Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 listopada 2025

Niezwykły dzień w Kazimierzu

Długi weekend pracując w Departamencie? Absolutnie nie! To znaczy zależy dla kogo, bo kadra zarządzająca oczywiście miała wolne, ale pracownicy nie, zatem mój "długi weekend" ograniczył się do niedzieli, ponieważ w sobotę i poniedziałek byłem w pracy. Ale, kilka dni temu odezwała się Hania - ta urocza dziewczyna z Turkusowego Wzgórza z propozycją wspólnego śniadania w Kazimierzu Dolnym. Spotkanie, rozmowa, wspólne jedzenie - głupstwem byłoby odmówić, zatem w niedzielę z samego rana popędziłem do Kazimierza.

Hania zapobiegliwie pojawiła się wcześniej w umówionym miejscu przeczuwając, że natłok turystów spowodować może brak wolnych stolików. Ale ja też wyjechałem wcześniej, bo sam przejazd przez miasteczko oraz zaparkowanie w tak gorącym okresie to nielada sztuka. 

Nie wiem jak Wy to widzicie, ale dla mnie wspólne jedzenie to jeden z ważniejszych elementów spotkań i interakcji, który sprzyja budowaniu relacji oraz wzmacnia poczucie wspólnoty z ludźmi, których darzymy szacunkiem i zaufaniem. To właśnie przy stole, w atmosferze relaksu i dzielenia się jedzeniem często rodzą się najcenniejsze wspomnienia, a więzi umacniają się. 

Zamówiliśmy tradycyjne śniadanie (jajecznica, szynka, żółty ser, sałatka oraz pasta z twarogiem) oraz zieloną herbatę i oddaliśmy się długiej rozmowie. 

Hania to energetyczna i przebojowa dziewczyna z przepięknym uśmiechem. Jej otwartość sprawia, że można z nią swobodnie rozmawiać na absolutnie każdy temat, od codziennych spraw po głębokie filozoficzne rozważania, zawsze znajdując w niej uważnego i zaangażowanego słuchacza. Jest bardzo kulturalną i ciekawą osobą, przy której nuda nie ma żadnych szans.

Najedzeni postanowiliśmy wybrać się w okolice winnicy. Na Kazimierskim Rynku chmury szczelnie zasłoniły niebo, ale na szczęście wbrew prognozom pogody nie padał deszcz.

Śmiejąc się, żartując i rozmawiając na różne tematy dotarliśmy do winnicy, która o tej porze roku wyglądała inaczej - po letnim sezonie wydawała się, jakby odpoczywała w głębokim śnie nabierając sił do kolejnego wydania owoców, oraz przyjęcia gości.

Wracając do miasteczka inną drogą wstąpiliśmy do Galerii z przepięknymi obrazami. Jej właścicielka Klara (poznałem ją podczas winobrania) zaprosiła nas na herbatę. Miałem okazję zobaczyć miejsce pracy artystki, porozmawiać z domownikami oraz odpocząć w bardzo miłej (oraz jazzowej) atmosferze. 

Aż żal było wychodzić, ale za oknem zaczęło się ściemniać, do miasteczka prawie godzinny spacer, a przecież ja musiałem jeszcze wrócić do domu, zatem skierowaliśmy się w stronę Kazimierza. Tam z trudem znaleźliśmy wolny stolik u Dziwisza, bo mieliśmy - na koniec naszego spotkania - chęć na gorącą czekoladę.

Nawet nie wiem kiedy minął ten wspaniały dzień, a ja mam ochotę na kolejne spotkania z Hanią! Udało mi się zrelaksować, odpocząć oraz zapomnieć o pracy przynajmniej na ten jeden dzień. 

piątek, 17 czerwca 2022

Podróżniczki

Gdy tylko wróciłem z wakacji od razu zostałem "zatrudniony" do zaopiekowania się kwiatami (dobrze że nie dziećmi :P). Jedna z koleżanek (prawdziwa Podróżniczka) przekazała mi sześć małych fiołków z dokładną i prostą na szczęście instrukcją - podlać za trzy dni. Trzy miarki wody dołączoną łyżeczką, fiołki ustawić w jasnym ale nie bezpośrednio nasłonecznionym miejscu. Nie zalać wodą. Proste? No pewnie, nawet dla mnie :P

Kwiatki ustawiłem więc od wschodniej strony na parapecie na dołączonej podstawce (na wypadek gdyby woda przelała się przez ziemię).


Moją uwagę zwróciła piękna łyżeczka. Bo kwiatki jak kwiatki - nie są to tulipany więc nic szczególnego, ale ta łyżeczka - cudo! Nie dość że pięknie zdobiona (szczególnie forma liścia na dolnej części) to jeszcze w miarę mała i zgrabna. Bardzo mi się podoba.



Druga koleżanka (też prawdziwa Podróżniczka) wyjechała na trzy tygodnie nad morze i zostawiła pod moją opieką całe mieszkanie z naciskiem na kwiaty w kuchni:


jak widać ma tam prawdziwy gąszcz, na szczęście konewka ma dość długi "dziubek" którym staram się sięgnąć do wszelkich doniczek, a jednocześnie nie zalać niczego innego ;-)

oraz te na balkonie:



Jest tam zawieszona na suficie duża donica z sadzonką truskawki, z której już podjadłem kilka owoców:

Oraz kilka pomidorów (zrobiłem zdjęcie jednego):

Podlanie tego wszystkiego zajmuje całkiem sporo czasu, przy okazji sprawdzam skrzynkę na listy oraz wietrzę mieszkanie. I jedno z ważniejszych przykazań właścicielki - nie wolno aby woda leciała na balkon sąsiadów z piętra niżej, ponieważ są konfliktowi i wszystko im przeszkadza. Jak na razie prawie udało mi się tego dotrzymać, prawie - ponieważ jedną donicę trochę za mocno potraktowałem wodą :D

wtorek, 16 lutego 2021

Niby

Niby znajoma chce się zapisać na egzamin praktyczny, ale od kilku jazd sygnalizuję jej że powinna podszkolić się i poprawić te rzeczy, o których "trąbię". Ona swoje, ja swoje - ale jakoś bierze te godziny dodatkowe i jeździ. Zadecydowaliśmy, że dziś zrobię jej egzamin wewnętrzny i jeśli go zda, będzie mogła podejść do egzaminu państwowego. A więc zaczynamy.

1) Na placu manewrowym wylosowała sprawdzenie poziomu oleju oraz światła cofania. Po otwarciu pokrywy silnika nie wydobyła z siebie ani słowa* przez 5 minut - czyli przez czas przewidziany na realizację tego zadania. Dałem jej drugą szansę (kolejne 5 minut) ale znowu to samo. Wynik egzaminu negatywny, ale to dopiero początek...

* przed egzaminem pytałem czy chce przypomnieć sobie to zadanie. Odpowiedziała że nie, bo dzisiaj sobie o tym czytała!

2) Na mieście. Ja mówię w prawo - ona jedzie prosto. Ja mówię w lewo - ona zawraca. Gdy ja chcę zawrócić ona jedzie w prawo. No nijak nie mogę się wstrzelić w jej zamiary! Ona zawsze robi co innego niż ja chcę.

3) Znak stop. Trzeba się zatrzymać - o tym uczą już w przedszkolu, ale moja niby znajoma ani myśli to uczynić - gdy ja gwałtownie zatrzymuję pojazd ona wyskakuje do mnie z pretensjami "przecież się zatrzymałam". A podczas wcześniejszych jazd: "przecież było pusto". Skąd bierze się jej bezmyślność, by nie określić tego dosadniej? Przez ponad 30 godzin tłumaczyłem, ona ćwiczyła pod moim okiem, a wcześniej były wykłady na których też dużo się o tym mówiło, w dodatku ona twierdzi że cały czas czyta książkę z zasadami ruchu drogowego...

4) Tak w ogóle, to niby znajoma nie umie zbyt wiele. Np jak już dojedzie do skrzyżowania, to nie bardzo wie kto jedzie a kto powinien stać. Często jest tak, że ona dojeżdża i ma pierwszeństwo, ale hamuje bo widzi inny pojazd. Tak, wiem - to przecież olbrzymia jej zaleta że w ogóle widzi... i w zasadzie to nie powinienem się czepiać :P 

5) Parkowanie prostopadłe (pod marketem, bo wszędzie indziej można się zakopać choć śnieg nie padał już od kilku dni). Po zaparkowaniu wydaję polecenie wyjazdu, na co ona reaguje włączeniem pierwszego biegu i wyjechaniem do przodu. Moje zdumienie rośnie i rośnie, ale nie idę na łatwiznę - pytam ją jakie obowiązują kryteria do tego parkowania, ale uświadamiam sobie szybko że wyraz kryteria jest poza jej świadomością więc szybko zmieniam go na "zasady". Ona odpowiada że musi być włączony kierunkowskaz i tyle. Gdy informuję ją że powinna wyjechać tyłem chyba nie robi to na niej żadnego wrażenia - tyłem czy przodem, a jaka to różnica?

6) Długi i prosty odcinek (przynajmniej nie ma problemu z zasadami pierwszeństwa). Sęk w tym, że cały czas jedziemy lewym pasem ruchu. Przez chwilę łudzę się, że wyprzedzające pojazdy z prawej strony dadzą jej do myślenia, ale nie ma tak. Gdy zatrzymujemy się i pytam co mogło być źle ona nie ma pojęcia.

Ponadto w trakcie jazdy było wiele innych błędów i nieporozumień, włącznie z jej próbą podniesienia głosu. Tylko z uwagi na niby znajomość nie zakończyłem tej jazdy wcześniej, ale jeszcze teraz siedzi to wszystko we mnie, bo nie rozumiem jak można się tak zachować, jak można w takim stanie mieć ochotę na podchodzenie do egzaminu. Niby znajoma na koniec jazd dostała ode mnie kilka ostrzejszych słów oraz krótkie podsumowanie jej "umiejętności", na co ona tłumaczyła że tak ją nauczyłem, oraz że ma jakieś tam swoje problemy. 

I bądź dobry oraz idź ludziom na rękę - a potem taka osoba psuje cały dobry klimat szkolenia. Żałuję że miałem z nią szkolenie, gdybym wiedział w jaki sposób się to skończy już dawno przerzuciłbym ją do kogo innego. 

Z plusów - w te wszystkie śnieżyce mam pięknie odśnieżony plac przy garażu - nie wiedziałem że w cenie wynajmu będą takie usługi! No i mrozy i śnieg nie straszny mojej hybrydzie :)

czwartek, 21 stycznia 2021

Zepsuty wieczór

Dzisiejszy wieczór trochę psuje mi kursantka, która ma pretensje co do procesu jej szkolenia. Ogólnie jest nawet miła i do tej pory nie zauważyłem większych kłopotów, aż do dzisiaj. Zarzuciła mi, że o pewnej rzeczy (mniejsza o to jakiej) dowiaduje się dopiero teraz - czyli podczas dzisiejszej lekcji, a wg niej to podstawa i powinienem jej to powiedzieć wcześniej. Ba - powinienem wg niej omówić to bardzo dokładnie, a z powodu tego że ona na każdej lekcji jazdy robi notatki to oczywiście powinienem jej umożliwić napisanie tegoż - aby mogła się uczyć w domu. 

Na swoją obronę mam to że: powiedziałem jej o tym wcześniej (mam dowód - pisała o tym w swoich notatkach), powinna ten temat zapamiętać z lekcji teorii, oraz fakt że specjalnie na jej prośbę na początku kursu położyłem nacisk na inne aspekty - o które ona sama poprosiła (teraz po tych zarzutach tak sobie myślę że to były może żądania a nie prośby?). Sam znalazłem ten zarzucany mi temat w jej notatkach, ale nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia, bo ona "szła" dalej.

Otóż powiedziała mi, że jak na tak długo trwający kurs to w zasadzie niezbyt dużo umie, że nie widzi postępów i tak za bardzo nie wie co z tym robić dalej. Że kurs trwa ponad dwa miesiące, a to strasznie długo, że ona nie ma czasu na naukę i że jak jej coś tłumaczę to dla niej jest tego zbyt dużo - wg niej powinienem ograniczyć ilość przyswajanej wiedzy na poszczególnych jednostkach lekcyjnych, bo ona nie jest w stanie ogarnąć tego co już było. Oraz że tego wszystkiego jest tak dużo, że ona nie wiedziała że będzie tak ciężko. Starałem się bardzo cierpliwie czekać aż skończy swoje pretensje do mnie, ale gdy chyba skończyła odpowiedziałem co o tym sądzę - delikatnie i grzecznie - że proces szkolenia dopasowuję do jej tempa indywidualnie, oraz że jeśli chce to będziemy ćwiczyć wolniej (jeszcze wolniej?!?).

Ona chyba w ogóle się tego nie uczy - nie zna zasad ruchu drogowego, nie umie znaków, nie pamięta o czym mówiłem na poprzednich lekcjach! I do cholery robi te notatki? Przecież to zabiera tylko mnóstwo czasu, a przecież ona z tego nie korzysta - więc może robi je (notatki) aby jeździć mniej? Bez sensu! Poza tym odwołuje często jazdy, dlatego to wszystko tak długo trwa! Gdyby się wzięła do roboty to może coś z tego by było, bo wiedza sama do głowy nie przyjdzie. Ciekawe, czy ona w innych aspektach życia też jest tak oporna? Pewnie tak.

Męczy mnie to. I już wiem co miał na myśli kolega/instruktor, który dał mi ją na jazdy - powiedział wtedy że "nie mam cierpliwości do takich osób". Ale "jakich"? No właśnie - takich... Kursantka jazdę ma dopiero za tydzień (tak się umówiła, choć są wolne wcześniejsze terminy). Muszę jeszcze przemyśleć, czy nie zmienię jej instruktora, choć do tego czasu jeszcze wszystko może się zdarzyć - czyli znów może odwołać jazdę...

środa, 13 stycznia 2021

Ostatnia deska 3

Pani nie daje za wygraną - uparcie przychodzi na wszystkie zajęcia, mało tego - wciąż umawia się na kolejne lekcje. I nie odstrasza jej ani to że za wszystko musi zapłacić, że nie widać postępów w nauce, ani nawet nie odstraszają jej moje podsumowania - bo wydaje mi się że nie pozostawiam tam nawet kropli nadziei na cokolwiek.

Pisałem tu już wcześniej, że aby pomóc jej w nauce na kartkach zapisywałem poszczególne elementy jazdy tak, by po prostu mogła w domu przeanalizować sobie te rzeczy, ale przede wszystkim nauczyć się właściwego działania - w domu teoretycznie a u mnie w czasie jazd praktycznie. Na nic się to nie zdało, ponieważ gdy o coś pytam (to co pisałem na poprzednich zajęciach) to ona już nie pamięta. Mówi wtedy mi że uczyła się, ale ma krótką pamięć i nie potrafi zapamiętać. Ona po prostu nie ma predyspozycji do kierowania autem, ponieważ powinna wykazywać chociaż trochę umiejętności oraz znajomości zasad.

Chyba najbardziej irytuje mnie jej tłumaczenie, bo gdy pytam jak znak minęła przed chwilą (dosłownie 2-3 sekundy od minięcia znaku) a ona mówi że go widziała, ale nie pamięta. No jak można w ciągu trzech sekund zapomnieć jednego znaku który stał przy drodze? Daję jej zadanie zawrócenia, a ona zupełnie olewa znak zakaz zatrzymywania i bez ceregieli zatrzymuje się i próbuje zawrócić. I ciągle próbuje wmówić mi że ona widziała ten znak, tylko zapomniała... I tak cały czas.

Ma ponad sześćdziesiąt godzin jazd i wciąż nie zna zasad pierwszeństwa przejazdu, a jeśli nawet coś tam sobie przypomni to i tak na darmo, bo przecież nie zauważa znaków przed skrzyżowaniem, więc skąd niby miałaby wiedzieć kto jedzie a kto czeka?

Jazda z nią przypomina mi początkowe lekcje także z innych powodów - nie redukuje biegów i nie używa kierunkowskazów. Już setki razy jej o tym mówiłem i nadal zero postępów. Dziś napisałem jej to na kartce papieru:

Czy to pomogło? Może trochę tak, bo rzadziej robiła te błędy. Ale i tak myślę, że na najbliższej jeździe nie poprawi tych elementów jazdy. Ona się po prostu nie nadaje na kierowcę - nie z takim myśleniem, z taką nauką, z takim wiekiem... Ciąg dalszy nastąpi - dla mnie to obojętne - z drugiej strony wolę jeździć z nią niż z rozwydrzonym nastolatkiem :)

wtorek, 5 stycznia 2021

Ostatnia deska 2

Pisałem niedawno o pewnej pani, której musiałem zastosować nietypowy proces szkolenia - nazwałem to "ostatnią deską ratunku". Jak ogólnie wygląda takie szkolenie również pisałem wcześniej, dzisiaj chciałbym napisać o efektach.

1) poprawiła technikę ruszania, jeśli tylko zmieni bieg na pierwszy to w zasadzie w około 90% rusza właściwie, pojazd nie gaśnie i w miarę nie szarpie;

2) niestety wciąż zapomina o zmianie biegów, czyli jedzie przez miasto na trójce, zatrzymuje się przed przejściem i nic nie robi - a powinna zredukować na jedynkę;

3) zbyt mało widzi pieszych, np dziś - po prawej facet zbliża się do przejścia, a u niej nie ma żadnej reakcji, w dodatku przed przejściem nie wiedzieć po cholerę patrzy w lewo i w ostatniej chwili gwałtownie hamuje - bo pieszy oczywiście już wszedł na przejście

4) na znaki nie zwraca uwagi WCALE. Mimo tego że na wielu jazdach pytałem jaki znak minęła, a ostatnio po każdym takim zdarzeniu zatrzymywaliśmy auto i ona musiała wyjść z auta i pójść sprawdzić jaki znak stał (bo oczywiście nie widziała go), niczego jej to nie nauczyło. Z drugiej strony głupio mi starszą panią co chwilę wyganiać z auta i kazać chodzić oglądać znaki;

5) często się zdarza, że dojeżdża do skrzyżowania i przepuszcza każdego - czy trzeba czy nie, a wynika to z dwóch spraw - a) nie patrzyła na znaki, b) nie zna zasad pierwszeństwa;

6) dlatego przed jazdą, zanim jeszcze ruszy wypytuję ją np. o zasady ruchu drogowego. Na początku w ogóle tego nie umiała, teraz odpowiada już właściwie, ale gdy przychodzi co do czego dalej popełnia te same błędy;

7) na którejś z jazd wciąż nie umiała włączyć odpowiednich świateł. Postanowiłem wtedy, że nie zrobię z nią żadnej innej czynności, jak nie opanuje świateł - wszak ile można na to czekać? Było to na mniej więcej czterdziestej trzeciej jeździe. Przez ponad godzinę - najpierw wytłumaczyłem jak włączyć i do czego służą światła, potem kazałem jej powtarzać. Ciężko jej szło, ale przez ten czas nauczyła się (dobrze że nowe auto to i akumulator mocny);

8) plac manewrowy (jazda po "łuku") opanowała prawie bardzo dobrze, co na jej możliwości powinienem ocenić jako idealnie;

9) wciąż nie używa czwartego biegu, ale to tak odległa sprawa że nie wiem czy kiedykolwiek dojdzie do takiej wprawy (i w ogóle potrzeby użycia czwórki);

10) parkowanie - na 10 razy uda jej się trzy, czasem cztery. Reszta wykonana jest błędnie - bo albo nie używa kierunkowskazów, albo kręci kierownicą w złą stronę, albo zrobi cokolwiek innego źle;

I co dalej? Ano uczy się, bo oczywiście aby podejść do egzaminu państwowego musi najpierw zdać wewnętrzny, a na to nie ma szans. Na razie tłumaczę jej, żeby uczyła się dalej - o ile chce to ciągnąć, bo nie ma co rzucać się na egzamin wewnętrzny. A jeśli już się uprze, to poproszę aby zrobił go ktoś inny - nie ja.

środa, 16 grudnia 2020

Ostatnia deska

Jakiś czas temu jedna z kursantek po zakończonym kursie zadeklarowała że chce uczyć się dalej, ale przy mojej skromnej osobie. Jej dotychczasowy instruktor ostrzegł mnie o czekających trudnościach, a nawet niebezpieczeństwach - no ale to normalne, skoro ktoś po całym kursie chce brać kolejny.

Po czterech godzinach daję jej nadzieję na to, że coś z tego jednak będzie. Kolejne cztery to kompletna porażka. Następne cztery są średnie z tendencją do "już nic więcej nie potrafi zrobić" - w związku z tym chwytam się ostatniej deski ratunku i dla niej i wracam na początek kursu. Wszystko będziemy robić od nowa z tym, że nie popuszczę jej żadnego tematu ani odrobinę. Zasady ruchu drogowego będzie musiała umieć śpiewająco, a jeśli jakiegoś tematu nie zrealizuje zatrzymamy się w tym miejscu do momentu aż będzie zrealizowany w 100%. W dodatku czarno na białym wszystko zostanie dokładnie napisane, a notatki zabierze do domu i będzie musiała się nauczyć tego co tam wpiszę.

Nie widzę innego sposobu, choć będzie to kosztowny i długotrwały proces, no ale co z tego?

czwartek, 26 listopada 2020

Wyrachowany trans

Transpłciowy kursant uparty i dziwny w obyciu. Na jednej z ostatnich jazd wszystko próbował zrobić po swojemu, mimo że naprawdę dużo czasu poświęciłem na dokładnie omówienie co i jak ma zrobić, czego oczekuję i jakie możliwości powinien wykorzystać. W ogóle nie wziął tego do siebie.

Np. podczas omijania zaparkowanych przy krawędzi pojazdów przejeżdża tak blisko nich, że albo muszę gwałtownie hamować albo szybko chwytać kierownicę aby skorygować tor jazdy, ponieważ inaczej wbilibyśmy się w zaparkowane auta lub w te jadące z przeciwka. A powinien po prostu poczekać aż pojazd z przeciwka przejedzie i wtedy spokojnie rozpocząć manewr omijania. On uważa, że "miejsca jest wystarczająco". Tłumaczę więc, ale po kilku minutach gdy znowu daję mu podobne miejsce i zadanie on znowu pcha się na auta.

Nic jednak nie zmąci mojego dobrego nastroju, stajemy więc w bezpiecznym miejscu, a ja wzbogacam wypowiedź o szkice i rysunki tak, aby zrozumiał o co chodzi. I tak w kółko co kilka/kilkanaście minut.

Inny przykład - mówiłem już mu wiele razy jak należy wykonać manewr zawracania (ba, miał to wszystko na wykładach), ale gdy wydaję mu takie polecenie on znów robi to inaczej - wg swojego "widzimisię". Albo jest tak głupi że nie rozumie moich prostych poleceń, albo tak przebiegły i wyrachowany w tym co robi. I tak sobie myślę, że chyba to drugie. 

Zauważyłem, że po każdym takim chwilowym postoju jego zachowanie jest wyjątkowo demonstracyjne. Ruszanie ospałe i wręcz flegmatyczne, zmiana pasa ruchu bez eliminowania martwego pola, parkowanie na styk do innego auta - mam wrażenie że on testuje moją cierpliwość, ponieważ w normalnych sytuacjach robi te rzeczy całkiem poprawnie. A może jest oburzony tym że tyle mu tłumaczę? 

Nie pamiętam czy pisałem o tym, ale kilka jazd temu zwróciłem mu uwagę by nie trzymał dłoni na lewarku skrzyni biegów. Opowiedział że jeździ tak jak jego koledzy. Pomyślałem wtedy o nim same najgorsze rzeczy, ale gdy skończył jazdę delikatnie zaznaczyłem że ważne aby wybrał czy będzie słuchał kolegów czy instruktora. Nie odpowiedział na mój komentarz. W ogóle mało mówi, co mnie w tym wszystkim najbardziej cieszy, ponieważ nie chcę mieć z nim żadnych wspólnych tematów do rozmów. Zarozumiałość i specyficzny sposób bycia to jego problem, nie mój - ja tylko robię swoje. 

Do końca jazd pozostało mu pięć godzin, możliwe scenariusze to:

  1. na egzaminie obleje
  2. na egzaminie celowo pojedzie lepiej niż u mnie
  3. na egzaminie będzie miał szczęście i zda
Myślę że najbardziej prawdopodobna opcja nr 2.

poniedziałek, 19 października 2020

Samo życie...

Jeździłem ostatnio z dziewczyną tak zarozumiałą, że już od dawna nie było nikogo takiego. Podszedłem do niej na kursie jak do każdego innego, ale ona szczególnie robiła wiele aby poczuć do niej antypatię. Ja mówię jedno - ona zawsze ma drugie. Ja coś tłumaczę ona niby przyjmuje, a za chwilę znowu po swojemu. 

Większość ludzi teraz tłumaczy się "stresem". No dobra, niektórzy jeszcze złym dniem, pogodą, albo np butami. Ta zarozumiała miała swoje "ale to dziwne". No i ja się tak zastanawiam co jest dziwne? Bo dla niej wszystko czego się nie nauczyła było dziwne. Fajna i kolejna wymówka (obok stresu). 

Nie dałem za wygraną. Po każdym jej "ale dziwne!" zatrzymywaliśmy się, tłumaczyłem na spokojnie - nie w czasie jazdy, tylko tak żeby mogła skupić całą swoją uwagę na tym co mówię. Oczywiście aby wzmocnić mój przekaz użyłem także czystej kartki z kalendarza do rozrysowania danej sytuacji, a także całego wachlarza argumentów. Ale na końcu i tak słyszałem "ale to dziwne jest!". 

Nauczyłem się już dawno nie dyskutować z co niektórymi, bo to bez sensu. Interesowało mnie, aby zarozumiała robiła więc to co jej tłumaczyłem, ale ciężko jej to szło. No bo gdy nie znała zasad poruszania się, to trudno było na praktykach wyłożyć jej cały kodeks w różnych sytuacjach i konfiguracjach nie? 

Więc bez napinania się, robię swoje i aby do końca jazd :) A wieczorami kończę już to:

wtorek, 19 maja 2020

W zaparte

Jedną z kursantek jest teraz W. Starsza ode mnie o 8 lat kobieta kiedyś już próbowała zdać egzamin, potem zrobiła sobie przerwę i przyszła do mnie na co najmniej 10 godzin jazd doszkalających. Już na samym wstępie powiedziała, że jej poprzedni instruktor stale łapał za kierownicę, co jej się bardzo nie podobało. Jakoś wcale mnie to nie zaniepokoiło, pomyślałem że mógł być nadwrażliwy - w sumie często się z tym spotykam.

Ale... Już pierwszy skręt W. spowodował że w głowie włączył mi się alarm: "łap za kierownicę, bo albo wylądujesz na drzewie po lewej stronie, albo na znaku i krawężniku po prawej". Po mniej więcej pół godzinie jazdy byłem cały mokry, a maseczka potęgowała wszystko co kojarzyło się z wycieńczeniem. Próbowałem wytłumaczyć W. że auto samo nie skręca, że to ona nim kieruje, że to gdzie auto pojedzie zależy od tego co zrobi z kierownicą. Zresztą, sami wiecie - przedstawiłem jej cały wachlarz tego co i jak powinna zrobić. Efektów brak.

Pojechaliśmy na plac wedle jej życzenia, bo ja ćwiczyłbym dalej unikanie krawężników, linii ciągłych, drzew, znaków i innych aut na mieście. No ale klient - nasz pan. A na placu jeszcze bardziej źle niż na mieście. W. w ogóle mnie nie słucha, nie mam praktycznie z nią kontaktu. Nawet do przodu ma kłopot aby wjechać równo i nie najeżdżać na tyczki/pachołki, a do tyłu - "panie toż to kosmos!" Dla niej czy w prawo czy w lewo to jedno licho. Na około 40 minut jeden raz udało jej się przejechać w miarę dobrze (wg mojej oceny na 3-) i gdyby tak nieco to naciągnąć to dałoby się zaliczyć.

Na koniec powiedziała "zaparłam się aby zdać egzamin". Nie skomentowałem, bo i po co? Przede mną jeszcze co najmniej 8 godzin.



niedziela, 8 marca 2020

70 i więcej (2)

Z panią opisaną wcześniej tu wybrałem się do dużego miasta. Ma już ponad 80 godzin, postanowiliśmy że jazda w dużym mieście doda jej pewności. I może tak być, ale co to zmieni w kwestii tego że ona wciąż nie zwraca uwagę na czerwone światło? Bała się dużego ruchu, ale po kilku minutach jazdy zrozumiała (chyba) że jakoś w tym wszystkim da się jechać. Za to poprawiła technikę ruszania. Teraz na około 10 prób udaje się więcej niż połowa, rzadziej rusza z 6000 obrotów silnika, choć zdarza jej się to w najmniej oczekiwanym momencie.

Jadąc w trasie zmusiłem ją do używania czwartego i piątego biegu. Jechała tak około 80 km/h, więc nie jest źle (kiedyś nie przekraczała 30). Oczywiście wyprzedzali nas wszyscy - także ci którym tego nie wolno. A więc w trasie nie było okazji do ćwiczenia wyprzedzania, ale trudno.

Niebawem chce iść na egzamin. Wcześniej musi zdać egzamin wewnętrzny - postanowiłem że zrobi to jeden z moich współpracowników, więc jeśli jej się teraz uda to będzie miała drogę wolną. A czy dobije do 100 godzin? Zobaczymy.


czwartek, 27 lutego 2020

Prawdopodobnie

Nowe osoby na kursie, a wśród nich K. Jest trochę specyficzna, bo prezentuje doskonale typ dzisiejszej zbuntowanej młodzieży. W dużym skrócie - uważa że wszyscy w okół czepiają się nie dając jej spokoju, telefon jest jednym z jej najważniejszych przedmiotów wśród których się obraca, a słownictwo przyjmuje taki poziom slangu, że często nie rozumiem co do mnie mówi. Ale to mało ważne - bo to ona ma rozumieć co ja mówię - a odwrotnie nie musi działać już tak doskonale.

Ad rem - mam z nią już wyjeżdżone 8 godzin, jakoś udało nam się znaleźć nić porozumienia. Na dzisiejszą jazdę zaproponowałem (adekwatnie do jej postępów) skupienie się na na jednych z trudniejszych manewrów i miejsc w mieście. Zawsze przed jazdą informuję kursanta co będziemy dziś robić, na czym się powinien skupić i czego będę wymagał. K. posłusznie zgodziła się na mój plan, więc zaczęliśmy.

Po dwóch godzinach krótkie podsumowanie (bo wszelkie wątpliwości staram się rozwiewać na bieżąco). Nie było idealnie, trudniejsze manewry wymagają większej podzielności uwagi, więcej samodzielności, szybszej oceny sytuacji i jeszcze trochę przed nią - ale ma dopiero 10 godzin (łącznie z dzisiejszymi). To, co szczególnie mi się podoba to jej obserwacja otoczenia przejść dla pieszych - robi to tak dokładnie, przyjmując przy okazji pozycję dynamiczną - mało osób aż tak się przykłada do tego tematu. Z drugiej strony jest jej technika pracy rąk. Tyle o tym mówię, tyle już ćwiczyła i dalej kaleczy. Niech się uczy dalej, prawdopodobnie zda za pierwszym razem.


wtorek, 18 lutego 2020

Ciśnienie

Wchodząc do bloku zaczepia mnie sąsiadka z dołu. Pani Basia jest chyba w moim wieku, albo rok młodsza (tak na oko oczywiście). Zdaje się, że czekała na mnie bo wychodzi tylko aby mnie zapytać o właściwe ciśnienie w ogumieniu. Coś tam zrobiło się z kołem i powietrze zeszło prawie do zera. Ona to zauważyła i przez prawie godzinę pompowała - uwaga - ręczną pompką - taką jak do roweru! Napompowała do 3.2 atmosfer!

Szok! To trochę za dużo, ale kazałem jej tak już zostawić i obserwować. Powiedziała, że jest zmęczona i ledwo żyje, nie dziwię się jej. Jakiś czas temu miała jakiegoś faceta który zapewne by jej pomógł, miała także dorosłego syna - który również poradziłby sobie z tym problemem, ale obecnie pozostała w mieszkaniu jedynie z chorą mamą (to wiem z obserwacji "własnych" :P), pewnie dlatego postanowiła zaczepić właśnie mnie.

Zapytałem, czy potrzebuje uzupełnić powietrza w pozostałych kołach, a na wszelki wypadek dałem swój numer telefonu aby w razie czego dzwoniła - w końcu mogę na chwilę przyjechać nawet z kursantem i po prostu pomóc (w domu jestem tylko wieczorami). Sąsiadka bardzo się ucieszyła, oraz zaproponowała przejście na "ty". W końcu mieszkamy w tym bloku razem ponad 10 lat.

Przy następnej okazji gdy ją spotkam zapytam czy wszystko ok z pojazdem. I nie mogę zapomnieć aby mówić jej po imieniu.


środa, 12 lutego 2020

Końcówka kursu

Ostatnio miałem przyjemność pracować z G. To prawie moja kursantka, ponieważ jeździła też z paroma innymi instruktorami. Pod koniec szkolenia poprosiła o jazdy tylko ze mną, bo jak stwierdziła - moje tłumaczenia najlepiej rozumie. Zostało jej niecałe dziesięć godzin, więc trzeba ostro zabrać się do roboty. G zapytała czy zechcę z nią jeździć. Nie miałem pojęcia, że mogłaby w to wątpić, a przecież (dla mnie) to oczywiste.

Od razu ustaliłem, że już nie będzie taryfy ulgowej, tylko robimy najtrudniejsze miejsca, oraz że czeka nas niełatwa praca. Po kilku lekcjach podszkoliliśmy parkowania oraz zawracania. Z tym drugim miała większy problem, bowiem z trudem podejmowała decyzję o wyborze miejsca do wykonania manewru. Nie dawałem za wygraną - na zmianę były próby praktyczne z tłumaczeniem w jaki sposób zrobić to najlepiej. Na początku G. wybierała okropne miejsca - ciasne, z bardzo słabą widocznością lub takie, w których nie dało się tego zrobić zgodnie z przepisami. Ale po kilkunastu manewrach nabrała wprawy na szybkie i dobre wybieranie miejsca do zawracania. Obecnie nie ma z tym problemów.

Dziś, na końcowych jazdach popełniła dwa błędy w czasie dwóch godzin jazd. Po wjechaniu na skrzyżowanie o ruchu okrężnym zapomniała jakie było polecenie - w mniej więcej połowie skrzyżowania zapytała "gdzie jedziemy?" - oczywiście nie odpowiedziałem. Zrobiła drugie "kółko", ale niestety pojechała nie tam gdzie trzeba. Drugi błąd był poważniejszy - na środku skrzyżowania przepuszczała auta jadące z przeciwka (ona skręcała w lewo). Po przepuszczeniu wszystkich nie zwiększyła wystarczająco obrotów silnika i pojazd zgasł. Po jego uruchomieniu powtórzyła ten błąd. Zanim ponownie uruchomiła silnik pojazdy z prawej i lewej miały już zielone i właśnie wjeżdżały na skrzyżowanie. Musiałem interweniować. Ponieważ był to egzamin wewnętrzny, zakończył się negatywnie.

W związku z tym będziemy pracować nadal, bo G. jeszcze trochę brakuje do tego aby podejść do egzaminu. W planach mamy 4 dodatkowe godziny - G. znów zapytała czy wciąż nie mam jej dość. Naprawdę pracuje mi się z nią wyśmienicie i w sumie ma same zalety. Jest grzeczna, nie muszę przy niej otwierać okna, słucha mnie i nie dyskutuje, jest punktualna. Czego chcieć więcej?
A dodatkowo dziś przed jazdą powtórzyliśmy "obsługę" auta. Czyli włączanie wycieraczek, przewietrzanie i ogrzewanie wnętrza. Ponieważ wiem jak trudno zapamiętać te wszystkie elementy, pod koniec jazdy raz jeszcze poświęciłem 3-4 minuty na utrwalenie tych zagadnień. Im więcej takich ćwiczeń, tym więcej udaje się jej zapamiętać.

czwartek, 26 grudnia 2019

Telefon 2

Przychodzę do drugiej pracy. Co prawda najważniejsze wydarzenie jest dopiero o godzinie 10, ale jestem już na 9 ponieważ współpracownicy oczekują ode mnie wykonania pewnych czynności, o które już wcześniej była awantura. Ale mimo tego że jestem punktualnie (w grafiku mam od 9.00), oraz że poszedłem do najodleglejszego pokoju aby właśnie tam popracować, nie dane mi to było. Co chwilę przychodził któryś współpracownik i zawracał mi głowę czymkolwiek. Bo fakt, że przyszedłem rozniósł się po zakładzie w prędkości światła. Aż wpadł ten jeden, który z pretensjami wyskoczył natychmiast:

- Tomek, ty faworyzujesz innych współpracowników, a dla mnie nie chcesz zrobić tego co robisz dla innych. To niesprawiedliwe, nie może tak być absolutnie! Albo robisz wszystkim albo nikomu!

- nie, dla nikogo nie robię tego. Dokładnie - nie robię tego nikomu.

- no jak nie, jak wiem że robisz. Z. i P. mi o tym powiedzieli.

- to nie jest prawda. Wierz komu chcesz, nie zamierzam ciebie przekonywać na siłę. Ale wiesz co? Nawet gdybym wykonał ten projekt o którym mówisz, byłaby to jedynie moja dobra wola, ponieważ w moim zakresie obowiązków tego nie ma. Ba, z umowy jednoznacznie wynika że to Ty i inni współpracownicy powinni zagwarantować mi [tu wyliczam kolejne punkty i pokazuję mu umowę i zakres obowiązków]

- ale jak to? Naprawdę? Co to za umowa? Trzeba to zmienić natychmiast!

-słucham? Żartujesz sobie? Taką umowę mam u was już od samego początku. Nikt tu nie zwraca uwagę na takie rzeczy jak zakres obowiązków.

[chwila ciszy]

- Tomek, przepraszam Cię za te słowa, ja nie wiedziałem. Co zrobić aby nasza współpraca była lepsza?

- jesteście bardzo niezorganizowani, panuje tu chaos. Ja myślałem, że pracuję z ludźmi na poziomie. W tym zakładzie pracy nic się nie poprawi. Wy jesteście pomiędzy sobą tak skłóceni i tak rywalizujecie, że tu nic nie zmieni się na lepsze. Albo pójdę do managera i on zareaguje, albo po prostu znajdziecie sobie inną osobę do spełnienia waszych żądań. 

Potem wpadł drugi i trzeci, natomiast żenujący ton ich żądań pozostał niezmienny.

I na tym zakończyły się rozmowy (tu przedstawione w dużym skrócie, emocji i słów było więcej), a mi zostało niewiele czasu na zrobienie tego, po co przyszedłem. Po godzinie 10-tej podczas firmowej uroczystości potwierdziło się to co powiedziałem mojemu współpracownikowi. Po 11-tej wyszedłem z poczuciem, że przez chwilę (do końca roku) będę miał spokój, ale w styczniu problem powróci ze zdwojoną siłą i kolejnymi ich głupimi pomysłami.

Zdałem sobie sprawę z czegoś bardzo istotnego, że ich poziom intelektualny jest niższy niż mój. Nie mogłem w to uwierzyć, wszak to oni powinni być profesjonalistami w swoich kategoriach. Długo nad tym pracowali, później ktoś kilkukrotnie weryfikował predyspozycje do wykonywania zawodu. Tymczasem nie myślą, nie przewidują, nie analizują swojego zachowania i nie są w stanie racjonalnie podejmować decyzji. Kierują nimi najniższe instynkty - dowalić komu się da, zatopić współpracownika jak najszybciej, oczernić go podkładając bombę, a gdy komuś coś się udaje należy natychmiast z całą stanowczością go/to skrytykować. Oczywiście nie wszyscy tacy są, ale jakieś 70-80% załogi. Do tego, gdy coś im powiem, ubiorą to w zupełnie inne słowa, przeinaczą fakty tak, aby tylko wywołać kolejny skandal. Bowiem to miejsce żyje takimi właśnie skandalami, plotkami, podkładaniem sobie coraz większych bomb.

To ostatnimi czasy bardzo typowe. Widzę to na forach, w komentarzach internetowych. Taki jad wylewający się z ludzi, niechęć i wrogość do drugiej osoby, zazdrość gdy ktoś ma lepiej lub więcej. Sądziłem, że za internetowymi nickami kryją się sfrustrowani z problemami w dzieciństwie, ale jest inaczej.

Mój plan na styczeń - robić to co mam robić, nie wdawać się w dyskusje (one nic nie dają, moi współpracownicy nie rozumieją argumentów) i olewać wszelkie ich zachcianki, fochy i żądania. Jeśli to się nie uda (a jest duże ryzyko), pójdę do managera (z tego co widzę, nie ma on najmniejszej ochoty na wchodzenie w ten temat), a jeśli to nie pomoże po prostu podziękuję. Ale na razie moja cierpliwość jeszcze wytrzymuje (gorzej z ciśnieniem, które dobija po "akcjach" współpracowników do niebezpiecznych wartości).


wtorek, 28 maja 2019

Zielony jak sałata

Sałata, którą dostałem kilka dni temu była  tylko pierwszą "niespodzianką" od tej kursantki. To zdaje się było w poniedziałek, we wtorek sytuacja była podobna (zamiast sałaty inna rzecz), a w środę wręcz pewna propozycja (na telefon) - od razu wyjaśnię że nie była to propozycja seksualna (Hebius na pewno tak by to skojarzył :P). Gdy odmówiłem, po drugiej stronie zapadła cisza i zmartwienie. Wszystkie "prezenty" oddałem do biura - nie wyobrażam sobie przynieść do domu sałatę, którą dostałem od kogoś obcego, albo żeby przyjmować jakiekolwiek prezenty w trakcie kursu. Rozumiem, gdy ktoś w podziękowaniu przyniesie na przykład ptasie mleczko, czy dobre wino - ale po zakończonym kursie.

Tymczasem w piątek potwierdziły się moje domysły na temat zachowania tej kursantki. Zadała mi dwa pytania - czy mógłbym zaliczyć jej egzamin wewnętrzny. Grzecznie odpowiedziałem, że egzamin ten przeprowadzi jej inny instruktor już w tym tygodniu, więc jeśli pokaże że potrafi jeździć to zda go bez najmniejszego problemu (oboje dobrze wiemy, że jeździ bardzo słabo i nie ma najmniejszych szans na zdanie).

Drugie pytanie nie nadaje się do cytowania tutaj, ale jeśli jeszcze raz się ono powtórzy definitywnie rozstanę się z kursantką.


wtorek, 9 kwietnia 2019

Odmienność

Na kursie pojawiła się młoda dziewczyna. S - przyjmijmy że tak rozpoczyna się jej imię. Jest miła, uśmiechnięta i ma jakąś łatwość w nawiązywaniu kontaktów którą posiada - radzi sobie świetnie! Dopiero zaczyna, ma początkowe jazdy ale już nieźle rokuje. Po czym to poznaję? Po pierwsze słucha mnie - na pierwszej jeździe nie wychodziło jej ruszanie, a po 4 godzinach robi to lepiej niż większość kursantów pod koniec kursu. Tak - ponieważ nie szarpie autem, nie gazuje niepotrzebnie, wyczuwa sprzęgło - i po prostu robi to dobrze.

Po drugie - już zaczyna dostrzegać gabaryty pojazdu i stara się nie jeździć po krawężnikach. Myśli o tym, mimo tego że już nie podpowiadam na ten temat ani słowa. Skręcając ma świadomość że tył zacieśnia skręt zostawiając nieco miejsca właśnie na tył.

Po trzecie - na placu mogę sobie wysiąść i rozprostować (stare) kości. Ona panuje nad autem, nie szaleje, jedzie bardzo powoli ale płynnie, uważa patrząc w lusterka i jeśli coś jest nie tak po prostu się zatrzymuje.

Wciąż popełnia różne błędy, ale są one do wyeliminowania w czasie późniejszym - choć jak widzę jej progres to wiem, że zrobimy to wcześniej niż zwykle u innych. Zauważam także, że mój stosunek do tych którym w ogóle nie zależy obojętnieje. W końcu... :)


czwartek, 21 marca 2019

Koncepcja belferki

Belferka ma plan i powoli wprowadza go w życie. Pewnie siedziała nad nim sporo czasu i myślała, myślała, aż wymyśliła. Oznajmiła to na razie jednej tylko osobie (ale jak to w życiu bywa - już wszyscy o tym wiedzą), która z zupełną obojętnością przyjęła to do swojej wiadomości. Nie tak jak ja - ponieważ to zagranie nieco poniżej pasa (a już na pewno wykraczające poza ramy prawne) - zapowiedziałem (na razie współpracownikom) że nie biorę w tym udziału. Nie raz tak już robiłem, więc spływa to po mnie niczym letni deszcz.

Gdy oznajmiłem to moim dwóm kolegom, obaj (niezależnie od siebie) nabrali wody w usta. Czy wezmą udział w planie belferki czy też postąpią podobnie jak ja - okaże się za kilka dni najpewniej. Trzecią stroną w tym wszystkim jest szef - wiadomo że będzie się starał nadal dbać o wizerunek firmy, ale także tłumaczyć jej że postępowanie wg planu nie jest najlepszym rozwiązaniem. Lub przyklepie jej to po prostu - ale z użyciem któregoś z instruktorów - i oczywiście nie będę nim ja. Spokojnie mogą mnie obejść, nie będą w tym przekraczać prawa absolutnie. Inaczej niż z samą realizacją planu.

I co dalej? Cóż, słowa są różne - belferka nie raz rzucała je na wiatr. Myślę, że dla dobra wszystkich na obecnym etapie należałoby jej wyjaśnić iż dalsza nauka nie ma większego sensu. Oczywiście ma prawo do zabrania dokumentów i zgłoszenia się do innego osk (gdzie jej plan wykonają bez mrugnięcia okiem). Ma też prawo do oceny naszej działalności i zapewne w takiej sytuacji oceni ją bardzo negatywnie - jako ludzi (firmę) którzy nie potrafią nauczyć, przekazać wiedzy, przygotować do egzaminu. Ma też prawo do dalszego kształcenia. A także do rzetelnej informacji n/t jej stanu (toku) nauczania - tylko że właśnie tego belferka zupełnie nie przyjmuje.

Najprawdopodobniej cały mój wysiłek (ponad 34 godziny pracy) zostanie obrócony w pył. Nie tylko nie będzie kropli wdzięczności, ale przede wszystkim pojawi się roszczenie, złość i oczernianie. Cała praca z nią, ryzykowanie, nadstawianie karku i próba nauki obróci się niczym ostra i długa igła skierowana wprost w moje ciało. Czy będzie to kolejna nauczka, aby trzymać się jak najdalej od każdego kursanta, traktować go zupełnie bez emocji i wykonywać tylko i wyłącznie to co przewiduje program szkolenia?


wtorek, 5 marca 2019

Belferka za kółkiem - ciąg dalszy

Jak pisałem wcześniej, moja "ulubiona" kursantka ma już godziny dodatkowe. Nie radzi sobie zbyt dobrze, dlatego wspólnie podjęliśmy decyzję o dalszym szkoleniu. Wszystko odbywało się jak zwykle w spokojnej i w miarę dobrej atmosferze, ja starałem się jak mogłem aby nie okazać zniecierpliwienia i zażenowania stanem jej umiejętności. Niestety ona wciąż bardzo długo ustawia lusterka, nie potrafi nawet ruszyć nie mówiąc o tak kosmicznych zadaniach jak parkowanie czy zawracanie. Wciąż myli biegi (często zamiast dwójki próbuje wrzucić wsteczny), bardzo często próbuje uruchamiać silnik który już pracuje, zupełnie nie zwraca uwagi na znaki - fakt że ich nie zna. Czasem uda jej się zrobić łuk na placu - ale tylko gdy słucha co do niej mówię. Ogólnie stan jej wiedzy w skali od 1 do 6 oceniam na 1.


Kilka dni temu wymyśliła sobie, że mam ją dość i zapisała się do innego instruktora. Początkowo kolega ucieszył się, gdy dowiedział że to ktoś z doszkolenia. Pewnie myślał że praca będzie spokojna i chociaż w miarę bezproblemowa. Gdy przekazywałem mu kartę to uświadomiłem go, że nawet na placu nie powinien wysiadać z pojazdu ponieważ ona najczęściej myli hamulec z gazem - więc rozbić może się nawet na placu.

Jak wspominałem, kolega z miną zmęczonego życiem instruktora oddając mi kartę stwierdził "przeżyłem". I dodał, że spytał ją czy zamierza do mnie wrócić. Odpowiedziała że tak.

Ile jeszcze to potrwa? Nie wiem, ale w tym tygodniu wspólnie z szefem podejmę decyzję co robić dalej. Aby mogła podejść do egzaminu państwowego musi zdać te wewnętrzne - teorię jak i jazdę. Może to pierwsze uda się jej zaliczyć, ale nie widzę możliwości aby potrafiła jechać tak dobrze aby zdać wewnętrzny praktyczny. Prawdopodobnie egzamin ten będzie przeprowadzał ktoś inny niż ja, bo istnieje ryzyko iż zakwestionuje moją obiektywność. Już kilkukrotnie zasłaniała swoją niewiedzę tym, że czegoś jej nie powiedziałem, nie wytłumaczyłem. A także tym że w konkretnym miejscu na ulicy była pierwszy raz, ma zły dzień, boli ją głowa, ma niewygodne buty, źle ustawiony fotel itp itd.

Pracując w tym zawodzie trzeba mieć gruba skórę, ale także być stanowczym i mimo wszystko starać się trzymać pewien poziom. Co będzie dalej? Zobaczymy :)

poniedziałek, 4 lutego 2019

Step by step

Poniedziałek rozpoczął się pracowicie. Mniejsza o to ile zrobiłem godzin, od końca - zostałem poczęstowany pysznymi pierożkami z domowym dżemem. Porzeczkowym chyba. A jakie to ciasto rozpływające się w ustach - jeszcze nie jadłem tak dobrych pierożków!



Wcześniej udało mi się częściowo załatwić półtorej sprawy, które są jakąś tam mini cząstką postanowień o których pisałem niedawno. Już od kilku dni spędzają mi one sen z powiek, czasem w ogóle nie potrafię zasnąć tylko myślę jak to zrobić. Na razie jest w miarę ok, choć kosztowało mnie to sporo nerwów (finansowo także). Dziś dodatkowo zrobiłem coś pierwszy raz w życiu, może nawet użyłem uroku osobistego? Ale chyba nie, wszak w ten sposób mógłbym tylko zrazić interlokutora, aczkolwiek czuję że mnie lubi i te pół sprawy jest już do przodu. Jeśli w środę uda się wszystko dokończyć, to będę zajmował się kolejnymi etapami - łatwiejszymi psychicznie.

Głowa zapełniona właśnie tymi myślami, a na jazdy przychodzi belferka. Hmm, jakby to powiedzieć ładnymi słowami - potrzebuje jeszcze dużo czasu aby pojąć jazdę i manewry. Nadal próbujemy - m.in. parkować i wciąż zajmuje jej to około 7-10 minut (jedno parkowanie) i to z moim pomaganiem. Oczywiście przy tym wszystkim blokuje ruch na osiedlu, a silnik gaśnie jej kilkanaście razy. Myli biegi non stop. Gdy proszę ją aby zrobiła to odrobinę szybciej z lekką złośliwością odpiera, że gdy się już nauczy to wtedy będzie szaleć. Tylko kto mówi o tym aby szaleć? Czy ona w ogóle rozumie co ja od niej chcę?

A początek dnia to znowu mały prezent. I to znowu ciacho! A jakie pyszne! I za co to ja dostaję? Nie mam pojęcia! Wniosek jest taki - albo jednak mnie lubią, albo chcą otruć :P