Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 sierpnia 2025

Dobre i złe dni. O traumie dla wędrowców.

"Dobre i złe dni. O traumie dla wędrowców" - to książka, którą miałem ostatnio przyjemność przeczytać. Autor Tomasz Majchrzak opisuje w niej złożoność zachodzących w mózgu procesów, zniekształceń poznawczych a także zależność ich od czynników zewnętrznych - w tym przypadku trudnych przeżyć z okresu dzieciństwa. Na podstawie własnych doświadczeń analizuje krok po kroku metody i techniki pomocne w uporządkowaniu emocji, pisze o możliwościach neuroplastyczności mózgu oraz wpływie codziennych czynności na stan psychofizyczny całego praktycznie organizmu. 

Co zrobić, aby nie snuć czarnych scenariuszy a zacząć szukać konstruktywnych rozwiązań? Jakie strategie radzenia sobie ze stresem są najskuteczniejsze? Czy istnieje związek między neurobiologią a codziennymi czynnościami, takimi jak picie kawy?  Czy zachowania mrówek mogą być inspiracją dla człowieka poszukującego zmiany? To tylko niektóre z pytań, na które Autor udziela precyzyjnych odpowiedzi.

W kolejnych rozdziałach dowiadujemy się, jak prozaiczne sprawy i takie, na które często nie zwracamy uwagi w życiu codziennym, mogą być przyczyną wrogości do drugiego człowieka, okazją do budowania niezdrowych zależności oraz stawiania barier nie do pokonania. A także o tym, jak daleko może posunąć się osoba dążąca do zadania cierpienia, pragnąca poniżyć i upokorzyć. Nie są to łatwe rozdziały także dlatego, że pełne są emocjonalnego napięcia oraz osobistych wspomnień Autora.

Moim zdaniem książka zawiera także kilka minusów. Po pierwsze czasem można odnieść wrażenie, że jest napisana nieco chaotycznie, szczególnie na początku książki. Jednak im dalej się ją czyta, tym bardziej układa się ona w prawidłową konstrukcję, której poszczególne działy "zahaczają" o siebie. Po drugie czasem brakuje mi dodatkowych informacji, choć te bez problemu można znaleźć w internecie. Rozumiem, że zamieszczenie ich mogłoby spowodować wzrost ilości stron, z drugiej strony, czytam książkę jako zupełny laik więc możliwe że z tego powodu muszę sięgać po dodatkowe wyjaśnienia. Z kolejnej strony chciałbym, aby to Autor się wypowiedział n/t tych dodatkowych informacji, wtedy miałyby one jeszcze większą wartość. Po trzecie - nie jest to książka z typów "szybkie, łatwe i przyjemne". To trudna tematyka, która wymaga  uwagi i refleksji podczas czytania. Zdecydowanie nie jest to książka na dwa wieczory - co uważam za duży plus.

Podsumowanie.

Mimo pewnych mankamentów, "Dobre i złe dni" to lektura, która zostaje w pamięci na długo. Z pewnością docenią ją osoby zmagające się z trudnościami, szukające zrozumienia dla swoich emocji i sposobów radzenia sobie z nimi.  Książka może być również cenną wskazówką dla bliskich osób borykających się z traumą, pomagając im lepiej zrozumieć mechanizmy rządzące ludzką psychiką. "Dobre i złe dni" to  nie tylko poradnik, ale przede wszystkim autentyczne świadectwo siły ludzkiego ducha i  potencjału do zmian. Warto sięgnąć po tę książkę, by  zrozumieć, że  nawet w najciemniejszych chwilach  istnieje  droga do odzyskania równowagi i  znalezienia sensu  w życiu.  Mam nadzieję, że  to nie ostatnia książka Tomasza Majchrzaka, oraz że wkrótce  podzieli się z nami kolejnymi swoimi przemyśleniami.

Książkę można kupić m.in tu:

1) Lubimy czytać 

2) Empik

3) link do bloga Autora (nie bójcie się o coś zapytać, nie gryzie 😜). 

Książka jest również dostępna w postaci e-booka. Polecam najbardziej wersję papierową, ale kto co woli.

poniedziałek, 4 grudnia 2023

Ludzki człowiek

Wracając dziś z pracy spotkałem właściciela garaży, od którego wynajmuję "domek" dla mojej hybrydy. Facet w średnim wieku, ale starszy ode mnie, jakiś czas temu kupił dość sporą działkę niedaleko mojego mieszkania i postawił dwa długie rzędy garaży na wynajem. Już trzy lata temu, gdy podpisywałem z nim umowę najmu wydawał się dostępny, cierpliwy, życzliwy i zdaje się - jak wtedy sobie wyobrażałem - ludzki. Od razu pomyślałem, że to wszystko na potrzebę chwili - że na moment kontaktu z klientem stanie się właśnie takim, jakiego go opisałem.

Dziś, miałem okazję porozmawiać z nim nieco dłużej i muszę napisać, że bardzo złe zdanie o nim miałem zupełnie niepotrzebnie. I niewłaściwie, ale o tym za chwilę.


Facet odśnieżał plac między dwoma rzędami garaży takim specjalnym czymś. Kiedy podjechałem pod swoje miejsce podszedł i zaczął rozmowę. Ogólną - o zimie, śniegu, że już masz dość (ale przecież to dopiero początek!) i takie tam. Zupełnie mnie to zaskoczyło, jak ktoś obcy może ot tak zagadać? Następnie pochwalił mnie, że odśnieżyłem miejsce przed swoim garażem (zrobiłem to wczoraj w obawie, że dzisiaj nie dojadę do pracy jak nic nie zrobię) i poprosił o otwarcie bramy ponieważ jego pilot znajduje się w aucie z tyłu garaży.

Niestety, okazało się że właśnie w tym momencie brama odmówiła posłuszeństwa, więc pan przerwał rozmowę i odśnieżanie oraz stwierdził, że musi zająć się naprawą. Podszedłem z nim do bramy i próbowaliśmy razem coś tam zadziałać siłowo, ale nie udało się. Przy okazji dowiedziałem się, w jaki sposób można otworzyć bramę gdyby np. nie było prądu, lub - tak jak w tej chwili - coś się zepsuło (od dłuższego czasu mnie to nurtowało, nawet miałem takie czarne myśli - spieszę się z rana do Departamentu, a brama ani drgnie - nie chcąc się otworzyć). Podziękował za pomoc (w sumie to nie wiem za co, bo prawie nic nie zrobiłem) i zabrał się do naprawy, a ja do domu. 

Co roku przed świętami grudniowymi przesyła życzenia, a z tego co pamiętam - w każdą zimę dba o to miejsce, odśnieżając, montując dodatkowe oświetlenie a nawet kamerę. 

Dziwi mnie, że tak po prostu da się z nim normalnie porozmawiać. Że nie mając w tym żadnego interesu jest w stanie zatrzymać swoją pracę, podejść i zaczepić. Że nie szkoda mu czasu na tak przyziemne czynności, ale także - że potrafi się zachować. 

Niestety, zdecydowanie widzę tu wpływ mojego środowiska z Departamentu. Jeśli ktoś nie ma interesu, sprawy, uknutego spisku, to najczęściej się nie odezwie, bo najzwyczajniej nie ma po co. I w prawdzie wolę, gdy pomiędzy klientami siedzę obok kilku osób, które się nie odzywają, to czasem miło byłoby porozmawiać. Tymczasem porozumiewawcze spojrzenia, obgadywanie gdy ktoś wyjdzie z sali i ciągłe kombinowanie są na porządku dziennym. Jeśli w jakimś dniu nie ma żadnego skandalu, to uważane jest to za nudę. Za to świetnie, gdy koledze/koleżance dzieje się krzywda. Najlepiej wtedy wygodnie się rozsiąść, zrobić herbatkę i z lekko skrywanym uśmiechem obserwować rozwój sytuacji z nadzieją, że będzie się rozkręcać na niekorzyść kolegi/koleżanki. 

Jeśli już są jakieś dialogi, to podszyte chytrością, chęcią zdeptania drugiej osoby, wyłapania jego słabych punktów, wyśmiania oraz wyszydzenia - oczywiście nie wprost - ale za plecami. Ale także zebrania informacji w celu wykorzystania ich w odpowiednim momencie, albo nawet doniesienia do przełożonych. Ci uwielbiają takich, którzy donoszą - a to spóźniłem się 5 minut z obsługą klienta, a to awarii uległ komputer i nie udało mi się wygenerować odpowiedniego dokumentu (a informatyk akurat był zajęty czymś innym), albo wyszedłem z pracy przed czasem. 

Aspekt finansowy. Jakim cudem mogę zarabiać tyle samo, co kolega który pracuje pięć lat dłużej? Przecież to niegodne dla niego! Ale, on robi tylko tyle ile musi (a nawet mniej), a ja zasuwam z dodatkowymi projektami, które odnoszą sukcesy i przynoszą firmie kokosy. To się tak nie godzi! I awantura gotowa. Naturalnie, zgodnie z polityką prywatności kwestie zarobków są danymi chronionymi, ale gdy ma się wejścia tam gdzie trzeba, wszelkie drzwi się otwierają... Niestety, w miejscach które są dobrze (lub w miarę dobrze) opłacane pojawia się aspekt wojny ekonomicznej - czyli zazdrości i poczucia wyższości. 

I tu przypomina mi się, jak kiedyś dzwoniłem do faceta od garaży że mam problem z pilotem do bramy. Spytałem go, czy mogę bez problemu wymienić baterię (czy nic tam się nie rozkoduje itp). Odpowiedział że jak najbardziej mogę, a jeśli chcę to on kupi, podjedzie i wymieni mi tą baterię. No, bez przesady! Jakoś sobie poradzę, ponadto nie chciałem go narażać na koszty, więc podziękowałem. Oczywiście od razu w głowie pojawił się pomysł że sprawa (jego uprzejmość) ma ukryte drugie dno. Jakie? Nie wiem, ale na pewno złośliwe, uderzające we mnie, ponieważ na 100% tak byłoby w Departamencie. Samodzielność podejmowania decyzji, samodzielność ponoszenia odpowiedzialności, samodzielność w obronie na różnorakie zarzuty, w ogóle - samodzielność w każdej dziedzinie w Departamencie jest na wagę złota. Umiesz liczyć? Licz na siebie. Tymczasem facet wydaje się być naprawdę normalnym, ludzkim człowiekiem, a nie cyborgiem liczącym na korzyści. Doprawdy dziwne. 

Takie zaczepianie innych rozmową zauważyłem będąc na wakacjach - w Grecji czy Hiszpanii. Na Krecie podczas ostatniego pobytu zaczepiła mnie kelnerka, która sprzątała stolik na jednej z urokliwych uliczek Rhetymnonu. Nic ode mnie nie chciała materialnego (i niematerialnego też :P), nie namawiała mnie do wyboru jej restauracji, nie chciała żadnych pieniędzy, nie chciała nic - tylko zaczepiła rozmową. Szok! Właściciel garaży podobnie - ze mną chyba jest coś nie tak...

sobota, 21 maja 2022

Podsumowanie tygodnia 240

Poniedziałek

Dzwonię do nadawcy z allegro z reklamacją. Paczka, która powinna być u mnie w środę (11-go maja) wciąż gdzieś sobie przystanęła. Młody męski (określiłbym go nawet jako prawie dziecięcy, co najwyżej młodzieżowy) z drugiej strony telefonu obiecał zająć się sprawą.


Wtorek

Główny manager okazał mnóstwo pochwał co do mojego środka lokomocji jakim jest hulajnoga. Zdziwiło mnie to trochę, myślałem że nie zauważa niczego poza swoim prawie Maybachem.

Środa

Wciąż nie odebrałem zamówionej książki z Emipku. Przedłużyłem jej oczekiwanie na mnie o 7 dni, ale nigdy mi nie po drodze wracając z pracy...

Czwartek

Dwa tygodnie urlopu jest już wpisane w grafik. Niebawem będę odpoczywał, tylko właśnie gdzie? Po pracy gorący wieczór (dwugodzinne wyjście na sauny) oraz odbiór paczki którą wysłali ponownie (jak się okazało pierwsza została uszkodzona) a po powrocie do domu próba zorganizowania wyjazdu urlopowego. 

Początkowo decyduję się na Bułgarię ale po kilku odsłonach oferta drożeje o około 250 zł. Szukam czegoś innego i znajduję Peloponez ale ta również w szalonym tempie idzie do góry (o 350 zł) w dodatku ciągle wyskakują komunikaty o coraz mniejszej dostępności oferty! Po obejrzeniu innych propozycji biura podróży ostatecznie wybieram wyjazd na Majorkę i od razu ją kupuję (następnego dnia oferta jest dużo droższa). Uff udało się!

Piątek

Cały dzień lekki ból głowy, po pracy odbieram książkę z Empiku i jadę do dużego miasta. Wieczorem koncert a potem szlajanie się do późnych godzin nocnych (lody/pokazy multimedialne/lody/spotkanie online/lody/kolacja/lody) po starym mieście pełnym ludzi. 

poniedziałek, 19 listopada 2018

Basia w Warszawie

Koncert odbył się w środę (14.11.2018) w klubie Stodoła w Warszawie. Kilka minut po dwudziestej do rozemocjonowanego tłumu (około tysiąca ludzi na moje oko) wyszła artystka wraz ze swoim międzynarodowym zespołem. Publiczność wręcz szalała z radości (ja również!) i wydaje mi się, że nawet gdyby Basia nic nie zaśpiewała to i tak dostałaby mnóstwo braw i byłaby wielbiona przez każdego słuchacza.



Zresztą, po każdym jej utworze brawa i owacje trwały i trwały, aż wydawały się nie mieć końca. Atmosfera była niesamowita - wiecie że bywam na sporej ilości różnych koncertów - ale ten był jednym z najbardziej wyjątkowych. I raczej nie dlatego że stałem blisko sceny, w sumie to trudno mi powiedzieć z jakiego powodu było tak fajnie. Może po prostu - zaśpiewała najlepiej jak umiała, do tego wspaniali muzycy którzy grali świetnie - choć to nie oddaje tego co działo się na scenie... Publiczność nie była przypadkowa - to na pewno ma olbrzymie znaczenie.


Koncert trwał niecałe dwie godziny. Jestem zachwycony i szczęśliwy że pojechałem. Myślę, że taki koncert zapamiętam na całe życie.


A teraz...jest późny wieczór, siedzę sobie w wygodnym fotelu i słucham po kolei płyt Basi, które mam w domu. Zatapiam się w jej muzyce, w każdym akordzie i współbrzmieniu tych wszystkich instrumentów i słów...


Za oknem zima, śnieg przykrył alejki parkowe po których spaceruję w każdej wolnej chwili.

sobota, 20 października 2018

Podsumowanie tygodnia 54

Poniedziałek

Na dwie godziny wsiadam do innego auta - lusterko wsteczne jest tak umorusane odciskami palców, że ledwo widać cokolwiek do tyłu. Czuję aż jakieś obrzydzenie.

Wtorek

Dziewczyna z kłębkiem nerwów. Robię jej egzamin wewnętrzny - może kiedyś napiszę więcej.

Środa

Ranek jeszcze w pracy, ale wieczór już w Lizbonie - wciąż letnie powietrze, fado i Pasteis de Nata :)

Czwartek

W drugiej pracy luz jak nigdy - albo ja się aż tak bardzo przyzwyczaiłem, albo moi współpracownicy starzeją się.

Piątek

Szybki wyjazd w trasę, a potem wykłady które z lekka wykończyły moje gardło.


niedziela, 20 maja 2018

Basia Trzetrzelewska - Butterfly

W piątek z samego rana dostałem wiadomość, że zamówiona płyta czeka w Empiku. To nic że praca, ja muszę podjechać i ją odebrać. Zwykle (dotąd nigdy?) nie załatwiałem swoich spraw w czasie pracy, ale dla tej płyty zrobiłem wyjątek. Kursantka się zgodziła, ponadto w przyszłym tygodniu oddam jej te 6 minut.


A płyta...jest cudowna. Może piszę tak dlatego, że uwielbiam Basię i moje słowa na jej temat będą "skrzywione" sympatią, no trudno. Płyta jest nowoczesna, w niektórych utworach słychać to bardziej, w innych mniej. To co niezmienne to ciepły i miły głos wokalistki, świetna sekcja dęta i wspaniałe improwizacje. Przenikają się one niemal niezauważone, sącząc z głośników tak naturalnie, że czasem trudno odróżnić czy to jeszcze głos ludzki, czy już któryś instrument. Niekiedy pojawiają się łączniki, które harmonicznie i rytmicznie powodują mały "przewrót", aby po chwili znowu pojawiło się jazzowe rozkołysanie.


W zasadzie to głos Basi jest równoznaczny z ilością i jakością improwizacji, co mnie szczególnie cieszy. Mógłbym tego słuchać na okrągło. I tak robię. Po kilkukrotnym odsłuchaniu płyty w aucie (czy ja nie naruszyłem jakichś praw autorskich słuchając tego w obecności kursantów?), włączyłem ją na wieży w domu. Tu brzmi zupełnie inaczej niż w słabym aucie. Wszystkie głosy słychać niesamowicie wyraźnie.


Na stronie Empiku są w końcu dostępne fragmenty utworów, więc jeśli ktoś chce posłuchać to może. Jedyne, co mi się nie podoba to ubogość opakowania. Płyta nie zawiera nawet informacji o czasach trwania utworów. Nie ma tam prawie nic, dobrze że włożyli płytę...wiem, że zapłaciłem jedynie 38,99 (obecnie odrobinę droższa), no ale mimo wszystko...

sobota, 5 marca 2016

Dzień teściowej

Dla teściowych zaproponuję kołysankę - która podobnie jak teściowa - każda jest inna, skrywa różne dźwięki, współbrzmienia, odrębne tła i efekty. Nie zawsze musi być to piękny i melodyjny utwór. Zdarzają się atonalne i średnio przyjemne kompozycje, które ze spodziewanymi - po tytule - kołysankami niewiele mają wspólnego.


Choć z drugiej strony, gdy wsłucha się w te poszczególne dźwięki można dostrzec - a nawet usłyszeć pewną logiczną całość. Raz, drugi i trzeci - podczas kolejnego odsłuchiwania wchodzę coraz głębiej, a to powoduje że słyszę coraz lepiej.

Coś, co początkowo wydawało się koszmarem a nie kołysanką staje się uporządkowanym wierszem... No chyba, że od razu włączy się coś tak oczywistego jak to poniżej - choć wtedy idzie się na łatwiznę...


Taka, czy inna - na relaksującą sobotę każda jest dobra - w przeciwieństwie do teściowej...

Tymczasem do wakacyjnej Minorki pozostało już tylko 101 dni, a do Portugalii 197 :)) Odliczanie trwa. 

Minorka, źródło: podroze.gazeta.pl

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Stacey Kent w Warszawie - wrażenia

Kilka dni temu w stołecznym klubie Palladium wystąpiła Stacey Kent, promując najnowszą płytę Tenderly. Udało mi się kupić miejsce w pierwszym rzędzie, gdzie nie tylko doskonale widać (i oczywiście słychać), ale także czuć :)


Półtoragodzinny występ zapewnił fantastyczne wrażenia. Pomimo bariery językowej (artystka zna kilka języków, ale po polsku potrafi jedynie kilka słów), ma niesamowicie dobry kontakt z publicznością. Urocze usposobienie, uśmiech, skromność - publiczność kocha ją od pierwszej sekundy na scenie :)

Aksamitny głos, z którym idealnie komponują się francuskie teksty jest niezwykle ciepły, plastyczny i uspokajający. Będąc na koncercie miałem wrażenie, że artystka  śpiewa jedynie dla mnie. Rozkołysana bossa nova, spokojny jazzowy walc, czy łagodna ballada brzmią tak samo świetnie. Każdy dźwięk jest elastyczny, uporządkowany i kontrolowany w 100%.

Stacey Kent przepięknie frazuje, subtelne rozpoczęcie dźwięku nie wpływa na jego czytelność, a każda głoska jest idealnie wyartykułowana. Rozwinięcie zdania muzycznego jest równomierne, logiczne i trzyma słuchacza w napięciu, a zakończenie niezwykle dokładne. Ostatnie głoski są bardzo wyraźne, a jednocześnie idealnie kończą frazę, lub motyw.

Magia, rozmarzyłem się oddając się zupełnie tym wspaniałym dźwiękom. Prócz wokalistki na scenie jest jej mąż (flecista, saksofonista), pianista i perkusista. Żywe złoto, to niebywałe aby w jednym miejscu zgromadzić tak utalentowane osoby. Flet wspaniale pasuje do stylu "nowej fali", jest instrumentem o rześkiej barwie, wszelkie przednutki brzmią niczym subtelne ćwierkanie wróbli, saksofon z kolei to bardzo ciepłe i słodkie brzmienie, szczególnie w połączeniu z łagodnym arpeggio i mordentem.

To był fantastyczny koncert. Jeden z najfajniejszych na jakim byłem - zdecydowanie! :)

sobota, 12 grudnia 2015

Dorota Piotrowska

Jakiś czas temu będąc na koncercie Ewy Urygi, zachwyciłem się jej balladami, ale jeszcze bardziej towarzyszącymi jej muzykami. Wśród nich jest młoda perkusistka - Dorota Piotrowska. Pochodzi z Lubina, w swej dotychczasowej karierze współpracowała z wieloma światowej sławy muzykami. Na stałe mieszka w Nowym Yorku, tu można przeczytać wywiad m.in. o tym, jak postrzegała tamtejszą rzeczywistość, jak wyglądały jej pierwsze kroki w tej metropolii.

www.dorotapiotrowska.com

Podczas koncertu bardzo podobał mi się jej sposób gry, komunikacja z muzykami, elastyczność i skromność. Była delikatna ale stanowcza, bardzo rytmiczna ale i inspirująca dla innych muzyków, potrafiła znaleźć odpowiednie miejsce dla siebie i perkusji, wydaje się że połowę tych trudniej dostępnych drzwi otwiera szerokim i przepięknym uśmiechem...

www.dorotapiotrowska.com

Wspaniale się jej słucha, patrzy na nią. Życzę jej powodzenia i trzymam kciuki za jej dalszy rozwój. Dla zainteresowanych w sieci można znaleźć sporo różnych ciekawych rzeczy na jej temat, także stronę internetową.

www.dorotapiotrowska.com
A ja za chwilę zabieram kursanta i jadę do większego miasta. Niech poczuje co to znaczy większy ruch, jazda w trasie. Niestety za oknem confetti deszczowe, więc tym bardziej będzie musiał uważać. Na tę piękną sobotę proponuję relaksujący utwór This Masquerede:

czwartek, 5 listopada 2015

Like a lover

Po dziewiętnastej, w drodze do domu wstępuję do apteki. Znów biorę buteleczkę syropu, tym raz na kaszel suchy. Jest wyjątkowo tani, tylko czy będzie bardziej skuteczny niż te poprzednie?


Wcześniej zamawiam książkę jako prezent pod choinkę i myślę o kolejnych rzeczach. W tej sytuacji  gdy praca od rana do wieczora, już muszę zacząć gromadzić różne podarunki, bo mogę nie zdążyć...

No i jeszcze trzeba rozejrzeć się za jakimś fajnym kalendarzem dla siebie...

A niedawno dostałem takie piękne opakowanie ciasteczek, które już zjadłem prawie wszystkie - były wyśmienite, a przyjechały do mnie aż z Krakowa :) Pierniczki z lukrem, sezamem, kandyzowaną pomarańczą i czymś jeszcze, baaaaardzo smaczne!


Wieczór jest tylko dla mnie, nie odbieram telefonów, nie odpisuję na maile, sms-y też mogą poczekać. Właśnie zaparzyłem Letnią łąkę, obok mnie ostatnie ciasteczka z Krakowa, a w tle muzyka - np Like a Lover - oczywiście Stacey Kent :)) Czy może być coś bardziej wspaniałego?

wtorek, 18 sierpnia 2015

Kolory nocy

Miasto idealne (prawie), pełne inspiracji, kultury i różnorodności, w dodatku będące świetną bazą wypadową do zwiedzania okolicy - takie miasto odwiedziłem kilka dni temu. Oczywiście, jeden weekend to zbyt mało by poczuć zapach i klimat miasta, nie mówiąc już o zobaczeniu atrakcji które to miasto oferuje.



A wieczór spędzam w centrum, na Starym Mieście. Miasto żyje, pomimo że jest sporo po godzinie 22, nadal jest mnóstwo ludzi, a w knajpkach trudno znaleźć wolne miejsce.Wszyscy zadowoleni, dzieci pochłaniają watę cukrową (ach, te wspomnienia z dzieciństwa), a wszystkich jest tyle że trudno przecisnąć się na drugą stronę Starego Miasta.

jedna z kamienic
ta sama w innych kolorach

Po drodze obserwuję pięknie podświetlone kamienice, niestety mój telefon nie jest przystosowany do nocnych zdjęć i dlatego jakość jest tak słaba. Kolor podświetlenia co chwilę się zmieniał, niesamowita gra cieni i światła a w tle piękne, odrestaurowane kamienice - mogłem stać i patrzeć bez końca :)



Kolejną atrakcją - również świetlną - były parasolki, które zawieszono na specjalnych rusztowaniach. W dzień dawały fajne - kropkowe - cienie, a wieczorem były wielokolorowo podświetlone i "zaatakowane" mydlanymi bańkami, które po prostu rozpanoszyły się na całą okolicę!


inwazja baniek mydlanych :)
 

Kolejny plac - kolejne cieszące oko pokazy. Tym razem coś w stylu "fire show" - zatrzymuję się tu zdecydowanie dłużej także ze względu na fantastyczny, instrumentalny i rozrywkowy podkład muzyczny. 


Prócz atrakcji świetlnych miasto żyje także od strony kuchni - czyli restauracji. Wszystkie te niesamowite zapachy jedzenia, starych murów i kamienic, które wieczorem pachną historią  - nie wszędzie jest tak magicznie jak tu - to trzeba zobaczyć, poczuć, przysiąść na chwil kilka i ... chłonąć całym sobą.

Po drodze napotykam na męski zespół - nie dość że chłopaki ładnie grają to jeszcze głos mają niezły.
Wokół zbiera się spora grupa ludzi, niektórzy tańczą, inni po prostu się kołyszą, jeszcze inni podziwiają w skupieniu współbrzmienie czterech głosów i akompaniamentu.



Miasto zaprasza jak umie, widać że od jakiegoś już czasu ludzie dbają o promocję i wygląd ulic zdecydowanie bardziej, niż jeszcze rok lub dwa lata temu. Ciekawe, czym zaskoczy mnie to miejsce przy następnej wizycie :)

piątek, 7 sierpnia 2015

Rozmowa

Dziś mam dla Czytelników małą niespodziankę - rozmowę z M. - kierowcą z kilkuletnim doświadczeniem, a od trzech lat pracownikiem komunikacji miejskiej w jednym z pięknych i większych miast w Polsce.

M, jeździsz dość dużymi autobusami, codziennie przewozisz mnóstwo pasażerów. Powiedz, jakie są plusy pracy jako kierowca w komunikacji miejskiej?

- jedną z zasadniczych zalet jest praca w pojedynkę. Po przyjściu do pracy biorę dokumenty, sprawdzam autobus i jadę na miasto - zupełnie sam. Nie mam na głowie szefa, który sprawdza na bieżąco wykonywaną pracę, w większości przypadków jestem zdany wyłącznie na siebie. Praca ta jest prosta, przyjemna, nie siedzę w miejscu, obserwuję zmieniające się miasto czy np. pogodę. Ale także ludzi. To świetny sposób na dostrzeżenie panującej mody.


A minusy?

- wczesne wstawanie (czasem około 3 nad ranem), różne godziny zakończenia pracy, czasochłonna obsługa codzienna (sprawdzenie świateł, olejów, płynów), zwłaszcza wtedy gdy poprzedni kierowca zostawił trochę bałaganu w autobusie. Czasami bywa też, że autobus jest niesprawny do jazdy (najczęściej zimą).

I co wtedy robisz?

- oddaję dokumenty i czekam na kolejny autobus - który również trzeba sprawdzić.

A inne minusy?

- niska pensja, praca w sobotę, niedzielę i święta, brak szacunku ze strony pasażerów, a także kwestie zdrowotne - zmęczenie, bóle kręgosłupa spowodowane ciągłym siedzeniem.

Jak uważasz, czy kursy prawa jazdy, kurs przewozu osób - czy to przygotowuje do pracy w tym zawodzie?

- kurs  prawa jazdy z teorii, bardziej przygotowuje do egzaminu teoretycznego. Człowiek tam może się dowiedzieć jak zdać egzamin. Kwalifikacja wstępna to w ogóle jedna wielka fikcja. Kurs ten jest przesadzony: zbyt długi, zbyt drogi. Być może w turystyce kwalifikacja trochę się przydaje (np. czas pracy kierowcy).

Jak wyglądał Twój pierwszy dzień w pracy?

- podczas pierwszego dnia od razu jeździłem z pasażerami. Pod okiem innego kierowcy poznawałem autobus i trasy. Oczywiście wcześniej było szkolenie bhp i inne. Po około dziesięciu dniach kierowca pod okiem którego odbywałem jazdę, wydaje opinię i zaczynam pracować samodzielnie (jeśli jest pozytywna).

A co sadzisz o innych kierowcach podczas pracy?

- jest różnie. Czasem jest tak, że wpuszczają mnie bez problemu, a innym razem nie. Nie ma reguły. Nie zależy to ani od płci, ani klasy samochodu którym ktoś się porusza. Ale w dużej mierze zależy to od ulicy. Tzn. na wąskiej drodze ludzie są bardziej skłonni do przepuszczania, częściej zwalniają przy przystankach. A na szerokich zupełnie inaczej - wszyscy pędzą, śpieszą się i myślą o sobie. Ciężko jest wyjechać z zatoki autobusowej.

Czy pojazdy nauki jazdy zawsze Cię wpuszczają kiedy stoisz na przystanku komunikacji publicznej?

- najczęściej tak. Kiedy w lusterku widzę zbliżającą się elkę, to jestem zadowolony, bo wiem że spokojnie mogę wjeżdżać. I zawsze wtedy dziękuję używając do tego świateł awaryjnych.

A co sadzisz o pieszych na ulicy? Bo ja często obserwuję, jak ludzie czekający na przystanku stoją przy samym krawędzi, nie zauważając ze podjeżdżasz autobusem z dużymi lusterkami.

- piesi bywają bezmyślni. Na jednym z głównych przystanków zdarza się, że ludzie biegają po zatoce autobusowej, ponieważ na chodniku jest taki tłok że nie mogą dojść do swojego autobusu. A widząc ten do którego chcą wsiąść nie wiedzą nic innego. Trzeba bardzo uważać, bo o wypadek nietrudno.
A przy przejściach dla pieszych przed dużym autobusem rzadziej wychodzą na pasy. Natomiast na drodze dwujezdniowej z kilkoma pasami ruchu nie zatrzymuję się przed przejściem nawet wtedy, gdy stoi kobieta z dzieckiem.

Dlaczego?

- ponieważ ludzie często nie patrzą, czy obok autobusu zatrzymali się wszyscy inni użytkownicy drogi. A inni kierujący nie zastanawiają się po co i dlaczego autobus się zatrzymał. To bardzo niebezpieczna sytuacja.

No tak, to faktycznie jest problem na polskich drogach. A czy nauka jazdy jest jakimś większym utrudnieniem dla kierowcy wielkiego miejskiego autobusu?

- raczej nie, oczywiście zdarza się że komuś zgaśnie silnik, że przestoję jedną fazę dłużej na sygnalizacji świetlnej. Na pewno inni kierowcy są bardziej uciążliwi niż nauka jazdy.

Lubię jak coś się dzieje - jak są korki, zrobi się duże opóźnienie, potem trzeba próbować to nadrobić, lub gdy są trudne warunki atmosferyczne, gwałtowne opady śniegu. Wszędzie jest biało i ślisko, chaos na mieście, kierowcy narzekają na pogodę i drogowców - nie jest to standardowa jazda jak zwykle. Jeżeli autobus w miarę dobrze się zachowuje to jest fajnie. Gorzej, jeśli na drodze zrobi się istne lodowisko. Wtedy mając na pokładzie ludzi ciężko się jeździ, a niejednokrotnie serce podchodzi do gardła.

Rezygnowałeś kiedyś z dalszej jazdy bo było zbyt ślisko?

- ja nie, ale wiem że koledzy mieli już takie sytuacje.

newsweek.pl
Masz częsty kontakt z policją?

- raczej nie, tylko podczas interwencji.

Jakich na przykład?

- jeśli ktoś jedzie bez biletu, awanturuje się podczas kontroli. Wzywamy wtedy policję i zatrzymujemy się na najbliższym przystanku. Oczywiście w takich przypadkach, kiedy następuje zakłócenie w przejeździe danej linii, oprócz kary za brak biletu jest także ten za zatrzymanie autobusu.

A czy w autobusach z monitoringiem jest bezpieczniej?

- tak, zdecydowanie. Kamer jest coraz więcej, ludzie wiedząc że są nagrywani rzadziej demolują autobus, są mniej agresywni. Mnie kamery pomagają podczas wyjaśnienia spraw związanych ze skargami które czasem się zdarzają.

Od pewnego czasu na polskich drogach realizowany jest program zmniejszania skrzyżowań, zacieśniania wjazdów i zjazdów, budowanie coraz to węższych dróg i pasów ruchu. Ma to powodować wymuszenie wolniejszej jazdy, a czasem nawet zator. Co Ty o tym myślisz?

- ten kto to wymyślił, sam powinien przejechać się po tych drogach większym pojazdem. Jakieś bzdurne wysepki na środku przyozdobione znakiem, bezsensownym słupkiem, pachołkiem, zwężeniem i ograniczeniem. Kierowca dużym pojazdem musi się męczyć aby bezpiecznie przejechać taki "zmodernizowany" odcinek drogi. W ogóle się nie myśli o dużych pojazdach.

Na pewno nieraz zdarzyło Ci się najechać na linię podwójną ciągłą. Czy policja jakoś na to reaguje?

- raczej nie. Zamiast najechać na krawężnik wolę wjechać na linię podwójną ciągłą. Raz że to nie elegancko jeździć po krawężnikach, dwa że one wtedy bardzo szybko się niszczą, no i sam pojazd, opony ulegają uszkodzeniom.

Na koniec chciałbym zadać Ci pytanie o nowe trendy pojawiające się na ulicach szczególnie większych miast. Mianowicie o autobusy elektryczne - o transport nisko-emisyjny.

- to zdaje się być teraz bardzo modny temat. Każde nieco bardziej bogate miasto stara się mieć w swojej flocie pojazd o zerowej lub bardzo niskiej emisji spalin. W związku z tym, miasta płacą gigantyczne pieniądze na zakup takiego pojazdu, oklejają go zielonymi listkami, błękitnym chmurami i innymi atrybutami związanymi z ekologią i chwalą się na lewo i prawo jakie to miasto jest pro-ekologiczne. Często jest to decyzja tylko i wyłącznie polityczna.

Dziękuję za rozmowę.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Perła renesansu

Słaba pogoda podczas niedzielnej wycieczki nie pokrzyżowała moich planów. A plan był następujący - zrelaksować się podczas spaceru w parku oraz przy okazji zrobić zakupy na zbliżający się niebawem wyjazd...

Rynek Wielki

Początkowy brak słońca i nieprzyjemny wiatr odstraszył chyba większość ludzi, ponieważ na zamojskiej starówce były pustki. Także w lokalach ruch niewielki, jak dla mnie w sam raz - bez pośpiechu i stresu. Rynek Wielki na zdjęciu powyżej, ma powierzchnię 100x100 metrów, otoczony ormiańskimi kamienicami które tworzą barwne otoczenie chyba najbardziej rozpoznawalnego miejsca w Zamościu. Od 1992 roku wpisane jest na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.
Fragmenty fortyfikacji miasta

Tuż za urokliwymi uliczkami starego miasta znajduje się miejsce na rekreację, spacer i odpoczynek. Wszędzie przy ścieżkach są kamery monitoringu oraz kosze na śmieci, tereny są zadbane i czyste.

Kościół Franciszkanów

Budowle w Zamościu niekiedy przypominają te rzymskie :)

Park miejski


Z drugiej strony starego miasta znajduje się park, który ostatnio bardzo wypiękniał. To w ogóle wielkie szczęście, że tak blisko starego miasta i centrum znajduje się tyle zielonego terenu, po którym można odbywać dłuuuugie spacery.


A w parku są kaczki, intensywnie dokarmiane przez turystów dosłownie czymkolwiek.


No i mnóstwo kolorów, zadbanych rabatek, skalniaków i ozdobnych drzewek.


Naprawdę jest co oglądać.



Tymczasem przy miejskich fortyfikacjach można było obejrzeć wystawę żołnierzy piechoty polskiej w połowie XVII wieku.

I jeszcze jedno.

Także na zewnątrz można było zobaczyć makiety i rozkład poszczególnych sił ognia.

Zamość to przepiękne i urokliwe miasteczko, z wieloma innymi atrakcjami, m.in. z fantastycznym ZOO. To miasto zadbane, z prawdziwym gospodarzem, które co roku przyciąga rzesze turystów. To także świetne miejsce na odpoczynek przy okazji zwiedzania Roztocza. Naprawdę polecam!

czwartek, 21 maja 2015

Happy day

13 maja to dla mnie dzień fajny, szczególny. Lubię trzynastki, lubię piątki, lubię maj!


W tym roku, 13 maja to dzień z przyjemnymi chwilami, które trwały praktycznie cały dzień. Rozpoczęło się od prezentów od Z. - dostałem piękne cztery szklanki, które wypatrzyłem sobie kiedyś w Zara Home. Spodobały mi się, ale jak zwykle - nie kupiłem.


Ale może to i lepiej? Dostać je od kogoś tak bliskiego i kochanego, to sama przyjemność i niesamowita radość! Z. wie co lubię, więc prócz szklanek dostałem coś jeszcze.

To wspaniała płyta z cyklu Sjesta - Muzyka Świata 4 (Marcina Kydryńskiego), stanowiąca przekrój świetnych utworów z różnych zakątków świata, oczywiście okraszona pięknymi zdjęciami (Kydryńskiego) i krótkimi wzmiankami n/t każdego z utworów. Szczególnie podoba mi się ten ślad na piasku zrobiony przez łabędzia...


Bardzo mi się podoba takie "naprowadzenie" słuchacza, który oczywiście nie musi się temu poddawać. Oba prezenty (plus olbrzymia czekolada) od Z. sprawiły mi mnóstwo radości, już muszę zacząć myśleć - jak ja się zrewanżuję? Ale to nie wszystko. Nie licząc telefonów i sms-ów z życzeniami, kolejną dawkę przyjemności dostałem od R.


Wspaniała droga, przepyszny piknik w ruinach zamkowych, fantastyczny zestaw herbaciany (prezent) i ... mega przyjemne towarzystwo - to tylko wielki skrót tej części dnia. Nadal jestem pod wrażeniem tego wszystkiego.


Na pewno pozostanie w mojej pamięci na długo :) A teraz - wieczorem - włączyłem sobie Sjestę 4, zjadłem ostatni kawałek mojej ulubionej czekolady od Z, zaparzyłem herbatę w zestawie od R i ... wspominam oglądając zdjęcia z tego pięknego dnia... :)


Dziękuję wszystkim za ten cały przemiły dzień!


wtorek, 24 lutego 2015

Whiplash

Idealny na wieczór - soundtrack z filmu Whiplash :)


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Wieczorem /suplement/

Poziom radości po koncercie sięgał rzadko spotykanych wyżyn, więc gdy tylko nadarzyła się okazja do zakupu płyty, byłem pierwszy w kolejce. Tym bardziej miło, że cena była sporo niższa niż w sklepach. A skoro płyta, to należy poczekać na wykonawców po autograf. Niestety, wyszli jedynie Dorota Miśkiewicz i Włodek Pawlik (z czego bardzo się cieszę), a pozostali wykonawcy to "miejscowi" wykładowcy na muzycznych uczelniach, którzy zapewne nie spodziewali się iż ktokolwiek chciałby ich autograf. A ja chciałbym!

No nic, pozostały mi cudne wspomnienia i płyta, która otula dźwiękami niczym najlepszy balsam - delikatnie muskający nasze całe ciało. Muzyka tria Pawlika charakteryzuje się równouprawnieniem - nikt nie jest ważniejszy, a świadczy o tym nawet ustawienie muzyków na scenie. Udało mi się być dłuższą chwilę na próbie, podczas której widać profesjonalizm i brak jakiejkolwiek presji od - skądinąd - zawodowych i zapracowanych muzyków. Pawlik na scenie jest bardzo wyluzowany, czuje się jak stary wyjadacz, czasem powie coś czego publiczność nie zrozumie do końca, a czasem posuwa się do takiego poziomu improwizacji, który im - wykonawcom - daje większą frajdę i satysfakcję niż publiczności.

Jego trio, krok po kroku wprowadza słuchacza w przepiękną bajkę, wciąga go coraz bardziej wyciągając rękę, daje czas na oswojenie się z klimatem danego utworu, a następnie doprowadza uwodzonego słuchacza do wrzenia.

W każdym motywie znajdują się szczegóły, niuanse - niczym falujące kokardki, które wypełniają każdy ułamek sekundy. Brakowało mi jedynie dłuższego wybrzmienia tej mozaiki harmonii przy każdym końcu utworu, ale to już wina "uwodzonej" dźwiękiem, rytmem i atmosferą publiczności, która nieco zbyt wcześnie zaczynała okazywać klaskaniem swoją radość.

Z wokalistów najbardziej podobał mi się występ Doroty Miśkiewicz, która emanuje spokojem i pewnością głosu, słychać że to ona dyryguje głosem, że nic nie jest w stanie wyprowadzić jej z równowagi. Świetnie dogaduje się z zespołem Pawlika, bawi się głosem przy minimalnym wysiłku. Podobał mi się też występ Natalii Wilk (tu można odsłuchać 30-sto sekundowy fragment utworu Z kroniki bibliofilów lubelskich z płyty Wieczorem oczywiście), która ma ciepły i niezwykle miękki głos.

Takie koncerty zapamiętuje się na długo :)