wtorek, 23 września 2025
Lubię wracać tam, gdzie byłem już...
niedziela, 7 września 2025
Księżyc
wtorek, 19 sierpnia 2025
Pokój bez drzwi
Jakiś czas temu pisałem o tym, jak wiele udało się zrozumieć i poukładać. Wytłumaczyć bardziej racjonalnie. Niestety, nie wszystko i nie tak od razu przychodzi z łatwością, a niektóre tematy ciągną się, niczym długi sznurek od prania. Choć zdaje się, że widzę pewną drogę, to wciąż tak jakby przez mgłę...
Zastanawiam się, w jaki sposób ludzie mogliby pozbyć się niechcianych obrazów, faktów, przedmiotów czy na przykład zdarzeń sprzed wielu lat, które niestety ciągle im towarzyszą. Są one porządnie zapisane w pamięci. Wciąż z łatwością można je odtworzyć, a co gorsza - pojawiają się nawet nieproszone. Najczęściej (a może zawsze?) związane są ze sporym ładunkiem emocjonalnym, choć może się wydawać zwłaszcza początkowo, że emocji w tym nie było. Z czasem jednak, stawały się one coraz większe. Czy da się je jakoś "odpamietać"? W jaki sposób poukładać te wszystkie impulsy, które buzują w mózgu i czy da się to w ogóle zrobić?
I od razu wyjaśniam - żeby była jasność - przykład poniżej nie dotyczy mnie, niekoniecznie należy szukać szczegółów realności zdarzenia, czy zastanawiać się nad innymi możliwymi rozwiązaniami. To jest tylko przykład niosący pewne rudymentarne problemy.
*** *** ***
Stary duży dom, niby zwykły, cichy i spokojny, lecz mający swoje ciemne strony i tajemnice. Po południu oraz wieczorami życie tam toczy się całkiem normalnie, m.in. jest pyszny obiad i kolacja, a między nimi domownicy wykonują swoje obowiązki. Ale z rana, gdy do pracy/szkoły wychodzi większość domowników i zaczyna robić się prawie pusto, nie jest już tak kolorowo. W domu pozostają małe dziecko i ktoś jeszcze - dorosła osoba - opiekun.
Pewnego dnia dziecko słyszy niepokojące odgłosy w drugim pokoju. Nie ma on drzwi, nigdy ich tam nie było, za to oddzielony jest dość długim wąskim korytarzem i zawsze uchyloną cienką, materiałową kotarą. Wychodzi więc zaciekawione ze swojego pokoju, aby sprawdzić co się dzieje. Błąd. Lepiej było nie wychodzić. Będąc na progu drugiego pomieszczenia zauważa drastyczną scenę morderstwa. Jest jeszcze na tyle młodą osobą, że nie do końca zdaje sobie sprawę z tego co widzi, nie rozumie dlaczego to ma miejsce. Natomiast w jakiś sposób wie (a może czuje), że dzieje się coś bardzo złego, coś co nie powinno się wydarzyć i na pewno coś, czego nie powinno się wiedzieć.
Jednak nie otwiera buzi, nie krzyczy, zachowuje się jakby było nieme. Jest w szoku. Zdaje się, że oprawca doskonale o tym wie, ponieważ w ogóle się nie przejmuje faktem obserwowania. Widzi przestraszone dziecko, ale nawet na moment nie przerywa swojego działania, a jego twarz ani drgnie. Po chwili dziecko robi kilka kroków w tył, i już nie widzi a jedynie słyszy to, co się tam dzieje. Szybko wraca do swojego pokoju, chowa się pod kołdrą i za wszelką cenę próbuje uciec od tego co tam zobaczyło. Prócz dźwięków m.in. trzaskającego, łamanego drewna są słowa, wśród nich błagające o darowanie życia. Dziecko chowa głowę głęboko pod poduszkę i okrywa się nią z całych sił, aby odizolować ją od niepokojących dźwięków i nie słyszeć tego co dzieje się w drugim pokoju. Ale mózg nie daje za wygraną i mimo woli rysuje scenę widzianą przed chwilą. Jak na złość wizualizuje ją krok po kroku oraz dokładnie odtwarza i wplata do sygnałów docierających przez uszy. To wydaje się nie mieć końca. Dziecko próbuje schować głowę jeszcze bardziej, aby uwolnić się od myśli i zagłuszyć dźwięki a jednocześnie pozostać w swoim pokoju, ale z marnym skutkiem. Miota się, jak oszalałe. Po kilkunastu minutach dźwięk z drugiego pokoju wreszcie ustaje. Słychać tylko kroki i skrzypiące drzwi, co oznacza że oprawca osiągnął swój cel i wyszedł.
Mimo że powtarza się to nieregularnie, coś nakazuje dziecku zintensyfikować słuch każdego poranka i niejako "stać na czatach". Cały organizm pracuje wtedy na wysokich obrotach, a wydaje się że nawet najcichszy szmer nie jest odbierany jedynie za pomocą narządów słuchu, ale za pomocą całego ciała. Że w procesie odbioru dźwięków uczestniczy tak samo ręka, noga czy brzuch - wszystkie one skupiają się wtedy tylko na jednym - oczekiwaniu na zły dźwięk będący początkiem fatalnego procesu. Całe ciało napina się i przygotowuje, aby jak najszybciej móc schować się, gdy tylko wykryje najmniejszy impuls wskazujący na to, że oprawca znowu się zbliża.
Odruch ten pozostanie już z nim na zawsze, przeniesie się w każdy czas istnienia, oraz nakaże chować głowę i wręcz siłowo ściskać ją do poduszki mimo, że od dawna nie istnieje taka potrzeba. Ale także nasłuchiwać i wytężać słuch do granic możliwości. Wyłapywać możliwe nadejście zagrożenia, skupić się na każdym podejrzanym odgłosie. Nawet jeśli przez jakiś czas uda się kontrolować ten stan, to w momencie wybudzenia głowa dorosłego już człowieka jest lekko mokra i szczelnie otulona poduszką, lub nawet zawiniętą kołdrą jakby była w kokonie.
Trudno powiedzieć jak długo dziecko było narażone na takie doświadczenia, ale z pewnością odbywały się one co najmniej kilkunastokrotnie. Znaczącym przełomem była przeprowadzka, oddalenie się od sprawcy. Obraz kata i pierwszej ofiary został zapamiętany bez większych szczegółów, ale na tyle wyraźnie aby zidentyfikować konkretne osoby, ich miejsce zamieszkania. Przy kolejnych zdarzeniach pozostał tylko wizerunek mordercy utrwalony przez chwilę ale często powtarzany, choć dziecko wtedy już go nie widziało ale miało świadomość, kiedy pojawiał się w domu i kiedy z niego wychodził. Wskazywały na to różne dźwięki m.in. otwieranych nieco skrzypiących głównych drzwi oraz cichych ale wyraźnych kroków idących długim korytarzem. Sekwencje zdarzeń zawsze były identyczne i powtarzalne, ale to dźwięki i słowa zostały zakodowane znacznie lepiej, a zwłaszcza te pierwsze.
Dziś, w dorosłym życiu obrazy i dźwięki powracają w różnych momentach. Ale pojawia się też analiza możliwości działania. W jaki sposób można było pomóc ofiarom? Czy bezpieczne było pozostawanie w pokoju obok? Dlaczego gdy wszystko wracało do normy dziecko nie poprosiło o pomoc innych domowników? I najważniejsze - jak obecnie zachowałaby się już dorosła osoba, która przeszła przez takie trudne sceny w dzieciństwie?
Wydaje się, że by uruchomiła wszelkie dostępne zasoby i mogła postąpić nawet trochę nieobliczalnie, częściowo wbrew logice. Pod wpływem silnych emocji zakorzenionych kilkadziesiąt lat temu, kumulowanych a czasem nawet wzmacnianych mimo woli, mogłaby wręcz wybuchnąć agresją i atakiem. Gdyby obecnie zauważyła podobną scenę jak kiedyś, możliwe że by zareagowała z siłą i mocą nieadekwatną do sytuacji. Z dużą ilością przesady i afektu. Możliwe jest, że nagromadziła się w niej przez ten czas energia i silna potrzeba do natychmiastowej brutalnej reakcji. Czy byłaby ona podobnie zła do zauważonych wcześniej scen? Czy dałoby się je porównać, a konsekwencje działania byłyby zbliżone do siebie? A może znowu by uciekła i schowała głowę pod poduszkę? Teraz chyba ma to niewielkie znaczenie.
środa, 30 lipca 2025
Przybłęda
Czasem zamiast do dużego miasta wybieram się w spokojniejsze miejsce, położone w głębokiej prowincji. Jedyną atrakcją jest tu przyroda - co też bardzo sobie cenię. Sąsiedzi są, ale daleko. Do niedawna nie było tu nawet w miarę szybkiego internetu, jedynie 2G, ale nie o tym.
Kilka tygodni temu w wysokim polu kukurydzy zabrzmiał koci dźwięk. Trochę płaczliwy, trochę wołający o pomoc. Mały kot (a właściwie kotka - jak się później okazało) powoli podchodził coraz bliżej jedynego w okolicy domu.
Lokalny czworonożny przedstawiciel tego samego gatunku zareagował nieco nerwowo (mieszka tu chyba już z rok - jest bardzo dzikim kotem), ale na szczęście obyło się bez rozlewu krwi i w ten sposób nowa kotka zagościła na posesji. Pierwszą noc spędziła na drzewie, co uważam za bardzo dziwne. Ale drugą i kolejne w pudełku z drugim kotem (tym dzikim) tuż przy samych domowych drzwiach.
Zaczęli jeść z jednej miski z tym, że "stary" kot bez problemu odchodził zostawiając wiecznie głodnej kotce większość jedzenia. Bawiły się razem, razem spały, ale w ciągu dnia kotka zostawała sama (stary kot wędrował gdzieś po swoich ścieżkach). Gdy ten wracał zawsze najpierw sprawdzał gdzie jest mała.
Niestety, tak jak kotka przyszła sama tak i odeszła. Nie do końca wiadomo w jakich okolicznościach. Była ciekawska i bardzo przyjazna - prawdopodobnie została porzucona przez złych ludzi. Wszędzie wchodziła, niczego się nie bała co pozwala postawić tezę że mogła wejść np pod pokrywę silnika lub w inne ciasne miejsce i "odjechać w siną dal" jako pasażer na gapę (dość często z tego miejsca odjeżdżają auta).
Nie wykluczam każdej innej opcji. Nie ma jej od ponad pięciu dni, więc pewnie już nie będzie. Szkoda. Łącznie mieszkała tu około tygodnia, w planach były szczepienia oraz sterylizacja, no ale... plany już nieaktualne.
wtorek, 25 lutego 2025
Zimowy Kazimierz
wtorek, 18 czerwca 2024
Jeszcze o Bułgarii
1) lot z Warszawy to ciut mniej niż dwie godziny, a pogoda - fantastyczna. Mimo ponad 30 stopni w cieniu, w ogóle nie czuję doskwierającego upału, w nocy było 24-25 stopni, a na plaży przyjemnie chłodno. Podczas mojego pobytu deszcze padał dwa razy ale tylko w nocy (była to bardziej mżawka niż deszcz). Ani razu nie zauważyłem jakichś burd lub niestosownego zachowania innych na ulicy - a w nocy chodziłem sporo.
![]() |
| Wschód słońca widoczny z balkonu |
| 2) ceny podskoczyły, ale to normalne ponieważ w całej Europie koszty życia się zmieniły. Bułgaria wciąż nie ma Euro, 1 BGN kosztuje średnio 2.30 PLN. Ceny w sklepach podobne jak u nas, w restauracjach (w centrum starego miasta/z widokiem na morze): zupa tarator (chłodnik) 6-8 BGN, sałatka grecka 9-12 BGN, pizza 14-18 BGN, danie z owocami morza (cały zestaw) 25-35 BGN, cola 4-5 BGN - czyli w przeliczeniu podobnie jak w moim małym miasteczku. Ceny paliw identycznie,a zarobki w Bułgarii są mniej więcej takie same jak u nas. |
![]() |
| Typowa tawerna dla miejscowych |
![]() |
| Sałatka Szopska (typowe danie Bułgarii) |
3) spokojnie można się dogadać mówiąc trochę po polsku, trochę po rosyjsku. W lepszych sklepach i hotelach oczywiście także po angielsku. Wśród nielicznych turystów słyszałem język rosyjski (lub któryś podobny) i właśnie angielski.
![]() |
| Plaża w Sozopolu |
4) od kilku tygodni Bułgaria jest w strefie Schengen, co znacznie ułatwia podróżowanie. Lotnisko w Burgas jest wyremontowane, czyste i schludne (6 lat temu wyglądało okropnie, a w toaletach był zapach nie do zniesienia). Niestety wciąż są na bakier z technologią, bo np przed kontrolą bezpieczeństwa stoi strażnik (1) który musi każdego sprawdzić (bilet+dokument tożsamości) co powoduje duże kolejki.
![]() |
| Jeden z wielu sklepików z pamiątkami (Nessebyr) |
5) stan dróg wciąż odbiega od tego co jest w Polsce. Nawet główne drogi nie mają utwardzonego pobocza/pasa awaryjnego, niektóre skrzyzowania/zjazdy wyglądają jakby były prowizoryczne. Nierówności jest sporo. Progów zwalniających również. Chodniki bardzo nierówne, trzeba patrzeć pod nogi bo można się połamać. Krawężniki tak wielkie, że nie ma szans aby nie uszkodzić auta jadąc zbyt blisko. Osoby niepełnosprawne mają dużo problemów z poruszaniem się.
![]() |
| Wysokie krawężniki to norma w Bułgarii |
![]() |
| Burgas - skrzyżowanie w centrum miasta |
7) na ulicach jest raczej brudno. Nie w miejscach turystycznych, nie przy hotelach i kurortach, ale na zwykłych terenach miejskich, w parkach - jest średnio pod tym względem. Często przez dłuższy czas na ulicy nie ma żadnego kosza, choć mam wrażenie że jest lepiej niż 6 lat temu.
![]() |
| Molo i plaża w Burgas |
![]() |
| Kot z Sozopola |
Bułgaria i jej obywatele mają jeszcze sporo do nadrobienia. Mimo obecności w UE inwestycji współfinansowanych ze środków Unii nie widać prawie wcale, tylko czasem stoi tablica informująca o tymże. Natomiast na pewno nie pójdą w stronę Majorki lub Wenecji i nie będą narzekać na ilość turystów, ponieważ jest to dla nich bardzo duży zastrzyk finansowy.
środa, 6 kwietnia 2022
Mrówki
poniedziałek, 26 kwietnia 2021
Kosmos i oczekiwania szefa
Zniesmaczenie. Po ostatnim zebraniu, po którym prawie każdy dostał po tyłku, atmosfera poleciała hen daleko w kosmos. Czy słuszne te wyrzuty w kierunku nas - i tak i nie. Część uwag była jak najbardziej słuszna i merytoryczna, ale część z nich to zupełnie niepotrzebne kwestie - które powodują jedynie zgrzyty i niechęć do jeszcze lepszej pracy.
Dokładanie obowiązków, a jednocześnie wskazywanie że przecież pracując na etacie mam(y) np. urlopy to przecież żadna łaska - to jest coś co się należy jak psu buda. Stawka godzinowa, która mimo że jakiś czas podskoczyła wciąż jest mizernieńka tak, że sądzę iż niewielu z Was chciałoby pracować za tak małe pieniądze.
Kiedyś, gdy zaczynałem w tej firmie pracę było inaczej, lepiej. Wtedy było nas czterech instruktorów, dzisiaj jest ponad dziesięciu. Obawiam się, że to wszystko może iść w złym kierunku - ilość a nie jakość, coraz większy zysk firmy a jednocześnie wyzysk pracowników, brak profesjonalnych szkoleń i coraz większe wymagania szefa - to nie może się udać.
poniedziałek, 25 stycznia 2021
Szkolenie dodatkowe
Na kilka dodatkowych jazd (po całym kursie) przychodzi do mnie osoba mniej więcej w moim wieku, która do tej pory jeździła z moim kolegą z pracy. Już na samym początku widzę, że będę miał co robić...
- tuż po wejściu do auta jedną z pierwszych czynności które wykonuje jest... włączenie świateł mijania. Gdy pytam ją dlaczego to robi odpowiada, że instruktor bardzo krzyczał gdy zapomniała o światłach, więc od pewnego momentu włączała je "od razu". Oczywiście nie była w stanie powiedzieć jakie inne światła mogłaby użyć (miałem na myśli do jazdy dziennej), nie wiedziała co znaczy funkcja "AUTO" na włączniku - ani nigdy z niej nie korzystała. Więc już na samym początku zacząłem tłumaczyć jej co i jak;
- kolejny element, który rzucił mi się w oczy to ustawienie lusterek zewnętrznych. Ustawiła je bardzo w dół, co oczywiście powoduje że będzie jej łatwiej przejechać po placu manewrowym, ale na ulicy nie zobaczy tego wszystkiego co powinna. Jak twierdziła, jej instruktor w ogóle nie zwracał na to uwagi a ponieważ na placu manewrowym miała spore problemy jakiś znajomy doradził jej, aby "pomogła" sobie obniżając lusterka. Zdziwiona była, gdy powiedziałem że ma źle ustawione lusterka. Tu znowu minęło kilka minut zanim doszliśmy do porozumienia co do tego jak należy to ustawić;
- podczas jazdy kursantka nie zwracała uwagi na to kiedy należy zmieniać biegi. Nauczona na zasadę: "ruszysz i od razu dwójkę, 30 km/h i wrzucasz trójkę" nie raz zdławiała silnik, gdy podczas ruszania na wzniesieniu jeszcze dobrze nie ruszyła a już włączyła dwójkę. Niestety, nie miała pojęcia o tym że obowiązują ją konkretne obroty silnika podczas zmiany biegów, oraz że powinna w miarę możliwości dojść przynajmniej do czwartego biegu. Nie wiem czy to prawda, ale powiedziała że nigdy nie używała czwórki!;
- po zaparkowaniu skośnym powiedziała identycznie - że nigdy do tej pory nie parkowała skośnie. Była z siebie zadowolona, że jak na pierwszy raz to nieźle jej wyszło. Ale ja się zastanawiam jak można "przejść" kurs praktycznej nauki jazdy i nie zrobić jednego z zadań egzaminacyjnych?! Kolejna sprawa to korekta toru jazdy, którą mogłaby wykorzystać przy każdym parkowaniu, tylko że ona o niej nie słyszała! To także jej wina, ponieważ to wszystko było na wykładach, więc nawet jeśli (choć to niesamowite) nie miała tego na praktyce, to powinna wiedzieć;
- na kolejnych jazdach (zorientowała się że niewiele do tej pory umiała) chciałem poprawić jej parkowania. Do tej pory skręcała "na sposób", a poza tym robiła to bardzo chaotycznie. Pokazałem jej, że auto pojedzie bez dodawania gazu, oraz że musi na bieżąco obserwować tor jazdy swojego auta oraz odległości między sąsiednimi pojazdami i korygować ten tor jazdy. Ona do tej pory skręcała określoną ilość razy a potem nie robiła już nic. Uwierzycie w to? Bo mi ciężko!;
- na ostatniej jeździe zapytała mnie, czemu do tej pory nikt jej tego nie wytłumaczył, ale nie byłem skory do odpowiedzi - wszak nie będę krytykował kolegi - tzn nie przy niej, bo tu już mogę. I tak sobie myślę, że jeśli kursanci którzy przychodzą od innych instruktorów do mnie a potem wracają do swoich, opowiadają im co i jak robili, to ci instruktorzy muszą mnie strasznie nienawidzić. Poza tym, zastanawia mnie co oni robią przez te wszystkie godziny jazd? O czym oni rozmawiają w czasie szkolenia? Bo raczej nie o nauce :)
środa, 30 grudnia 2020
Do siego...
Ostatni wpis w tym roku - życzę Wam moi Czytelnicy, aby nadchodzący Nowy Rok był lepszy niż ten kończący się, aby Wasze plany nie były niczym zakłócone, aby zdrowie dopisywało, aby był czas na to, by przeżyć ten czas w taki sposób jaki sobie tylko wymarzycie. Mnie nie zawsze się to udawało, choć myślę o tym i tak więcej niż wcześniej.
To był trudny rok, oczywiście ze względu na wirusa oraz obowiązkową izolację. Mam nadzieję, że ten rok zakończy ten dramat oraz że uda mi się zaszczepić, choć sądząc po tym jak niewielu ludzi w PL ma na to ochotę to sam już nie wiem czy uda się powstrzymać pandemię czy nie. Gdy rozmawiam z kursantami n/t szczepień to nikt jeszcze mi nie zadeklarował że ma zamiar - wszyscy są na "nie". Tak jak mój szef oraz większość instruktorów - tylko ja i jeden z moich kolegów wyraża chęć przyjęcia szczepionki.
Mam wrażenie, że jeszcze kilka lat temu siła tzw. fake-newsów nie była aż tak wielka jak dziś, ciekawe skąd się to bierze - może z powodu braku zaufania do władzy? Mniejsza o to. Mimo trudnego roku wiele udało mi się zrealizować - grunt to iść cały czas do przodu i dążyć do spełnienia swoich celów - czego i Wam serdecznie życzę.
Spotkajmy się tu wszyscy za rok!
wtorek, 16 czerwca 2020
Niebieskie migdały
Jednego dnia pieszo zrobiłem ponad 22 km w raczej nie płaskim terenie, ale pogoda dopisała więc czemu miałoby być inaczej? Ba, już dawno zdarzało mi się po prostu leżeć na trawie, myśleć o niebieskich migdałach i nie robiąc nic konkretnego liczyć kwiatki na łące, lub po prostu gapić się w chmury :)
Zatrzymać się, mieć czas na wszystko ale przede wszystkim dla siebie, nie żyć co do minuty. Już od pewnego czasu nie udawało mi się tego dokonać, aż do właśnie tego czasu.
A po tym wszystkim zanim wróciłem do normalności, kontynuuję czytanie. Nie tylko wtedy gdy musiałem siedzieć w domu ale także obecnie bardzo często sięgam do książek, ot choćby tych:
Tymczasem w pracy super. Naładowany energią rozpocząłem tydzień w pracy z kursantami, a dzień zleciał mi błyskawicznie. Co ciekawe, od paru dni wszyscy współpracujemy z nowym instruktorem, który okazuje się być kompetentnym i mądrym (z dotychczasowych obserwacji) człowiekiem. Aż miło się idzie do takich ludzi. A po pracy miałem czas na wszystko. Spokojną i długą kąpiel, porządną kolację, obejrzenie tego co się dzieje na świecie (Fakty TVN), a także na naukę.
Przy okazji w podzięce za [...] dostałem dużą porcję truskawek (na zdjęciu 1/20 tego co dostałem) - miałem je zrobić z mascarpone, ale chyba po prostu zjem same owoce :) Oczywiście nie dam rady wszystkiego zjeść, więc część już rozdałem.
wtorek, 21 stycznia 2020
Sąsiad 2
poniedziałek, 6 stycznia 2020
Na luzie
Od kilku tygodni pracuję krócej, co z pewnością ma wpływ na moje lepsze samopoczucie, ale także na spokój i większe opanowanie. Dziś, gdy ktoś po czterdziestu godzinach praktyki i 30 godzinach teorii nie zatrzymuje się przed sygnalizatorem S2 nadającym jednocześnie czerwone oraz zieloną strzałkę, nie skacze mi już ciśnienie, nie denerwuję się. Oczywiście wciąż wytłumaczę że tak nie wolno, ale nie wzrusza mnie to.
Podobnie, gdy ostatnio przy końcu kursu osoba wjeżdża mi wprost pod nadjeżdżający pojazd uważając że ma pierwszeństwo. Na sygnalizatorze wyświetlany jest zielony sygnał, a my skręcamy w lewo. Powinniśmy przepuścić gościa w białej Toyocie, który nadjeżdża z przeciwka i skręca w swoją prawą. Ale mój kursant postanowił pojechać pierwszy "mogę jechać, mam pierwszeństwo" - powiedział na samym środku skrzyżowania. I w ogóle nie obserwując tego co się dzieje po prostu realizuje swój niemisterny plan. Wśród kierowców po prawej i lewej, którzy to obserwują jest J. - szkoli akurat na ciężarówce więc tym bardziej ma lepszy widok. Ja wciąż liczę, że kursant się zreflektuje i jednak zauważy że Toyota jedzie wprost na nas. A dokładniej - to my jedziemy na nią, ale nie - muszę sam interweniować hamując tuż przed białym autem. W sumie, to nic się nie stało. Do kolizji zabrakło jakieś pół metra, a że facet z Toyoty zaskoczony (także się zatrzymał), że jego mina była co najmniej wściekła, że zablokowaliśmy skrzyżowanie z uwagi na zgaśnięcie auta i fakt że kursant nie mógł ruszyć (może z wrażenia? chociaż wątpię) - to naprawdę nic takiego.
Możliwe, że dopiero kiedy w życiu spowoduje kolizję lub wypadek to zrozumie co jest w tym ważne. Czyli przestrzeganie przepisów - ale nie na takiej zasadzie jak inni kierowcy - tylko faktycznie tak jak stanowi kodeks drogowy. Chociaż szczerze - wątpię.
czwartek, 26 grudnia 2019
Telefon 2
- Tomek, ty faworyzujesz innych współpracowników, a dla mnie nie chcesz zrobić tego co robisz dla innych. To niesprawiedliwe, nie może tak być absolutnie! Albo robisz wszystkim albo nikomu!
- nie, dla nikogo nie robię tego. Dokładnie - nie robię tego nikomu.
- no jak nie, jak wiem że robisz. Z. i P. mi o tym powiedzieli.
- to nie jest prawda. Wierz komu chcesz, nie zamierzam ciebie przekonywać na siłę. Ale wiesz co? Nawet gdybym wykonał ten projekt o którym mówisz, byłaby to jedynie moja dobra wola, ponieważ w moim zakresie obowiązków tego nie ma. Ba, z umowy jednoznacznie wynika że to Ty i inni współpracownicy powinni zagwarantować mi [tu wyliczam kolejne punkty i pokazuję mu umowę i zakres obowiązków]
- ale jak to? Naprawdę? Co to za umowa? Trzeba to zmienić natychmiast!
-słucham? Żartujesz sobie? Taką umowę mam u was już od samego początku. Nikt tu nie zwraca uwagę na takie rzeczy jak zakres obowiązków.
[chwila ciszy]
- Tomek, przepraszam Cię za te słowa, ja nie wiedziałem. Co zrobić aby nasza współpraca była lepsza?
- jesteście bardzo niezorganizowani, panuje tu chaos. Ja myślałem, że pracuję z ludźmi na poziomie. W tym zakładzie pracy nic się nie poprawi. Wy jesteście pomiędzy sobą tak skłóceni i tak rywalizujecie, że tu nic nie zmieni się na lepsze. Albo pójdę do managera i on zareaguje, albo po prostu znajdziecie sobie inną osobę do spełnienia waszych żądań.
Potem wpadł drugi i trzeci, natomiast żenujący ton ich żądań pozostał niezmienny.
I na tym zakończyły się rozmowy (tu przedstawione w dużym skrócie, emocji i słów było więcej), a mi zostało niewiele czasu na zrobienie tego, po co przyszedłem. Po godzinie 10-tej podczas firmowej uroczystości potwierdziło się to co powiedziałem mojemu współpracownikowi. Po 11-tej wyszedłem z poczuciem, że przez chwilę (do końca roku) będę miał spokój, ale w styczniu problem powróci ze zdwojoną siłą i kolejnymi ich głupimi pomysłami.
Zdałem sobie sprawę z czegoś bardzo istotnego, że ich poziom intelektualny jest niższy niż mój. Nie mogłem w to uwierzyć, wszak to oni powinni być profesjonalistami w swoich kategoriach. Długo nad tym pracowali, później ktoś kilkukrotnie weryfikował predyspozycje do wykonywania zawodu. Tymczasem nie myślą, nie przewidują, nie analizują swojego zachowania i nie są w stanie racjonalnie podejmować decyzji. Kierują nimi najniższe instynkty - dowalić komu się da, zatopić współpracownika jak najszybciej, oczernić go podkładając bombę, a gdy komuś coś się udaje należy natychmiast z całą stanowczością go/to skrytykować. Oczywiście nie wszyscy tacy są, ale jakieś 70-80% załogi. Do tego, gdy coś im powiem, ubiorą to w zupełnie inne słowa, przeinaczą fakty tak, aby tylko wywołać kolejny skandal. Bowiem to miejsce żyje takimi właśnie skandalami, plotkami, podkładaniem sobie coraz większych bomb.
To ostatnimi czasy bardzo typowe. Widzę to na forach, w komentarzach internetowych. Taki jad wylewający się z ludzi, niechęć i wrogość do drugiej osoby, zazdrość gdy ktoś ma lepiej lub więcej. Sądziłem, że za internetowymi nickami kryją się sfrustrowani z problemami w dzieciństwie, ale jest inaczej.
Mój plan na styczeń - robić to co mam robić, nie wdawać się w dyskusje (one nic nie dają, moi współpracownicy nie rozumieją argumentów) i olewać wszelkie ich zachcianki, fochy i żądania. Jeśli to się nie uda (a jest duże ryzyko), pójdę do managera (z tego co widzę, nie ma on najmniejszej ochoty na wchodzenie w ten temat), a jeśli to nie pomoże po prostu podziękuję. Ale na razie moja cierpliwość jeszcze wytrzymuje (gorzej z ciśnieniem, które dobija po "akcjach" współpracowników do niebezpiecznych wartości).
poniedziałek, 2 września 2019
Kultura za kółkiem
Im byłem bliżej, tym bardziej gryzło mnie to co słyszałem. Ja pier****, ty chu**, były jednymi z najlżejszych których używali. Dobrze, że to miejsce nie znajduje się blisko mojego bloku. Przechodząc tuż obok w świetle mocnego oświetlenia dostrzegłem samych dzieciaków. Z wyglądu mieli od 8 do maksymalnie 12 lat. Byłem zaskoczony i przerażony ich zachowaniem.
Wśród kursantów - czyli teoretycznie dorosłych i odpowiedzialnych osób - takie sytuacje z wulgaryzmami również się zdarzają. Najczęściej w stosunku do innych kierujących. Ciekawe, że ktoś jeszcze nie umie jeździć, ma prawie zerowe pojęcia n/t przepisów ruchu drogowego a już poucza innych, popędza ich i krytykuje. Sam oczywiście popełnia jeszcze większe gafy.
Rozmowa i uświadomienie błędnego zachowania zwykle nie przynosi żadnego rezultatu, bowiem instruktor dla takiej osoby nie jest żadnym autorytetem. Co zatem można zrobić? Nie męczyć się i nie zwracać uwagi się nie da - bowiem wulgarne zachowanie rzutuje bezpośrednio na wizerunek mój oraz firmy. Są różne sposoby, ale pozostawię je bez komentarza.
sobota, 22 czerwca 2019
Podsumowanie tygodnia 89
Do wyjazdu na Majorkę pozostało tylko 98 dni. Uff, klimatyzacja naprawiona.
Wtorek
W drugiej pracy konfliktów ciąg dalszy. Zdaje się, że jestem znienawidzony od poziomu zerowego do najwyższego, przy czym kierownictwo nie okazuje tego aż tak bardzo, jak zerówka która pozwala sobie na prostackie odzywki. W dodatku przeze mnie muszą zrobić coś, co normalnie zrobiliby dzień później, a to okazało się dla nich sporym problemem. Dobrze, że w każdym momencie mogę zrezygnować z tej roboty.
Środa
Podjeżdżam do skrzyżowania, na pasie z prawej strony zatrzymuje się Ford Fokus, a facet patrzy na mnie i otwiera szybę. Ja także, by pewnie znowu usłyszeć że dla kogoś jechałem zbyt wolno, albo popełniłem inny fatalny błąd, lub że kursant nie ruszył odpowiednio dynamicznie. A facet pyta, czy go pamiętam bo 7 lat temu robił u mnie kurs. Ni w ząb nie pamiętam, próbowałem szybko odtworzyć twarz, ale ja i moja pamięć... Jak ktoś mnie zna to wie że nie mam dobrej pamięci. W każdym razie facet zadowolony z kursu, do dziś pamięta rady i wskazówki które mu dałem. Przez kilka chwil gdy stoimy przed czerwonym opowiada, że słyszał od znajomych o różnych instruktorach - w kontekście bylejakości. Ciekawe kto to był. Bardzo miło mi się zrobiło, aż tak że nie zapytałem go nawet jak się nazywa aby przypomnieć chociaż nazwisko.
Czwartek
wolne
Piątek
Upał od samego rana, na szczęście klimatyzacja daje radę. Szykuję ogórki:
















































