Poniedziałek
Po kilku dniach wolnego, wracam do Departamentu. "Koledzy" ubolewają, że wróciłem bo "podczas twojej nieobecności tak dobrze nam się pracowało" - ależ miło mi się zrobiło jak to usłyszałem. No trudno, muszę ich tolerować. Są, bo są - to tak jak z indykami australijskimi.
Tymczasem po zakończeniu ważnego projektu kilka dni temu, konto zostało dość solidnie zasilone. Nie spodziewałem się że aż tak.
Wieczorem coś w szyi zaczyna mnie boleć, ale nie biorę tego na poważnie.
Wtorek
Środek nocy. Budzi mnie ból z lewej strony kręgosłupa, szyi, oraz lewej ręki. Chwilę leżę spokojnie, cisza jak makiem zasiał. Próbuję się przekręcić, ale nie mogę. Najmniejszy ruch uwalnia taką dawkę cierpienia, że leżąc nieruchomo zamieram. Mam wrażenie, że cała moja lewa strona podjęła decyzję o natychmiastowym strajku. Jedyne co, to mogę oddychać. Ale muszę się obrócić, bo za chwilę wyjdę z siebie. Staram się nie myśleć o tym co czuję, tylko w jakikolwiek sposób podrzucić ciało do góry i przekręcić się na drugi bok. Opieram się bardzo powoli na prawym łokciu, i próbuję zmienić pozycję, ale odczuwam tak ostry ból, że momentalnie opadam w dół.
Wyczerpała mnie ta próba, muszę odpocząć. Zastanawiam się, gdzie tak mogłem się załatwić? No fakt, zdarzyło mi się jechać z otwartym oknem (i to właśnie z lewej strony), ale także pływałem sporo w zewnętrznym basenie, a jakoś szczególnie ciepło nie było... No i ostatnio zagrzałem się jadąc rowerem a było dość wietrznie... Dobra, wystarczy użalania się nad sobą, muszę się odwrócić bo inaczej zwariuję. Zaciskam zęby i tym raz robię zdecydowany i szybki ruch obracający moje - mam wrażenie - wiotkie ciało na drugą stronę. Coś "zgrzytnęło", albo mi się tylko wydawało, ale udało się - ułożyłem się na lewym boku. Uff. Niestety po chwili czuję się gorzej niż wcześniej - mogłem domyśleć się, że skoro boli mnie lewa strona, to nie należy się na nią obracać. Staram się utrzymać głowę na jednym poziomie z kręgosłupem, lecz niewiele to pomaga. Muszę wrócić na poprzednią stronę... I takie atrakcje mam do samego rana.
Środa
Po nieprzespanej nocy z trudem zwlekam się z łóżka, a w zasadzie z wielkim bólem zasuwam się z niego. Chyba z nadzieją, że jak się rozchodzę to będzie lepiej. I było, ale tylko przez 2-3 godziny, a potem tylko gorzej. Będąc w przerwie między klientami biorę leki przeciwbólowe, które trochę pomagają. Mam szczęście, że klienci nie dopisali tego dnia - a ci co byli umówieni, szybko wychodzili. Kończę wcześniej i idę na basen i saunę. Na basenie pływam machając lewą ręką jak oszalały. Pomyślałem, że jak ją porządnie rozruszam, to problem minie. Potem idę na saunę, z zamiarem wygrzania szczególnie bolącego miejsca. Wieczorem leki przeciwbólowe i jakaś maść kupiona w aptece. Dzięki temu (?) zasypiam w miarę dobrze.
Czwartek
Trochę się bałem, że po tym maratonie basenowym lewa ręka mi odpadnie, ale jest na swoim miejscu. Dałem jej nieźle popalić. Ale ból jakby mniejszy, a głową ruszać mogę w prawie każdą stronę.
W pracy całkiem nieźle, sporo wolnego czasu. Nie licząc tego: "Tomek, wkurzasz mnie, działasz na moje nerwy" - powiedział mi jeden ze współpracowników. Denerwuję go, bo sam niewiele osiągnął, także w Departamencie, ale nie ważne.
Piątek
Słoneczny, ale zimny dzień. W pracy bardzo dobrze, wciąż działam na nerwy co niektórym, nawet niezły ubaw mam z tego powodu. Kończę wcześniej i idę na lody korzystając z tego, że wciąż są czynne. Potem spacer w słońcu, ale mało przyjemny bo wietrznie i zimno. Natomiast sobota i niedziela lekko wyjazdowa, przyjemnego weekendu!