Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 listopada 2025

Węszyć jak pies

Już od pewnego czasu chodzi za mną temat, z którym chciałbym się tu "rozprawić" na dobre i - w miarę możliwości nie wracać w tak obszernej formie, no chyba że pojawią się jakieś nowe wątki... Mianowicie - kontrola. Departament, w którym pracuję obraca znacznymi środkami finansowymi, moja praca również sprowadza się do kwestii finansowych w znacznej mierze, to też szczególnie znajduję się w centrum uwagi kontrolerów różnej maści - od naszych (wewnętrznych), poprzez ukrytych (incognito) aż po zespół kontrolerów z działu stojącego ponad naszym Departamentem. 

Jednostka w której pracuję, właśnie przeszła kolejną całościową (kompleksową) kontrolę, którą przeprowadzał taki właśnie zespół. Panowie w czerni przyjechali, poprosili o wszelkie dokumenty z wybranego przez siebie dnia sprzed około miesiąca. Czyli wnioski, protokoły, moje decyzje oraz wszystkie notatki służbowe, dziennik wejść/wyjść, rejestr użycia aut służbowych i nagrania z kamer - czyli wszystko. Mają do tego prawo, wiedzą nawet ile razy i jak długo przebywałem tego dnia w toalecie. 

W porównaniu do współpracowników mój protokół pokontrolny nie jest straszny. Ot, znaleziono kilka niedociągnięć, drobnych braków formalnych, które nie miały wpływu na stan finansów. Czyli jest ok. To, że coś w protokole będzie wiedziałem już wcześniej, gdyż dotarły do mnie informacje "i tak coś będziesz miał źle"* - i właśnie o tym chciałbym dziś nieco więcej.

Kontrola - to najczęściej proces sprawdzania, czy stan faktyczny zgadza się z wymaganym. Ale... nie tylko, ponieważ kontrola może być narzędziem służącym do różnych podłych celów. Jeśli ma się managera, którego celem jest wywołanie niepokoju (pisząc bardzo łagodnie), czy chęć podporządkowania sobie, to kontrola może być sposobem do zrealizowania tych planów. Naturalnie, manager nie robi tego samodzielnie, on ma swoich ludzi - zespół wewnętrznych kontrolerów, którym wskazuje jakie cele mają być osiągnięte. 

  1. represje. Można tak powodować efekty kontroli, w której każda interpretacja pracownika będzie podważona przez kontrolującego. Przykład z kolorami podawałem dwa wpisy temu. To, że coś jest białe przez kontrolera widziane jest jako czarne. W uzasadnieniu wpisuje się niemające żadnego sensownego wyjaśnienia teorie, że akurat w tej konkretnej sytuacji ma być "tak i tak" - oczywiście wskazując na "błąd" pracownika. Cel - zdyskredytowanie go, obniżenie jego wartości pracy, pozbawienie premii.
  2. zastraszanie. Nigdy nie wiadomo, co tym razem zostanie wymyślone. Przykład z kilku dni temu - mimo że wciąż trwała kontrola kompleksowa, na tablicy ogłoszeń pojawiła się informacja iż "wstępne wyniki kontroli są druzgocące". Jak się okazało, takie nie były. Absurdalne, bezsensowne - tak, ale w żadnym razie druzgocące. No chyba że opisujemy tu pracę kontrolerów, ale nie o tym. W związku z tym ciąg dalszy informacji - "planowane jest natychmiastowe wszczęcie procedury sprawdzającej wdrożenie rozwiązań naprawczych mających na celu zapobieżenie uchybieniom w przyszłości". Czyli jedna kontrola się jeszcze nie skończyła, a już w trybie natychmiastowym wprowadzana jest kolejna. Cel - zastraszenie, niepewność oraz wzbudzanie ciągłego niepokoju.
  3. podporządkowanie. "Odpowiednio" sformułowany wniosek pokontrolny może zawierać mnóstwo uchybień, które jednoznacznie prowadzą do wszczęcia "postępowania służbowego", a za tym kryje się cała machina której jedynym celem jest dobicie jednostki. Zatem należy napisać wyjaśnienie do sprawy, potem uzasadnić to, powołać się na podstawę prawną, normy i etykę - a i tak wszystko na darmo, ponieważ - "w tej konkretnej sprawie należało postąpić inaczej" - brzmi ocena kontrolerów. I koniec. Emocje psychiczne gwarantowane, do tego postępowanie to również rozmowa bezpośrednia (i to nie jedna) z zespołem kontrolerów  oraz managerem. Cel - ogłupienie, doprowadzenie do zamętu oraz skrajnych emocji.
To tylko niektóre elementy, wykorzystywane podczas "kontroli". Zderzyłem się z nimi kilkukrotnie, co szczególnie na początku nie pozostawało bez wpływu na komfort pracy. Nauczyłem się już trochę:
  • jeśli tylko mogę, unikam słuchania rozmów na ten temat;
  • nie należy się  przejmować wynikami kontroli, ponieważ i tak efekty będą takie, jakie chce mieć manager;
  • dziś dana rzecz jest biała, jutro ta sama może być już czarna;
Wciąż przede mną sporo pracy:
  • nie ufać nikomu, bez wyjątków;
  • nawet ktoś, kto wydaje się godny zaufania - patrz wyżej;
  • mówić jak najmniej, a najlepiej wcale;
  • być ostrożnym w wyciąganiu wniosków, bo taka sama sprawa u kolegi obok może być oceniona dobrze, u mnie może być jako "źle";
  • nie szukać logiki - patrz wyżej;
  • trzymać się jak najdalej od wszystkiego związanego z pracą;
Oczywiście, pracownik nie musi się zgadzać z wynikiem kontroli, nie musi niczego podpisywać, może mieć własne zdanie. Ma prawa, z których może skorzystać - przynajmniej teoretycznie. Są też inne metody o których nie chcę tu pisać, choć przy obecnych możliwościach technicznych metody te niejednokrotnie doprowadziły do pozytywnych rozwiązań. W oddziałach znajdujących się w innych miastach jest różnie - czasem lepiej, czasem podobnie - nie ma reguły, wszystko zależy od "góry". 

Można zrezygnować. Z uśmiechem pod nosem kontempluję tę możliwość. Trzymam ją niczym zawór ostateczny, po który sięgnąć mogę w każdej chwili. Prócz korzyści finansowych tkwię w tym nadal, ponieważ w pewnym sensie testuję sam siebie. Ile jestem w stanie wytrzymać, co musi się stać aby przekroczyło to moją niewidzialną granicę tolerancji tych sytuacji, czy takie doświadczenie może przydać się w obecnych czasach? Widzę frustrację i załamania współpracowników, ich problemy które próbują rozwiązać np. alkoholem. Analizuję i obserwuję to, co tu dzieje się będąc jakby w samym centrum mrowiska. Każdy, kto przechodzi obok takiego złożonego organizmu widzi, że wszystko jest tu uporządkowane, logiczne, mające konkretny cel i harmonię. Mrówki uwijają się jak w ukropie tworząc system umożliwiający życie i rozwój. Dokładnie jak z Departamentem - z pozoru to świetna, lekka i dobrze płatna robota, ale jak się spojrzy z innej strony to widać pewne niedogodności. Na ile one przeszkadzają i czy równoważą się z plusami - częściowo jedynie mogę napisać.


* swoją drogą, piękne i motywujące do pracy stwierdzenie, nieprawda? Nie rozumiem, dlaczego kadra zarządzająca robi wszystko, aby uprzykrzyć pracę zespołowi ludzi, dzięki którym mają swoje posady a cały Departament jakoś tam funkcjonuje?

Kilkanaście tygodni temu, manager (m) nieopatrznie nie wyłączył mikrofonu podczas briefingu on-line, mówiący do kontrolera (k):

m - zacznij węszyć, masz być jak pies ku*wa!
k - ale co, kontrolować wszystko?
m - no ku*wa a co mówię?!
k - no dobrze
m - nie wracaj mi tu bez efektów!
m - masz znaleźć nieprawidłowości!

I coś miłego na koniec. Mój grudnik w zbyt małej doniczce znów rozkwitł 😀



A ktoś dociekliwy zauważy nawet panoszącego się w tle fikusa z Kętrzyna!

wtorek, 5 sierpnia 2025

Głupi i szczęście

To ten dzień. Zapamiętam go na długo, jest dość ważny jeśli chodzi o moją drogę zawodową. Trudny, pełny różnych obaw, zakrętów i niepokojów. Mógł skończyć się niezbyt ciekawie, co oznaczałoby co najmniej L4 i trochę "wolnego", ale nie o tym.

Oto stoję przed wielką górą, u podnóża której znajduje się przepaść. Muszę/powinienem wejść na sam szczyt. Nie mam przy sobie żadnych narzędzi, żadnych pomocy, jestem tylko ja i strach. A góra bardzo stroma, momentami śliska i niebezpieczna. Nigdy nie wchodziłem na taką, ale żeby nie stać w miejscu muszę to zrobić. Więc decyduję się. Mnóstwo lęków o to, czy dam radę, czy ryzyko jest tego warte. A na górze ktoś, kto woła mnie, abym szedł coraz wyżej. 

Idę, choć najchętniej powiedziałbym "nie chce mi się". Zaciskam zęby i zgodnie ze wskazówkami głosu z góry, nie patrzę za siebie. Serce wali jak szalone a cały organizm pracuje na najwyższych obrotach. Mam wrażenie, że mózg mi dymi jak stara lokomotywa, ale ręce i nogi ani na moment nie odmawiają posłuszeństwa (to nawet trochę dziwne, bo np podczas pływania na basenie łapie mnie skurcz gdy za długo ćwiczę). Nie mogą okazać słabości, bo to oznaczałoby spore kłopoty. Zatem chyba rozumieją, że muszą dać z siebie wszystko, a może i więcej żeby przeżyć. 

Nie czuję ani zmęczenia, ani głodu czy pragnienia. Mimo że wspinam się od kilkudziesięciu minut bez przerwy wisząc na krawędzi, nie czuję właściwie nic. Nawet nie wiem, jak daleko jeszcze do wierzchołka, nie myślę o tym. Nie jestem w stanie. Słyszę tylko uwagi i jakby rozkazy kogoś z góry. Nie ma już odwrotu, musisz iść dalej. 

Po kolejnych długich minutach udaje mi się wdrapać na sam szczyt, kiedy nagle ręce i nogi robią się jak z waty, zaczynają drżeć i w ogóle mnie nie słuchają. Nie mogę się ruszyć, ale na szczęście jestem już na górze. Już nie spadnę. Ledwie stoję chwiejąc się w każdą stronę i próbuję złapać oddech, uspokoić serce i odpocząć. Dopiero teraz zauważam, że jestem tak spocony, że ubrania można wyżymać. Jednocześnie czuję, jak wbijają mnie one w ziemię. Są tak ciężkie, jakbym dźwigał na sobie kilogramy ołowiu. 

Na szczęście auto stoi tuż obok mnie, więc daleko iść nie muszę. Niezgrabnie wpadam na fotel i jadę do domu. Ale jak dziwnie mi się nim kieruje! Nie słyszę silnika, gaz reaguje inaczej niż zwykle, kierownica nie chce się obracać, cały samochód jest jakiś otępiały. Albo ja. Po dojechaniu do domu, wciąż się chwiejąc spotykam sąsiadkę przed blokiem. Pomyśli sobie - o, ten pijak spod trójki wrócił do domu. I jeszcze prowadzi po alkoholu! Zamykam szybko drzwi od mieszkania i rozbieram się do naga. Faktycznie, wszystko mokre. Jeszcze nigdy nie byłem aż tak spocony. Biorę długi prysznic i opadam na fotel. Jest trochę lepiej, serce już tak mocno nie wali, ale czuję olbrzymie pragnienie. Ponad pół dużej butelki wody połykam bardzo szybko, dosłownie w kilku łykach. Czuję, że zaczynam wracać do rzeczywistości, choć dzisiaj już nic poważnego nie zrobię... Tylko odpoczywam.

Kolejny podobny dzień przede mną mniej więcej za miesiąc. Będzie trudniejszy, chyba że jakoś się do niego przygotuję. Ale czy można się przygotować na każdą ewentualność? Niestety to dopiero początek, ale kto nie idzie do przodu, ten się cofa... A że głupi ma zawsze szczęście, to może jakoś się tam uda wszystko.

Poniżej chmury sprzed kilku dni.

sobota, 19 lipca 2025

Podsumowanie tygodnia 405

Poniedziałek 

Powrót do normalnej pracy. Weekendowe szkolenie dla kadry z Departamentów - innych niż mój - bardzo mnie zmęczył. Tym bardziej że prócz kwestii organizacyjnych musiałem ogarnąć te związane z wyżywieniem i dbaniem o całokształt szkoleń a przede wszystkim - dbać o komfort uczestników szkoleń. 

W przerwach dużo rozmów (cud że moje gardło nie odmówiło współpracy) i wskazywania, co i gdzie można zwiedzić po południu w okolicy miasta.

Wszystko udało się znakomicie, ale dochodzę do siebie dopiero po trzech dniach. Działanie na wysokich obrotach przez sobotę i niedzielę wykańcza. 

Wtorek

W codziennej pracy różnie, ale nie muszę aż tak bardzo pilnować spraw organizacyjnych, więc powoli odpoczywam. Także popołudniami.

Środa 

Idę z ostatnią klamką do drzwi balkonowych. Po wymianie koleżanka zachwycona. 

Czwartek 

Spływają pierwsze recenzje weekendowego szkolenia. Wszystkie pozytywne, naturalnie kierownictwo milczy. Prócz satysfakcji pod koniec miesiąca pojawi się extra kasa.

Piątek

Relaks już przed godziną 16. Lody. Wycieczka rowerowa. Odpoczynek w parku z fontanną. Ciepły wieczór. Kolacja nad jeziorem.

poniedziałek, 4 grudnia 2023

Ludzki człowiek

Wracając dziś z pracy spotkałem właściciela garaży, od którego wynajmuję "domek" dla mojej hybrydy. Facet w średnim wieku, ale starszy ode mnie, jakiś czas temu kupił dość sporą działkę niedaleko mojego mieszkania i postawił dwa długie rzędy garaży na wynajem. Już trzy lata temu, gdy podpisywałem z nim umowę najmu wydawał się dostępny, cierpliwy, życzliwy i zdaje się - jak wtedy sobie wyobrażałem - ludzki. Od razu pomyślałem, że to wszystko na potrzebę chwili - że na moment kontaktu z klientem stanie się właśnie takim, jakiego go opisałem.

Dziś, miałem okazję porozmawiać z nim nieco dłużej i muszę napisać, że bardzo złe zdanie o nim miałem zupełnie niepotrzebnie. I niewłaściwie, ale o tym za chwilę.


Facet odśnieżał plac między dwoma rzędami garaży takim specjalnym czymś. Kiedy podjechałem pod swoje miejsce podszedł i zaczął rozmowę. Ogólną - o zimie, śniegu, że już masz dość (ale przecież to dopiero początek!) i takie tam. Zupełnie mnie to zaskoczyło, jak ktoś obcy może ot tak zagadać? Następnie pochwalił mnie, że odśnieżyłem miejsce przed swoim garażem (zrobiłem to wczoraj w obawie, że dzisiaj nie dojadę do pracy jak nic nie zrobię) i poprosił o otwarcie bramy ponieważ jego pilot znajduje się w aucie z tyłu garaży.

Niestety, okazało się że właśnie w tym momencie brama odmówiła posłuszeństwa, więc pan przerwał rozmowę i odśnieżanie oraz stwierdził, że musi zająć się naprawą. Podszedłem z nim do bramy i próbowaliśmy razem coś tam zadziałać siłowo, ale nie udało się. Przy okazji dowiedziałem się, w jaki sposób można otworzyć bramę gdyby np. nie było prądu, lub - tak jak w tej chwili - coś się zepsuło (od dłuższego czasu mnie to nurtowało, nawet miałem takie czarne myśli - spieszę się z rana do Departamentu, a brama ani drgnie - nie chcąc się otworzyć). Podziękował za pomoc (w sumie to nie wiem za co, bo prawie nic nie zrobiłem) i zabrał się do naprawy, a ja do domu. 

Co roku przed świętami grudniowymi przesyła życzenia, a z tego co pamiętam - w każdą zimę dba o to miejsce, odśnieżając, montując dodatkowe oświetlenie a nawet kamerę. 

Dziwi mnie, że tak po prostu da się z nim normalnie porozmawiać. Że nie mając w tym żadnego interesu jest w stanie zatrzymać swoją pracę, podejść i zaczepić. Że nie szkoda mu czasu na tak przyziemne czynności, ale także - że potrafi się zachować. 

Niestety, zdecydowanie widzę tu wpływ mojego środowiska z Departamentu. Jeśli ktoś nie ma interesu, sprawy, uknutego spisku, to najczęściej się nie odezwie, bo najzwyczajniej nie ma po co. I w prawdzie wolę, gdy pomiędzy klientami siedzę obok kilku osób, które się nie odzywają, to czasem miło byłoby porozmawiać. Tymczasem porozumiewawcze spojrzenia, obgadywanie gdy ktoś wyjdzie z sali i ciągłe kombinowanie są na porządku dziennym. Jeśli w jakimś dniu nie ma żadnego skandalu, to uważane jest to za nudę. Za to świetnie, gdy koledze/koleżance dzieje się krzywda. Najlepiej wtedy wygodnie się rozsiąść, zrobić herbatkę i z lekko skrywanym uśmiechem obserwować rozwój sytuacji z nadzieją, że będzie się rozkręcać na niekorzyść kolegi/koleżanki. 

Jeśli już są jakieś dialogi, to podszyte chytrością, chęcią zdeptania drugiej osoby, wyłapania jego słabych punktów, wyśmiania oraz wyszydzenia - oczywiście nie wprost - ale za plecami. Ale także zebrania informacji w celu wykorzystania ich w odpowiednim momencie, albo nawet doniesienia do przełożonych. Ci uwielbiają takich, którzy donoszą - a to spóźniłem się 5 minut z obsługą klienta, a to awarii uległ komputer i nie udało mi się wygenerować odpowiedniego dokumentu (a informatyk akurat był zajęty czymś innym), albo wyszedłem z pracy przed czasem. 

Aspekt finansowy. Jakim cudem mogę zarabiać tyle samo, co kolega który pracuje pięć lat dłużej? Przecież to niegodne dla niego! Ale, on robi tylko tyle ile musi (a nawet mniej), a ja zasuwam z dodatkowymi projektami, które odnoszą sukcesy i przynoszą firmie kokosy. To się tak nie godzi! I awantura gotowa. Naturalnie, zgodnie z polityką prywatności kwestie zarobków są danymi chronionymi, ale gdy ma się wejścia tam gdzie trzeba, wszelkie drzwi się otwierają... Niestety, w miejscach które są dobrze (lub w miarę dobrze) opłacane pojawia się aspekt wojny ekonomicznej - czyli zazdrości i poczucia wyższości. 

I tu przypomina mi się, jak kiedyś dzwoniłem do faceta od garaży że mam problem z pilotem do bramy. Spytałem go, czy mogę bez problemu wymienić baterię (czy nic tam się nie rozkoduje itp). Odpowiedział że jak najbardziej mogę, a jeśli chcę to on kupi, podjedzie i wymieni mi tą baterię. No, bez przesady! Jakoś sobie poradzę, ponadto nie chciałem go narażać na koszty, więc podziękowałem. Oczywiście od razu w głowie pojawił się pomysł że sprawa (jego uprzejmość) ma ukryte drugie dno. Jakie? Nie wiem, ale na pewno złośliwe, uderzające we mnie, ponieważ na 100% tak byłoby w Departamencie. Samodzielność podejmowania decyzji, samodzielność ponoszenia odpowiedzialności, samodzielność w obronie na różnorakie zarzuty, w ogóle - samodzielność w każdej dziedzinie w Departamencie jest na wagę złota. Umiesz liczyć? Licz na siebie. Tymczasem facet wydaje się być naprawdę normalnym, ludzkim człowiekiem, a nie cyborgiem liczącym na korzyści. Doprawdy dziwne. 

Takie zaczepianie innych rozmową zauważyłem będąc na wakacjach - w Grecji czy Hiszpanii. Na Krecie podczas ostatniego pobytu zaczepiła mnie kelnerka, która sprzątała stolik na jednej z urokliwych uliczek Rhetymnonu. Nic ode mnie nie chciała materialnego (i niematerialnego też :P), nie namawiała mnie do wyboru jej restauracji, nie chciała żadnych pieniędzy, nie chciała nic - tylko zaczepiła rozmową. Szok! Właściciel garaży podobnie - ze mną chyba jest coś nie tak...

wtorek, 12 września 2023

Yes I don`t

Jak to dobrze, że czasem coś tam pouczę się angielskiego. Podstawowe słówka i jakieś mega proste zwroty jestem w stanie ogarnąć, ale niż poza tym. No i kilka dni temu przyszła pani, która mówiła trochę po polsku a trochę po angielsku (bardziej to drugie). O rany, ale współpracownicy się na mnie gapili - pewnie obserwowali aby zobaczyć, jak sobie poradzę w tej nietypowej sytuacji. Na szczęście wszystko gładko poszło, a nawet mogłem uzewnętrznić swój - ćwiczony od kilku lat - akcent. Zapewne beznadziejnie słaby, ale na tle kolegów nie wypadł bardzo źle. 

Pani angielko-polka była bardzo kontaktowa, dość ekscentryczna i miła, co znacząco ułatwiło kontakt oraz załatwienie sprawy. Co prawda zabrała mi mnóstwo czasu, no ale czego się nie robi dla klientów? :P

Mam nadzieję że będzie miło wspominać wizytę w Departamencie, nadrabiałem innymi cechami jak tylko umiałem aby zatuszować moje ciemniactwo językowe. Ostatecznie jej sprawa została pozytywnie rozpatrzona, co na pewno przyniesie korzyść (m.in. wizerunkową) pracownikom Departamentu.

sobota, 20 maja 2023

Podsumowanie tygodnia 292

Poniedziałek

To będzie trudny tydzień. Przygotowuję się do kolejnego projektu. Mnóstwo pracy, po południami do późnego wieczora spędzam przy komputerze.

Wtorek

W pracy pomiędzy klientami, potem znowu w domu. Nauka i przygotowania intensywne. Wieczorem wykorzystuję dodatkowo czas, który był zarezerwowany na spotkanie z pewną osobą która odwołała wizytę.

Środa

W dalszym ciągu nie mam czasu ani na spacer ani na saunę. Kulminacja projektu jeszcze w tym tygodniu.

Czwartek

Nie panuję nad nerwami w pracy. Mój pierwszy klient trochę oberwał, mam wyrzuty z tego powodu. I psuje mi to cały dzień.

Piątek

Po pracy znowu praca. Ale wieczorem wybieram się na półtoragodzinny spacer. Jest zadziwiająco ciepło, bo wczoraj było wietrznie i tak zimno, że musiałem wyciągnąć grubszą kurtkę do pracy.

środa, 24 sierpnia 2022

Zawód

Jestem głupi. Myślałem, że nasz zespół w pracy stanowi jedność, że jak się coś mówi to potem się tak robi, ale niestety nie. Ostatni tydzień pokazał, jak kruche są relacje w pracy i to nie tylko moje - wszak pracuję w Departamencie nieco ponad rok - czyli tyle co nic, a już na pewno nie powinienem wymagać aby współpracownicy traktowali mnie serio, ale gdy obserwowałem ich wzajemne relacje - do tej pory ogarnia mnie coś jakby zdziwienie, zakłopotanie, rozczarowanie. Ale po kolei.

W ubiegłym tygodniu organizacja naszej pracy znacząco miała się poprawić. Główny manager pochwalił nas, podziękował za trudy pracy oraz obiecał wprowadzić pewne ulepszenia - w zasadzie dla wszystkich w naszym zespole. Każdy cieszył się jak dziecko (ja także), ba - nawet niektórzy sami zgłaszali potrzebę takiego ulepszenia podnosząc, że "byłoby to takie dobre". Nikt nie był przeciwko. Tymczasem, gdy owa organizacja pracy została wprowadzona wszystko (dosłownie i w przenośni) runęło - moi współpracownicy momentalnie wycofali się z poparcia nowej organizacji pracy. Nagle ulepszenie okazało się być jak kula u nogi, jak piąte koło u wozu - totalnie nie potrzebne, a nawet gorzej - wręcz szkodliwe! 

Jak to usłyszałem, myślałem że coś ze mną nie tak. Że się przesłyszałem, albo coś źle zrozumiałem. Ale nie. Moi współpracownicy (nie wszyscy) uznali, że nowe zasady będą miały jedynie ujemny wpływ na naszą pracę, a w ogóle żadnych zmian nie trzeba wprowadzać bo przecież tak jak jest teraz jest dobrze! Zupełnie co innego mówili jeszcze kilka dni temu! Ręce mi opadły. Nie mogłem słuchać ich idiotycznych teorii, które są wyssane z palca i po prostu - gdy tylko mogłem - wychodziłem z sali. 

Jestem głupi. Myślałem, że jeśli kolega mi coś mówi, to znaczy że ma swoje zdanie i że tak po prostu uważa. Ale jest inaczej - gdy o to samo co ja zapyta ktoś inny, kolega odpowiada co innego. I to w mojej obecności, bez żadnych ceregieli! Bez sensu. Tak samo bez sensu jest z tym kolegą rozmawiać na jakikolwiek temat, bo i po co skoro w tej samej kwestii ma różne zdania i opinie - zależne od tego z kim rozmawia? Ale ja - taki gówniarz - to jeszcze nic, ponieważ tak samo rozmawiają między sobą współpracownicy, którzy znają się po dziesięć lat i więcej. Nie mogłem początkowo w to uwierzyć i potrzebowałem kilku dni, aby dotarło to do mnie jak nie szanują się nawzajem, choć w dalszym ciągu jestem "pod wrażeniem" w jaki sposób bez mrugnięcia okiem można być takim cynikiem.

Główny manager jednocześnie jest zadowolony oraz nie. To pierwsze dlatego, że wśród naszego zespołu daleko do jakiejkolwiek jedności, a to idealna sytuacja do manipulowania i ustawiania ludzi. To drugie ponieważ firma wydała mnóstwo środków finansowych na nową organizację - którą my po prostu olaliśmy i powróciliśmy do starego trybu. 

Czuję niesmak. Zawód. Rozczarowanie ludźmi z którymi pracuję. Nie chce mi się z nimi gadać (oczywiście nie ze wszystkimi). Tak bardzo liczyłem na nowy system pracy, który jest na wyciągnięcie ręki - a jednocześnie tak daleko. Nie muszę pisać, że moje zdanie w pracy nikogo nie obchodzi - choć główny manager rozmawiał ze mną na ten temat. W efekcie obiecał zająć się tematem, choć z tego co widzę to nie będzie miał ani czasu ani ochoty na to. Światełkiem w tunelu może być (ale nie musi) manager naszego działu, który obecnie przebywa na urlopie. Mam z nim kontakt, napisałem mu jaka jest sytuacja. Odpisał że wiedział że tak będzie. Czy będzie miał odpowiednią siłę aby wprowadzić nowy system w życie? Zdaje się, że także jemu na tym zależy - ale wiemy już że ludzie mówią jedno a robią drugie, więc nie liczę już na nic. I na nikogo.

poniedziałek, 4 lipca 2022

Mecz

Jak już niedawno wspominałem, nasz oddział przeprowadza rekrutację (główny manager ciągle powtarza, że chętnie zatrudniłby nowych pracowników), kandydaci są już po częściowym przeszkoleniu, obecnie na etapach obserwacji oraz praktyk. Jestem zdegustowany tym wszystkim, bo:

  • na obserwację do mnie przychodzi pani. Jest trzydzieści centymetrów ode mnie, siedzi przy "moim" okienku. W pewnym momencie odzywa się jej telefon. Nie wyłączyła/wyciszyła go! Co za tupet! Nie do pomyślenia w Departamencie, aby podczas załatwiania sprawy klienta zadzwonił prywatny telefon pracownika!
  • ta sama pani. Obserwuje, nic nie notuje, nic nie uzupełnia w swoim notatniku. Jak ona zamierza sprostać zadaniu samodzielnego załatwienia sprawy przy okienku z klientem? Po każdej obserwacji pytam ją, czy ma pytania odpowiada że nie. Szok.
  • tym razem pan. Na obserwację przychodzi w krótkich spodenkach i sportowych butach - czy on nie pomylił naszego Departamentu z wydarzeniem sportowym, typu mecz? Ja rozumiem że jest upał, ale to nie jest wytłumaczenie!
  • znowu pani (inna). Próbuje samodzielnie prowadzić sprawę klienta. Jest tak zestresowana, że nie potrafi ładnie złożyć zdania. Mówi niewyraźnie, muszę ją poprawiać. Apogeum następuje, gdy ona w nieuprawniony sposób próbuje odprawić klienta z kwitkiem. Przerywam jej sprawę i sam kończę obsługę klienta. 
Jeszcze kilka lat temu sam byłem na podobnej rekrutacji. Wydaje mi się że jednak wtedy poziom był inny. Ludzie robili notatki, dopytywali, próbowali równocześnie z opiekunem prowadzić sprawę klienta później porównując dokumentację, uczyli się, podchodzili to tego poważnie. Dzisiaj jest inaczej, ale z drugiej strony - jest zabawnie - więc jest też jakiś plus :)

sobota, 30 kwietnia 2022

Podsumowanie tygodnia 237

Poniedziałek

W pracy wymagający dzień, ale staram się nie myśleć o tym w takich kategoriach. Każdy wymagający/nietypowy klient jest wyzwaniem, z którym trzeba się zmierzyć aby zdobyć doświadczenie oraz nowe umiejętności - praktyka czyni mistrza. Wiadomo że nie od razu musi być idealnie, ale człowiek uczy się całe życie. I tak do tego podchodzę.

Wtorek

Wciąż mokro. Do pracy jadę autkiem, choć wolałbym hulajnogą. Inny powód to katar, który jest najsilniejszy jakiego doświadczyłem. Z nosa leje mi się jak woda z kranu.

Środa

Niespodzianka w skrzynce pocztowej. I to dwie!  Piękna kartka od Grażyny z Portugalii, oraz śliczna kartka od Darka z Kętrzyna.



Czwartek

Ciężki dzień że względu na popołudnie. Jedyne ukojenie odnajduję w kwiatach, nawet takich zwykłych i pospolitych. Niestety żadne tulipany tu nie żyją. W sumie nie dziwię się.


Piątek

Znów stresujące popołudnie. Na szczęście jakoś mija i można zacząć myśleć o długim weekendzie.

niedziela, 27 marca 2022

Prawie rok w Departamencie

Departament Spraw Trudnych i Beznadziejnych. Pracuję tam już prawie rok, z tej perspektywy wciąż uważam że ta praca jest świetna, genialna, fantastyczna, przebojowa oraz innowacyjna i wymagająca. Oczywiście nie ma róży bez kolców - czasem jest dość trudno, jeszcze bardziej wymagająco, oraz zwyczajnie źle. Ale to jednostkowe przypadki, o których staram się jak najszybciej zapominać. Najgorsze są pierwsze niepowodzenia, błędy, kiksy - które na dłużej zostają w pamięci. Ale na horyzoncie jest kolejna podwyżka, bonusy na święta oraz premia. Przy okazji ostatniego podsumowania mojej poprzedniej pracy jako instruktora nauki jazdy oraz porównania jej do tej obecnej w Departamencie, finansowo przez pół roku w tej nowej zarobiłem 225% więcej. Oczywiście pracowałem zdecydowanie mniej niż w starej pracy.


Mniejsza o to, w piątek miałem bardzo ciekawą sytuację. Ostatni klient, przyszedł punktualnie. Procedury standardowe, ale coś mi nie grało... Gość nie bardzo reagował na to co ja mówiłem. No dobra - maseczka - pomyślałem że może to przez nią on po prostu nie słyszy o co go pytam. Komunikacja z nim jeszcze bardziej się skomplikowała, gdy doszliśmy do dość istotnych kwestii. Od tego zależy, czy jego sprawa będzie załatwiona pomyślnie czy nie. W głowie mam pytanie: czy to co on mówi w ogóle się nagrywa? Odpowiadał mi tak cicho, że co chwilę prosiłem go o powtórzenie ale głośniej udając, że to ja nie słyszę. Manager niejednokrotnie powtarzał, że wszystko musi się nagrać bo inaczej będzie źle. 

Sprawa przeciągała się coraz bardziej, ale w pewnym momencie okazało się, że gość nie jest w stanie sprostać wymaganiom i jego sprawa zakończy się niepomyślnie dla niego. I wtedy się zaczęło - potrafił mówić wyraźnie głośniej, ale zupełnie nie to o co go pytałem. Początkowo balansował na granicy kultury, by po chwili przeskoczyć w otchłań swoich własnych przemyśleń i krytyki mnie oraz Departamentu. Negował procedury, które powinny być zachowane mimo rychłego zakończenia jego sprawy. Niestety, musiałem dopełnić końcowych formalności (kilkanaście minut) i w tym czasie wysłuchiwać jego teorii. Jakże były one odległe od stanu faktycznego - szok. Nawet nie próbowałem z nim dyskutować, ponieważ z doświadczenia wiem iż to bez sensu. Tak więc ja swoje, on swoje. Pozytywne w tym było to, że gość nie był agresywny czy niebezpieczny, oraz to że wszystko było nagrywane, więc gdyby cokolwiek się wydarzyło nagranie byłoby dodatkowym potwierdzeniem.

Na koniec - przy rozliczeniu dokumentów - facet zadał mi pytanie. Było ono tak absurdalne, oraz tak bardzo nie miałem na jakąkolwiek ochotę na rozmowę z nim, że w krótkim zdaniu odesłałem go do innego działu naszego Departamentu. Oczywiście, gdyby był choć trochę normalny oraz w miarę kulturalny - udzieliłbym mu odpowiedzi, ale nie w tej sytuacji. Od okienka odszedł z kwitkiem, a mnie kosztowało to trochę nerwów - choć wiem że to nie koniec ponieważ facet może tu wrócić niebawem...

czwartek, 24 lutego 2022

Czwartkowe atrakcje

Od samego rana smutne wiadomości ze wschodu Europy. W Departamencie każdą wolną chwilę współpracownicy wykorzystują na rozmowę o Ukrainie, uchodźcach, bezpieczeństwie Polski i ogólnie - o obecnej sytuacji. Ja się w to nie mieszam, ale głosy są naprawdę różne. Jedni mówią że będą kupować złoto, drudzy że będą wypłacać wszystkie pieniądze z konta bankowego i trzymać je w domu, a jeszcze inni zapowiadają że po pracy muszą pojechać zatankować pojazd - chyba w obawie że zabranie paliwa - nie wiem dokładnie.

Jak się okazało po pracy, faktycznie mnóstwo ludzi podjechało na stacje paliw, bo kolejki sięgały kilkudziesięciu metrów, powodując spore utrudnienie ruchu. Ja starałem się sprawnie omijać te zatory, ale nie zawsze się udawało. Powrót z pracy do domu zajął mi wyjątkowo aż 20 minut (zwykle jadę połowę tego czasu).

Tymczasem w ciągu dnia mam nietypową sytuację z klientem. Kończę jego sprawę nietypowo - a w zasadzie to pierwszy raz odkąd pracuję w Departamencie. Niestety facet zajął mi mnóstwo czasu i teraz już sobie poszedł, ale ja musiałem jeszcze odpowiednio to zaraportować w systemie, a przy moim okienku przebierał nóżkami kolejny klient. Byłem spóźniony prawie 20 minut i chciałem jak najszybciej złożyć ten raport, ale nie umiałem znaleźć odpowiednich opcji w programie komputerowym. "Krzyczę" więc do współpracowników aby mi pomogli, a ku mojemu zdziwieniu na pomoc biegnie do mnie kolega z najbardziej oddalonego stanowiska (ten co wcześniej tak ostro na mnie reagował pisałem o nim w poniedziałkowych wspomnieniach Podsumowania tygodnia 226). Szok! Inni ledwo podnieśli wzrok spod swoich komputerów, a ten rzucił swoją robotę i szybko pomógł mi uporać się z raportem. Uff.

A coś miłego - w pracy ktoś przyniósł pączki. Złapałem jednego, był całkiem znośny - w skali od 1 do 5 na mocne 2. Po godzinie talerz pełen pączków był już prawie pusty...


sobota, 9 października 2021

Podsumowanie tygodnia 208

Poniedziałek

Po zepsutym weekendzie także poniedziałek nie najlepszy. No i dyscyplinująca rozmowa z głównym managerem. A po południu jadę na dłuższą wycieczkę rowerem wracając po ciemku - ale mam nowe bardzo dobre oświetlenie.

Wtorek

Po południu ulga, jednak manager nie miał racji. Wieczorem koleżanka z winem.

Środa

Powoli emocje opadają, a dzień jest w miarę spokojny.

Czwartek

Poranek z przymrozkiem i szronem na szybach - oczywiście moja Toyota nocuje w garażu więc mnie to nie dotyczy.

Piątek

Odbieram polecony od centrali Toyoty - zapraszają mnie do serwisu na wymianę jakiegoś elementu (chyba chodzi o sterownik) który może wadliwie działać, ale na razie się tym nie przejmuję - ponieważ myślami jestem już gdzie indziej :)

czwartek, 23 września 2021

Nowe obowiązki

Od kilku dni prócz tego co robiłem do tej pory w Departamencie Spraw Trudnych i Beznadziejnych wykonuję część obowiązków jednego z managerów mojego działu. Nie jest to nic co zajmowałoby mi dużo czasu, spokojnie się z tym wyrabiam a i tak zostaje mi dużo czasu na siedzenie i nic nie robienie, jedzenie i picie, rozmowę ze współpracownikami, spacerowanie od działu do działu itp. Jedocześnie wymaga to dobrego zorganizowania, dużej dyscypliny oraz oraz trzymania "ręki na pulsie". 

Już pierwszego dnia nowych obowiązków z samego rana przyszedł do nas główny dyrektor i zapytał kto się zajmuje obowiązkami nieobecnego przez dwa tygodnie managera - odpowiedziałem że ja. Zapytał czy już zrobiłem to co trzeba a ja odparłem "tak jest". Przy okazji spotkała mnie nietypowa sytuacja, ale wybrnąłem bezproblemowo - nie chciałbym pytać kogokolwiek co i jak mam zrobić - wolałem to zrobić sam. Bardzo to lubię, mam porządek w swojej szafce a na biurku wszystko równiutko poukładane, więc nie sprawia mi to trudności.

W ramach tych nowych obowiązków wymagam pewnego określonego działania od moich współpracowników - a przypomnę że ja tam pracuję najkrócej. Trochę dziwnie się z tym czuję, ale to pewnie tylko na początku. Na razie grzecznie wykonują moje prośby (no bo raczej nie polecenia) - więc jest ok.

Przy okazji robię też inną sprawę - właśnie pod nieobecność tego działowego managera. Inni - akurat ci którym ułatwiam pracę - są zachwyceni i uśmiechają się do mnie ładniej niż wcześniej. Tymczasem jeden kolega z okienka obok powiedział tak "o, pokazałeś że umiesz więcej i teraz będą cię wykorzystywać", a drugi nic nie mówi tylko patrzy spod oka. To ten rodzaj człowieka, który wszystko rejestruje za pomocą narządu wzroku, bardzo mało mówi, ale jeśli już - to najczęściej donosi na współpracowników do głównego managera. Muszę na niego uważać i ogólnie - ograniczać się w kontaktach z nim.

poniedziałek, 20 września 2021

Wakacje w październiku?

Taki dziwny czas, bo niby nie jestem zmęczony pracą, a jednocześnie chciałoby mi się gdzieś wyjechać - zapomnieć o tych stresach, o kontrolach, o tym wszystkim czego muszę pilnować, żeby tak zapomnieć o obowiązkach, nie przejmować się niczym - tylko zrelaksować i odpocząć. Gdy przechodziłem do Departamentu nie mogłem myśleć o urlopie, no bo jak - dopiero zaczynałem pracę i od razu chciałbym urlop? Co najmniej wyśmieliby mnie tam, ale... w tym tygodniu kończy mi się trzymiesięczny okres i gdy tylko dostanę umowę na kolejny czas spróbuję wziąć kilka dni urlopu, bo mam już w głowie kilka pomysłów jak mógłbym spędzić ten czas (najbardziej mam ochotę na Grecję, lub Portugalię).

Tymczasem w bardzo chłodny i mokry weekend odpoczywam w domu robiąc pierwszy raz rogaliki (paszteciki?). Z ciasta serowego, z jabłkami oraz ze śliwkami. Muszę nad nimi jeszcze popracować - o ile w ogóle będę je jeszcze kiedyś robił. 

Ta partia rozeszła się bardzo szybko, a najsmaczniejsze były w dniu wypieku - chrupiące i niezbyt słodkie - z jabłkiem zrobiłem mniej a okazały się jeszcze lepsze niż te ze śliwkami. 

Nierówne, jedne większe inne mniejsze - niezbyt przypominają te z piekarni - ale od razu widać że to domowa robota :) Posypuję je cukrem pudrem - do gorącej herbaty idealne. A gdy przynoszę do Departamentu swoje wypieki, cały mój dział komentuje! Niektórzy pytają o przepis, ale każdy chciałby spróbować - widzę ich wzrok. Czasem mam wrażenie, że najważniejszy temat dnia brzmi "co dziś będzie jadł Tomek?".

środa, 1 września 2021

Nagroda

Kilka dni temu, dokładnie w piątek wydarzyło się coś niesamowitego. Kilka minut po godzinie dziewiątej przez nasz firmowy interkom wezwał mnie główny manager. W pierwszej chwili pomyślałem że chce omówić moją ostatnią kontrolę, tymczasem...

Wszedłem do vip roomu głównego managera. Początkowo ledwie go dostrzegłem - znajdował się przy swoim biurku roboczym na samym końcu długiego gabinetu. Zamknąłem za sobą ciężkie i obite jakimś dźwiękoszczelnym materiałem drzwi, przeszedłem obok ogromnego i długiego stołu z barokowymi (?) ornamentami dla co najmniej dwudziestu osób bezszelestnie - ponieważ stąpałem po bardzo miękkim dywanie. Manager zaprosił mnie abym usiadł przy tym długim stole i od razu przeszedł do rzeczy odrywając wzrok od dwóch laptopów stojących na jego biurku. Powiedział, że dopiero zacząłem pracę a już należy mi się nagroda. Jubileuszowa, z powodu przepracowania piętnastu lat pracy. W związku z tym jeszcze w tym dniu na moje konto wpłynie 75% wynagrodzenia miesięcznego. Siedziałem i patrzyłem się na niego jak jakiś idiota, bo zaniemówiłem i prócz "dziękuję" nic z siebie nie wydusiłem. Byłem w szoku. Nagroda? Dla mnie? Ale za co? To nie pomyłka?

Kazał podpisać dokumenty z których wynikało to co powiedział o tych 75% (aż w trzech egzemplarzach) i podając rękę pogratulował oraz zasugerował powrót do obowiązków. Podziękowałem po raz drugi i wróciłem do swojego stanowiska pracy oszołomiony bardzo. Przeczytałem jeszcze raz to co było tam napisane, a po około dwóch godzinach na moje konto wpłynęła kwota, której w nauce jazdy nie zarobiłbym pracując więcej niż tu - a było to tylko 75%.

To był bardzo zaskakujący piątek. Do dziś się dziwię, że dostałem taką nagrodę z tej okazji. Nie miałem pojęcia że cokolwiek takiego jest. A w weekend wciąż zadziwiony tą sytuacją odpoczywałem wśród pierwszych oznak jesieni.


poniedziałek, 30 sierpnia 2021

Myszy i kot

Może mi się tylko wydaje, ale zauważyłem że gdy moi współpracownicy dostrzegą iż manager opuści Departament natychmiast rozluźniają atmosferę - w tym także w kontaktach z petentami. Mało tego, są nawet tacy którzy po załatwieniu wszystkich spraw nie czekają na godzinę wyjścia z pracy tylko samowolnie opuszczają stanowisko i wychodzą. Bez żadnego zezwolenia. Skąd ja to wiem? Pisałem już, że moje biurko jest w najlepszym miejscu - stamtąd wiele widać :)

Może mi bardziej zależy, ponieważ chciałbym aby główny manager przedłużył moją umowę - ale nawet jeśli tak się stanie nawet wtedy bez wyraźnego zezwolenia nie zamierzam uciekać ze stanowiska pracy.

czwartek, 26 sierpnia 2021

Koooontrolaaaaa

No nie, ile może o tym pisać? Dzisiejszy dzień ZNOWU przysporzył mi stresu. Z samego rana manager powiedział, że przyjdzie do mojego "okienka" celem dokonania kontroli. To jakaś masakra, gdzie ja pracuję?!?!?!? Nie dość, że nie zjadłem śniadania z rana (sądziłem że zrobię to w wolnej chwili w Departamencie) to jeszcze ON wyskoczył mi z kontrolą :[

Petent i jego sprawa byli dość dwuznaczni. Bo niby chciał załatwić sprawę, ale zupełnie nie miał pojęcia jak to zrobić (tacy są prawie najgorsi). Gdy na kilka minut przed podejściem do "okienka" przygotowywałem wstępne dokumenty już zauważyłem tę dwuznaczność (błędy formalne). Nieco starsza osoba pogubiła się w tym co i jak, a ja musiałem sztywno trzymać się jedynej linii działania, dodatkowo używając określeń dozwolonych i zaakceptowanych w Departamencie. To niesamowite, gdy petent opowiada mi totalne bzdury - takie głupoty, że gdybym brał je na poważnie już miałbym jakąś chorobę psychiczną, a ja muszę tego wysłuchać nie przerywając mu, ładnie się uśmiechnąć (ale tak aby petent nie poczuł się urażony/zniesmaczony/zlekceważony) i okazać maksimum zainteresowania jego oraz jego sprawy. Następnie moim zadaniem jest przedstawić mu stanowisko Departamentu - oczywiście najczęściej zupełnie odmienne od jego. 

Tak na marginesie - czasem niektórzy w ogóle nie rozumieją co do nich mówię, gdyż używam zasobu słów właściwych i tylko tych zaakceptowanych przez głównego managera naturalnie. Zdarza się, że ktoś odchodząc od "okienka" zupełnie nie wie jaka jest przyczyna odrzucenia jego wniosku, ponieważ nie rozumie tego co do niego mówię (oczywiście moi współpracownicy mają tak samo). Ci bardziej odważni dopytują (ja mogę jedynie powtórzyć dozwoloną formułkę), a inni nie. Na zakończenie zawsze pytam czy to co powiedziałem jest zrozumiałe, oraz czy są jakieś pytania, lub czy mogę pomóc w czymś jeszcze, ale w 90% pada odpowiedź "nie".

Wracając do petenta i jego sprawy. Podczas kolejnych etapów wychwytywałem coraz więcej błędów - szanse na pozytywne załatwienie wniosku tej osoby topniały w oczach. Oczywiście człowiek zaserwował mi kilka niestandardowych aspektów sprawy (z trzema miałem niemałe kłopoty), a tuż obok mnie był manager który wszystko obserwował i notował. Szczerze - nie miałem pojęcia jak to rozwiązać, ale na szczęście miałem jeszcze kilka minut ponieważ przeszedłem do kolejnych etapów. Na koniec sprawy musiałem konkretnie zadecydować jak to zakwalifikować, oraz jaki przepis pod to podłożyć. 

Po odesłaniu petenta manager poprosił mnie do swojego manager-roomu i omówił cały proces. Miał dwa drobne zastrzeżenia (zawsze coś musi mieć, jak się dowiedziałem nawet u najstarszych pracowników cokolwiek znajdzie i wpisze do protokołu kontroli), co ciekawe - zupełnie inne niż te o które ja się obawiałem, niemniej jednak - sprawę petenta załatwiłem w sposób zgodny z linią Departamentu. HUUURRRAAAA :D

Ale wiecie co? Rozmawiając później ze współpracownikami n/t moich wątpliwości każdy inaczej rozwiązałby tę sprawę. Kto miał rację? Nie wiem, ale mojego działania kontrolujący nie zakwestionował - to chyba jakiś cud był...

poniedziałek, 16 sierpnia 2021

Kontrola. Znowu

Kilka dni temu, spokojnie czekam sobie na swoją godzinę podejścia do "okienka" i wezwania kolejnego klienta. Niczego nie świadomy podgryzam cynamonowe ciasteczka i popijam herbatkę (letnią łąkę). Aż tu do mojej sali wchodzi manager i oznajmia mi, że za chwilę będzie kontrolował mnie przy "okienku" :o. Ale się ucieszyłem... Odechciało mi się wszystkiego - herbata była okropna w smaku, a ciasteczka ohydne. Gdy o kontroli dowiedzieli się moi wciąż nowi współpracownicy zaproponowali mi pewną pomoc, dzięki której mógłbym uniknąć kontroli akurat w tym dniu, ale niestety.

Równo o 13 miałem już klienta, powinienem pojawić się w "okienku" i go wywołać, ale manager kazał mi poczekać na niego i wciąż się spóźniał. Przyszedł po 7 minutach (ja chodziłem już jak na szpilkach - strasznie nie lubię się spóźniać) i zaczęliśmy. 

Tym razem była to kontrola "w czasie rzeczywistym" - ale miała nieco inny charakter niż ten o którym pisałem ostatnio, ponieważ wtedy dotyczyła innej części moich obowiązków. Tak jak poprzednio musiałem wykazać się znajomością zasad i regulaminów, choć teraz główne znaczenie miało wdrożenie ich w kontekście mojego klienta. Po ogarnięciu wstępu który zajmuje mi zwykle nie więcej niż 5-7 minut (m.in. odpowiednie przywitanie klienta, wstępne rozpoznanie jego potrzeb, dokładnie zweryfikowanie jego dokumentacji) przeszedłem do drugiego kroku a po chwili do następnego. Ponieważ z przyczyn innych niż formalne nie mogłem zrealizować oczekiwań klienta, jednym z moich ostatnich obowiązków było wskazanie konkretnych przepisów oraz mogących mieć wpływ na sprawę rozwiązań niezbędnych do pozytywnego zakończenia oczekiwań klienta, odpowiednie uzupełnienie dokumentacji, upewnienie się o zrozumieniu przez klienta tego co do niego powiedziałem, oraz grzecznym pożegnaniu się.  A, bo bym zapomniał - oczywiście musiałem jeszcze dowiedzieć się czy przypadkiem nie ma innych spraw, które mój Departament mógłby dla niego zrealizować.

Niezbyt zadowolony klient odszedł od "okienka" w miarę bezproblemowo, a kontrolujący zadał mi jeszcze kilka trudnych pytań dotyczących klienta oraz jego sprawy - w tym kilka hipotetycznych - to znaczy takich gdyby ów klient był bardziej roszczeniowy/wymagający/trudny/bezczelny. Odpowiedziałem na nie właściwie - więc i tym razem kontrola zakończyła się dla mnie bezproblemowo. Manager miał oczywiście swoje wypracowane metody postępowania z m.in takimi sytuacjami i podzielił się ze mną nimi. Wszystko omówił ze mną w cztery oczy. Teraz właściwie to nie wiem kiedy będzie następna kontrola, ale mam nadzieję że w ciągu miesiąca nic nie będzie. 

To idę napić się herbaty i zjeść kilka ciasteczek cynamonowych.


poniedziałek, 26 lipca 2021

Kontrola

Zanim będę opisywał co i jak dokładnie robię w nowej pracy, napiszę dzisiaj o pierwszej kontroli. 

Mój Departament Spraw Trudnych i Beznadziejnych ma szereg różnego rodzaju regulaminów, wewnętrznych przepisów, uregulowań i instrukcji. Oczywiście - jak to w życiu bywa - nie każdą sytuację da się opisać, ale powiem Wam, że zanim rozpocząłem pracę w Departamencie musiałem zapoznać się z dwoma grubymi segregatorami takich właśnie dokumentów i notatek. Na każdej stronie musiałem się podpisać i potwierdzić, że zapoznałem się z danym dokumentem oraz że zobowiązuję się do realizowania go podczas pracy. Oczywiście w tej chwili nie pamiętam nawet 1/10 tego co tam było, mam słabą pamięć.

I w związku z moim rozpoczęciem pracy w Departamencie przyszedł czas na pierwszą kontrolę. Szef działu kilka dni temu poinformował mnie, że manager poprosił go o sprawdzenie tego, w jaki sposób pracuję oraz czy spełniam te wszystkie wymogi. Kontrola trwała cały dzień. Szef działu najpierw przyglądał się, w jaki sposób załatwiam bieżące sprawy - począwszy od tego jak witam petentów (ależ ja nie lubię tego słowa!), jakie mam podejście do rozwiązania ich sprawy, jakie jest moje zaangażowanie, oraz czy proponuję właściwą dla mojego działu drogę rozwiązania danego problemu/sprawy - co nie zawsze jest zgodne z oczekiwaniami petentów. Naturalnie oceniana była także kwestia pożegnania interesanta, oraz zgodność z wymogami jeśli chodzi o dokumenty - a to już temat rzeka: prawidłowość wypełnienia dokumentów, właściwe posegregowanie i przekazanie do innych działów, terminowość realizacji zadań oraz odpowiednie zaszeregowanie spraw nietypowych, trudnych lub beznadziejnych - to bardzo ważne.

Drugi etap kontroli to sprawdzenie już wystawionych przeze mnie dokumentów, decyzji, postanowień oraz tym podobnych. Czyli grzebanie w archiwum i szukanie ewentualnych błędów. Także przeglądanie zawartości mojego komputera - wszak szef działu ma takie uprawnienia.

Trzecim etapem kontroli było stworzenie symulacji zadań i problemów, z którymi musiałem zmierzyć się w czasie rzeczywistym. Plus taki, że kontrolujący zapytał czy jadłem już obiad (w tej firmie jedzenie to świętość) - gdy odparłem że tak, dopiero wtedy przystąpił do tego etapu kontroli. Musiałem wykazać się znajomością procedur i zasad, które realizowane są w przypadkach nietypowych i bardziej wymagających (na szczęście nie miałem tych beznadziejnych). Uff, powiem Wam że dzień kontroli wymęczył mnie bardzo.

Wyniki kontroli były satysfakcjonujące. W pierwszym etapie kontroli szef działu miał do mnie trzy zastrzeżenia, w tym dwa o niskim znaczeniu a jeden o średnim. Zalecił wdrożyć poprawę w kwestii tego średniego zastrzeżenia, a dwa pozostałe "zrobisz jak zechcesz".  W drugim etapie dopatrzył się, że na dwóch dokumentach zapomniałem się podpisać (był to akurat pierwszy dzień pracy, a do tej pory wystawiłem już mnóstwo różnych "papierków"). Nie robił z tego dużego problemu, ponieważ taka sytuacja zdarzyła się jednostkowo. Trzeci etap kontroli wypadł dla mnie najlepiej - zostałem pochwalony za prawidłową i zgodną z zasadami firmy znajomość zasad, oraz za to że byłem w stanie wdrożyć je w życie mimo różnych niesprzyjających okoliczności.

Podobało mi się, że kontrolujący wszelkie zastrzeżenia omówił ze mną w cztery oczy. Współpracownicy mówili mi, że nawet w razie kontroli "z samej góry" szef działu broni każdego swojego pracownika.  Następna kontrola we wrześniu - ale ta będzie bardziej szczegółowa niż ta pierwsza, będzie trwała oczywiście dłużej, a kontrolującym będzie specjalna komisja powołana do tego celu. Ale przeżyję i to - mam nadzieję że do tego czasu wdrożę się na tyle, że wybrnę z każdej nietypowej i beznadziejnej sytuacji :)

środa, 21 lipca 2021

Departament Spraw Trudnych i Beznadziejnych

Dziś minął dziewiętnasty dzień w mojej nowej pracy. Jest tam świetnie. Genialnie, fantastycznie, przebojowo, innowacyjnie oraz wymagająco. Każdy dzień jest inny. Czasem nudny, ponieważ mam sporo wolnego czasu. Tak - płacą mi za to, że nic nie robię. Już mnie to prawie nie dziwi gdy siedzę i stukam palcami po biurku na którym stoi mój obiad, herbata i ciastka a oni mi jeszcze za to płacą. Albo wychodzę na drugą stronę wielkiego budynku i po prostu zażywam kąpieli słonecznych, choć częściej wietrznych (bardzo lubię). Oczywiście czasem jest tak że nie mam wolnego czasu, ale o tym innym razem. 

Nie napisałem w ogóle, jaka to praca - a nawet Hebius ostatnio się tym zainteresował, więc proszę - pracuję w Departamencie Spraw Trudnych i Beznadziejnych. Mam własne "okienko", własne obowiązki oraz własną odpowiedzialność za czyny, które czynię. Jak czegoś nie wiem pytam kolegów lub koleżanki, więc w pewnym sensie na razie jestem trochę chronionym pracownikiem, albo inaczej - mniej srogo patrzy się na moje błędy. Staram się ich unikać, ale - nie myli się ten co nic nie robi, a ja robię same nowe rzeczy.

Po przejściu całego procesu rekrutacji manager natychmiast polecił przygotować mi biurko (nie wiedziałem, że to jeden z najważniejszych elementów), dostałem swoją szafkę (a właściwie kilka szafek - sam nie wiem po co mi tyle - musiałbym z domu pół garderoby tu przywieźć żeby je zapełnić) i wygodne krzesło. Do tego mnóstwo kart z dostępem do różnych rzeczy (niestety każda karta z innym PIN-em, wyobrażacie sobie mój stres związany z samym zapamiętaniem tych wszystkich kodów?!), karty magnetyczne do otwarcia drzwi (na szczęście bez PIN-ów) oraz inne takie, o których nie mogę tu napisać. Chodzę tym wszystkim obwieszony niczym koralikami, lub podobnymi wisiorkami. Wszystko to w czasie marszu stuka i puka nawzajem o siebie, czasem mam wrażenie jakbym był zaprzęgiem z dzwoneczkami - nawet zza zakrętu słychać że idę. Moi współpracownicy identycznie, choć niektórzy z nich opanowali nieco tę kwestię - ale ja dopiero się uczę przecież :P

Miejsce "oznaczone" jako moje ma sporo plusów: jestem bardzo blisko wyjścia, nie muszę się przeciskać pośród moich współpracowników jeśli chcę wyjść, blisko mam do toalety, a daleko do firmowego interkomu, ponadto mam dobry dostęp do kuchni, no i mogę w pewnym sensie "zarządzać" pracą całego oddziału z powodu bliskości super-komputera. I jeśli istnieje potrzeba zadziałania na tym super-komputerze to ja jestem pierwszy :D (a do interkomu ostatni - czy to nie genialne?).

Mój dział pracuje od rana do 16, ale zwykle wychodzę wcześniej. Przez te 19 dni może ze trzy lub cztery razy siedziałem w pracy do końca, a kilka razy zdarzyło się że skończyłem koło godziny 15. Oczywiście nikt nam tego nie rozlicza szczegółowo, jedyne co to decyzja managera - jak ktoś skończył to może iść do domu - bez sensu przecież bezproduktywnie siedzieć za biurkiem, prawda? Lepiej robić to w domu :)