Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 września 2025

Lubię wracać tam, gdzie byłem już...

To moje pierwsze takie święto - winobranie. Zatem czego się spodziewać? Interesujących ludzi, mile spędzonego czasu, niezapomnianych wrażeń? Przyjemnej pracy i relaksu w wyjątkowym miejscu, ciekawych rozmów? Degustacji pysznego wina? Zapowiadała się świetna pogoda (i przygoda), więc wystarczyło zabrać dobry humor i w drogę - do Turkusowego Wzgórza!


Przywitała mnie Hania, która przedstawiła Cezarego - właściciela tego wspaniałego miejsca. Od razu z Cezarym złapaliśmy wspólne tematy. Rozejrzałem się - przetwory, wina, owoce i sporo turkusowych akcentów. To trzecia wizyta w tym miejscu, ale wciąż mnie kręci! Pomiędzy rzędami winorośli a domkiem ustawione były dwa stoły z wieloma przepysznie wyglądającymi smakołykami, ale najpierw Cezary poczęstował lampką wyśmienitego czerwonego wina - idealnego na dobry początek!



Narzędzia już czekały, puste skrzynki także - zatem rozpoczęliśmy zbieranie winogron - na razie tylko białych, ponieważ czerwone które wymagają dłuższego okresu dojrzewania, muszą jeszcze poczekać na swoją kolej. 


Okazało się to być niezwykle fajnym i relaksacyjnym zajęciem. Słońce pięknie oświetlało wzgórze winorośli, a wiatr delikatnie tańczył z zielonymi liśćmi. Bardzo lubię taką pogodę, gdy jest przyjemnie ciepło ale nie gorąco - taka pora roku mogłaby dla mnie trwać zdecydowanie dłużej. Czułem że chłonę atmosferę tego święta wszystkimi zmysłami. Każde zebrane grono było małym triumfem, a widok zapełniających się skrzynek przynosił satysfakcję i radość z dobrze wykonanej pracy. Zapach ziemi, świeżych liści i słodkich owoców unosił się w powietrzu tworząc niesamowitą mieszankę lata i jesieni.


Miałem przyjemność pracować z Hanią, która dba w tym miejscu o każdy szczegół, oraz jest na pierwszej linii kontaktu ze wszystkimi odwiedzającymi. Nie dziwię się, ponieważ Hania oczarowuje przepięknym uśmiechem, częstuje gościnnością ale także rozmową oraz życzliwością i kulturą. Wszystko to współtworzy klimat i wyjątkowość tej kameralnej winnicy. 


Stopniowo dołączali kolejni zaproszeni, co stworzyło dynamiczną atmosferę i umożliwiło nawiązywanie nowych kontaktów. Każda nowa osoba wniosła ze sobą unikalne perspektywy i energię, co wzbogaciło nasze wspólne święto. Choć nie od razu zapamiętałem imiona nowo przybyłych (choć byli tacy którzy się o to postarali), to ze wszystkimi rozmawiało się niezwykle miło. Przy tak dużej ilości rąk do pracy, szybko uwinęliśmy się ze zbiorem, zatem po przeniesieniu pełnych skrzynek bliżej domku, nadszedł czas na odpoczynek oraz poczęstunek. 




Z pieca opalanego drewnem właśnie "wyszedł" chleb, który upiekł Cezary. Był doskonały - chrupiący i aromatyczny - smakował świetnie. Nie wiedziałem, czy jeść go z wędlinami, pastą z zielonych pomidorów, czy może z indykiem w galarecie a może śledziami? Do tego różne dodatki które jeszcze bardziej podkręcały apetyt, ale to było dopiero preludium. Po kilkunastu chwilach Cezary zaproponował leczo. Nigdy wcześniej nie miałem przyjemności kosztować tak perfekcyjnie przygotowanego leczo, które zachwycało swoją głębią smaku i intensywnym aromatem. To danie było prawdziwą ucztą dla podniebienia, a jego wyjątkowość sprawiła, że z chęcią oddałbym wiele, aby móc ponownie doświadczyć tego niezapomnianego kulinarnego przeżycia.


W międzyczasie winnicę odwiedzali kolejni turyści, którymi troskliwie zajmowała się Hania, a ja prowadziłem niezobowiązujące pogawędki oraz odpoczywałem łapiąc promienie słońca oraz witaminę D. I piłem wino czekoladowe.  Czy może być coś lepszego na świecie? Nie sądzę. Tymczasem na stół wjeżdżały kolejne specjały - pieczony kurczak, pierogi z mięsem (powstawały w okolicach północy poprzedniego dnia, smakowały obłędnie!) focaccia w różnych wersjach. Wszystko przepyszne.




Nie miałem już miejsca aby dalej jeść, ale gdy okazało się że jest szarlotka - nie byłem w stanie się powstrzymać! Była taka, jaką uwielbiam - na kruchym delikatnym cieście, z dużą ilością prażonych jabłek i nutą cynamonu oraz odrobiną kruszonego ciasta na górze. Jabłka były lekko kwaśne, a ciasto tylko trochę słodkie! Przyrządziła ją Edyta - młoda dziewczyna z pięknym uśmiechem i świetnym poczuciem humoru. 


Tak mi przemknęło przez myśl, by ją porwać i zmusić do pieczenia szarlotki... 😁 Wziąłem dokładkę. Był także świetny sernik i wiele innych dań, których nie spróbowałem, bo mógłbym pęknąć z przejedzenia.


To był niesamowity dzień, pełen nowych wrażeń. Zleciał zbyt szybko, ale wracam do niego myślami. Do ludzi, do ich opowieści, do atmosfery i luźnego klimatu, do winnicy położonej na łagodnym wzgórzu. Fajnie byłoby tu być podczas drugiego winobrania, ale czy pozwolą mi na to obowiązki - jeszcze nie wiem. Haniu i Cezary - dziękuję Wam za wspólnie spędzony przepiękny czas! 

niedziela, 7 września 2025

Księżyc

Dziś krótko. Weekend prawie się skończył, pozostało mnóstwo pięknych wspomnień, odkryłem kilka fajnych miejsc, przeżyłem niezapomniane chwile, trochę czasu spędziłem na interesujących rozmowach z nieznajomymi, a może teraz już znajomymi? Ale najważniejsze - udało mi się odpocząć i nabrać sił, do kolejnych wyzwań jakie - niewątpliwie - przyniesie nowy tydzień. Niebawem napiszę o tym wszystkim więcej.

Mam nadzieję, że mieliście podobnie, że wydarzyła się choć jedna miła i wartościowa rzecz, którą warto zapamiętać, lub nawet pielęgnować na dłużej. Bo szczęście to chwile. Życzę Wam kolorowych snów, a na dobranoc wczorajszy - Kazimierski księżyc (gdzieś w okolicach godz. 22). Uwielbiam księżyc, ten będzie dla Was!


(przepraszam za jakość, wciąż nie zmieniłem telefonu).

*** *** ***

A właśnie w tej chwili - jak pisze mój kolega - trwa zaćmienie księżyca, więc warto wyjrzeć lub wyjść i zerknąć, mi tak udało się to sfotografować:


A pół godziny później:

wtorek, 19 sierpnia 2025

Pokój bez drzwi

Jakiś czas temu pisałem o tym, jak wiele udało się zrozumieć i poukładać. Wytłumaczyć bardziej racjonalnie. Niestety, nie wszystko i nie tak od razu przychodzi z łatwością, a niektóre tematy ciągną się, niczym długi sznurek od prania. Choć zdaje się, że widzę pewną drogę, to wciąż tak jakby przez mgłę...

Zastanawiam się, w jaki sposób ludzie mogliby pozbyć się niechcianych obrazów, faktów, przedmiotów czy na przykład zdarzeń sprzed wielu lat, które niestety ciągle im towarzyszą. Są one porządnie zapisane w pamięci. Wciąż z łatwością można je odtworzyć, a co gorsza - pojawiają się  nawet nieproszone. Najczęściej (a może zawsze?) związane są ze sporym ładunkiem emocjonalnym, choć może się wydawać zwłaszcza początkowo, że emocji w tym nie było. Z czasem jednak, stawały się one coraz większe. Czy da się je jakoś "odpamietać"? W jaki sposób poukładać te wszystkie impulsy, które buzują w mózgu i czy da się to w ogóle zrobić? 

I od razu wyjaśniam - żeby była jasność - przykład poniżej nie dotyczy mnie, niekoniecznie należy szukać szczegółów realności zdarzenia, czy zastanawiać się nad innymi możliwymi rozwiązaniami. To jest tylko przykład niosący pewne rudymentarne problemy.

*** *** ***

Stary duży dom, niby zwykły, cichy i spokojny, lecz mający swoje ciemne strony i tajemnice. Po południu oraz wieczorami  życie tam toczy się całkiem normalnie, m.in. jest pyszny obiad i kolacja, a między nimi domownicy wykonują swoje obowiązki. Ale z rana, gdy do pracy/szkoły wychodzi większość domowników i zaczyna robić się prawie pusto, nie jest już tak kolorowo. W domu pozostają małe dziecko i ktoś jeszcze - dorosła osoba - opiekun. 

Pewnego dnia dziecko słyszy niepokojące odgłosy w drugim pokoju. Nie ma on drzwi, nigdy ich tam nie było, za to oddzielony  jest dość długim wąskim korytarzem i zawsze uchyloną  cienką, materiałową kotarą. Wychodzi więc zaciekawione ze swojego pokoju, aby sprawdzić co się dzieje. Błąd. Lepiej było nie wychodzić. Będąc na progu drugiego pomieszczenia  zauważa drastyczną scenę morderstwa. Jest jeszcze na tyle młodą osobą, że nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co widzi, nie rozumie dlaczego to ma miejsce. Natomiast w jakiś sposób wie (a może czuje), że dzieje się coś bardzo złego, coś co nie powinno się wydarzyć i na pewno coś, czego nie powinno się wiedzieć.

Jednak nie otwiera buzi, nie krzyczy, zachowuje się jakby było nieme. Jest w szoku. Zdaje się, że oprawca doskonale o tym wie, ponieważ w ogóle się nie przejmuje faktem obserwowania. Widzi przestraszone dziecko, ale nawet na moment nie przerywa swojego działania, a jego twarz ani drgnie. Po chwili dziecko robi kilka kroków w tył, i już nie widzi a jedynie słyszy to, co się tam dzieje. Szybko wraca do swojego pokoju, chowa się pod kołdrą i za wszelką cenę próbuje uciec od tego co tam zobaczyło.  Prócz dźwięków m.in. trzaskającego, łamanego drewna są słowa, wśród nich błagające o darowanie życia. Dziecko chowa głowę głęboko pod poduszkę i okrywa się nią z całych sił, aby odizolować ją od niepokojących dźwięków i nie słyszeć tego co dzieje się w drugim pokoju. Ale mózg nie daje za wygraną i mimo woli rysuje scenę widzianą przed chwilą. Jak na złość wizualizuje ją krok po kroku oraz dokładnie odtwarza i wplata do sygnałów docierających przez uszy. To wydaje się nie mieć końca. Dziecko próbuje schować głowę jeszcze bardziej, aby uwolnić się od myśli i zagłuszyć dźwięki a jednocześnie pozostać w swoim pokoju, ale z marnym skutkiem. Miota się, jak oszalałe. Po kilkunastu minutach dźwięk z drugiego pokoju wreszcie ustaje. Słychać tylko kroki i skrzypiące drzwi, co oznacza że oprawca osiągnął swój cel i wyszedł.

Mimo że powtarza się to nieregularnie, coś nakazuje dziecku zintensyfikować słuch każdego poranka i niejako "stać na czatach".  Cały organizm pracuje wtedy na wysokich obrotach, a wydaje się że nawet najcichszy szmer nie jest odbierany jedynie za pomocą narządów słuchu, ale za pomocą całego ciała. Że w procesie odbioru dźwięków uczestniczy tak samo ręka, noga czy brzuch - wszystkie one skupiają się wtedy tylko na jednym - oczekiwaniu na zły dźwięk będący początkiem fatalnego procesu. Całe ciało napina się i przygotowuje, aby jak najszybciej móc schować się, gdy tylko wykryje najmniejszy impuls wskazujący na to, że oprawca znowu się zbliża. 

Odruch ten pozostanie już z nim na zawsze, przeniesie się w każdy czas istnienia, oraz nakaże chować głowę i wręcz siłowo ściskać ją do poduszki mimo, że od dawna nie istnieje taka potrzeba. Ale także nasłuchiwać i wytężać słuch do granic możliwości. Wyłapywać możliwe nadejście zagrożenia, skupić się na każdym podejrzanym odgłosie. Nawet jeśli przez jakiś czas uda się kontrolować ten stan, to w momencie wybudzenia głowa dorosłego już człowieka jest lekko mokra i szczelnie otulona poduszką, lub nawet zawiniętą kołdrą jakby była w kokonie.

Trudno powiedzieć jak długo dziecko było narażone na takie doświadczenia, ale z pewnością odbywały się one co najmniej kilkunastokrotnie. Znaczącym przełomem była przeprowadzka, oddalenie się od sprawcy. Obraz kata i pierwszej ofiary został zapamiętany bez większych szczegółów, ale na tyle wyraźnie aby zidentyfikować konkretne osoby, ich miejsce zamieszkania. Przy kolejnych zdarzeniach pozostał tylko wizerunek mordercy utrwalony przez chwilę ale często powtarzany, choć dziecko wtedy już go nie widziało ale miało świadomość, kiedy pojawiał się w domu i kiedy z niego wychodził. Wskazywały na to różne dźwięki m.in. otwieranych nieco skrzypiących głównych drzwi oraz cichych ale wyraźnych kroków idących długim korytarzem. Sekwencje zdarzeń zawsze były identyczne i powtarzalne, ale to dźwięki i słowa zostały zakodowane znacznie lepiej, a zwłaszcza te pierwsze.

Dziś, w dorosłym życiu obrazy i dźwięki powracają w różnych momentach. Ale pojawia się też analiza możliwości działania. W jaki sposób można było pomóc ofiarom? Czy bezpieczne było pozostawanie w pokoju obok? Dlaczego gdy wszystko wracało do normy dziecko nie poprosiło o pomoc innych domowników? I najważniejsze - jak obecnie zachowałaby się już dorosła osoba, która przeszła przez takie trudne sceny w dzieciństwie?

Wydaje się, że by uruchomiła wszelkie dostępne zasoby i mogła postąpić nawet trochę nieobliczalnie, częściowo wbrew logice. Pod wpływem silnych emocji zakorzenionych kilkadziesiąt lat temu, kumulowanych a czasem nawet wzmacnianych mimo woli, mogłaby wręcz wybuchnąć agresją i atakiem. Gdyby obecnie zauważyła podobną scenę jak kiedyś, możliwe że by zareagowała z siłą i mocą nieadekwatną do sytuacji. Z dużą ilością przesady i afektu. Możliwe jest, że nagromadziła się w niej przez ten czas energia i silna potrzeba do natychmiastowej brutalnej reakcji. Czy byłaby ona podobnie zła do zauważonych wcześniej scen? Czy dałoby się je porównać, a konsekwencje działania byłyby zbliżone do siebie? A może znowu  by uciekła i schowała głowę pod poduszkę? Teraz chyba ma to niewielkie znaczenie.

środa, 30 lipca 2025

Przybłęda

Czasem zamiast do dużego miasta wybieram się w spokojniejsze miejsce, położone w głębokiej prowincji. Jedyną atrakcją jest tu przyroda - co też bardzo sobie cenię. Sąsiedzi są, ale daleko. Do niedawna nie było tu nawet w miarę szybkiego internetu, jedynie 2G, ale nie o tym.

Kilka tygodni temu w wysokim polu kukurydzy zabrzmiał koci dźwięk. Trochę płaczliwy, trochę wołający o pomoc. Mały kot (a właściwie kotka - jak się później okazało) powoli podchodził coraz bliżej jedynego w okolicy domu.

Lokalny czworonożny przedstawiciel tego samego gatunku zareagował nieco nerwowo (mieszka tu chyba już z rok - jest bardzo dzikim kotem), ale na szczęście obyło się bez rozlewu krwi i w ten sposób nowa kotka zagościła na posesji. Pierwszą noc spędziła na drzewie, co uważam za bardzo dziwne. Ale drugą i kolejne w pudełku z drugim kotem (tym dzikim) tuż przy samych domowych drzwiach.

Zaczęli jeść z jednej miski z tym, że "stary" kot bez problemu odchodził zostawiając wiecznie głodnej kotce większość jedzenia. Bawiły się razem, razem spały, ale w ciągu dnia kotka zostawała sama (stary kot wędrował gdzieś po swoich ścieżkach). Gdy ten wracał zawsze najpierw sprawdzał gdzie jest mała.

Niestety, tak jak kotka przyszła sama tak i odeszła. Nie do końca wiadomo w jakich okolicznościach. Była ciekawska i bardzo przyjazna - prawdopodobnie została porzucona przez złych ludzi. Wszędzie wchodziła, niczego się nie bała co pozwala postawić tezę że mogła wejść np pod pokrywę silnika lub w inne ciasne miejsce i "odjechać w siną dal" jako pasażer na gapę (dość często z tego miejsca odjeżdżają auta).

Nie wykluczam każdej innej opcji. Nie ma jej od ponad pięciu dni, więc pewnie już nie będzie. Szkoda. Łącznie mieszkała tu około tygodnia, w planach były szczepienia oraz sterylizacja, no ale... plany już nieaktualne.

wtorek, 25 lutego 2025

Zimowy Kazimierz

Wciąż biały weekend w Kazimierzu Dolnym. Wąwozy prawie puste, za to wzdłuż Wisły i w centrum miasteczka mnóstwo ludzi.


"U Dziwisza" też trudno o wolny stolik, ale mnie się jakoś udało. Polecam gorącą czekoladę i szarlotkę.



Zachód słońca na Albrechtówce piękny, choć czasem trafi się bardziej zjawiskowy. Ale tu - nad Wisłą klimat niesamowity. 

wtorek, 18 czerwca 2024

Jeszcze o Bułgarii

1) lot z Warszawy to ciut mniej niż dwie godziny, a pogoda - fantastyczna. Mimo ponad 30 stopni w cieniu, w ogóle nie czuję doskwierającego upału, w nocy było 24-25 stopni, a na plaży przyjemnie chłodno. Podczas mojego pobytu deszcze padał dwa razy ale tylko w nocy (była to bardziej mżawka niż deszcz). Ani razu nie zauważyłem jakichś burd lub niestosownego zachowania innych na ulicy - a w nocy chodziłem sporo. 

Wschód słońca widoczny z balkonu 

2) ceny podskoczyły, ale to normalne ponieważ w całej Europie koszty życia się zmieniły. Bułgaria wciąż nie ma Euro, 1 BGN kosztuje średnio 2.30 PLN. Ceny w sklepach podobne jak u nas, w restauracjach (w centrum starego miasta/z widokiem na morze): zupa tarator (chłodnik) 6-8 BGN, sałatka grecka 9-12 BGN, pizza 14-18 BGN, danie z owocami morza (cały zestaw) 25-35 BGN, cola 4-5 BGN - czyli w przeliczeniu podobnie jak w moim małym miasteczku. Ceny paliw identycznie,a zarobki w Bułgarii są mniej więcej takie same jak u nas.

Typowa tawerna dla miejscowych

Sałatka Szopska (typowe danie Bułgarii) 

3) spokojnie można się dogadać mówiąc trochę po polsku, trochę po rosyjsku. W lepszych sklepach i hotelach oczywiście także po angielsku. Wśród nielicznych turystów słyszałem język rosyjski (lub któryś podobny) i właśnie angielski.

Plaża w Sozopolu

4) od kilku tygodni Bułgaria jest w strefie Schengen, co znacznie ułatwia podróżowanie. Lotnisko w Burgas jest wyremontowane, czyste i schludne (6 lat temu wyglądało okropnie, a w toaletach był zapach nie do zniesienia). Niestety wciąż są na bakier z technologią, bo np przed kontrolą bezpieczeństwa stoi strażnik (1) który musi każdego sprawdzić (bilet+dokument tożsamości) co powoduje duże kolejki.

Jeden z wielu sklepików z pamiątkami (Nessebyr) 

5) stan dróg wciąż odbiega od tego co jest w Polsce. Nawet główne drogi nie mają utwardzonego pobocza/pasa awaryjnego, niektóre skrzyzowania/zjazdy wyglądają jakby były prowizoryczne. Nierówności jest sporo. Progów zwalniających również. Chodniki bardzo nierówne, trzeba patrzeć pod nogi bo można się połamać. Krawężniki tak wielkie, że nie ma szans aby nie uszkodzić auta jadąc zbyt blisko. Osoby niepełnosprawne mają dużo problemów z poruszaniem się.

Wysokie krawężniki to norma w Bułgarii 

6) Bułgarzy jeżdżą i nowymi BMW, Mercedesami i innymi autami premium, ale także starymi gruchotami które słychać na pół miasteczka. Oczywiście przepisami ruchu drogowego nikt się nie przejmuje. Parkują gdzie się tylko da (widziałem kilka razy odcholowywane auta), a znak STOP oznacza że trzeba tylko zwolnić. Nawet kierowcy autobusów nie przestrzegają ograniczeń prędkości. Policja ma do dyspozycji nowe radiowozy jak i stare rozlatujące się Ople Astra, ale jest jej (Policji)  niewiele. Nie sądzę aby korzystali np z bezzałogowych statków powietrznych tak jak ma to miejsce u nas. 

Burgas - skrzyżowanie w centrum miasta 

7) na ulicach jest raczej brudno. Nie w miejscach turystycznych, nie przy hotelach i kurortach, ale na zwykłych terenach miejskich, w parkach - jest średnio pod tym względem. Często przez dłuższy czas na ulicy nie ma żadnego kosza, choć mam wrażenie że jest lepiej niż 6 lat temu.

Molo i plaża w Burgas 

8) koty są wszędzie. Wylegują się w najlepszych miejscach w cieniu, ale także w pełnym słońcu. Są przyzwyczajone do ludzi, w ogólne nie uciekają i nie boją się niczego.

Kot z Sozopola

Bułgaria i jej obywatele mają jeszcze sporo do nadrobienia. Mimo obecności w UE inwestycji współfinansowanych ze środków Unii nie widać prawie wcale, tylko czasem stoi tablica informująca o tymże. Natomiast na pewno nie pójdą w stronę Majorki lub Wenecji i nie będą narzekać na ilość turystów, ponieważ jest to dla nich bardzo duży zastrzyk finansowy. 

środa, 6 kwietnia 2022

Mrówki

Stało się! Manager pęka z dumy i radości. Nasz Departament, jako jeden z najbardziej wzorowych* w całym kraju został wybrany do przeprowadzenia naboru, przeszkolenia oraz przeegzaminowania kandydatów do pracy w Departamencie. Szok! Nie dość że wiąże się to z olbrzymią nobilitacją (oczywiście głównie dla kadry zarządzającej) to w ślad za tym idzie spory strumień finansowy (także dla kadry zarządzającej). Jeszcze trzy lata temu sam uczestniczyłem w przygotowaniach do takiej pracy, dziś widzę jak wygląda to z drugiej strony, ale nie o tym.

Kandydatów do pracy w Departamencie jest sporo, pierwsze zajęcia już się odbyły. O mało co nie musiałbym prowadzić kilku modułów, mój kierownik działu pytał czy nie chciałbym. Pamiętam, że zrobiłem wtedy zdziwioną minę - jak to ja? Przecież ja nic nie umiem i ledwo sam się jakoś tu wyrabiam! Na szczęście w międzyczasie kierownik innego działu (taaaa - komunikacja pomiędzy działami...) ustalił w swoim zespole osobę do prowadzenia tych zajęć. Wystąpienia przed ludźmi mnie nie przerażają, ale uczyć innych czegoś co niedawno sam rozpocząłem - wg mnie jest nieodpowiednie. Dziwi mnie natomiast, że sporo moich starszych kolegów ma tyle oporu przed tymi zajęciami. Mają dużą wiedzę i doświadczenie. A problemy które ja rozwiązuję w kilka minut oni "ogarniają" natychmiast.

Co się z tym jeszcze wiąże? Że za jakiś czas będę miał za plecami obserwatorów. Kandydaci do pracy w Departamencie będą umawiać się na praktyki, podczas których będą się przyglądać temu co robię, jak robię, które procedury wybieram, jakie podejmuję decyzje, jak je uzasadniam itp/itd. Będą mieli wgląd do danych osobowych naszych klientów, do systemu na którym pracujemy, oraz najważniejsze - pod koniec praktyk będą prowadzili sprawy pod moim okiem. Oraz oczywiście kierownika działu (który teoretycznie będzie czuwał nad wszystkim, a praktycznie nad niczym). Potem będą przechodzić niełatwe egzaminy, ale to już poza mną.

I co dalej? Czy będzie to oznaczało że mogę stracić pracę, ponieważ na moje miejsce będzie kilka innych osób? Niekoniecznie. Mam przewagę w prawie rocznym doświadczeniu w pracy, oraz - mimo wszystko - jakąś tam wypracowaną renomę. Tak wiem - minimalną, ledwo dostrzegalną - ale jednak. Więc o pracę się nie boję, a jeśli po tym wszystkim przyjdą do nas nowi pracownicy - będzie dobrze. Jeśli będą potrzebowali pomocy to chętnie pomogę. Sam niedawno byłem w takiej sytuacji. Na pewno nie stanie się to wcześniej niż w przyszłym roku, więc tym bardziej nie mam się czego obawiać. Tymczasem zasuwamy dalej, jak te mrówki...

* tak, wiem. Sam o mało nie naplułem na monitor ze śmiechu jak się o tym dowiedziałem będąc w Departamencie.

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Kosmos i oczekiwania szefa

Zniesmaczenie. Po ostatnim zebraniu, po którym prawie każdy dostał po tyłku, atmosfera poleciała hen daleko w kosmos. Czy słuszne te wyrzuty w kierunku nas - i tak i nie. Część uwag była jak najbardziej słuszna i merytoryczna, ale część z nich to zupełnie niepotrzebne kwestie - które powodują jedynie zgrzyty i niechęć do jeszcze lepszej pracy.

Dokładanie obowiązków, a jednocześnie wskazywanie że przecież pracując na etacie mam(y) np. urlopy to przecież żadna łaska - to jest coś co się należy jak psu buda. Stawka godzinowa, która mimo że jakiś czas podskoczyła wciąż jest mizernieńka tak, że sądzę iż niewielu z Was chciałoby pracować za tak małe pieniądze.

Kiedyś, gdy zaczynałem w tej firmie pracę było inaczej, lepiej. Wtedy było nas czterech instruktorów, dzisiaj jest ponad dziesięciu. Obawiam się, że to wszystko może iść w złym kierunku - ilość a nie jakość, coraz większy zysk firmy a jednocześnie wyzysk pracowników, brak profesjonalnych szkoleń i coraz większe wymagania szefa - to nie może się udać. 

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Szkolenie dodatkowe

Na kilka dodatkowych jazd (po całym kursie) przychodzi do mnie osoba mniej więcej w moim wieku, która do tej pory jeździła z moim kolegą z pracy. Już na samym początku widzę, że będę miał co robić...

  • tuż po wejściu do auta jedną z pierwszych czynności które wykonuje jest... włączenie świateł mijania. Gdy pytam ją dlaczego to robi odpowiada, że instruktor bardzo krzyczał gdy zapomniała o światłach, więc od pewnego momentu włączała je "od razu". Oczywiście nie była w stanie powiedzieć jakie inne światła mogłaby użyć (miałem na myśli do jazdy dziennej), nie wiedziała co znaczy funkcja "AUTO" na włączniku - ani nigdy z niej nie korzystała. Więc już na samym początku zacząłem tłumaczyć jej co i jak;
  • kolejny element, który rzucił mi się w oczy to ustawienie lusterek zewnętrznych. Ustawiła je bardzo w dół, co oczywiście powoduje że będzie jej łatwiej przejechać po placu manewrowym, ale na ulicy nie zobaczy tego wszystkiego co powinna. Jak twierdziła, jej instruktor w ogóle nie zwracał na to uwagi a ponieważ na placu manewrowym miała spore problemy jakiś znajomy doradził jej, aby "pomogła" sobie obniżając lusterka. Zdziwiona była, gdy powiedziałem że ma źle ustawione lusterka. Tu znowu minęło kilka minut zanim doszliśmy do porozumienia co do tego jak należy to ustawić;
  • podczas jazdy kursantka nie zwracała uwagi na to kiedy należy zmieniać biegi. Nauczona na zasadę: "ruszysz i od razu dwójkę, 30 km/h i wrzucasz trójkę" nie raz zdławiała silnik, gdy podczas ruszania na wzniesieniu jeszcze dobrze nie ruszyła a już włączyła dwójkę. Niestety, nie miała pojęcia o tym że obowiązują ją konkretne obroty silnika podczas zmiany biegów, oraz że powinna w miarę możliwości dojść przynajmniej do czwartego biegu. Nie wiem czy to prawda, ale powiedziała że nigdy nie używała czwórki!;
  • po zaparkowaniu skośnym powiedziała identycznie - że nigdy do tej pory nie parkowała skośnie. Była z siebie zadowolona, że jak na pierwszy raz to nieźle jej wyszło. Ale ja się zastanawiam jak można "przejść" kurs praktycznej nauki jazdy i nie zrobić jednego z zadań egzaminacyjnych?! Kolejna sprawa to korekta toru jazdy, którą mogłaby wykorzystać przy każdym parkowaniu, tylko że ona o niej nie słyszała! To także jej wina, ponieważ to wszystko było na wykładach, więc nawet jeśli (choć to niesamowite) nie miała tego na praktyce, to powinna wiedzieć;
  • na kolejnych jazdach (zorientowała się że niewiele do tej pory umiała) chciałem poprawić jej parkowania. Do tej pory skręcała "na sposób", a poza tym robiła to bardzo chaotycznie. Pokazałem jej, że auto pojedzie bez dodawania gazu, oraz że musi na bieżąco obserwować tor jazdy swojego auta oraz odległości między sąsiednimi pojazdami i korygować ten tor jazdy. Ona do tej pory skręcała określoną ilość razy a potem nie robiła już nic. Uwierzycie w to? Bo mi ciężko!;
  • na ostatniej jeździe zapytała mnie, czemu do tej pory nikt jej tego nie wytłumaczył, ale nie byłem skory do odpowiedzi - wszak nie będę krytykował kolegi - tzn nie przy niej, bo tu już mogę. I tak sobie myślę, że jeśli kursanci którzy przychodzą od innych instruktorów do mnie a potem wracają do swoich, opowiadają im co i jak robili, to ci instruktorzy muszą mnie strasznie nienawidzić. Poza tym, zastanawia mnie co oni robią przez te wszystkie godziny jazd? O czym oni rozmawiają w czasie szkolenia? Bo raczej nie o nauce :)

środa, 30 grudnia 2020

Do siego...

Ostatni wpis w tym roku - życzę Wam moi Czytelnicy, aby nadchodzący Nowy Rok był lepszy niż ten kończący się, aby Wasze plany nie były niczym zakłócone, aby zdrowie dopisywało, aby był czas na to, by przeżyć ten czas w taki sposób jaki sobie tylko wymarzycie. Mnie nie zawsze się to udawało, choć myślę o tym i tak więcej niż wcześniej. 

To był trudny rok, oczywiście ze względu na wirusa oraz obowiązkową izolację. Mam nadzieję, że ten rok zakończy ten dramat oraz że uda mi się zaszczepić, choć sądząc po tym jak niewielu ludzi w PL ma na to ochotę to sam już nie wiem czy uda się powstrzymać pandemię czy nie. Gdy rozmawiam z kursantami n/t szczepień to nikt jeszcze mi nie zadeklarował że ma zamiar - wszyscy są na "nie". Tak jak mój szef oraz większość instruktorów - tylko ja i jeden z moich kolegów wyraża chęć przyjęcia szczepionki. 

Mam wrażenie, że jeszcze kilka lat temu siła tzw. fake-newsów nie była aż tak wielka jak dziś, ciekawe skąd się to bierze - może z powodu braku zaufania do władzy? Mniejsza o to. Mimo trudnego roku wiele udało mi się zrealizować - grunt to iść cały czas do przodu i dążyć do spełnienia swoich celów - czego i Wam serdecznie życzę.

Spotkajmy się tu wszyscy za rok!



wtorek, 16 czerwca 2020

Niebieskie migdały

Wtorek - pierwszy dzień po krótkiej przerwie, podczas której udało mi się trochę pozwiedzać, trochę pomęczyć (o dziwo pozytywnie - im starszy tym lepiej się trzymam?) i odpocząć. I to nie tylko podczas jazdy (zwykle sama jazda jest dla mnie najważniejsza - nie ważne gdzie jadę, gdy już jestem u celu znów czekam aż wsiądę za kółko), ale także podczas długich spacerów.


Jednego dnia pieszo zrobiłem ponad 22 km w raczej nie płaskim terenie, ale pogoda dopisała więc czemu miałoby być inaczej? Ba, już dawno zdarzało mi się po prostu leżeć na trawie, myśleć o niebieskich migdałach i nie robiąc nic konkretnego liczyć kwiatki na łące, lub po prostu gapić się w chmury :)



Zatrzymać się, mieć czas na wszystko ale przede wszystkim dla siebie, nie żyć co do minuty. Już od pewnego czasu nie udawało mi się tego dokonać, aż do właśnie tego czasu.


A po tym wszystkim zanim wróciłem do normalności, kontynuuję czytanie. Nie tylko wtedy gdy musiałem siedzieć w domu ale także obecnie bardzo często sięgam do książek, ot choćby tych:


Tymczasem w pracy super. Naładowany energią rozpocząłem tydzień w pracy z kursantami, a dzień zleciał mi błyskawicznie. Co ciekawe, od paru dni wszyscy współpracujemy z nowym instruktorem, który okazuje się być kompetentnym i mądrym (z dotychczasowych obserwacji) człowiekiem. Aż miło się idzie do takich ludzi. A po pracy miałem czas na wszystko. Spokojną i długą kąpiel, porządną kolację, obejrzenie tego co się dzieje na świecie (Fakty TVN), a także na naukę.


Przy okazji w podzięce za [...] dostałem dużą porcję truskawek (na zdjęciu 1/20 tego co dostałem) - miałem je zrobić z mascarpone, ale chyba po prostu zjem same owoce :) Oczywiście nie dam rady wszystkiego zjeść, więc część już rozdałem.

wtorek, 21 stycznia 2020

Sąsiad 2

Mniej więcej pół roku temu pisałem o moim nowym sąsiedzie, który wprowadził się piętro niżej. Dziś na klatce schodowej nic już nie pachnie, ale sąsiad zaskoczył czym innym. Wyrzucając choinkę zapaskudził całą klatkę schodową - począwszy od swojego drugiego piętra aż do drzwi wyjściowych, gdzie pozostało mnóstwo zielonych (i rudych) igieł, a także mniejszych połamanych gałązek. 

Zauważyłem to w czwartek rano, gdy wynosiłem śmieci. Choinkę musiał więc wyrzucić z samego rana, ponieważ dzień wcześniej późnym wieczorem wracałem z pracy i na klatce było czysto. Rozumiem, że jakoś musiał pozbyć się drzewka, ale wystarczyło wziąć szufelkę oraz zmiotkę i przejść się od drugiego piętra (tam gdzie mieszka) w dół. Czyli sprzątnąć to, co pozostało przy wynoszeniu, pozostawić po sobie względny porządek i czystość. Jak można być takim człowiekiem pozbawionym myślenia (?). Nie mógł przecież tego nie zauważyć, albowiem pozostawił sporo igliwia oraz połamanych gałązek. A przy drzwiach wejściowych do jego mieszkania było już tego tyle, że nie było widać płytek - tzw. lastryka! 
Idąc w jedną i drugą stronę o mało się nie przewróciłem. Zgodnie z harmonogramem popołudniu powinna się pojawić ekipa która sprząta klatki schodowe. Każdy mieszkaniec bloku składa się na ich pracę od nie tak dawna, ponieważ wcześniej sami mieszkańcy dbali o porządek (młody sąsiad jeszcze wtedy tu nie mieszkał). Współczuję im trafiając na takich ludzi, którzy nie potrafią po sobie posprzątać - pomijam tu sytuacje ekstremalne - np w zaniedbanych blokowiskach. Gdyby był starszym, schorowanym człowiekiem - zrozumiałbym trudności w sprzątnięciu swojego obejścia, nie miałbym problemu aby mu pomóc (czy wręcz posprzątać za niego), ale sąsiad jest młodszy ode mnie i wygląda na całkiem zdrowego. Ja w życiu nie zostawiłbym po sobie takiego syfu, a depcząc te wszystkie pozostałości po choince nie mogłem zrozumieć jakim trzeba być ograniczonym, aby tak to zostawić. Poczułem zażenowanie i wstyd. Gdy wróciłem do domu w niedzielę wieczorem było już czysto.

Trochę przypomina mi to sytuacje, gdy ktoś wchodzi do toalety, a po wykonaniu czynności z którymi przyszedł, wychodzi nie myjąc rąk. To niesamowite, jak tak można? Obserwuję to u siebie w pracy, gdzie toaleta zlokalizowana jest przy samym pokoju dla instruktorów. Często popijając herbatę słyszę, gdy ktoś za ścianą obok spuszcza wodę* i natychmiast wychodzi. Nie chciałbym przywitać się z takim kursantem. W galeriach handlowych widzę podobne zjawiska. Facet zadbany, nie jakiś tam menel - tylko naprawdę porządnie ubrany - wychodzi z kabiny i od razu do wyjścia. Nie używa wody, ani mydła, a ręcznik papierowy także pozostawia w spokoju - może to z uwagi na ochronę środowiska? Tylko co z ochroną higieny osobistej?

Stać go na niezłe ciuchy, ale już na umycie rąk po toalecie nie? Podobnie z sąsiadem - kiedyś wypachniony aż do przesady - a tu nie potrafi posprzątać po sobie.


* niestety są także ludzie, którzy po wykonaniu pewnych czynności nie spuszczają wody. Po skończonych wykładach zawsze staram się "ogarnąć" salę - poprawiam krzesła, wyrzucam śmieci które kursanci pozostawiają, ale także zaglądam do toalety - czasem trzeba dołożyć rolkę papieru, czasem dolać płynu do mycia rąk - takie tam, podstawowe sprawy. No i niestety czasem widzę pewne "niespodzianki" pozostawione w muszli. Szok. Czy u siebie w domu też tak się zachowują? Ja tego nie rozumiem.

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Na luzie

Ostatnimi czasy pracuje mi się spokojniej niż dotychczas. Mniejsze wrażenie robią na mnie ci, którzy nie rozróżniają kolorów, tacy którzy w ogóle mnie nie słuchają, na wykładach nie pojawili się nigdy i - ogólnie mówiąc - są zieloni jak trawa na wiosnę. Myślę, że najważniejsze to robić swoje i nie oglądać się na innych, jak najszybciej odciąć się od pracy po jej zakończeniu.

Od kilku tygodni pracuję krócej, co z pewnością ma wpływ na moje lepsze samopoczucie, ale także na spokój i większe opanowanie. Dziś, gdy ktoś po czterdziestu godzinach praktyki i 30 godzinach teorii nie zatrzymuje się przed sygnalizatorem S2 nadającym jednocześnie czerwone oraz zieloną strzałkę, nie skacze mi już ciśnienie, nie denerwuję się. Oczywiście wciąż wytłumaczę że tak nie wolno, ale nie wzrusza mnie to.

Podobnie, gdy ostatnio przy końcu kursu osoba wjeżdża mi wprost pod nadjeżdżający pojazd uważając że ma pierwszeństwo. Na sygnalizatorze wyświetlany jest zielony sygnał, a my skręcamy w lewo. Powinniśmy przepuścić gościa w białej Toyocie, który nadjeżdża z przeciwka i skręca w swoją prawą. Ale mój kursant postanowił pojechać pierwszy "mogę jechać, mam pierwszeństwo" - powiedział na samym środku skrzyżowania. I w ogóle nie obserwując tego co się dzieje po prostu realizuje swój niemisterny plan. Wśród kierowców po prawej i lewej, którzy to obserwują jest J. - szkoli akurat na ciężarówce więc tym bardziej ma lepszy widok. Ja wciąż liczę, że kursant się zreflektuje i jednak zauważy że Toyota jedzie wprost na nas. A dokładniej - to my jedziemy na nią, ale nie - muszę sam interweniować hamując tuż przed białym autem. W sumie, to nic się nie stało. Do kolizji zabrakło jakieś pół metra, a że facet z Toyoty zaskoczony (także się zatrzymał), że jego mina była co najmniej wściekła, że zablokowaliśmy skrzyżowanie z uwagi na zgaśnięcie auta i fakt że kursant nie mógł ruszyć (może z wrażenia? chociaż wątpię) - to naprawdę  nic takiego.

Możliwe, że dopiero kiedy w życiu spowoduje kolizję lub wypadek to zrozumie co jest w tym ważne. Czyli przestrzeganie przepisów - ale nie na takiej zasadzie jak inni kierowcy - tylko faktycznie tak jak stanowi kodeks drogowy. Chociaż szczerze - wątpię.


czwartek, 26 grudnia 2019

Telefon 2

Przychodzę do drugiej pracy. Co prawda najważniejsze wydarzenie jest dopiero o godzinie 10, ale jestem już na 9 ponieważ współpracownicy oczekują ode mnie wykonania pewnych czynności, o które już wcześniej była awantura. Ale mimo tego że jestem punktualnie (w grafiku mam od 9.00), oraz że poszedłem do najodleglejszego pokoju aby właśnie tam popracować, nie dane mi to było. Co chwilę przychodził któryś współpracownik i zawracał mi głowę czymkolwiek. Bo fakt, że przyszedłem rozniósł się po zakładzie w prędkości światła. Aż wpadł ten jeden, który z pretensjami wyskoczył natychmiast:

- Tomek, ty faworyzujesz innych współpracowników, a dla mnie nie chcesz zrobić tego co robisz dla innych. To niesprawiedliwe, nie może tak być absolutnie! Albo robisz wszystkim albo nikomu!

- nie, dla nikogo nie robię tego. Dokładnie - nie robię tego nikomu.

- no jak nie, jak wiem że robisz. Z. i P. mi o tym powiedzieli.

- to nie jest prawda. Wierz komu chcesz, nie zamierzam ciebie przekonywać na siłę. Ale wiesz co? Nawet gdybym wykonał ten projekt o którym mówisz, byłaby to jedynie moja dobra wola, ponieważ w moim zakresie obowiązków tego nie ma. Ba, z umowy jednoznacznie wynika że to Ty i inni współpracownicy powinni zagwarantować mi [tu wyliczam kolejne punkty i pokazuję mu umowę i zakres obowiązków]

- ale jak to? Naprawdę? Co to za umowa? Trzeba to zmienić natychmiast!

-słucham? Żartujesz sobie? Taką umowę mam u was już od samego początku. Nikt tu nie zwraca uwagę na takie rzeczy jak zakres obowiązków.

[chwila ciszy]

- Tomek, przepraszam Cię za te słowa, ja nie wiedziałem. Co zrobić aby nasza współpraca była lepsza?

- jesteście bardzo niezorganizowani, panuje tu chaos. Ja myślałem, że pracuję z ludźmi na poziomie. W tym zakładzie pracy nic się nie poprawi. Wy jesteście pomiędzy sobą tak skłóceni i tak rywalizujecie, że tu nic nie zmieni się na lepsze. Albo pójdę do managera i on zareaguje, albo po prostu znajdziecie sobie inną osobę do spełnienia waszych żądań. 

Potem wpadł drugi i trzeci, natomiast żenujący ton ich żądań pozostał niezmienny.

I na tym zakończyły się rozmowy (tu przedstawione w dużym skrócie, emocji i słów było więcej), a mi zostało niewiele czasu na zrobienie tego, po co przyszedłem. Po godzinie 10-tej podczas firmowej uroczystości potwierdziło się to co powiedziałem mojemu współpracownikowi. Po 11-tej wyszedłem z poczuciem, że przez chwilę (do końca roku) będę miał spokój, ale w styczniu problem powróci ze zdwojoną siłą i kolejnymi ich głupimi pomysłami.

Zdałem sobie sprawę z czegoś bardzo istotnego, że ich poziom intelektualny jest niższy niż mój. Nie mogłem w to uwierzyć, wszak to oni powinni być profesjonalistami w swoich kategoriach. Długo nad tym pracowali, później ktoś kilkukrotnie weryfikował predyspozycje do wykonywania zawodu. Tymczasem nie myślą, nie przewidują, nie analizują swojego zachowania i nie są w stanie racjonalnie podejmować decyzji. Kierują nimi najniższe instynkty - dowalić komu się da, zatopić współpracownika jak najszybciej, oczernić go podkładając bombę, a gdy komuś coś się udaje należy natychmiast z całą stanowczością go/to skrytykować. Oczywiście nie wszyscy tacy są, ale jakieś 70-80% załogi. Do tego, gdy coś im powiem, ubiorą to w zupełnie inne słowa, przeinaczą fakty tak, aby tylko wywołać kolejny skandal. Bowiem to miejsce żyje takimi właśnie skandalami, plotkami, podkładaniem sobie coraz większych bomb.

To ostatnimi czasy bardzo typowe. Widzę to na forach, w komentarzach internetowych. Taki jad wylewający się z ludzi, niechęć i wrogość do drugiej osoby, zazdrość gdy ktoś ma lepiej lub więcej. Sądziłem, że za internetowymi nickami kryją się sfrustrowani z problemami w dzieciństwie, ale jest inaczej.

Mój plan na styczeń - robić to co mam robić, nie wdawać się w dyskusje (one nic nie dają, moi współpracownicy nie rozumieją argumentów) i olewać wszelkie ich zachcianki, fochy i żądania. Jeśli to się nie uda (a jest duże ryzyko), pójdę do managera (z tego co widzę, nie ma on najmniejszej ochoty na wchodzenie w ten temat), a jeśli to nie pomoże po prostu podziękuję. Ale na razie moja cierpliwość jeszcze wytrzymuje (gorzej z ciśnieniem, które dobija po "akcjach" współpracowników do niebezpiecznych wartości).


poniedziałek, 2 września 2019

Kultura za kółkiem

Późnym wieczorem w sobotę powolnym spacerem wybierałem się na zakupy. Zbliżając się do czegoś podobnego do boiska, moim uszom dobiegały same wulgaryzmy. Nie podnosząc za bardzo głowy sądziłem, że to jakaś lokalna grupa intelektualistów, którzy postanowili ciepły wieczór spędzić na kopaniu w piłkę.

Im byłem bliżej, tym bardziej gryzło mnie to co słyszałem. Ja pier****, ty chu**, były jednymi z najlżejszych których używali. Dobrze, że to miejsce nie znajduje się blisko mojego bloku. Przechodząc tuż obok w świetle mocnego oświetlenia dostrzegłem samych dzieciaków. Z wyglądu mieli od 8 do maksymalnie 12 lat. Byłem zaskoczony i przerażony ich zachowaniem.

Wśród kursantów - czyli teoretycznie dorosłych i odpowiedzialnych osób - takie sytuacje z wulgaryzmami również się zdarzają. Najczęściej w stosunku do innych kierujących. Ciekawe, że ktoś jeszcze nie umie jeździć, ma prawie zerowe pojęcia n/t przepisów ruchu drogowego a już poucza innych, popędza ich i krytykuje. Sam oczywiście popełnia jeszcze większe gafy.

Rozmowa i uświadomienie błędnego zachowania zwykle nie przynosi żadnego rezultatu, bowiem instruktor dla takiej osoby nie jest żadnym autorytetem. Co zatem można zrobić? Nie męczyć się i nie zwracać uwagi się nie da - bowiem wulgarne zachowanie rzutuje bezpośrednio na wizerunek mój oraz firmy. Są różne sposoby, ale pozostawię je bez komentarza.


sobota, 22 czerwca 2019

Podsumowanie tygodnia 89

Poniedziałek

Do wyjazdu na Majorkę pozostało tylko 98 dni. Uff, klimatyzacja naprawiona.

Wtorek

W drugiej pracy konfliktów ciąg dalszy. Zdaje się, że jestem znienawidzony od poziomu zerowego do najwyższego, przy czym kierownictwo nie okazuje tego aż tak bardzo, jak zerówka która pozwala sobie na prostackie odzywki. W dodatku przeze mnie muszą zrobić coś, co normalnie zrobiliby dzień później, a to okazało się dla nich sporym problemem. Dobrze, że w każdym momencie mogę zrezygnować z tej roboty.

Środa

Podjeżdżam do skrzyżowania, na pasie z prawej strony zatrzymuje się Ford Fokus, a facet patrzy na mnie i otwiera szybę. Ja także, by pewnie znowu usłyszeć że dla kogoś jechałem zbyt wolno, albo popełniłem inny fatalny błąd, lub że kursant nie ruszył odpowiednio dynamicznie. A facet pyta, czy go pamiętam bo 7 lat temu robił u mnie kurs. Ni w ząb nie pamiętam, próbowałem szybko odtworzyć twarz, ale ja i moja pamięć... Jak ktoś mnie zna to wie że nie mam dobrej pamięci. W każdym razie facet zadowolony z kursu, do dziś pamięta rady i wskazówki które mu dałem. Przez kilka chwil gdy stoimy przed czerwonym opowiada, że słyszał od znajomych o różnych instruktorach - w kontekście bylejakości. Ciekawe kto to był. Bardzo miło mi się zrobiło, aż tak że nie zapytałem go nawet jak się nazywa aby przypomnieć chociaż nazwisko.

Czwartek

wolne

Piątek

Upał od samego rana, na szczęście klimatyzacja daje radę. Szykuję ogórki: