane a ten tłumaczy, że zorientowali się (ale mają refleks) że doszło do nieprawidłowości. Ale po tylu latach wysyłają tylko informację o tym, oraz że nic nie muszę robić. I że za 14 dni wyślą jeszcze jakąś tam decyzję z urzędu. Świetnie. Uff.

W pracy nerwowo, ale również zapowiedź świątecznej niemałej premii "o ile nic nie zepsujecie". Brzmi jak szantaż, nie pierwszy i nie ostatni. Pracę kończę godzinę wcześniej i jadę na basen oraz saunę. Wieczór spędzam na przygotowaniach do sobotniego dyżuru, lekko drinkuję i słucham przedświątecznych hitów.

sobota, 29 listopada 2025

Podsumowanie tygodnia 434

Poniedziałek 

Wczorajszy koncert Urszuli Dudziak był fajny i relaksujący, ale nie porwał mnie. Może dlatego że artystka wykonała tylko jeden ze swoich znanych utworów, a głównie prezentowała możliwości tworzenia współbrzmień jej głosu nagrywając poszczególne ścieżki i nakładając je na siebie? Albo dlatego że nie dała się namówić na chociaż jeden utwór na bis? Trochę to był dziwny koncert, ale nie żałuję mimo to.

Wideorozmowa z Hanią i relacja z zaśnieżonego Turkusowego Wzgórza i Kazimierza Dolnego. Mnóstwo pozytywnych wrażeń! 




A poza tym, siedzę w pracy jak na szpilkach. W poprzednim pracującym dniu doprowadziłem przez pomyłkę do pewnego "incydentu". Niestety pociągnął on za sobą cały cykl zdarzeń i zasobów ludzkich. 

Bezpośredni przełożony zażądał wyjaśnień na piśmie. A główny manager tylko używał słów powszechnie uznanych za wulgarne gdy go informowałem (telefonicznie) o problemie. 

Obciąża mnie to bardzo. Staram się w miarę spokojnie uporządkować i rozłożyć problem tak jakby na szalkę wagi. Na jednej jest cały incydent z "otoczką" i błędami które popełniłem, a na drugiej kładę przemyślenia typu "po co się tak zamartwiać, skoro i tak mleko już się rozlało".

Czy będzie się to wiązało z jakąś karą, lub sankcją? Na razie cisza.

Wtorek 

Dzień mija w miarę szybko. Przez chwilę myślę o tym czy nie iść się na basen i sauny, ale wybieram nieco ponad 4 km szybkiego marszu.

Środa 

W pracy większą część pracowników zajęta przygotowaniami do kolejnego dużego projektu. Tym razem mój dział się tym nie zajmuje, więc ja mam wciąż luz. Główny manager rozmawia ze mną jak zawsze nie zdradzając, czy ma jakieś niedobre plany co do mnie.

Po pracy idę do kina na film "Ministranci " - i jest to całkiem fajny wieczór. 

Czwartek 

Ostatni umówiony klient daje popalić. Nie wiem czy jest tak nieświadomy, czy celowo zachowuje się aby zrobić na złość. Po zakończeniu jego sprawy łamię zasady i odchodzę pierwszy od stanowiska (należy się ładnie pożegnać i absolutnie nie opuszczać miejsca obsługi przed klientem). Ale i tak jestem dumny, bo mogło być o wiele gorzej (zacisnąłem zęby i powstrzymałem się od komentarza). 

Basen. Tam wciąż jestem myślami przy kliencie. Słabo mi się pływa.

Piątek

Ponuro od kilku dni. Pełne zachmurzenie i brak słońca nie poprawia nastroju. Na szczęście w pracy całkiem dobrze. Potem wyjazd do dużego miasta. Obiad, saunarium i odpoczynek, bo średnio przespana noc daje się we znaki. Na szczęście weekend wolny więc może uda się trochę odpocząć.

poniedziałek, 17 listopada 2025

Węszyć jak pies

Już od pewnego czasu chodzi za mną temat, z którym chciałbym się tu "rozprawić" na dobre i - w miarę możliwości nie wracać w tak obszernej formie, no chyba że pojawią się jakieś nowe wątki... Mianowicie - kontrola. Departament, w którym pracuję obraca znacznymi środkami finansowymi, moja praca również sprowadza się do kwestii finansowych w znacznej mierze, to też szczególnie znajduję się w centrum uwagi kontrolerów różnej maści - od naszych (wewnętrznych), poprzez ukrytych (incognito) aż po zespół kontrolerów z działu stojącego ponad naszym Departamentem. 

Jednostka w której pracuję, właśnie przeszła kolejną całościową (kompleksową) kontrolę, którą przeprowadzał taki właśnie zespół. Panowie w czerni przyjechali, poprosili o wszelkie dokumenty z wybranego przez siebie dnia sprzed około miesiąca. Czyli wnioski, protokoły, moje decyzje oraz wszystkie notatki służbowe, dziennik wejść/wyjść, rejestr użycia aut służbowych i nagrania z kamer - czyli wszystko. Mają do tego prawo, wiedzą nawet ile razy i jak długo przebywałem tego dnia w toalecie. 

W porównaniu do współpracowników mój protokół pokontrolny nie jest straszny. Ot, znaleziono kilka niedociągnięć, drobnych braków formalnych, które nie miały wpływu na stan finansów. Czyli jest ok. To, że coś w protokole będzie wiedziałem już wcześniej, gdyż dotarły do mnie informacje "i tak coś będziesz miał źle"* - i właśnie o tym chciałbym dziś nieco więcej.

Kontrola - to najczęściej proces sprawdzania, czy stan faktyczny zgadza się z wymaganym. Ale... nie tylko, ponieważ kontrola może być narzędziem służącym do różnych podłych celów. Jeśli ma się managera, którego celem jest wywołanie niepokoju (pisząc bardzo łagodnie), czy chęć podporządkowania sobie, to kontrola może być sposobem do zrealizowania tych planów. Naturalnie, manager nie robi tego samodzielnie, on ma swoich ludzi - zespół wewnętrznych kontrolerów, którym wskazuje jakie cele mają być osiągnięte. 

  1. represje. Można tak powodować efekty kontroli, w której każda interpretacja pracownika będzie podważona przez kontrolującego. Przykład z kolorami podawałem dwa wpisy temu. To, że coś jest białe przez kontrolera widziane jest jako czarne. W uzasadnieniu wpisuje się niemające żadnego sensownego wyjaśnienia teorie, że akurat w tej konkretnej sytuacji ma być "tak i tak" - oczywiście wskazując na "błąd" pracownika. Cel - zdyskredytowanie go, obniżenie jego wartości pracy, pozbawienie premii.
  2. zastraszanie. Nigdy nie wiadomo, co tym razem zostanie wymyślone. Przykład z kilku dni temu - mimo że wciąż trwała kontrola kompleksowa, na tablicy ogłoszeń pojawiła się informacja iż "wstępne wyniki kontroli są druzgocące". Jak się okazało, takie nie były. Absurdalne, bezsensowne - tak, ale w żadnym razie druzgocące. No chyba że opisujemy tu pracę kontrolerów, ale nie o tym. W związku z tym ciąg dalszy informacji - "planowane jest natychmiastowe wszczęcie procedury sprawdzającej wdrożenie rozwiązań naprawczych mających na celu zapobieżenie uchybieniom w przyszłości". Czyli jedna kontrola się jeszcze nie skończyła, a już w trybie natychmiastowym wprowadzana jest kolejna. Cel - zastraszenie, niepewność oraz wzbudzanie ciągłego niepokoju.
  3. podporządkowanie. "Odpowiednio" sformułowany wniosek pokontrolny może zawierać mnóstwo uchybień, które jednoznacznie prowadzą do wszczęcia "postępowania służbowego", a za tym kryje się cała machina której jedynym celem jest dobicie jednostki. Zatem należy napisać wyjaśnienie do sprawy, potem uzasadnić to, powołać się na podstawę prawną, normy i etykę - a i tak wszystko na darmo, ponieważ - "w tej konkretnej sprawie należało postąpić inaczej" - brzmi ocena kontrolerów. I koniec. Emocje psychiczne gwarantowane, do tego postępowanie to również rozmowa bezpośrednia (i to nie jedna) z zespołem kontrolerów  oraz managerem. Cel - ogłupienie, doprowadzenie do zamętu oraz skrajnych emocji.
To tylko niektóre elementy, wykorzystywane podczas "kontroli". Zderzyłem się z nimi kilkukrotnie, co szczególnie na początku nie pozostawało bez wpływu na komfort pracy. Nauczyłem się już trochę:
  • jeśli tylko mogę, unikam słuchania rozmów na ten temat;
  • nie należy się  przejmować wynikami kontroli, ponieważ i tak efekty będą takie, jakie chce mieć manager;
  • dziś dana rzecz jest biała, jutro ta sama może być już czarna;
Wciąż przede mną sporo pracy:
  • nie ufać nikomu, bez wyjątków;
  • nawet ktoś, kto wydaje się godny zaufania - patrz wyżej;
  • mówić jak najmniej, a najlepiej wcale;
  • być ostrożnym w wyciąganiu wniosków, bo taka sama sprawa u kolegi obok może być oceniona dobrze, u mnie może być jako "źle";
  • nie szukać logiki - patrz wyżej;
  • trzymać się jak najdalej od wszystkiego związanego z pracą;
Oczywiście, pracownik nie musi się zgadzać z wynikiem kontroli, nie musi niczego podpisywać, może mieć własne zdanie. Ma prawa, z których może skorzystać - przynajmniej teoretycznie. Są też inne metody o których nie chcę tu pisać, choć przy obecnych możliwościach technicznych metody te niejednokrotnie doprowadziły do pozytywnych rozwiązań. W oddziałach znajdujących się w innych miastach jest różnie - czasem lepiej, czasem podobnie - nie ma reguły, wszystko zależy od "góry". 

Można zrezygnować. Z uśmiechem pod nosem kontempluję tę możliwość. Trzymam ją niczym zawór ostateczny, po który sięgnąć mogę w każdej chwili. Prócz korzyści finansowych tkwię w tym nadal, ponieważ w pewnym sensie testuję sam siebie. Ile jestem w stanie wytrzymać, co musi się stać aby przekroczyło to moją niewidzialną granicę tolerancji tych sytuacji, czy takie doświadczenie może przydać się w obecnych czasach? Widzę frustrację i załamania współpracowników, ich problemy które próbują rozwiązać np. alkoholem. Analizuję i obserwuję to, co tu dzieje się będąc jakby w samym centrum mrowiska. Każdy, kto przechodzi obok takiego złożonego organizmu widzi, że wszystko jest tu uporządkowane, logiczne, mające konkretny cel i harmonię. Mrówki uwijają się jak w ukropie tworząc system umożliwiający życie i rozwój. Dokładnie jak z Departamentem - z pozoru to świetna, lekka i dobrze płatna robota, ale jak się spojrzy z innej strony to widać pewne niedogodności. Na ile one przeszkadzają i czy równoważą się z plusami - częściowo jedynie mogę napisać.


* swoją drogą, piękne i motywujące do pracy stwierdzenie, nieprawda? Nie rozumiem, dlaczego kadra zarządzająca robi wszystko, aby uprzykrzyć pracę zespołowi ludzi, dzięki którym mają swoje posady a cały Departament jakoś tam funkcjonuje?

Kilkanaście tygodni temu, manager (m) nieopatrznie nie wyłączył mikrofonu podczas briefingu on-line, mówiący do kontrolera (k):

m - zacznij węszyć, masz być jak pies ku*wa!
k - ale co, kontrolować wszystko?
m - no ku*wa a co mówię?!
k - no dobrze
m - nie wracaj mi tu bez efektów!
m - masz znaleźć nieprawidłowości!

I coś miłego na koniec. Mój grudnik w zbyt małej doniczce znów rozkwitł 😀



A ktoś dociekliwy zauważy nawet panoszącego się w tle fikusa z Kętrzyna!

sobota, 8 listopada 2025

Podsumowanie tygodnia 421

Poniedziałek 

Mimo woli słucham rozmowy współpracownika (w) dwa okienka dalej ode mnie z kontrolerem (k):

k - ten przedmiot wpisałeś do systemu jako kolor biały, wyjaśnisz to? 

w - przecież to jest białe, to jak miałem wpisać? 

k - no jest białe, ale równie dobrze może być czarne; 

w - ale nie jest czarne tylko białe, a skoro coś jest białe to w systemie wpisuje "białe" - od zawsze tak robię;

k - źle robisz, powinno być "czarne", popraw się; 

w - nie rozumiem, czyli od teraz białe dajemy do czarnego? 

k - nie, dlaczego?

w - nic nie rozumiem;

k - nie dyskutuj, rób tak jak mówię.

Kontroler odszedł, a odwróciłem lekko wzrok udając, że zapatrzyłem się na jakiś punkt na ścianie. Szkoda że nie miałem słuchawek, nie chciałbym tego słyszeć. 

Po pracy w celu choćby minimalnego podniesienia humoru, postanawiam wybrać się na sauny. Podczas seansu panuje duży ścisk, ale nieco później w saunie parowej jest już miły luz. Delektuję się gorącą parą, która otula mnie z każdej strony, oraz ciemnością. 

Wtorek

Krótkie spotkanie z głównym managerem. Przez 15 minut cały Departament słucha, jak to źle pracujemy, chodzimy tylko na urlopy i się nie staramy. Miny grobowe, nikomu nie jest do śmiechu - oczywiście tylko w tym co widać, bo każdy wie że jest zupełnie inaczej. Konkluzja managera: "tak dalej być nie może" - koń by się uśmiał.

Po pracy dłuższy wyjazd, podczas którego zmuszony jestem do gwałtownego hamowania. Wciąż jestem pod wrażeniem skuteczności działania układu hamowania w tak małym aucie. Czułem, jakby niewidzialna siła chwyciła karoserię i zatrzymała ją prawie w miejscu. A to nic innego, jak asystent hamowania awaryjnego.

Środa

W pracy echa słów managera. Po pracy jadę na obiad do knajpki w centrum. Podają mi danie (dorsz z warzywami) z kwiatkiem - nigdy wcześniej tak nie robili. Przez chwilę zastanawiam się, czy to jadalny kwiat czy lepiej zostawić. Zjadłem. Żyję. Potem załatwiam dwie przyjemne rzeczy i wracam do domu. Choć bilans na plus, niewiele to pomaga. 

Czwartek 

Zanurzam się w e-booku. Kryminał. Jeszcze nie jest dostępny, czytam go jako "beta-czytelnik". Do niedawna nie wiedziałem, że jest w ogóle coś takiego. Sprawdzam poprawność językową, logiczność faktów i ogólnie - przesyłam uwagi autorowi. 

Piątek 

W pracy (i nie tylko) walczę. A wieczorem pakuję utensylia na dłuższy wyjazd, szczególnie miło zapowiada się niedziela. Niestety mam ograniczony czas, bo wyjeżdżam dopiero jutro po pracy, a w poniedziałek muszę być spowrotem w Departamencie. Że też wcześniej nie zrobiłem tak rudymentarnej rzeczy i nie wziąłem wolnego poniedziałku!

sobota, 11 października 2025

Podsumowanie tygodnia 417

Poniedziałek

Szukam parkingu niedaleko lotniska. Nie mam Lamborghini (jak niektórzy autorzy książki), ale chciałbym Toyotę pozostawić w bezpiecznym miejscu. Do tej pory korzystałem z parkingu pod hotelem Vienna House, ale na stronie rezerwacyjnej miejsce to jest niedostępne. Nie poddaję się i dzwonię do nich. Okazuje się, że zerwali umowę z pośrednikiem i teraz można zarezerwować parking bezpośrednio u nich, a przy okazji w bardziej atrakcyjnych cenach. Ucieszony zamawiam prawie 8 dni postoju "rzut beretem" od Okęcia.

Wcześniej dostaję bardzo przyjemne filmiki od Hani - z Turkusowego Wzgórza. Z relacją tego, co się tam obecnie dzieje oraz pozdrowieniami, zaproszeniem oraz mnóstwem miłych słów - na które szczególnie jestem łasy. Oglądam je kilka razy, za każdym razem emocjonują bardzo! Haniu - dziękuję!

Wtorek

Główny manager wzywa mnie z samego rana do siebie. Nie muszę pukać, bo drzwi są otwarte. Choć pewnie i tak by nie usłyszał - są one bardzo grube i w dodatku obite jakimś miękkim (zapewne wygłuszającym) materiałem. Zaprasza mnie machnięciem ręki, ale nie odrywa się od pracy przy laptopie. Nieśmiało siadam w jego eleganckim gabinecie (zawsze wybieram środkowe miejsce przy długim stole) i czekam, co tym razem zechce ode mnie. Czuję, że mięśnie zwarły szyki. Kątem oka dostrzegam trzy lub cztery duże monitory po prawej stronie, na którym ma podgląd całego budynku, a nawet parkingów. Wreszcie podnosi głowę zza komputera i zadaje mi kilka nieistotnych pytań, ale to chyba tylko imitacja wstępu, bo po chwili chwali moją działalność, rzetelność i zaangażowanie. Streszcza to w jednym krótkim zdaniu, ale na koniec dodaje że niebawem zauważę to na koncie. Dotarło to do mnie kilkanaście minut później. Wychodzę z niedowierzaniem i co najmniej do południa analizuję czy to wydarzyło się naprawdę.

Wieczorem  postanawiam sprawić sobie nagrodę i kupić coś fajnego. Zamawiam online. Nieźle - wydaję coś, czego jeszcze nie dostałem - czy to jest racjonalne? Nie wiem, ale czy musi być?

W nocy nie śpię. Księżyc mocno oświetla mój pokój, a ja dość długo przyglądam mu się stojąc przy oknie. Jest bardziej niebieski niż zwykle, ale wciąż magiczny. Na parkingu zupełna cisza, ale ja myślami jestem zupełnie gdzie indziej. Po kilkudziesięciu minutach lekko drętwieję i opadam na łóżko, ale wciąż nie mogę zasnąć. Włączam internetowe radio jazzowe tak cicho, jak to tylko możliwe i próbuję skupić się na akordach, przestać myśleć... Staram się odprężyć, wsłuchać w poszczególne dźwięki i barwę instrumentów. 

Środa 

Zasnąłem dopiero nad ranem, czyli dokładnie wtedy gdy trzeba było już wstawać. W pracy podpieram się czym mogę, potem jadę na chałturę - ale tylko na godzinę. Przyjemną, choć wolałbym zdrzemnąć się w domu.

Po dotarciu do domu idę do koleżanki celem podlania kwiatów i sprawdzenia, czy nie ma dla niej żadnej korespondencji. Przy okazji zalewam zamrażarkę, bo okazuje się róża chińska miała nadmiar wody w podstawce. Normalnie miałbym szansę to zauważyć, ale koleżanka ma totalny busz - roślin jest tak dużo że nie wiem co w czym rośnie. Żywe wymieszane ze sztucznymi. Masakra. Na szczęście żadnego zwarcia nie zrobiłem. Pozostaję u niej przez kilkanaście minut, aby upewnić się że nic już się nie leje oraz przewietrzyć mieszkanie.

Czwartek

Z rana trochę problemów. Po wszystkim mam nieco pretensji do siebie, ale z każdą taką sytuacją nabywam doświadczenia. Ogólnie, słabo się czuję z różnych powodów, choć wiem że sam się nakręcam w spiralę gorszego samopoczucia. Na szczęście mam sporo roboty.

Po pracy basen i sauna oraz chwila miłej rozmowy. Ciut lepiej.

Piątek

Przed południem na konto wpływa bonus obiecany przez głównego managera. Znów zostałem wyróżniony bardziej niż inni. Powinienem się cieszyć, ale prawie wcale to na mnie nie działa. Po południu odbieram swoje zamówienie - dawno kupowałem coś sobie, bo chyba nie potrzebuję - ale niech już będzie.


Nie, to nie jest moje zamówienie. Ale wrzucam zdjęcie kolorowego obuwia, które przykuło moją uwagę będąc niedawno na wyjeździe. W Polsce takich rzeczy nie widuję, choć faktycznie - nie chodzę po damskich sklepach.

sobota, 4 października 2025

Podsumowanie tygodnia 416

Poniedziałek 

Zimno i mokro. W pracy całkiem znośnie, po pracy basen i sauna, ale bez choćby krótkiej wymiany zdań. Słabo.

Wtorek 

Niby nic, ale jednak. Niewidzialny ciężar przygniatający kręgosłup, minorowy nastrój. Mniej przeżywać - łatwo powiedzieć. Za to miły SMS od Uli - życzenia z okazji Dnia Chłopaka.

Środa

W pracy znośnie. Trochę komputer się zacina, a nikogo z informatyków nie ma. Radź sobie sam - pomyślałem. Reset komputera pomógł, choć teoretycznie nie wolno mi tego robić. Po pracy znowu basen i sauna, ale jak poprzednio - bez choćby krótkiej konwersacji. Słabo.

Czwartek

Po pracy zostaję w Departamencie i robię ćwiczenia. Potem idę do centrum na lody - moja ulubiona lodziarnia ogłosiła -50% na ostatnie zapasy, ponieważ zamykają sezon niestety. Zjadłem dużo, bardzo dużo lodów, nie pytajcie ile. W każdym razie tego dnia obyło się już bez obiadu. Nie piję alkoholu (prawie wcale), nie palę, to mogę mieć nałóg lodożercy - a co! Moje 73 kg przy 180 cm wzrostu nie jest jeszcze takie złe, choć wolałbym żeby było mniej. A lody to niestety mnóstwo cukru. Poniżej jedna z kilku porcji tego dnia:

Przy okazji pogadałem z panią sprzedającą lody. Bardzo ją lubię, jest niesamowicie miłą osobą. "Znam" ją od kilkunastu lat, gdy przychodzę ona już nie pyta jakie chcę smaki bo zna je na pamięć. Ma piękne imię - Ewa. Wychwaliłem jej uprzejmość i pożegnałem się, do następnego sezonu - o ile świat będzie wciąż istniał.

Piątek 

Podczas jednej ze spraw nie wytrzymuję nerwowo i mówię trochę za dużo do klienta. Wciąż muszę pracować nad sobą, trzymać język za zębami, dusić w sobie to co myślę. Wiem, że moi współpracownicy nic sobie z tego nie robią, a ich działania są niewspółmierne do moich, ale to nie jest to czego bym chciał. Teraz - po południu źle się z tym czuję.

Po pracy idę do koleżanki celem podlania kwiatów i naprawy szuflady, która ponoć się nie zamyka. Jak zwykle okazuje się, że coś tam z niej wypadło (była zapchana ponad miarę) i blokuje możliwość zamykania. "Naprawa" trwała 2 minuty.  Podlewanie około 10. Koleżanka wyjechała do sanatorium, zatem ja opiekuję się jej mieszkaniem. W skrzynce pocztowej znajduję kartkę od Świadków Jehowy z tekstem "zatrzymajmy wojnę [...]". Zostawiłem ją na stole, choć wiem że koleżanka się nie ucieszy z tej kartki.

A później jadę do aquaparku na kompleks saun. Chciałbym odpocząć, ale wychodzę stamtąd zmęczony. Niestety, w sobotę mam dyżur w Departamencie. Jest dodatkowo płatny, ale szczerze - nie chciałbym już tych pieniędzy, nie potrzebuję ich, tylko wolny dzień... Podobnie w kolejną sobotę - mam wtedy szkolenie dla przyszłej kadry, a miałem ochotę na winobranie w Turkusowym... W ostatnim czasie pracuję w każdą sobotę a raz dodatkowo w niedzielę (wykłady).

Dla równowagi - do długiego urlopu coraz bliżej (tylko 12 dni). W zasadzie, niebawem będę się pakował gdyż czeka mnie daleki wyjazd w nieznane. A gdyby tak nie wrócić...? 🤔

sobota, 6 września 2025

Podsumowanie tygodnia 412

Poniedziałek 

Poniedziałkowy Gość przynosi prezent. 2 kg krówek. Wiem że są pyszne, bo kiedyś jadłem je z ochotą, ale nie teraz. Ograniczam cukier więc krówki znikają bo... obdarowuję innych. Sam tylko spróbowałem, reszta leży i wcale mnie nie kusi - mam silną wolę.


Są idealne. Na zewnątrz lekko twarde, wewnątrz miękkie. Takie powinny być krówki. Na zdjęciu powyżej tylko małe ukrojone porcje, bo to są takie duże batony krówkowe:

Wtorek

Znowu przyjemności, ale nietypowe. Jedna osoba z projektu z pracy odezwała się poprzez media społecznościowe, bo potrzebowała dodatkowych informacji. Miło, lubię to. Wiem że dziwne, bo dodaje mi pracy, ale - jak mogę komuś pomóc, to czemu nie? 

Po pracy idę spacerkiem na miasto i na małe lody. Piękna pogoda zachęca, a sezon powoli się będzie kończył więc trzeba korzystać.

Wieczorem w tej samej sprawie inna osoba się odzywa. Teraz to podwójnie miło!

Środa 

Spotkanie z energetycznym wampirem. Być. Wytrzymać. Wyjść. W wyrazie "wytrzymać" mieści się także dyskusja. Ja mówię "A", wampir mówi "B". Ciężko dojść do ładu, ale tak z wampirami jest. Kto spotkał, ten wie.

Czwartek

W pracy sajgon, ale pozytywny. Nie licząc klientki, która początkowo jest bardzo miła, uśmiecha się i ogólnie - pokazuje z jak najlepszej strony. Gdy dowiaduje się, że jej wniosek będzie rozpatrzony nie po jej myśli zmienia się o 180°. Stroi fochy, nie współpracuje oraz ewidentnie chce zaakcentować swoje niezadowolenie. A jej fiasko to tylko wynik lekkomyślności z jej strony. Niestety, siedzi mi to w głowie do końca dnia...

Piątek 

W pracy kończę jeden z większych projektów. A że poszedł świetnie, na horyzoncie pojawiła się nagroda finansowa. Dobrze, bo trochę czasu na tym spędziłem, choć z drugiej strony - nie był to jakiś straszny wysiłek. Jeszcze nie mam jej na koncie, ale to tylko kwestia najwyżej kilku tygodni. Departament zgarnie mnóstwo pieniędzy, zatem miło że jakiś promil skapnie mi.

A po pracy wyjeżdżam do małego miasteczka, hen daleko. Jadę na weekend w zupełnie inne otoczenie. Moja mała Toyota wciąż dzielnie wozi mnie to tu, to tam i jakoś nic nie chce się w niej psuć. Niebawem napiszę o niej więcej, bo zbliża się do piątego roku życia. 

Szanse na spotkanie kogoś z pracy tak daleko są znikome - od razu mi lepiej. Dużo lasów, wąwozów, urokliwych zakątków i innych atrakcji, ale także turystów. Trudno, zamierzam odpocząć, a czy się uda - okaże się.

sobota, 30 sierpnia 2025

Podsumowanie tygodnia 411

Poniedziałek 

Od pewnego czasu poniedziałki mnie nie dołują. Są, więc trzeba zaakceptować że to początek tygodnia pracy.

Wtorek 

W pracy całkiem nieźle. Po pracy zaglądam do skrzynki, a ten kartka pocztowa z Bieszczad :)


Środa

Dziwny dzień (uprzedzam - ten długi wpis można pominąć). W pracy trzech trudnych klientów, ale oddychałem powoli i było całkiem nieźle. Ogólnie mam teraz trochę więcej pracy niż zwykle, bo zarządzam nowym projektem. Po pracy basen, czyli wysiłek podczas pływania, a potem relaks w saunie i miła, krótka rozmowa z nieznajomym tamże. Ale po wyjściu z aquaparku nastrój zmienił się o 180 stopni.

Wchodząc do mieszkania zajrzałem do skrzynki, a tam kartka w kopercie - bez nadawcy. Uśmiechnąłem się lekko i idąc na trzecie piętro pomyślałem "ktoś lubi mnie bardziej, niż ja sam siebie". Zupełnie się nie spodziewałem tym bardziej, że kilka dni temu dostałem od tej osoby kartkę. Podczas czytania dedykacji i oglądania obrazków (nietypowa kartka złożona z trzech stron), miałem wrażenie że czas na moment się zatrzymał. Mój dziwny nastrój zmieszał się z zaskoczeniem i radością, ale nie potrafiłem dostrzec co grało pierwsze skrzypce.


Po szybkim obiedzie położyłem się na moment, ale jakiś głos powiedział mi "wstań i idź na spacer, świeci słońce, wykorzystaj to, wyjdź do ludzi, zrób coś ze sobą". Szybko zmieniłem rozciągniętą ze starości koszulkę, założyłem ładniejsze spodenki i wyszedłem natychmiast. Słońce oświetlało moją twarz bardzo dokładnie, bo celowo wybrałem drogę w kierunku zachodu. Musiałem mrużyć oczy, ale z łatwością dostrzegłem kobietę idącą z przeciwka. Znam ją z widzenia, jest dość charakterystyczna, zwykle widuję ją gdy wracam z pracy. Zawsze świetnie wygląda i wyróżnia się wśród spacerowiczów zadbaniem oraz dbałością o szczegóły. Kojarzy mi się z urodą Włoszki.  Biało-różowa bluzka z krótkim rękawem, czarna falowana również krótka spódniczka (ale jeszcze nie mini), piękna twarz, czarne długie włosy. Zdaje się, że rozmawiała przez telefon (przez słuchawki), a mój delikatny uśmiech zignorowała lub nie zauważyła. Za to jej cocker spaniel, którego prowadziła na smyczy zainteresował się mną o wiele bardziej (fajnie byłoby mieć takiego psa, swoją drogą). Pomyślałem, że pewnie znowu zrobiłem z siebie idiotę uśmiechając się do obcej osoby. Trudno. Łapałem słońce i serotoninę, bo ewidentnie miałem ich zbyt mało.

Znajdowałem się w dość dziwnym stanie, bo niby dzień był udany, nic złego się nie wydarzyło, doświadczyłem sporo miłych rzeczy, ale coś było nie tak. Podczas spaceru zacząłem czuć suchość w gardle i rzadki u mnie ból szyi/kręgosłupa. Mimo że szedłem powoli, ciężko było mi się zrelaksować. Każdy kolejny metr drogi wydawał się być coraz dłuższy i trudniejszy. A każda następna minuta przypominała walkę z samym sobą. Miałem ochotę położyć się, w nadziei na zmniejszenie bólu karku, ale zadecydowałem że nie poddam się tak łatwo. Szedłem więc dalej. Postanowiłem, że ciało nie będzie mi dyktować co mam robić. Z tym, że to nie ciało było winne, tylko umysł. Podczas stawiania kroków czułem, jak każdy mięsień w okolicy karku ruszał się razem z nogami, tylko w przeciwnym kierunku. Miałem wrażenie, jakby połączenia nóg, rąk i praktyczne całego ciała się rozkręciły i poluzowały niczym w starym, rozklekotanym rowerze.

To tak, jakby odczuwać dyskomfort w komforcie, mieć a jednocześnie nie mieć, chcieć a jednocześnie nie. Skąd ten stan, zastanawiałem się ciągle spacerując mimo dużego bólu. Znam go, mam już co najmniej rudymentarną wiedzę skąd się bierze. Gdzieś tam z tyłu głowy ledwie majaczył mi ten powód - chwilowy brak akceptacji samego siebie, dyskomfort z własnym ciałem - ale nie mogłem go wyciągnąć na scenę i rozliczyć. Próbowałem chwycić go obiema rękami, ale te wydawały się być śliskie jakby były naoliwione. A im więcej wysiłku w to wkładałem, tym było gorzej. Chodziłem tak aż do zachodu słońca, a gdy wyczerpany wróciłem do domu, ból oraz suchość w gardle powoli ustępowały. 

Czwartek

Piękny słoneczny dzień, korzystam w miarę, ale główny punkt dnia to trudne ćwiczenia w ramach których przygotowuję się do zmiany stanowiska pracy. 

Piątek 

W pracy dużo roboty. Nie bardzo mam czas nawet na śniadanie. Po pracy basen+sauna (i znowu miła krótka rozmowa z tym samym nieznajomym), potem weekendowy Gość, zatem krótka wycieczka rowerowa, kolacja nad wodą i długie rozmowy na balkonie przy herbacie i cieście śliwkowym. Zrobiłem dzień wcześniej, wyjątkowo dobre mi wyszło - to chyba idealny moment na śliwki - te są prosto z sadu.


Jak zwykle na maślanym spodzie, trochę bardziej przypomina tartę niż zwykłe ciastko. Cynamon + śliwki to chyba nawet lepsze połączenie niż z jabłkami. W ramach dbania o siebie dodałem mniej cukru niż zwykle. Jak ktoś ma ochotę, to niech szybko przyjeżdża, jeszcze coś tam zostało 👍